La force

To się dzieje zawsze kiedy słyszę jakiś jednostajny szum tła. Pracujący wentylator. Brzęczenie radia.

I nagle jestem prawie pewna, że słyszę płacz mojego dziecka. Chociaż tak wiele razy już tego doświadczałam i wiem, że na 98% dziecko wcale nie płacze, niepokój zawsze jest ten sam. A potem płacz dziecka przeradza się w inny dźwięk.

W zwierzęce wycie z bólu rodzących kobiet, które słyszałam na porodówce. Ba, które sama z siebie wydawałam, choć zapomniałam już, że umiem wydawać takie dźwięki. Po pierwszym porodzie też prześladował mnie ten krzyk, który niesie się przez okna aż do sal, w których śpią pacjentki z urodzonymi już dziećmi. Rozdzierający krzyk, przepełniony siłą i cierpieniem, niczym zniekształcony jakąś złośliwą mocą okrzyk rozkoszy wydawany przy poczęciu dzieci, które teraz przychodzą na świat. Oczywiście wiem, że wcale go nie słyszę,że za kilka tygodni znów o nim zapomnę i przestanie mnie prześladować. A jednocześnie przecież jest prawdziwy, rozlega się nieustannie w różnych miejscach na ziemi, zwiastując nowe życie.

Jest w nas element zwierzęcy, który przez większość życia spychamy do podświadomości, ignorujemy, próbujemy okiełznać, stłumić. Podczas porodu właśnie ta część nas dochodzi do głosu. Pierwotna i przerażająca, ale też czyniąca nas potężniejszymi niż kiedykolwiek mogłybyśmy przypuszczać.

La pharmacie

W aptece wymieniłam całą listę dziecięcych produktów dla naszego malucha, po czym w końcu, po dłuższej chwili milczenia wymruczałam pod nosem, że potrzebuję czegoś na hemoroidy.

- Karmi pani piersią?

-Tak.

Farmaceutka pogmerała chwilę w szufladzie, po czym wyjęła małe opakowanie i wręczyła mi je z uśmiechem.

-Proszę, mi pomogło po porodzie.

A widząc moją zmieszaną minę dodała:

-To bardzo częste powikłanie.

I dorzuciła mi do reklamówki z zakupami kilka darmowych próbek.

C’est la vie

Bywa i tak.

Kiedy urodził się nasz pierwszy syn, zostaliśmy zasypani kartkami z gratulacjami. Wszystkie zachowałam skrzętnie na pamiątkę, żeby W. mógł zobaczyć jak wiele osób cieszyło się nim razem z nami. Z okazji narodzin drugiego syna przyszła dokładnie jedna taka kartka. Uznałam to za naturalny obrót spraw, postawiłam kartkę w widocznym miejscu i poszłam spać.

Następnego poranka (i wiele pobudek później) moim na wpół przytomnym oczom ukazał się mój pierworodny, wbiegający do sypialni i już od progu wołający:

- Mamo, mamo, zobacz jak pięknie wyciąłem!

Rysunek różowego dzidziusia w jego dłoni rzeczywiście został bardzo ładnie wycięty…
Z tej jednej, jedynej kartki z gratulacjami z okazji narodzin jego młodszego brata. Przez chwilę miałam ochotę się rozpłakać.

No cóż… To ja zawsze zachęcałam W. do nauki wycinania. Co więcej, sama dałam mu kiedyś podczas sprzątania stare kartki pocztowe, żeby mógł sobie powycinać obrazki.

Takie życie młodszego, synu. C’est la vie.

Le rire

Po całym dniu zmagań z dwójką maluchów nadciąga wreszcie wieczór. Nasz przedszkolak, o ile nic się nie wydarzy, zostaje spacyfikowany aż do 6:00 następnego dnia, zaś noworodek… Cóż, powiedzmy, tymczasowo spacyfikowany. Może na pół godziny, a może nawet na dwie? Pomarzyć zawsze można.

Leżymy z mężem w łóżku i śmiejemy się do rozpuku z dowcipów w rodzaju tych, które się opowiada na koniec dobrej imprezy, kiedy nikomu już nie przeszkadza, że same w sobie są raczej średnio zabawne. Nie możemy robić hałasu, bo obok śpi maluszek – tym bardziej więc chce nam się śmiać. Jak wtedy, kiedy jest się dzieckiem w kościele, i im bardziej potępiające spojrzenia posyłają nam starsze panie ze swoich ławek, tym bardziej nie można opanować wybuchu wesołości. Chichoczemy jak opętani i ocieramy łzy z policzków.

Jesteśmy wykończeni, ale szczęśliwi.

Le réveillon

Wieczór przed porodem był bardzo ciepły. Przyjechali do nas moi rodzice. Mały W. już od jakiegoś czasu cicho pochrapywał w łóżeczku, a my świętowaliśmy pierwsze spotkanie od czasu Wielkanocy. Piwonie w wazonie pachniały zniewalająco. Paliły się świeczki. Zimny arbuz z lodówki różowił się na stole obok kwaskowatego ciasta z rabarbarem. W tle dyskretnie rozbrzmiewał jazz. Pokój wypełnił się rozmową i śmiechem.

Przed snem rozważałam rodzinne wyjście do ZOO następnego dnia.

Le balcon

Mój czas płynie teraz inaczej, więc też i historia, którą opowiadam nie będzie odtąd się toczyć linearnie.

Siedzę na balkonie skąpanym w promieniach popołudniowego słońca. Chłopiec tak mały, że można by go prawie trzymać w jednej dłoni, śpi spokojnie w wózku. Wzdłuż balkonu przechadza się jego starszy brat w kolorowych szortach i ze śmiechem prezentuje mi sposoby poruszania się różnych zwierząt. W oddali rozlegają się kościelne dzwony wzywające wiernych na mszę, i sama już nie wiem czy to mój skrajnie niewyspany umysł płata mi figle, czy rzeczywiście słyszę głęboki baryton nucący coś na kształt buddyjskich pieśni modlitewnych. Brzmi to pięknie i nierealnie.

Jestem mamą dwóch synków.

La beauté

Rozmawiałam niedawno z koleżanką ze studiów (w tym miejscu chciałabym bardzo podziękować całej braci studenckiej, która nieustannie do mnie dzwoni i sprawdza, „czy to już”, to bardzo miłe!), która stwierdziła, że dobrze się trzymam w ciąży. Odpowiedziałam jej bez ogródek, że gdybym była przed ciążą jakąś wielką pięknością – powiedzmy zawodową modelką, albo Miss Universe – z całą pewnością byłoby mi znacznie trudniej znosić wszystkie te zmiany. Tu mi puchnie, tam się rozciąga, w ubrania się nie mieszczę, czyli ciążowy standard. Ponieważ zawsze uważałam się za całkiem zwyczajną dziewczynę, przyjmuję tę metamorfozę z dużym dystansem i spokojem. Na pewno nie jestem zachwycona rozstępami, czy tak widoczną siecią żył, że mogłabym służyć jako żywy model anatomii, ale też nie mam zamiaru z ich powodu tracić dobrego nastroju. Koleżanka wyraźnie była zaskoczona takim tokiem rozumowania i podsumowała krótko:

„Ale sobie dowaliłaś!”

Nie uważam jednak wcale, żeby moje słowa były dla mnie w jakikolwiek sposób uwłaczające. Na świecie jest wiele oszołamiająco pięknych kobiet. Podejrzewam, że kobiet naprawdę szczęśliwych jest znacznie mniej. A moim celem jest właśnie być szczęśliwą.

Przeczytałam kiedyś (gdzie? kiedy? może ktoś z Was skojarzy ten cytat?), że nie ma nic smutniejszego niż widok starzejącej się piękności, która nigdy nie musiała ćwiczyć się w błyskotliwości, poczuciu humoru, czy elokwencji, żeby zwrócić na siebie uwagę otoczenia. Nagle traci swój największy atut i czuje, jak grunt usuwa jej się spod nóg.

Co prawda jestem w stanie wyobrazić sobie wiele smutniejszych widoków, chociażby głodujące dzieci, ale zgadzam się, że piękno jest w naszej kulturze przereklamowane. Wielka uroda to niczym niezasłużony prezent, który często w pewien sposób upośledza swojego posiadacza. Już małe dzieci bardzo szybko uczą się, że nierzadko wystarczy zrobić słodką minkę, żeby osiągnąć sukces. A jeśli ktoś przez długie lata funkcjonuje na tej zasadzie, trudno mu pogodzić się z faktem, że życie odciska na nas swój ślad, a czas pędzi nieubłaganie.

Czasem mam wrażenie, że ten cały pęd do zabiegów kosmetycznych, siłowni, SPA, zdrowej żywności, chirurgii plastycznej, itp. ma na celu dobrze nas zakonserwować do grobu. Tu się zaszpachluje, tam się wyklepie, i będziemy wszyscy jednakowi: gładcy i nijacy niczym lalki barbie. Przykro patrzeć na naciągnięte twarze celebrytów, którzy za wszelką cenę chcą pozostać nietknięci życiem, którym żyją.

„Starość to nie jest wiek dla smarkaczy”, stwierdza jedna z postaci w książce „Tato” Williama Warthona, i ja się z tym zgadzam.

L’attaque terroriste

Moja współlokatorka z czasów studenckich wyjechała na urlop do siostry, do Londynu. Kiedy dwa dni później usłyszałam o zamachu na Moście Londyńskim, zamarłam. Wśród ośmiu zabitych nie ma Polaków, ale Polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych jeszcze nie podało informacji czy wśród 47 rannych są Polacy. Pozostaje mi wierzyć, że w tak wielkiej metropolii K. nie wybrała się na wieczorny spacer akurat w to miejsce.

Ze wszystkich lokalizacji ataków terrorystycznych, Londyn jest mi szczególnie bliski, ponieważ ponad rok w nim mieszkałam. W ciągu ostatnich trzech miesięcy w tym niezwykłym mieście doszło do trzech zamachów. Ubolewam nad dramatem ofiar i ich rodzin, a jednak… Nie mogę oprzeć się myśli, że oburzenie jakie te ataki wywołują trąci hipokryzją.

Oto my: nowoczesne, demokratyczne społeczeństwo, otwarte na każdego niezależnie od narodowości, religii czy poglądów. Po drugiej stronie są oni: dzicy, nieokiełznani barbarzyńcy, którzy zupełnie bez powodu przyjeżdżają i nas atakują. Taki obraz sytuacji wyłania się z relacji medialnych. A przecież zdrowy rozsądek podpowiada, że to nie może być takie proste. W obecnej sytuacji jest swojego rodzaju sprawiedliwość dziejowa, którą chętnie się w mediach przemilcza.

Jak łatwo zapominamy, że jeszcze po zakończeniu II Wojny Światowej istniały ogromne imperia kolonialne: brytyjskie, francuskie, belgijskie, holenderskie i portugalskie. Wcześniej swoje kolonie miały między innymi także takie kraje jak Stany Zjednoczone, Hiszpania, Niemcy, Włochy, Dania, Norwegia i Turcja. Zdecydowanie największe z nich wszystkich było imperium brytyjskie (33 mln km²), o którym nawet mówiło się, że słońce nigdy nad nim nie zachodzi. Czy Brytyjczycy byli uprzejmi dla miejscowej ludności i prowadzili z jej przedstawicielami pokojowy dialog przy herbatce, czy też może najechali nieznane sobie ziemie i, nie przejmując się tubylcami, siłą wprowadzili swoje rządy grabiąc, rabując i gwałcąc? Jak Wielka Brytania zbudowała swoją wysoką pozycję gospodarczą? Pozycję pozwalającą państwu na graniczące z rozdawnictwem, wysokie świadczenia socjalne, które dziś przyciągają do niego tysiące imigrantów, w tym także terrorystów? W dużej mierze, maksymalnie wyzyskując podległe sobie państwa, a tym samym znacznie spowalniając ich rozwój na wiele lat.

A jakie kraje były koloniami? Na przykład Algieria, Libia, Etiopia, czy Maroko. Przenieśmy się bliżej czasów współczesnych. Wymienione przeze mnie dawne kolonie uczestniczyły w latach 2010-2013 w tzw. Arabskiej Wiośnie, konfliktach zbrojnych i protestach społeczeństwa przeciw autokratycznym reżimom, złym warunkom życiowym, bezrobociu, oraz korupcji i nepotyzmowi rządzących. Na pomoc niezadowolonym obywatelom pośpieszyły… Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Niemcy i Francja, czyli dawne imperia kolonialne. A ówczesny przywódca Libii, Muammar Kaddafi już w 2011 roku ostrzegał Zachód: „Jeśli usuniecie rząd, gwarantujący stabilność, w kraju wybuchnie chaos, a fala uchodźców zaleje Europę”. Brzmi znajomo?

Nie dość więc, że dawne imperia kolonialne, w tym Wielka Brytania, najpierw wyzyskały kolonie, przyczyniając się walnie do ich opłakanego stanu. Nie dość, że same sprowadziły sobie na głowę tysiące imigrantów, by wyzyskiwać ich jako tanią siłę roboczą. Same przyłożyły rękę do problemu fali uchodźców, i stworzyły odpowiednie warunki do powstania tzw. Państwa Islamskiego, z którym teraz nie potrafią sobie poradzić. W tej sytuacji mówienie o złych terrorystach i dobrych obrońcach demokracji mija się z prawdą.

Tymczasem w Syrii dziennie ginie więcej osób niż w ataku terrorystycznym w Londynie, ale te śmierci nie stanowią pożywki dla mediów. Widzom już się przejadły.