Sacrebleu!

Dzielę się z Wami cytatem, który mnie dzisiaj ubawił:

„(…) Rozumiesz, co to oznacza?

Nie odpowiadała.

-Że przelatuje nad nami klucz wyjątkowo ogromnych bydlaków i każdemu z nich akurat wyjątkowo chce się srać – dopowiedział. – I że całe to gówno spadnie na nasze głowy.

Podniósł się i znów podszedł do książek. Wyciągnął pierwszą lepszą, spojrzał na okładkę, a potem odłożył wolumen na miejsce. Odwrócił się do Seydy.

-Kurwa mać – skwitował.

Trudno było polemizować z tą oceną sytuacji.”

Remigiusz Mróz, „Wotum nieufności”

Le commerce

A skoro już poruszyłam ten bolesny dla mnie, jako wierzącej-praktykującej katoliczki, temat, to muszę podzielić się z Wami pewnym spostrzeżeniem. Wczoraj po raz pierwszy w życiu zobaczyłam reklamę wydarzenia pod nazwą Sacroexpo i kompletnie mnie zatkało. Już sama nazwa brzmiała jakoś niestosownie, łącząc w sobie sacrum i profanum, a obok widniało logo: schematycznie przedstawiony Chrystus na krzyżu

Na wypadek, gdybym nie była odosobniona w swojej ignorancji, już wyjaśniam o co chodzi. Sacroexpo to, cytuję: „największe targi sakralne w Europie środkowo-wschodniej, 300 wystawców, 13 krajów, 5000 zwiedzających”. Mówię o ignorancji, ponieważ impreza odbyła się w Kielcach już po raz osiemnasty, a pełna nazwa wydarzenia brzmi XVIII Międzynarodowa Wystawa Budownictwa i Wyposażenia Kościołów, Sztuki Sakralnej i Dewocjonaliów. Zachęcam do obejrzenia strony Targów Kielce informującej o imprezie. Można się z niej dowiedzieć na przykład o „prezentacji produktów dedykowanych nowoczesnym kościołom” oraz „pokazach mody liturgicznej” (sic!).

„I przyszedł do Jerozolimy. Wszedłszy do świątyni, zaczął wyrzucać tych, którzy sprzedawali i kupowali w świątyni powywracał stoły zmieniających pieniądze i ławki tych, którzy sprzedawali gołębie, i nie pozwolił, żeby kto przeniósł sprzęt jaki przez świątynię. Potem uczył ich mówiąc: «Czyż nie jest napisane: Mój dom ma być domem modlitwy dla wszystkich narodów, lecz wy uczyniliście z niego jaskinię zbójców». Doszło to do arcykapłanów i uczonych w Piśmie, i szukali sposobu, jak by Go zgładzić. Czuli bowiem lęk przed Nim, gdyż cały tłum był zachwycony Jego nauką.”

(Mk 11, 15-18)

A tymczasem PiS pracuje nad ustawą o zakazie handlu w niedziele.

Le clergé

24 Urodziny Radia (pożal się Boże) Maryja (źródło: fakt.pl)

24 Urodziny Radia (pożal się Boże) Maryja (źródło: fakt.pl)

„Z władzą świecką można współpracować, ale wiary należy strzec jak skarbu. Za każdym razem, kiedy przedstawiciele Kościoła wchodzili w zbyt zażyłe stosunki z polityką, dobrze im się wiodło, lecz wiara na tym na ogół cierpiała. Mody polityczne przeminęły, a to, co najważniejsze w wierze Kościoła przetrwało, nawet jeśli się wydawało, że nie ma prawa przetrwać.”

(Damian Mrugalski OP)

Słowa te co prawda padły w kontekście zamierzchłej historii, jednak wydają się nad wyraz aktualne. Jeśli spojrzymy na przykład z historii najnowszej – i nie mam tu na myśli Polski – ale Hiszpanię, która wraz z Irlandią, Maltą i Polską stanowiła jeszcze do niedawna jedną z ostoi wyznania katolickiego w Europie, a w ciągu zaledwie jednego pokolenia zupełnie się zlaicyzowała na skutek zgubnego zaangażowania Kościoła w politykę, można się zastanawiać, czym jest „to, co najważniejsze w wierze Kościoła”.

Ktoś może powie: jakość kosztem ilości. Zgoda, to może być oczyszczające doświadczenie dla Kościoła w Polsce. Pod warunkiem, że taka zmiana jakościowa w pierwszej kolejności nastąpi pośród kleru. Przy obecnej znikomej liczbie powołań i przepychaniu kleryków na siłę przez kolejne lata seminarium; przy biskupach, którzy chętnie mówią, ale rzadko słuchają nawet papieża, a co dopiero wiernych; przy akceptowaniu przez duchowieństwo księży-pedofilów, księży-alkoholików, księży-z-kochankami, księży-rasistów, a nade wszystko księdza-który-prowadzi-rozgłośnię-radiową-szerzącą-podziały-w społeczeństwie – nie wydaje się to prawdopodobne. Chociaż – kto wie? Może ostatecznie ten fatalny flirt z PiS-em znacząco poprawi stan duchowości stanu duchownego?

La cigarette

źródło: pinterest.com

źródło: pinterest.com (ang. Chroń dzieci: nie każ im wdychać dymu ze swojego papierosa)

Drogi Palaczu!

Moje trzyletnie dziecko płacze nad Tobą. Dosłownie. Za każdym razem kiedy Cię widzi z tym Twoim śmierdzącym papierosem, a jak sam wiesz, zdarza się to nader często – w parkach miejskich, przy placach zabaw, na przystankach tramwajowych, a nawet przed naszym blokiem – zbiera mu się na płacz nad Tobą i Twoimi czarnymi płucami.

Na ironię zakrawa fakt, że to Ty systematycznie podtruwasz moje Bogu ducha winne dzieci podczas spacerów i masz to gdzieś.Więc tak się sprawy mają. Pomyślałam, że może chciałbyś wiedzieć.

Lecz się!

M.

La mère

Dzisiaj niby o czym innym, a jednak o tym samym. Mowa o strachu i straszeniu. A dokładniej o tym, że mam już serdecznie dość sensacyjnych informacji na temat wychowania dzieci, które co rusz pojawiają się w mediach.

Zaczyna się od najprostszych rzeczy. Na przykład takich:

Jeśli kładziesz niemowlę na brzuszku do snu, wzrasta prawdopodobieństwo śmierci łóżeczkowej. Na boku? Dysplazja biodrowa gotowa. Jeśli myślisz, że rozwiązaniem jest kładzenie na plecach, jesteś w błędzie! Chyba, że chcesz, żeby twojemu dziecku się ulało i żeby zakrztusiło się we śnie? Noszenie tez odpada, bo wtedy rozpieszczasz. Słowem – najlepiej gdyby dziecko jak najszybciej opanowało sztukę lewitacji!

I tak na każdym kroku!

Jeśli jesteś zbyt surowa – wychowujesz psychopatę. Jeśli zbyt pobłażliwa – terrorystę. Jeśli szczepisz dziecko, ryzykujesz skutki uboczne na własne życzenie (niektórzy sugerują, że autyzm). Jeśli nie szczepisz, ryzykujesz polio, krztusiec, WZW typu B i wiele innych chorób, którym można przecież było zapobiec. Jeśli przykrywasz dziecko kocykiem, może się w niego zaplątać i udusić. Jeśli pozwalasz mu kąpać się w fontannie, lub basenie wypełnionym piłeczkami, narażasz je na kolonizację bakteriami salmonelli, gronkowca i bakteriami kałowymi.

Spójrzmy prawdzie w twarz: cokolwiek robisz (lub nie robisz), jesteś złą matką i zawsze, ale to zawsze, jest twoja wina.

À propos, przeczytałam niedawno serię artykułów poświęconych zaborczym matkom w majowym numerze miesięcznika „W drodze” (tak, tak, kiedyś może jeszcze uda mi się czytać miesięczniki w miesiącach, w których zostały wydane, ale póki dzieci są małe…). Uderzyło mnie, że na ten temat wypowiedzieli się kolejno: pan profesor (teolog kultury i mediów), mężczyzna opowiadający o swojej zaborczej matce, oraz ksiądz. Nie mam zamiaru występować w roli adwokata toksycznych rodziców (płci obojga), ale wydaje mi się, że brakuje tu kobiecej perspektywy. A gdyby jeszcze nie dość, że kobieta, to jeszcze matka zechciała się wypowiedzieć? Sytuacja ta przywodzi mi na myśl zasłyszane kiedyś zabawne i smutne jednocześnie zdanie, że „grupą, która najchętniej wypowiada się w Polsce na temat seksu i antykoncepcji są mężczyźni żyjący w celibacie”.

Moją szczególną uwagę przykuł ekshibicjonistyczny wręcz artykuł, pod dramatycznym tytułem „Co mi zrobiłaś, mamo”, którego autor opisuje szczegółowo swoje relacje z matką i ich – jak sądzi – dramatyczny wpływ na jego życie. Rozumiem potrzebę uporania się z przeszłością. Nie rozumiem, że 34-letni mężczyzna za swoje życiowe niepowodzenia obwinia matkę, która już dawno przestała mieć faktyczny wpływ na jego losy. Nie rozumiem także, dlaczego nie ma miejsca na tę drugą wersję zdarzeń – wersję matki. Autor rzuca mocne oskarżenia pod jej adresem, opowiada o intymnych wydarzeniach, a przecież ta kobieta ma pewnie jakieś swoje życie i rodzinę, czy znajomych, którzy mogą ten artykuł przeczytać. Czy nie można było inaczej? Porozmawiać, dać szansę coś wyjaśnić, czy chociażby prosić o wybaczenie? Albo napisać anonimowo? Jak na pismo chrześcijańskie, mało to po chrześcijańsku…

Inną kwestią jest opisywanie co też te zaborcze matki robią i jak wpływają na swoje biedne dzieci, bez dotknięcia źródła problemu. Jakie te kobiety miały wzorce w domu? Jakie relacje ze swoimi rodzicami? Jakie wsparcie znajdują w mężach? Nikt z nas nie żyje w próżni.

Nie chodzi o to, że Matka Polka to jest jakaś świętość, i nie wolno jej krytykować. Rzecz w tym, że żeby wypowiadać się na tak trudny temat, przydałyby się solidniejsze podstawy niż obserwacje kogoś, kto nigdy matką nie był i z założenia być nie może (a w dwóch przypadkach z trzech nie jest nawet ojcem). Nie zna uczucia towarzyszącego ruchom dziecka we własnym ciele, bólu i strachu towarzyszącego porodowi, horroru zwanego połogiem, a potem tych nieustających, płynących zewsząd oczekiwań, że z samego tytułu bycia kobietą masz wiedzieć jak postępować z dzieckiem. Wychowujemy dzieci w zupełnie innych czasach, niż lata naszego dzieciństwa i mamy je przygotować na życie w jeszcze innym świecie, którego kierunek rozwoju trudno przewidzieć.

Uważam, że szkoła rodzenia to dobry wstęp.

Podobnie jak poród to zaledwie początek.

Mourir de peur

Natknęłam się dzisiaj na takie słowa:

„Mój ojciec ma prawie 90 lat i uzyskał jako taką równowagę duchową, która pozwala mu zdystansować się do rzeczywistości, ale oglądając telewizję i widząc na przykład dzisiejsze przemarsze ONR-u, mówi: „Pamiętam, że tak samo na mnie krzyczeli, kiedy szedłem do szkoły w latach trzydziestych. Na przykład: Żydy i Beduiny, won do Palestyny”. Życiem tych ludzi rządził strach, którego z niczym nie da się porównać.”

(Monika Sznajderman w wywiadzie dla „W drodze”)

Zastanawiam się jak do tego doszło, że ocalali z obozów zagłady Żydzi znów słyszą w dyskursie publicznym głos młodych osiłków, którzy nie mają zielonego pojęcia o historii (a jeśli mają jakieś pojęcie, to tym gorzej) wykrzykujących antysemickie hasła. Jak to się stało, że pomimo całej ohydy II Wojny Światowej, która nigdy ma się nie powtórzyć, ksenofobia i rasizm znów wystawiają swoje brzydkie łby, by ukazać się nam w pełnym słońcu?

Czasem mam wrażenie, że po jednej i po drugiej stronie wojny polsko-polskiej stoją grupy przerażonych śmiertelnie ludzi. Im bardziej się boją, tym głośniej krzyczą. A im głośniej krzyczą, tym bardziej jest się czego bać.

Un livre

Cytat na dziś:

„Człowiek w trakcie lektury jest niezgłębioną tajemnicą. Jest tutaj i nie ma go. Jego powłoka materialna znajduje się w sąsiedztwie mojej, ale jego dusz uleciała nie wiadomo dokąd. Ściśle rzecz biorąc, ten człowiek trzyma w rękach klucz do swej tajemnicy. Jeszcze ściślej: trzyma w rękach okno, którym uleciała jego dusza. Aby się dowiedzieć, dokąd uleciała jego dusza, trzeba się dobrać do jego książki.”

Michel Tournier

Fauteuil roulant

Będąc na spacerze z dziećmi spotkałam ciężko chorego mężczyznę na wózku inwalidzkim. To spotkanie zrobiło ogromne wrażenie na W., który jeszcze nigdy nie widział takiej osoby. Tego samego dnia wieczorem, po bajeczce na dobranoc zapytał mnie swoim słodkim głosikiem:

- Mamo, a co ten pan miał chorego, że był na wózku inwalidzkim?

- Chyba nóżki. – Odpowiedziałam niepewnie.

- A jak sobie trochę na tym wózku posiedzi, to już mu nóżki wyzdrowieją! – Radośnie stwierdził, bardziej niż zapytał, synek.

- Hmmm… Nie jestem tego taka pewna. – Westchnęłam, wahając się ile prawdy mogę mu powiedzieć. – Czasami, jak ktoś jest bardzo chory, to nawet wózek inwalidzki nie pomoże.

- To wtedy trzeba zadzwonić po karetkę! – Zdecydował po dłuższej chwili namysłu.

- Tak myślisz? – Grałam na czas. – Właściwie to karetkę się wzywa do nagłych przypadków.

- Na przykład do wypadków drogowych! – Dorzucił z entuzjazmem nasz motomaniak.

- No właśnie. – Skwitowałam z ulgą, że kończymy już rozmowę.

- Temu panu wyzdrowieją nóżki. – Oświadczył synek z nowo odzyskanym przekonaniem (skąd? jak? dlaczego?) – Pojeździ trochę na wózku i już będzie zdrowy.

- Emm… Wiesz… Może…

- Jak następnym razem go spotkamy na spacerku, to będzie sobie szedł na nóżkach. I nie będzie już na wózku! – Coraz bardziej rozkręcał się W.

- Może tak się zdarzyć. – Skapitulowałam pod naporem jego radości z wyobrażonego ozdrowienia. – Kocham cię, synku.

Tu, toi…

Nasz starszy syn, od kiedy tylko zaczął dość sprawnie posługiwać się – niełatwą bądź co bądź – polszczyzną, czyli bez mała od 1,5 roku, upodobał sobie posługiwanie się drugą osobą liczby pojedynczej w odniesieniu do własnej osoby. Tak więc zajadając się ulubionym owocem stwierdzał: „Lubisz arbuza!”, bawiąc się samochodzikami wołał: „Jedziesz do Afryki!”, a na placu zabaw nieumyślnie wprowadzał dzieci w błąd pytaniem: „A gdzie jest twoja mamusia?”.

Początkowo uznaliśmy, że nie ma sensu go zniechęcać do nauki mówienia już na starcie, zwłaszcza, że jak na swój przedział wiekowy był (i nadal pozostaje) nad wyraz rozwinięty językowo, ze słownictwem obejmującym np. żararakę i dyfuzję. Później nawet nas te przejęzyczenia bawiły, w końcu zaczęliśmy go poprawiać, choć niezbyt nachalnie. Możecie więc wyobrazić sobie moje zdumienie, kiedy właśnie dziś ni z tego, ni z owego synek wypalił: „Nie chcę nektarynki!”.

Najpierw myślałam, że słuch mnie myli, ale po chwili znów padło zdanie w pierwszej osobie, i znów, i znowu. W końcu przyjęłam do wiadomości, że to nie omamy słuchowe spowodowane chronicznym niedoborem snu i wykrzyknęłam: „O, synku! Jak ty dzisiaj ładnie mówisz!”, na co odparł z dumą niczym reinkarnacja Nietzschego z postulatem nadczłowieka na ustach: „Kiedyś mówiłem „ty”, a teraz mówię „ja”". Wiedziona ciekawością nie zdołałam się powstrzymać przed pytaniem: „Co się stało, że dzisiaj postanowiłeś tak mówić?”. Wygłoszona bez cienia wahania odpowiedź brzmiała: „Bo chciałeś”.

Mam ogromne szczęście: otaczają mnie dobrzy ludzie.

Od kiedy urodził się nasz drugi syn codziennie ktoś życzliwy się do mnie odzywa, chociażby po to, żeby powiedzieć „cześć” i życzyć mi dobrego dnia. Znajomi wpadają z zakupami, albo z obiadem. Młode mamy z sąsiedztwa pożyczają mi akcesoria niemowlęce i ciuszki. Po wpisie o pociętej kartce dostałam nowe kartki z gratulacjami i kwiaty. Zaskoczyło mnie to morze dobroci pośród którego się nagle znalazłam i właściwie czuję się zawstydzona, że nie doceniałam mojego otoczenia – i że może sama nie byłam aż tak dobrą przyjaciółką w potrzebie dla innych. Zawsze kiedy myślę, że już rozgryzłam tę ludzką zagadkę, wydarza się coś, co zupełnie mnie zaskakuje… I całe szczęście!