Sacrebleu!

Dzielę się z Wami cytatem, który mnie dzisiaj ubawił:

„(…) Rozumiesz, co to oznacza?

Nie odpowiadała.

-Że przelatuje nad nami klucz wyjątkowo ogromnych bydlaków i każdemu z nich akurat wyjątkowo chce się srać – dopowiedział. – I że całe to gówno spadnie na nasze głowy.

Podniósł się i znów podszedł do książek. Wyciągnął pierwszą lepszą, spojrzał na okładkę, a potem odłożył wolumen na miejsce. Odwrócił się do Seydy.

-Kurwa mać – skwitował.

Trudno było polemizować z tą oceną sytuacji.”

Remigiusz Mróz, „Wotum nieufności”

Un livre

Cytat na dziś:

„Człowiek w trakcie lektury jest niezgłębioną tajemnicą. Jest tutaj i nie ma go. Jego powłoka materialna znajduje się w sąsiedztwie mojej, ale jego dusz uleciała nie wiadomo dokąd. Ściśle rzecz biorąc, ten człowiek trzyma w rękach klucz do swej tajemnicy. Jeszcze ściślej: trzyma w rękach okno, którym uleciała jego dusza. Aby się dowiedzieć, dokąd uleciała jego dusza, trzeba się dobrać do jego książki.”

Michel Tournier

Le temps

Cytat dnia:

„Kiedy patrzyłem na osoby zaczytane tak, że jakby nieobecne, często wydawało mi się, że otacza je jakiś inny czas, czas spoza czasu. Ich umysł związany ze znakową materią książki wytwarzał ‚czas piśmienniczy’, rozszczepiający nurt zwykłego czasu na osobne wątki, przekształcone wedle ponadczasowych, myślowych nawiązań.”

Piotr Matywiecki, „Stary gmach”

L’éducation

W związku ze zbliżającym się wielkimi krokami przyjściem na świat drugiego dziecka w naszej rodzinie, postanowiłam douczyć się w dziedzinie rodzicielstwa. W zasadzie rodzicielstwo to temat, który można zgłębiać całe życie, i moim zdaniem, będąc zaangażowanym rodzicem, tak właśnie należałoby robić.

Swoją drogą, to ciekawe ile godzin i lat poświęcamy na opanowanie, często zupełnie później nieprzydatnej, wiedzy i umiejętności z najróżniejszych dziedzin, a jak niewiele uwagi poświęca się w procesie edukacji kształceniu mądrych, odpowiedzialnych rodziców. Zupełnie jakbyśmy rodzili się wszyscy uzdolnieni do wzięcia na siebie całkowitej odpowiedzialności za bezbronną istotę o ogromnych potrzebach.

źródło: czytam.pl

źródło: czytam.pl

Ale wracając do meritum: czytam właśnie rewelacyjną książkę duetu Adele Faber i Elaine Mazlish (tak, to autorki bestselera „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły.”): „Rodzeństwo bez rywalizacji”. Wcześniej zapoznałam się jednak z poradnikiem osadzonym w typowo polskich realiach, „Zgodne rodzeństwo. Jak wspierać dzieci w budowaniu trwałej więzi” autorstwa małżeństwa, Natalii i Krzysztofa Minge. Pozycja ta reklamowana jest jako „Poradnik, który będzie dla ciebie wsparciem w sytuacjach, w których nawet święty straciłby cierpliwość”. No cóż, ja cierpliwość traciłam podczas czytania tych suchych teorii naszpikowanych błędami stylistycznymi, gramatycznymi i literówkami. Po rodzicach trójki dzieci spodziewałam się większego nacisku na własną praktykę. A te zdania wielokrotnie złożone, w których nikt nie panuje już nad podmiotem i w końcu z rodzica zmienia się on w dziecko lub na odwrót! O ile w tłumaczeniu jestem skłonna przypisać winę za takie wpadki tłumaczowi, ewentualnie korekcie, to przy autorach polskich, którzy na dodatek mają jeszcze na koncie kilka innych poradników, bardzo mnie taka niekompetencja drażni.

Dodajmy do tego wpływy religijne w tekście, który rości sobie prawa do ideologicznej neutralności (Drodzy Państwo! W języku psychologii nigdzie nie znajdzie się tak częstego użycia słowa „latorośl” w odniesieniu do dzieci! A ksiądz, wbrew Państwa radzie, jest akurat ostatnią osobą, do której udam się po pomoc w kwestiach wychowawczych – brak mu wiarygodności, bo albo nie ma własnych dzieci, albo kiepski z niego duszpasterz!) – a otrzymujemy dość ciężkostrawną mieszankę.

źródło: czytam.pl

źródło: czytam.pl

Po tej lekturze z tym większą przyjemnością sięgnęłam po „Rodzeństwo bez rywalizacji”, książkę popartą nie niekończącą się listą bibliografii, ale setkami autentycznych przykładów pozyskanych przez autorki w trakcie wielu lat prowadzenia warsztatów dla rodziców zmagających się z problemami wychowawczymi. Przejrzysty układ treści, przyjazny język, otwartość na inność, brak oceniania – zdecydowanie na plus. Wpadek stylistycznych oczywiście też się nie dało uniknąć (konia z rzędem temu, kto mi wskaże współcześnie wydaną książkę z porządnie zrobioną korektą!), ale jak już wspomniałam, najprawdopodobniej to wina tłumaczenia, a nie oryginału.

W odniesieniu do oczekiwania na drugie dziecko natknęłam się w tym właśnie poradniku na niezwykle obrazowe porównanie uczuć pierwszego dziecka do… A zresztą, przeczytajcie sami:

„Wyobraź sobie, że twój małżonek obejmuje cię ramieniem i mówi: „Skarbie, tak bardzo cię kocham i jesteś taka cudowna, że zdecydowałem się na drugą żonę, podobną do ciebie”.

Kiedy w końcu pojawia się druga żona, zauważasz, że jest bardzo młoda i niezwykle urocza. Gdy wychodzicie gdzieś we trójkę, ludzie uprzejmie się z tobą witają, ale wychwalają pod niebiosa nowo przybyłą: „Czyż nie jest zachwycająca? Witaj, kochanie! Jesteś nadzwyczajna!”. Potem zwracają się do ciebie z pytaniem: „Jak ci się podoba nowa żona?”.

Nowa żona musi się w coś ubrać. Mąż szpera w twojej szafie, zabiera twoje swetry i spodnie i daje tamtej. Kiedy się sprzeciwiasz, zauważa, że te rzeczy są już na ciebie za ciasne, ponieważ trochę przytyłaś, a na tamtą będą pasowały jak ulał.

Nowa żona szybko nabiera pewności siebie. Z każdym dniem wydaje się bardziej bystra i coraz lepiej się na wszystkim zna. Któregoś popołudnia, kiedy z wysiłkiem zgłębiasz instrukcję obsługi nowego komputera, który kupił ci mąż, tamta wpada do pokoju i mówi: „O, mogę spróbować? Wiem jak to zrobić”.

Nie pozwalasz jej, więc biegnie z płaczem do twojego męża. Chwilę potem wraca z nim, na policzkach ma ślady łez. Mąż obejmuje ją ramieniem i pyta ciebie: „Dlaczego nie pozwalasz jej spróbować? Co ci szkodzi? Dlaczego nie potrafisz się dzielić?”.

Gdy pewnego dnia wchodzisz do pokoju, twój mąż i nowa żona leżą razem w łóżku. On ją łaskocze, ona się śmieje. Nagle dzwoni telefon, mąż odbiera. Po chwili mówi, że wzywają go pilne sprawy i natychmiast musi wyjść. Prosi, żebyś została w domu z nową żoną i dopilnowała, żeby tamta dobrze się czuła.”

Prawda, że przytoczone sytuacje zupełnie zmieniają perspektywę?

Le chaos

Cytat na dziś:

„Wszędzie panuje chaos. Ludzie po prostu rzucają się na wszystko w zasięgu ręki: komunizm, zdrową żywność, zen, surfing, balet, hipnozę, terapię grupową, orgie, rowery, zioła, katolicyzm, podnoszenie ciężarów, podróże, ucieczkę od rzeczywistości, wegetarianizm, Indie, malarstwo, rzeźbę, pisanie, komponowanie, dyrygenturę, wyprawy z plecakiem, jogę, kopulację, hazard, alkoholizm, wędrówki bez celu, mrożony jogurt, Beethovena, Bacha, Buddę, Chrystusa, samobójstwo, szyte na miarę garnitury, podróże odrzutowcem do Nowego Jorku, dokądkolwiek… Te fascynacje zmieniają się nieustannie, mijają, ulatują bez śladu. Ludzie po prostu muszą znaleźć sobie jakieś zajęcia w oczekiwaniu na śmierć.”

Charles Bukowski, „Kobiety”

L’excès

„W Tybecie nie chodzi się do lekarza. Zamiast tego się modlimy” – stwierdza jedna z bohaterek książki-reportażu „Jak Eskimosi ogrzewają swoje dzieci? Rodzicielskie przygody z całego świata” autorstwa Mei-Ling Hopgood. Z pewnością wiele osób zripostuje stwierdzeniem, że jest to jedna z przyczyn wysokiej śmiertelności wśród matek i dzieci w tym rejonie świata. A jednak to ciekawe: z taką łatwością uznajemy za głupotę praktykowanie medytacji i zdrowego odżywiania przy pominięciu wizyt lekarskich wśród ciężarnych Tybetanek, ale nikogo nie dziwią fastfoodowe zachcianki i częsta ekspozycja na stres Polskich ciężarnych przy comiesięcznych badaniach ginekologicznych…

Jak już wspominałam, druga ciąża skłania mnie ku głębszemu przeżywaniu więzi z dzieckiem. Nie planuję co prawda medytować podczas składania tysiąca maleńkich papierowych żurawi (jak robią niektóre Tybetanki), mam jednak poczucie większej jedności ze wszechświatem i potrzebę wyrażenia wdzięczności za dobro, które mnie spotkało. A że akurat czytam z dużym zainteresowaniem „Chcieć mniej. Minimalizm w praktyce” Katarzyny Kędzierskiej, zabrałam się do porządków połączonych z wielkim oddawaniem. Niewykluczone, że nagła potrzeba sprzątania wiąże się ze zbliżającymi się nieuchronnie egzaminami końcowymi na studiach („Jak się skupić w takim bałaganie?”). Niektórzy nazwaliby to zjawisko „wiciem gniazda” przed narodzinami potomka. Ja wolę określenie „tworzenie przestrzeni do życia w wolności”.

Nigdy nie byłam typem zbieracza, gromadzącego liczne „przydasie” i robiącego zapasy na wypadek nie-wiadomo-jakiej-katastrofy. Mimo to, po gruntownym przekopaniu swojej szafy spojrzałam ze wstydem na stertę zbędnych ubrań: wystarczyłoby ich, żeby całkowicie zaspokoić potrzeby jeszcze jednej osoby – i to zarówno latem jak i w zimie. Owszem, byłaby to osoba o dość eklektycznym guście i ciągłych wahaniach wagi, ale fakt pozostaje faktem. Szafa bynajmniej nie świeci pustkami. Co za marnotrawstwo zasobów i przestrzeni!

Odrębną sprawą jest, że niechcianych przedmiotów wcale nie tak łatwo się pozbyć. Przekonała się o tym moja dobra znajoma porządkująca rzeczy swojej zmarłej mamy, i druga, która chciała pozbyć się dziecięcych ubranek, niepasujących już na jej pociechę. Obie stwierdziły to samo: w okolicach Poznania musi panować niezwykły dobrobyt, bo domy dziecka, ośrodki pomocy społecznej i tym podobne placówki odmawiają przyjmowania za darmo używanych przedmiotów w dobrym i bardzo dobrym stanie. Oczywiście świadczy to jedynie o niezbyt skutecznej dystrybucji pomocy. Wystarczy rozejrzeć się wokół, by zobaczyć osoby, którym takie rzeczy by się przydały.

W przeszłości wrzucałam nadliczbowe ubrania do pojemników Caritas. Niedawno dowiedziałam się jednak z niemałym zdziwieniem, że Caritas już od kilku lat nie prowadzi zbiórki odzieży na terenie Poznania. Kontenery zostały wykupione przez prywatnego właściciela, a ubrania z nich trafiają na przemiał, za granicę, lub do second handów. Nie dość więc, że nie pomagałam biednym, to jeszcze przyczyniałam się nieświadomie do zysku kogoś, kto na biedę raczej nie narzeka. Poczułam się wykorzystana.

Co więc robić ze zbędnymi rzeczami? Można próbować je sprzedać, ale nie ma co liczyć na wielkie zainteresowanie czy zyski. Można zwyczajnie je wyrzucić, ale ani to ekologiczne, ani pożyteczne. Można kompletnie zagracić mieszkanie, bo przecież „nic nie da się zrobić”. Albo można samemu znaleźć tych, którzy potrzebują pomocy i im ją zaoferować. Ja wybieram ostatnie rozwiązanie. A Wy?

La vie et la mort

Kobieta w ciąży jest bramą pomiędzy życiem i śmiercią. Mam głębokie przekonanie, że nie jest to zbędny patos. Chodzimy po świecie niczym symbole. Z jednej strony nosimy w sobie potencjał życia – jak się przyjęło mówić, „nowe życie”. Z drugiej strony, jak każda żywa istota, nosimy w sobie także potencjał śmierci – tyle, że tym razem zwielokrotniony.

Trudno ustalić jak często dochodzi do poronień. Często dzieje się to na pierwszym etapie ciąży, kiedy matka nie wie jeszcze o zapłodnieniu i odczuwa poronienie jako spóźnioną miesiączkę. A jeśli już wie, w naszej kulturze w dużym stopniu pozostaje to temat tabu. Jak gdyby fakt, że się tego dziecka nie widziało, nie przytulało, a teraz jeszcze się o nim nie mówi, sprawiał, że ból po jego stracie zniknie.

Moja bliska koleżanka ze studiów napisała mi dzisiaj, że poroniła w 14 tygodniu ciąży. Co to oznacza? Po pierwsze górę formalności. Po drugie, ponieważ poronienie nastąpiło przed 16 tygodniem ciąży, od rodziców zależy, czy chcą poznać płeć zmarłego dziecka. I tu następuje procedura, która w cywilizowanym kraju jest nie do przyjęcia: rodzice otrzymują martwy płód, zwany „próbką”, do przechowania przez kilka dni w domowej lodówce, do czasu wykonania badania. Brak mi słów.

Z drugiej strony, każdego dnia około 830 kobiet umiera z powodów powiązanych z ciążą lub porodem (dane wg WHO). Co prawda, 99% tych śmierci ma miejsce w krajach rozwijających się, gdzie nawet dostęp do wody bieżącej w szpitalu nie jest sprawą oczywistą. Natrafiłam niedawno na reportaż BBC obrazujący skalę problemu. Na przykład Kemisa z Ugandy otwarcie stwierdza, że położna na liście zakupów przedporodowych umieściła 10 par gumowych rękawiczek dla lekarza, ale ciężarna kupiła ich tylko dwie. Powód? Na więcej jej nie stać. Za to Ellen z Malawi urodziła dziecko w publicznym ośrodku zdrowia, w którym odbiera się 90 porodów miesięcznie, mimo że nie ma tam wody bieżącej, sprzętu do sterylizacji narzędzi ani prądu. Nadaje to staraniom działającej w Polsce Fundacji Rodzić po Ludzku nieco inny wymiar.

Ale skoro już mowa o Polsce, usłyszałam niedawno smutną historię. Kobieta miała urodzić kolejne już dziecko poprzez cesarskie cięcie. Miała umówioną datę, swojego lekarza, zarezerwowaną salę, przygotowane jednostki swojej grupy krwi. Zabieg przebiegł pomyślnie, dziecko przyszło na świat całe i zdrowe. Z niewiadomych przyczyn matka wykrwawiła się na śmierć. Przy całej nowoczesnej technologii, w sterylnych warunkach, pod okiem wykwalifikowanych lekarzy. Trudno to zaakceptować. A jednak pewne, wcale niemałe, obszary życia pozostają zupełnie poza naszą kontrolą. Życie i śmierć to nadal tajemnica.

Przeczytałam ostatnio świetną książkę Justyny Dąbrowskiej „Nie ma się czego bać. Rozmowy z mistrzami”, która składa się z wywiadów dotyczących przemijania i śmieci. Zastanowiło mnie, że średni wiek rozmówcy wynosił 80 lat. Tak jakby wcześniej się nie umierało…

Nie chcę kończyć w tym fatalistycznym tonie. Naturalnie większość rodziców oczekuje szczęśliwego rozwiązania i narodzin zdrowego potomka. W zdecydowanej większości wypadków, tak się właśnie dzieje. Myślę tylko, że warto uświadomić sobie od czasu do czasu jakie to ogromne, nieoczywiste szczęście.

Bonne nuit

Po ostatnim wpisie dostałam wiele pytań od zaniepokojonej rodziny i znajomych na temat moich problemów ze snem, więc czym prędzej uspokajam: wszystko jest w porządku. Szczerze mówiąc, kiedy pomyślę o ciążach wielu znanych mi kobiet, jest wręcz rewelacyjnie! Żadnych żylaków, obrzęków, migren, problemów żołądkowych, problemów skórnych, boleści – jest naprawdę wspaniale. Czasem tylko bolą mnie plecy i czasem nie mogę spać w środku nocy, ale to doprawdy niska cena za cud nowego życia!

A skoro rozpoczęłam już temat spania, który jest mi zresztą bardzo bliski, postanowiłam polecić Wam nasze ulubione książeczki do czytania przed snem.

1. Jörg Mühle „Śpij króliczku”, wyd. Dwie Siostry, twarde strony, mały format – w sam raz do dziecięcych rączek

IMG_20170425_192128Przez dłuższy czas był to nasz absolutny numer jeden, czytany co najmniej dwa razy każdego wieczoru. Bohaterem książeczki jest mały króliczek, któremu należy pomóc ułożyć się do snu poprzez proste czynności takie jak „poprawienie” poduszki, „okrycie” kołderką, czy „zgaszenie” światła. Bardzo sympatyczna lektura angażująca dziecko w proces czytania.

2. Sam McBratney „Nawet nie wiesz jak bardzo cię kocham”, wyd. Egmont, miękkie strony, duży format – w sam raz do pokazywania ilustracji w czasie czytania

IMG_20170425_192149Ta pięknie ilustrowana i miła w dotyku książka z 1994 roku od razu wpadła mi w oko. Duży Zając przekomarza się przed snem z Małym Zajączkiem kto kogo bardziej kocha, w prostych słowach ujmując ważne uczucia. Uwaga: ma działanie silnie łzawiące!

3. Przemysław Wechterowicz i Emilia Dziubak „Proszę mnie przytulić”, wyd. Ezop, miękkie strony, duży format – w sam raz do pokazywania ilustracji w czasie czytania

IMG_20170425_191927Mały niedźwiadek i tata niedźwiedź wyruszają na wyprawę przez las, aby przytulić każde napotkane zwierzę – bez względu na jego gatunek, wiek, czy osobowość – i w ten sposób dawać innym radość. Podoba mi się, że autorzy poważnie potraktowali najmłodszych odbiorców i pojawiają się tu słowa, których ze świecą by szukać we współczesnej literaturze dziecięcej, takie jak: wrzosowy miód, piruet, ekscentryczny, wzruszenie, pogrążona w lekturze, konsumpcja, ochoczo, poufałość, oszołomienie, itp. Książka zdobyła Nagrodę Literacką Miasta Stołecznego Warszawy 2014 i została wpisana do Katalogu Białych Kruków 2014.

4. Astrid Desbordes i Pauline Martin „Miłość”, wyd. Entliczek, miękkie strony, duży format – w sam raz do pokazywania ilustracji w czasie czytania

IMG_20170425_192139Mały Archibald (przyznaję, niezbyt popularne imię dla bohatera książeczki dla dzieci!) kładąc się spać, zadaje mamie bardzo ważne pytanie: „Powiedz, mamo, czy będziesz mnie kochać całe życie?” a mama rozwiewa jego wątpliwości, opowiadając w rozczulający i przystępny dla maluchów sposób o rodzicielskiej miłości. Tę pozycję chyba ja lubię nawet bardziej niż mój synek ;-) .

5. zbiór opowiadań różnych autorów „With lots of love at bedtime”, wyd. Little Tiger Press, miękkie strony, duży format – w sam raz do pokazywania ilustracji w czasie czytania

IMG_20170425_191944Pięknie wydana książka anglojęzyczna z uroczymi ilustracjami zawiera cztery opowiadania:

  • o potworach mieszkających pod łóżkiem (które okazują się wcale nie być straszne),
  • o małym kotku szukającym wygodnego miejsca na sen,
  • o psie, który podzielił się swoim ulubionym pluszakiem z młodszymi,
  • o małej myszce i czuwającej nad jej snem mamie.

Aż chce się brać ją w ręce i oglądać! Zobaczcie sami:

IMG_20170425_192043IMG_20170425_192112Życzę wszystkim Wam, i sobie także, dobrych snów!

Le patriotisme

źródło: http://www.superstary.pl

źródło: http://www.superstary.pl

W związku ze zbliżającymi się świętami wybrałam się na pocztę, żeby kupić kartki. Przywykłam już do tego, że poczta nie spełnia jedynie prostej funkcji przyjmowania i dostarczania przesyłek: można na niej także wziąć kredyt, zapłacić rachunki, czy kupić nie tylko kartki i znaczki, ale także drobną przekąskę, portfel, latarkę, grę planszową, czy tak niezbędny produkt pierwszej potrzeby jak poradnik z cyklu „Jak żyć?”. (Nie należy przy tym wyciągać pochopnego wniosku, że skoro poczta poszerza swoją ofertę, to z nienagannie wywiązuje się ze swoich podstawowych zadań.) Tym razem jednak moim oczom ukazał się widok z rodzaju „i śmieszno i straszno”, a mianowicie zestaw książek dla dzieci, których tytuły prezentuję poniżej:

„Księga małego patrioty” (+ quiz patriotyczny +zawieszka – orzeł małego patrioty),

„Poczet polskich patriotów dla dzieci”,

„Księga patrioty: historia, teksty, nuty”,

„Kolorowanki patriotyczne”, do wyboru:

  • piękne polskie krajobrazy,
  • najpiękniejsze polskie miasta,
  • polskie zamki i pałace.

Kto indoktrynuje własne dzieci takimi publikacjami?!

Może wrażenie byłoby większe, gdyby nie to, że od jakiegoś czasu na bilbordach pojawiają się informacje o nowych polskich produkcjach filmowych, takich jak „Wołyń”, „Smoleńsk”, „Historia Roja”, czy „Wyklęty”, a politycy pewnej partii wycierają sobie gęby słowami „Polska”, „Polacy”, „polskość” i „patriotyzm”, co jakiś czas podpierając się cytatami z „naszego” papieża, Jana Pawła II.

Słowo daję, kiedy słyszę po raz kolejny hasło „żołnierze wyklęci”, nóż mi się otwiera w kieszeni. Bynajmniej nie dlatego, że brak mi szacunku do polskiej kultury i historii – wręcz przeciwnie. Czuję frustrację i rozgoryczenie spowodowane faktem, że jedno stronnictwo polityczne rości sobie wyłączne prawo do polskości, wykluczając tym samym z niej wszystkich o odmiennych poglądach. Nachalna propaganda jarmarcznego patriotyzmu obrzydza mi wszystko, co nieudolnie usiłuje promować.

To straszne, że rząd zamiast kreować naszą przyszłość (emerytury, deficyt budżetowy) koncentruje się na kształtowaniu naszej przeszłości (kto był bohaterem, a kto zdrajcą). To prawda, że historię piszą zwycięzcy, jednak od kogoś, kto tak często się odnosi do wartości katolickich, można by oczekiwać nieco więcej szczerości. Jak można tak kupczyć dwiema wzniosłymi wartościami: miłością do Boga i ojczyzny? Jak można wykorzystywać UNIWERSALNE ideały do dzielenia społeczeństwa? W rzeczywistości chodzi jak zwykle o władzę i pieniądze, a cała ta indoktrynacja ma tylko jeden cel: przekonać nas, że jeśli nie głosujemy na PiS, nie jesteśmy patriotami ani dobrymi katolikami. Ale, czy po tym, jak już zostaliśmy nazwani obywatelami drugiego sortu robi to jeszcze na kimś wrażenie?

Na wystawie po drugiej stronie poczty wystawiono całe serie książek z cyklu:

„Potrawy siostry Marii”,

„Ojca Grande przepisy na zdrowe życie”,

„Przepisy siostry Anastazji”.

W rzeczy samej, esencja polskości: Bóg, honor ojczyzna. Już teraz dostępna na najbliższej poczcie za jedyne 9,99 zł. I z zawieszką – orłem małego patrioty, gratis.

Vive l’art!

vqGWbxJd

Kiedyś moja bliska znajoma, która z wykształcenia jest psychologiem, w następujący sposób opisała różnicę między wychowaniem w społeczeństwie amerykańskim, a wychowaniem w społeczeństwie polskim:

„Jeśli dziecko w Stanach narysuje różowego słonia, nauczyciel powie: ‚Świetnie, jaki piękny słoń!’. Jeśli dziecko w Polsce narysuje różowego słonia, nauczyciel powie: ‚Słonie nie są różowe tylko szare.’”

Ten opis natychmiast przyszedł mi do głowy, kiedy podczas zajęć w klubie malucha prowadząca skomentowała rysunek jednej z dziewczynek: „A dlaczego zamalowałaś chłopca całego na czarno? Gdyby to był niedźwiedź, to mógłby się schować za krzakami, ale przecież ten chłopiec płynie łódką i tam nie ma krzaków!”. Innym razem ta sama osoba na widok czerwono-pomarańczowego bałwana na rysunku stwierdziła, że ten bałwan na pewno napił się soku marchewkowego, bo przecież bałwany są białe.

Nie chodzi tu o napiętnowanie konkretnego człowieka, bo wierzę, że jej intencje były jak najlepsze. Tak została wychowana, przyjmuje takie podejście jako naturalne. Jednak zbyt często dorośli wychodzą z założenia, że dzieci należy poprawiać – także w momencie swobodnej zabawy – że ingerencja i ocena dorosłego jest tu w ogóle potrzebna. Garść uznawanych powszechnie za oczywiste przykładów, pierwszych z brzegu:

Słońce ma być żółte, chmurki niebieskie, trawa zielona. Postacie nie powinny wisieć w powietrzu, trzeba im narysować jakąś podłogę. Nie wolno wyjeżdżać za linie. Odrysowywanie szablonów zanim dziecko nauczy się samodzielnie rysować to świetny pomysł. Na rysunku powinny być zachowane odpowiednie proporcje. Dziecko należy zapytać co przedstawia jego rysunek (rysunek ZAWSZE ma coś przedstawiać), a następnie pochwalić.

A teraz, w ramach ilustracji, bezcenne dzieła kilku uznanych na całym świecie artystów:

PicassoGuernica

Pablo Picasso, „Guernica”

Salvador-Dali-Kuszenie-św.-Antoniego-1946-r. (1)

Salwador Dali, „Kuszenie św. Antoniego”

marc-chagall-ja-i-wies

Marc Chagall, „Ja i wieś”

No.-5-1948-de-Jackson-Pollock-thumb-800x475-49647

Jackson Pollock, „Nr 5″

The_Scream-277x350

Edvard Munch, „Krzyk”

Piet_Mondrian_-_Composition_No._III,_with_red,_blue,_yellow_and_black,_1929

Piet Mondrian, „Kompozycja nr III. Czerwony, niebieski, żółty i czarny”

Czy wyobrażacie sobie, żeby ktoś powiedział do Picassa: „Oooo, bardzo ładnie. A może następnym razem spróbujesz użyć więcej kolorów? I postarasz się, żeby wszystkie postacie miały wszystkie części ciała?”?

Dziecko rysuje, bo ta czynność sprawia mu przyjemność. Nie stara się (i nie musi!) odwzorować rzeczywistości, a rysunek może być zbiorem kresek i kółek. Wszelkie komentarze ze strony dorosłych – jak to w zabawie – psują przyjemność z nieskrępowanej formy wyrażania siebie. Jak byście się czuli tańcząc do ulubionej piosenki w pustym pokoju, gdyby nagle okazało się, że ktoś Was obserwuje i na koniec stwierdza: „Bardzo ładnie, ale mógłbyś jeszcze trochę popracować nad pracą rąk!”?

Drodzy rodzice i nauczyciele: my i tak mamy nad dziećmi ogromną przewagę! Nie musimy na każdym kroku jej podkreślać. A swoją drogą, kiedy ostatnio SAMI coś namalowaliście (odrysowywanie od szablonu się nie liczy!), że wchodzicie w rolę ekspertów?

Wszystkim zainteresowanym nieskrępowaną zabawą malarską polecam serdecznie książkę Arno Sterna „Odkrywanie śladu”, w której można przeczytać m.in.:

„To, co indywidualne dla danego dziecka, zostaje poddane nieuzasadnionej ocenie, a z drugiej strony to, co zostało mu wpojone, jest mu obce. Nie ma się zatem co dziwić, że zniechęcone i zrezygnowane dziecko poddaje się władzy dorosłego, posłusznie wykonuje polecenia, a potem żywi nadzieję na dobrą ocenę. To, co cenne, zostało w nim zniszczone i w konsekwencji zanika.”

i dalej:

„Dzisiaj nawet już małe dzieci stoją beznamiętnie przed kartką papieru i nie wiedzą jak sensownie zacząć. Jest to widok bardzo przygnębiający. Przyzwyczajone do wykonywania poleceń, analizują czy czynność jest warta nagrody. Zamiast wszystkie doświadczenia, liczne spotkania i ciągłe badanie świata, tak przecież typowe dla dzieciństwa, zamienić w zabawę i przeżyć na nowo na przestrzeni kartki, tworząc konkretną ilustrację, zastanawiają się nad wpojonymi im pojęciami teoretycznymi z lekcji wychowania przez sztukę. Rysują serię kilku figur geometrycznych i myślą, że w ten sposób stworzyły dzieło sztuki.”