Pendant le sommeil…

W nocy mąż wstaje przewijać maleństwo, po czym oddaje je mi do karmienia, a sam wraca do łóżka. Ze względu na bardzo dokuczliwe kolki nasze młodsze dziecię akceptuje jedynie karmienie na siedząco, więc przystawianie do piersi leżąc i na wpół śpiąc – jak to się odbywało przy starszym synku – nie wchodzi w grę. Czekam więc najpierw, aż maluch się naje, potem przytulamy się trochę aż mu się odbije, odkładam go do łóżeczka najdelikatniej jak potrafię (ma bardzo czuły detektor odkładania!), i wreszcie ja też mogę ponownie zasnąć. Oczywiście nie raz przespałam już część nocy na fotelu do karmienia.Trudno oprzeć się pokusie przymknięcia powiek, kiedy wtulony we mnie ciepluszek oddycha mi równomiernie na szyję i posapuje przez sen. Na szczęście fotel nie jest przesadnie wygodny, więc najpóźniej po godzinie budzi mnie ból karku.

Wczoraj w nocy mąż po raz kolejny przewinął synka, oddał go w moje ręce, a sam udał się w objęcia Morfeusza. Nakarmiłam małego, ululałam, odłożyłam do łóżeczka i już, już zapadałam w sen, kiedy tuż obok rozległo się gromkie chrapanie. Szturchnęłam męża znacząco, na co on zerwał się z łóżka jak oparzony, po czym rzucił się do przewijania naszego dopiero co przewiniętego, i pogrążonego w głębokim śnie, maleństwa. Byłam tak rozbawiona, że prawie odechciało mi się spać. Po minucie nieopanowanego chichotania w poduszkę, zasnęłam jak zabita.

La plaisir

Bycie matką jest niezwykle fizycznym doznaniem. Od pierwszych odczuwalnych ruchów dziecka wewnątrz własnego ciała, poprzez poród, a potem karmienie piersią jest to wręcz organiczny (niekoniecznie zawsze przyjemny) kontakt z dzieckiem.

Wielką przyjemność sprawia mi zapach moich dzieci. Dotyk ich aksamitnie gładkiej skóry. Delikatne jak puch włoski. Ciepło ich małych, przytulonych do mnie ciałek – tak rozczulająco ufnych we śnie. Równomierny, spokojny oddech na mojej szyi. Mała rączka w mojej dużej dłoni.

La jeunesse

Cytat dnia:

„Wiemy, że osiemdziesięciopięcioletni berlińczyk w ciągu sześciu miesięcy nauczy się chińskiego – pod warunkiem, że jego emocjonalne centra zostaną aktywowane. Stanie się tak na przykład wtedy, gdy zakocha się w młodej siedemdziesięcioletniej Chince.”

Gerald Hüther

Si mes yeux ne me trompent pas

Wzrok małego człowieka zwrócony jest do wewnątrz. Niby patrzy, ale nie widzi. Wsłuchuje się w bogactwo dźwięków, które nieustannie mu towarzyszą. Bicie swojego serca. Bulgotanie w żołądku. Oddech. Pulsowanie krwi. Nagle skupia wzrok i rzeczywiście widzi mnie, kiedy się nad nim pochylam. Nawiązuje kontakt wzrokowy. Uśmiecha się szeroko. Uwielbiam ten moment.

Sacrebleu!

Dzielę się z Wami cytatem, który mnie dzisiaj ubawił:

„(…) Rozumiesz, co to oznacza?

Nie odpowiadała.

-Że przelatuje nad nami klucz wyjątkowo ogromnych bydlaków i każdemu z nich akurat wyjątkowo chce się srać – dopowiedział. – I że całe to gówno spadnie na nasze głowy.

Podniósł się i znów podszedł do książek. Wyciągnął pierwszą lepszą, spojrzał na okładkę, a potem odłożył wolumen na miejsce. Odwrócił się do Seydy.

-Kurwa mać – skwitował.

Trudno było polemizować z tą oceną sytuacji.”

Remigiusz Mróz, „Wotum nieufności”

Fauteuil roulant

Będąc na spacerze z dziećmi spotkałam ciężko chorego mężczyznę na wózku inwalidzkim. To spotkanie zrobiło ogromne wrażenie na W., który jeszcze nigdy nie widział takiej osoby. Tego samego dnia wieczorem, po bajeczce na dobranoc zapytał mnie swoim słodkim głosikiem:

- Mamo, a co ten pan miał chorego, że był na wózku inwalidzkim?

- Chyba nóżki. – Odpowiedziałam niepewnie.

- A jak sobie trochę na tym wózku posiedzi, to już mu nóżki wyzdrowieją! – Radośnie stwierdził, bardziej niż zapytał, synek.

- Hmmm… Nie jestem tego taka pewna. – Westchnęłam, wahając się ile prawdy mogę mu powiedzieć. – Czasami, jak ktoś jest bardzo chory, to nawet wózek inwalidzki nie pomoże.

- To wtedy trzeba zadzwonić po karetkę! – Zdecydował po dłuższej chwili namysłu.

- Tak myślisz? – Grałam na czas. – Właściwie to karetkę się wzywa do nagłych przypadków.

- Na przykład do wypadków drogowych! – Dorzucił z entuzjazmem nasz motomaniak.

- No właśnie. – Skwitowałam z ulgą, że kończymy już rozmowę.

- Temu panu wyzdrowieją nóżki. – Oświadczył synek z nowo odzyskanym przekonaniem (skąd? jak? dlaczego?) – Pojeździ trochę na wózku i już będzie zdrowy.

- Emm… Wiesz… Może…

- Jak następnym razem go spotkamy na spacerku, to będzie sobie szedł na nóżkach. I nie będzie już na wózku! – Coraz bardziej rozkręcał się W.

- Może tak się zdarzyć. – Skapitulowałam pod naporem jego radości z wyobrażonego ozdrowienia. – Kocham cię, synku.

Tu, toi…

Nasz starszy syn, od kiedy tylko zaczął dość sprawnie posługiwać się – niełatwą bądź co bądź – polszczyzną, czyli bez mała od 1,5 roku, upodobał sobie posługiwanie się drugą osobą liczby pojedynczej w odniesieniu do własnej osoby. Tak więc zajadając się ulubionym owocem stwierdzał: „Lubisz arbuza!”, bawiąc się samochodzikami wołał: „Jedziesz do Afryki!”, a na placu zabaw nieumyślnie wprowadzał dzieci w błąd pytaniem: „A gdzie jest twoja mamusia?”.

Początkowo uznaliśmy, że nie ma sensu go zniechęcać do nauki mówienia już na starcie, zwłaszcza, że jak na swój przedział wiekowy był (i nadal pozostaje) nad wyraz rozwinięty językowo, ze słownictwem obejmującym np. żararakę i dyfuzję. Później nawet nas te przejęzyczenia bawiły, w końcu zaczęliśmy go poprawiać, choć niezbyt nachalnie. Możecie więc wyobrazić sobie moje zdumienie, kiedy właśnie dziś ni z tego, ni z owego synek wypalił: „Nie chcę nektarynki!”.

Najpierw myślałam, że słuch mnie myli, ale po chwili znów padło zdanie w pierwszej osobie, i znów, i znowu. W końcu przyjęłam do wiadomości, że to nie omamy słuchowe spowodowane chronicznym niedoborem snu i wykrzyknęłam: „O, synku! Jak ty dzisiaj ładnie mówisz!”, na co odparł z dumą niczym reinkarnacja Nietzschego z postulatem nadczłowieka na ustach: „Kiedyś mówiłem „ty”, a teraz mówię „ja”". Wiedziona ciekawością nie zdołałam się powstrzymać przed pytaniem: „Co się stało, że dzisiaj postanowiłeś tak mówić?”. Wygłoszona bez cienia wahania odpowiedź brzmiała: „Bo chciałeś”.

Mam ogromne szczęście: otaczają mnie dobrzy ludzie.

Od kiedy urodził się nasz drugi syn codziennie ktoś życzliwy się do mnie odzywa, chociażby po to, żeby powiedzieć „cześć” i życzyć mi dobrego dnia. Znajomi wpadają z zakupami, albo z obiadem. Młode mamy z sąsiedztwa pożyczają mi akcesoria niemowlęce i ciuszki. Po wpisie o pociętej kartce dostałam nowe kartki z gratulacjami i kwiaty. Zaskoczyło mnie to morze dobroci pośród którego się nagle znalazłam i właściwie czuję się zawstydzona, że nie doceniałam mojego otoczenia – i że może sama nie byłam aż tak dobrą przyjaciółką w potrzebie dla innych. Zawsze kiedy myślę, że już rozgryzłam tę ludzką zagadkę, wydarza się coś, co zupełnie mnie zaskakuje… I całe szczęście!

Ça ne sera rien!

Nasz trzyletni synek już od progu wołał dziś do wracającego z pracy taty:

- Tato, pobaw się ze mną!

- Dobrze synku, muszę się najpierw przebrać w domowe ubrania.

Kilka minut później, gdy usiedliśmy z mężem przy kawie, mały W. ponowił prośbę.

- Tato, pobaw się ze mną!

- Chwileczkę, dopiero wróciłem z pracy. Daj mi chwilę odpocząć…

- Tato, chodź do mojego pokoju i się ze mną pobaw! – Powtarzał raz po raz W. ponaglającym tonem, kiedy nagle nasz niemowlak zaczął płakać, więc mąż wziął go na ręce. Starszy synek stanął na środku kuchni, załamał ręce teatralnym gestem i oświadczył:

- No i nici z zabawy!

Le bonheur

Czym jest szczęście? Jak jednoznacznie stwierdzić, że ten człowiek jest, lub nie jest, szczęśliwy? Mądrzejsi ode mnie łamali sobie nad tym głowę jeszcze w starożytności.

Nie jeżdżę na zagraniczne wyprawy, nie robię kariery, nie mam milionów na koncie, ani sylwetki Anny Lewandowskiej (a to już przecież miesiąc po porodzie!). Co więcej, przez większość czasu jestem niewyspana, chodzę w dresach, bez makijażu, z włosami w nieładzie i usiłuję okiełznać noworodka z kolką oraz trzylatka z wielkim buntem, co nadaje moim oczom wyraz lekkiego szaleństwa.

Zdecydowanie nie jest to obraz współczesnej kobiety sukcesu. Pisząc te słowa, widzę słodko śpiącego maluszka, a z drugiego pokoju dobiega mnie głos męża, który czyta bajkę na dobranoc starszemu synkowi. I czuję jak na przekór mojemu dresowi, sterczącej w każdym kierunku czuprynie i plamom ulanego pokarmu na koszulce, wypełnia mnie szczęście.