Un deuil

Zdałam sobie sprawę, że jako rodzic przeżywam swojego rodzaju dwojaką żałobę. Żałobę po dziecku, które już było  – ale urosło i nie jest już tym słodkim, rozkosznym niemowlakiem, co kiedyś. I żałobę po dziecku, którego nigdy nie będzie – bo moje wyobrażenia o tym, jak będzie wyglądać i zachowywać się moje dziecko, nijak się mają do rzeczywistości.

Pragnienia zachowania tego, co minione i tworzenia  tego, co się nie zdarzy – niemożliwa przeszłość i niemożliwa przyszłość – wydają się sprzeczne, a jednak współistnieją we mnie, równorzędne. Dopiero kiedy odrzucam te dwie tęsknoty mogę zobaczyć moje dziecko takim, jakie jest. Bez otoczki wspomnień, które nie są jego wspomnieniami. Bez moich oczekiwań co do tego, jakie być powinno. Tam zaczyna się miłość.

Pendant le sommeil…

W nocy mąż wstaje przewijać maleństwo, po czym oddaje je mi do karmienia, a sam wraca do łóżka. Ze względu na bardzo dokuczliwe kolki nasze młodsze dziecię akceptuje jedynie karmienie na siedząco, więc przystawianie do piersi leżąc i na wpół śpiąc – jak to się odbywało przy starszym synku – nie wchodzi w grę. Czekam więc najpierw, aż maluch się naje, potem przytulamy się trochę aż mu się odbije, odkładam go do łóżeczka najdelikatniej jak potrafię (ma bardzo czuły detektor odkładania!), i wreszcie ja też mogę ponownie zasnąć. Oczywiście nie raz przespałam już część nocy na fotelu do karmienia.Trudno oprzeć się pokusie przymknięcia powiek, kiedy wtulony we mnie ciepluszek oddycha mi równomiernie na szyję i posapuje przez sen. Na szczęście fotel nie jest przesadnie wygodny, więc najpóźniej po godzinie budzi mnie ból karku.

Wczoraj w nocy mąż po raz kolejny przewinął synka, oddał go w moje ręce, a sam udał się w objęcia Morfeusza. Nakarmiłam małego, ululałam, odłożyłam do łóżeczka i już, już zapadałam w sen, kiedy tuż obok rozległo się gromkie chrapanie. Szturchnęłam męża znacząco, na co on zerwał się z łóżka jak oparzony, po czym rzucił się do przewijania naszego dopiero co przewiniętego, i pogrążonego w głębokim śnie, maleństwa. Byłam tak rozbawiona, że prawie odechciało mi się spać. Po minucie nieopanowanego chichotania w poduszkę, zasnęłam jak zabita.

La plaisir

Bycie matką jest niezwykle fizycznym doznaniem. Od pierwszych odczuwalnych ruchów dziecka wewnątrz własnego ciała, poprzez poród, a potem karmienie piersią jest to wręcz organiczny (niekoniecznie zawsze przyjemny) kontakt z dzieckiem.

Wielką przyjemność sprawia mi zapach moich dzieci. Dotyk ich aksamitnie gładkiej skóry. Delikatne jak puch włoski. Ciepło ich małych, przytulonych do mnie ciałek – tak rozczulająco ufnych we śnie. Równomierny, spokojny oddech na mojej szyi. Mała rączka w mojej dużej dłoni.

La jeunesse

Cytat dnia:

„Wiemy, że osiemdziesięciopięcioletni berlińczyk w ciągu sześciu miesięcy nauczy się chińskiego – pod warunkiem, że jego emocjonalne centra zostaną aktywowane. Stanie się tak na przykład wtedy, gdy zakocha się w młodej siedemdziesięcioletniej Chince.”

Gerald Hüther

Le temps

Bycie rodzicem sprawia, że czas ulega zakrzywieniu. Patrząc na dzieci widzimy swoją przeszłość. Przypominamy sobie nagle dawno zapomniane wydarzenia, smaki, zapachy… Znów możemy wejść do świata fantazji jako pasażerowie na gapę.

Wpatruję się twarzyczkę mojego trzymiesięcznego synka. Maluje się na niej tyle uczuć! Zabawnie marszczy brwi, to znów je unosi niby w zdziwieniu, to uśmiecha się, to znów porusza ustami jakby chciał coś powiedzieć. Chwilami przypomina mi swoją babcię, innym razem kogoś z wujostwa, i zastanawiam się, czy rzeczywiście tak mogli wyglądać w dzieciństwie. Patrząc tak na niego mam wrażenie, jakbym spoglądała w przeszłość, poprzez całe pokolenia przodków, których mądrość w sobie nosi.

Kiedy zasypia, odkładam go delikatnie do łóżeczka i przechodzę do pokoju obok, gdzie czeka na mnie już trzy lata później, pełen energii i pomysłów, gadając jak najęty. Patrząc na starszego synka, nachodzi mnie refleksja na ile udało mi się zapewnić mu takie dzieciństwo, o jakim dla niego marzyłam gdy był w wieku tego młodszego – maleńki, bezbronny, czysty niczym tabula rasa. Czy spełniłam złożone sobie w duchu obietnice? Czy nie zawiodłam jego zaufania?

Dzieci patrząc na nas, widzą swoją przyszłość.

Si mes yeux ne me trompent pas

Wzrok małego człowieka zwrócony jest do wewnątrz. Niby patrzy, ale nie widzi. Wsłuchuje się w bogactwo dźwięków, które nieustannie mu towarzyszą. Bicie swojego serca. Bulgotanie w żołądku. Oddech. Pulsowanie krwi. Nagle skupia wzrok i rzeczywiście widzi mnie, kiedy się nad nim pochylam. Nawiązuje kontakt wzrokowy. Uśmiecha się szeroko. Uwielbiam ten moment.

Amour

Ostatnimi czasy sporo uwagi poświęcam procesowi wychowania (takie uroki posiadania w domu zbuntowanego trzylatka) i w ramach próby nabrania dystansu do bieżących wydarzeń zaczęłam po raz kolejny się zastanawiać jaki tak właściwie jest cel rodzicielstwa. Teoretycznie – przekazanie kolejnemu pokoleniu swoich genów, wiedzy i majątku. Ale to odpowiedź, która nie wyczerpuje złożoności tematu, ani z pewnością nie zadowala nikogo, kto podjął się trudu opieki nad małym człowiekiem. Bo przecież rodzice adopcyjni przeżywają swoje rodzicielstwo równie autentycznie co rodzice biologiczni (a  często także bardziej świadomie). Co do wiedzy… Różnie z tym bywa. Może nam jej brakować, dzieci mogą nie chcieć z niej korzystać. A majątek to raczej zbyt duże słowo na określenie tego, co większość z nas ma, rozpoczynając życie rodzinne.

Daleka jestem także od uzasadnień typu: „będzie ci miał kto podać szklankę wody na łożu śmierci”. Smutna prawda jest taka, że nie wiadomo kto kogo przeżyje, ani w jakich relacjach będziemy z dziećmi gdy dorosną. A propos, właśnie przypomniał mi się skecz Bautroczyka – może znacie?

Nie, myślę, że relacja dziecko-rodzic ma miejsce tu i teraz – nie ma żadnego mitycznego „potem”, kiedy to dziecko nam się odpłaci za całe to wycieranie pupy, czyszczenie nosa, serwowanie bio warzyw i owoców i czyszczenie ciastoliny z dywanu. Dziecko TERAZ jest piękne i urocze, słodko się uśmiecha, kocha nas tak jak potrafi – i to już jest nasza nagroda. Nie dostaniemy złotego medalu, dyplomu dobrego rodzica i uścisku ręki prezesa. Nikt nawet nie przyjdzie poklepać nas po plecach i powiedzieć: „dobra robota”.

Sądzę więc, że prawdziwym celem rodzicielstwa jest nauka prawdziwie bezinteresownej miłości. Miłości, która każe zatracić samego siebie, zrezygnować z instynktu samozachowawczego i funkcjonować niczym zombie – bez snu, bez gorących posiłków, bez kofeiny i alkoholu w roli wspomagacza, bez czasu dla siebie i współmałżonka – a jednocześnie cierpliwie zaspokajać nieustające potrzeby małego człowieka. Wychowywać, chronić, dbać, pieścić – a potem wypuścić go w świat, wolnego jak ptak.

Sacrebleu!

Dzielę się z Wami cytatem, który mnie dzisiaj ubawił:

„(…) Rozumiesz, co to oznacza?

Nie odpowiadała.

-Że przelatuje nad nami klucz wyjątkowo ogromnych bydlaków i każdemu z nich akurat wyjątkowo chce się srać – dopowiedział. – I że całe to gówno spadnie na nasze głowy.

Podniósł się i znów podszedł do książek. Wyciągnął pierwszą lepszą, spojrzał na okładkę, a potem odłożył wolumen na miejsce. Odwrócił się do Seydy.

-Kurwa mać – skwitował.

Trudno było polemizować z tą oceną sytuacji.”

Remigiusz Mróz, „Wotum nieufności”

Le commerce

A skoro już poruszyłam ten bolesny dla mnie, jako wierzącej-praktykującej katoliczki, temat, to muszę podzielić się z Wami pewnym spostrzeżeniem. Wczoraj po raz pierwszy w życiu zobaczyłam reklamę wydarzenia pod nazwą Sacroexpo i kompletnie mnie zatkało. Już sama nazwa brzmiała jakoś niestosownie, łącząc w sobie sacrum i profanum, a obok widniało logo: schematycznie przedstawiony Chrystus na krzyżu

Na wypadek, gdybym nie była odosobniona w swojej ignorancji, już wyjaśniam o co chodzi. Sacroexpo to, cytuję: „największe targi sakralne w Europie środkowo-wschodniej, 300 wystawców, 13 krajów, 5000 zwiedzających”. Mówię o ignorancji, ponieważ impreza odbyła się w Kielcach już po raz osiemnasty, a pełna nazwa wydarzenia brzmi XVIII Międzynarodowa Wystawa Budownictwa i Wyposażenia Kościołów, Sztuki Sakralnej i Dewocjonaliów. Zachęcam do obejrzenia strony Targów Kielce informującej o imprezie. Można się z niej dowiedzieć na przykład o „prezentacji produktów dedykowanych nowoczesnym kościołom” oraz „pokazach mody liturgicznej” (sic!).

„I przyszedł do Jerozolimy. Wszedłszy do świątyni, zaczął wyrzucać tych, którzy sprzedawali i kupowali w świątyni powywracał stoły zmieniających pieniądze i ławki tych, którzy sprzedawali gołębie, i nie pozwolił, żeby kto przeniósł sprzęt jaki przez świątynię. Potem uczył ich mówiąc: «Czyż nie jest napisane: Mój dom ma być domem modlitwy dla wszystkich narodów, lecz wy uczyniliście z niego jaskinię zbójców». Doszło to do arcykapłanów i uczonych w Piśmie, i szukali sposobu, jak by Go zgładzić. Czuli bowiem lęk przed Nim, gdyż cały tłum był zachwycony Jego nauką.”

(Mk 11, 15-18)

A tymczasem PiS pracuje nad ustawą o zakazie handlu w niedziele.

Le clergé

24 Urodziny Radia (pożal się Boże) Maryja (źródło: fakt.pl)

24 Urodziny Radia (pożal się Boże) Maryja (źródło: fakt.pl)

„Z władzą świecką można współpracować, ale wiary należy strzec jak skarbu. Za każdym razem, kiedy przedstawiciele Kościoła wchodzili w zbyt zażyłe stosunki z polityką, dobrze im się wiodło, lecz wiara na tym na ogół cierpiała. Mody polityczne przeminęły, a to, co najważniejsze w wierze Kościoła przetrwało, nawet jeśli się wydawało, że nie ma prawa przetrwać.”

(Damian Mrugalski OP)

Słowa te co prawda padły w kontekście zamierzchłej historii, jednak wydają się nad wyraz aktualne. Jeśli spojrzymy na przykład z historii najnowszej – i nie mam tu na myśli Polski – ale Hiszpanię, która wraz z Irlandią, Maltą i Polską stanowiła jeszcze do niedawna jedną z ostoi wyznania katolickiego w Europie, a w ciągu zaledwie jednego pokolenia zupełnie się zlaicyzowała na skutek zgubnego zaangażowania Kościoła w politykę, można się zastanawiać, czym jest „to, co najważniejsze w wierze Kościoła”.

Ktoś może powie: jakość kosztem ilości. Zgoda, to może być oczyszczające doświadczenie dla Kościoła w Polsce. Pod warunkiem, że taka zmiana jakościowa w pierwszej kolejności nastąpi pośród kleru. Przy obecnej znikomej liczbie powołań i przepychaniu kleryków na siłę przez kolejne lata seminarium; przy biskupach, którzy chętnie mówią, ale rzadko słuchają nawet papieża, a co dopiero wiernych; przy akceptowaniu przez duchowieństwo księży-pedofilów, księży-alkoholików, księży-z-kochankami, księży-rasistów, a nade wszystko księdza-który-prowadzi-rozgłośnię-radiową-szerzącą-podziały-w społeczeństwie – nie wydaje się to prawdopodobne. Chociaż – kto wie? Może ostatecznie ten fatalny flirt z PiS-em znacząco poprawi stan duchowości stanu duchownego?