Mam ogromne szczęście: otaczają mnie dobrzy ludzie.

Od kiedy urodził się nasz drugi syn codziennie ktoś życzliwy się do mnie odzywa, chociażby po to, żeby powiedzieć „cześć” i życzyć mi dobrego dnia. Znajomi wpadają z zakupami, albo z obiadem. Młode mamy z sąsiedztwa pożyczają mi akcesoria niemowlęce i ciuszki. Po wpisie o pociętej kartce dostałam nowe kartki z gratulacjami i kwiaty. Zaskoczyło mnie to morze dobroci pośród którego się nagle znalazłam i właściwie czuję się zawstydzona, że nie doceniałam mojego otoczenia – i że może sama nie byłam aż tak dobrą przyjaciółką w potrzebie dla innych. Zawsze kiedy myślę, że już rozgryzłam tę ludzką zagadkę, wydarza się coś, co zupełnie mnie zaskakuje… I całe szczęście!

La pharmacie

W aptece wymieniłam całą listę dziecięcych produktów dla naszego malucha, po czym w końcu, po dłuższej chwili milczenia wymruczałam pod nosem, że potrzebuję czegoś na hemoroidy.

- Karmi pani piersią?

-Tak.

Farmaceutka pogmerała chwilę w szufladzie, po czym wyjęła małe opakowanie i wręczyła mi je z uśmiechem.

-Proszę, mi pomogło po porodzie.

A widząc moją zmieszaną minę dodała:

-To bardzo częste powikłanie.

I dorzuciła mi do reklamówki z zakupami kilka darmowych próbek.

La beauté

Rozmawiałam niedawno z koleżanką ze studiów (w tym miejscu chciałabym bardzo podziękować całej braci studenckiej, która nieustannie do mnie dzwoni i sprawdza, „czy to już”, to bardzo miłe!), która stwierdziła, że dobrze się trzymam w ciąży. Odpowiedziałam jej bez ogródek, że gdybym była przed ciążą jakąś wielką pięknością – powiedzmy zawodową modelką, albo Miss Universe – z całą pewnością byłoby mi znacznie trudniej znosić wszystkie te zmiany. Tu mi puchnie, tam się rozciąga, w ubrania się nie mieszczę, czyli ciążowy standard. Ponieważ zawsze uważałam się za całkiem zwyczajną dziewczynę, przyjmuję tę metamorfozę z dużym dystansem i spokojem. Na pewno nie jestem zachwycona rozstępami, czy tak widoczną siecią żył, że mogłabym służyć jako żywy model anatomii, ale też nie mam zamiaru z ich powodu tracić dobrego nastroju. Koleżanka wyraźnie była zaskoczona takim tokiem rozumowania i podsumowała krótko:

„Ale sobie dowaliłaś!”

Nie uważam jednak wcale, żeby moje słowa były dla mnie w jakikolwiek sposób uwłaczające. Na świecie jest wiele oszołamiająco pięknych kobiet. Podejrzewam, że kobiet naprawdę szczęśliwych jest znacznie mniej. A moim celem jest właśnie być szczęśliwą.

Przeczytałam kiedyś (gdzie? kiedy? może ktoś z Was skojarzy ten cytat?), że nie ma nic smutniejszego niż widok starzejącej się piękności, która nigdy nie musiała ćwiczyć się w błyskotliwości, poczuciu humoru, czy elokwencji, żeby zwrócić na siebie uwagę otoczenia. Nagle traci swój największy atut i czuje, jak grunt usuwa jej się spod nóg.

Co prawda jestem w stanie wyobrazić sobie wiele smutniejszych widoków, chociażby głodujące dzieci, ale zgadzam się, że piękno jest w naszej kulturze przereklamowane. Wielka uroda to niczym niezasłużony prezent, który często w pewien sposób upośledza swojego posiadacza. Już małe dzieci bardzo szybko uczą się, że nierzadko wystarczy zrobić słodką minkę, żeby osiągnąć sukces. A jeśli ktoś przez długie lata funkcjonuje na tej zasadzie, trudno mu pogodzić się z faktem, że życie odciska na nas swój ślad, a czas pędzi nieubłaganie.

Czasem mam wrażenie, że ten cały pęd do zabiegów kosmetycznych, siłowni, SPA, zdrowej żywności, chirurgii plastycznej, itp. ma na celu dobrze nas zakonserwować do grobu. Tu się zaszpachluje, tam się wyklepie, i będziemy wszyscy jednakowi: gładcy i nijacy niczym lalki barbie. Przykro patrzeć na naciągnięte twarze celebrytów, którzy za wszelką cenę chcą pozostać nietknięci życiem, którym żyją.

„Starość to nie jest wiek dla smarkaczy”, stwierdza jedna z postaci w książce „Tato” Williama Warthona, i ja się z tym zgadzam.

L’art minimal

Wszystko wygląda inaczej, gdy dodamy odrobinę serca.

Wszystko wygląda inaczej, gdy dodamy odrobinę serca.

Triduum Paschalne już rozpoczęte, a więc większość z nas, zwykłych zjadaczy chleba, nadal znajduje się na etapie przygotowań do świąt. Choć w zasadzie powinniśmy już koncentrować się na przeżywaniu Misterium Odkupienia, ktoś przecież musi posprzątać, upiec świąteczne baby i pomalować pisanki. Ale nikt nie powiedział, że muszą to być bezrefleksyjne, żmudne czynności. Dziś chciałabym zaproponować Wam sztukę minimalizmu w przedświątecznym wydaniu.

Kiedy byłam mała, generalne porządki wiosenno-wielkanocne wydawały mi się zupełnie pozbawione sensu. „Przecież zaraz przyjdą goście i cała praca pójdzie na marne!” – tak w wielkim skrócie wyglądało moje podejście do tematu. Teraz, kiedy prowadzę własny dom, sprawy przedstawiają się zgoła inaczej. Sądzę, że te porządki mają swoje uzasadnienie, którym jest… Robienie w swoim życiu miejsca dla drugiego człowieka. I nie chodzi mi o to, że jak sprzątnę ubrania rzucone na fotel, to ciocia Gienia będzie miała gdzie usiąść jak przyjdzie w odwiedziny (chociaż to, naturalnie, też prawda).  Mam raczej na myśli zrewidowanie swojego trybu życia.

Czego w moim życiu jest za dużo? Jako kobieta, puch marny, często stwierdzam, że: ubrań, kosmetyków, torebek… Czy aż tyle ich potrzebuję? Zdecydowanie nie! Nie dość, że nie potrzebuję, nawet nie jestem w stanie z nich wszystkich skorzystać. A przecież wokół mnie są tacy, którzy mają za mało. Szybki przegląd czego nie założyłam ani razu w ciągu ostatniego roku, czy dwóch, pozwala mi zazwyczaj uzyskać sporą stertę rzeczy do oddania. To samo dotyczy książek, których tytuły wydawały się zachęcające w momencie kupowania, ale zawartość mnie nie porwała. Zabawek, z których synek wyrósł. Nietrafionych prezentów. Po co to wszystko gromadzić?

Żyjemy w świecie nakręcanym przez marketing, który chce nam wmówić, że do szczęścia potrzebujemy ciągle więcej coraz nowszych przedmiotów. Myślę, że w dobie rozwoju idei współużytkowania, która w Polsce propagowana jest głównie przez inicjatywy typu BlaBlaCar, jesteśmy gotowi żyć bardziej świadomie. Nie dzielić się z innymi tylko wtedy, kiedy nasze rzeczy nadają się już właściwie do wyrzucenia bardziej niż oddania. Dobrowolnie narzucić sobie pewne ograniczenia po to, żeby doświadczać więcej i prawdziwiej. Skupiać się na tym, co rzeczywiście istotne. Przestać wreszcie patrzeć na koniec własnego nosa, przesunąć się i zrobić miejsce dla innych. I czerpać z tego ogromną radość.

Tyle tytułem orędzia wielkanocnego z mopem pod pachą. Życzę Wam radosnych, sensownych świąt Zmartwychwstania Pańskiego!

Pisanki zrobione wspólnymi siłami z synkiem - czysta przyjemność! (No, może z tą "czystą" to przesadziłam...)

Pisanki zrobione wspólnymi siłami z synkiem – czysta przyjemność! (No, może z tą „czystą” to przesadziłam… Powinniście zobaczyć nasze ręce!)

Être maman

źródło: http://www.momjunction.com

źródło: http://www.momjunction.com

Tak sobie pomyślałam, że w świetle niedostatku pozytywnego przekazu o aktywnej ciąży, o wczorajszym temacie warto napisać z odmiennej perspektywy. Wczoraj pisałam o tym, dlaczego warto studiować będąc mamą. Temat na dziś: egoistyczne pobudki, dla których warto mieć dzieci (niekoniecznie na pierwszych studiach, chociaż… Znam takich, którzy mieli na tym etapie swojego życia taką na przykład mnie, i sobie chwalą ;-) ).

Zdrowy tryb życia (z niewiadomych przyczyn zwany przez niektórych Polaków lifestylem)

Pobudka skoro świt, chodzenie spać z kurami, popołudniowa drzemka, codzienny spacer i wysiłek fizyczny, regularne pory posiłków, zdrowa żywność, picie wody w dużych ilościach, brak ekspozycji na papierosy i alkohol, kremy z filtrami przeciwsłonecznymi… Brzmi znajomo? Nie? To znak, że nie jesteś rodzicem! Dzieci bardzo pomagają dbać o zdrowie. Nie, żeby nie dało się dbać o zdrowie nie posiadając dzieci, jednak wewnętrzna motywacja znacznie wzrasta, gdy trzeba świecić przykładem.

Ćwiczenia z kreatywności

Rodzice muszą zmierzyć się z całą gamą wyzwań nieznanych ludziom bezdzietnym, nierzadko zupełnie abstrakcyjnych. Przykłady? Proszę bardzo. Obiad na ścianie, rysunki kredką na ścianie, kupa na podłodze, piasek w oczach, plastikowe zabawki dorzucone do prania, program prania zmieniony w trakcie cyklu na zupełnie nieodpowiedni dla tkanin w bębnie pralki (jak? JAK?!),  jeden z nowiuteńkiej pary butów dryfujący w pobliskiej sadzawce (nie pytajcie…), ogromna plama na świątecznym ubranku tuż przed wielkim wyjściem – to wszystko rzeczywiste sytuacje!

„I co teraz, mamo?”, pytają wielkie, ufne oczy dziecka. I oczywiście mama musi znaleźć sposób, bo któż inny? Mój syn, gdy coś zepsuje – co by to nie było – przynosi mi zepsuty przedmiot, wraz z taśmą klejącą i nożyczkami. Taka jest wiara dziecka w moc naprawczą mamy.

Bywają też przyjemniejsze ćwiczenia: wspólne lepienie z ciastoliny, malowanie, tworzenie kostiumów z niczego, wymyślanie zabaw. Ale spójrzmy prawdzie w oczy, w porównaniu z tymi powyżej, to żadne wyzwanie ;-) !

Ćwiczenia z myślenia filozoficznego

Cytaty z pierworodnego:

„A dlaczego?” (Stosowane jako przerywnik, niezależnie od kontekstu, np.:

„A dlaczego Słońce świeci? (I natychmiast po uzyskaniu odpowiedzi) A gdyby nie świeciło, to…?”

„A dlaczego to jest chłopiec? (I natychmiast po uzyskaniu odpowiedzi) A gdyby miał waginę, to…?”

„A dlaczego ten samochód tu stoi?”.)

(tonem odkrywcy) „Wózek widłowy… To się rymuje z „wózek widłowy”!”

„Citroen jeździ szybko. Bo jakby jeździł powoli, to by się nie nazywał „Citroen”, tylko… Mamo, jaki samochód jeździ powoli?”

„Gdyby nie było trawy, to nie byłoby kosiarki. A gdyby nie było kosiarki, to nie byłoby koszenia.”

„To jest tramwaj wysokopodłogowy, bo ma podłogę wysoko, a niskopodłogowy ma podłogę nisko.”

„Mama jest mamą W., tata jest tatą W. … A kto będzie mamą i tatą dzidziusia, którego mama ma w brzuszku?”

„Co to znaczy: „zmartwychwstał”?”

„Czy Pan Jezus mieszka w kościele?”

„Rano, wieczór, we dnie, w nocy, bądź mi zawsze kupo mocy…”

„Módl się za nami grzecznymi, teraz i w godzinie śmierdzi naszej…”

„Mamo, zaśpiewaj mi „Księżycową gruszką”!” (Chodzi oczywiście o „Dobranocka się skończyła”, na koniec 3 zwrotki padają słowa „księżycową dróżką”.).

„Mamo, a jaka była ta piosenka u babci, taka… (Macha rytmicznie głową, ale nie wydaje żadnych dźwięków i autentycznie oczekuje odpowiedzi.)”

Ćwiczenia z optymizmu

Podczas wypakowywania zakupów z torby W. wykrzykuje radośnie: „O, masełko!”, „O, serek!” zupełnie jakby się dobrał do torby św. Mikołaja. Kiedy zza chmury wyłoni się choćby najwątlejszy promień woła: „O, jakie ładne słoneczko! Pójdziemy dzisiaj na spacer!”. Kiedy coś mu spadnie ze stołu, mówi sam do siebie: „To nic, podniosę później”. Podczas spaceru potrafi nie zauważyć samolotu, za to staje jak wryty i woła: „O, jaka mała mróweczka! Musimy ją ominąć, żeby nam nie weszła pod buta. Mamo, uważaj na mrówkę!”. Kiedy się rozbierze do kąpieli, pyta kokieteryjnie: „A co to za śliczny golasek?”.

Witamina M

Przytulanie, buziaki, głaskanie, siedzenie na kolanach, trzymanie za małą, ciepłą rączkę, noski-eskimoski – pełny serwis, o każdej porze dnia i nocy! A do tego tak urocze komplementy jak:

„Mama westchnęła ciepłym słońcem!”

„Mama jest piękna! Ma takie piękne nóżki, i długie włosy…”

„Ładny sweterek!”

Nie mogę się powstrzymać i przytoczę jeszcze całą sytuację podczas jazdy samochodem, gdy ni z tego ni z owego synek wykrzyknął:

-Mama jest najlepsza! – Pękam z dumy, gdy nagle on dodaje – Umie dobrze odkurzać i robi dobre obiadki.

ja (starając się zachować powagę i jednocześnie ukryć rozczarowanie definicją mojego prymatu) – Dziękuję. Ty też jesteś najlepszy.

W. (Milczy zdecydowanie wyczekująco.)

ja (w panice rzucam pierwszą rzecz, jaka mi przychodzi do głowy, czyli najnowszą umiejętność W.) – Umiesz skręcić termos! (sic!)

W. (spostrzegając, że o tacie, który też z nami jedzie, jeszcze nikt nie wspomniał) – I tata też jest najlepszy! Też umie skręcić termos!

Requiem

Croce-Mozart-DetailW ubiegłą sobotę miałam okazję, a zarazem niezmierną przyjemność, wybrać się na „Requiem” Wolfganga Amadeusza Mozarta w wykonaniu studentów oraz wykładowców Akademii Muzycznej im. I.J. Paderewskiego w Poznaniu. Niezwykłe w tym dziele jest to, że Mozart skomponował tę zapierającą dech w piersi mszę żałobną w zasadzie sam dla siebie – nie zdołał jej dokończyć nim zmarł. Zlecenie otrzymał od anonimowej, niezwykle hojnej osoby, która zapłaciła z góry – a będąc ciężko chory, wierzył, że zleceniodawcą była sama śmierć.

W sposób być może najbardziej wymowny, a z pewnością najbardziej dla mnie poruszający, życie i śmierć tego wybitnego kompozytora ukazał w swojej sztuce „Amadeus” Peter Shaffer. Ilekroć zdarza mi się słuchać „Requiem”, mam przed oczami ostatnie sceny spektaklu, w których Mozart umiera w samotności i biedzie, a w uszach rozbrzmiewa mu bogactwo dźwięków „Lacrimosy”.

Ten kontrast (zapewne zresztą przejaskrawiony na potrzeby sztuki) pomiędzy marnością naszego życia a wzniosłością ducha, w moim odczuciu niezwykle trafnie oddaje usposobienie Mozarta. Geniusza, który potrafił ad hoc tworzyć w swoim umyśle zachwycające, rozbudowane utwory doceniane po dziś przez widownie na całym świecie. A jednocześnie rubasznego, nieokrzesanego dziwaka, który w liście z 1777 roku (czyli mając 21 lat) do swojej kuzynki Marianne napisał następujące słowa:

„(…) A teraz muszę opowiedzieć Ci smutną historię, która właśnie mi się przydarzyła. Pisząc w najlepsze, słyszę z ulicy jakiś hałas. Przerywam pisanie – wstaję, podchodzę do okna – i – hałas cichnie – wracam więc z powrotem i siadam do pisania – nie napisałem nawet dziesięciu słów, kiedy znowu słyszę hałas – wstaję – ale kiedy to robię wciąż słyszę coś, choć bardzo słabo – i śmierdzi jakby coś się paliło – śmierdzi wszędzie tam, gdzie pójdę – kiedy wyglądam przez okno, smród znika, a kiedy odwracam głowę do środka, powraca – w końcu Mama mówi do mnie” chyba ci się wypsnęło. – Nie sądzę, Mamo. Tak, tak, jestem tego całkiem pewien, lecz postanawiam sprawdzić: wtykam sobie palec w tyłek, podnoszę go do nosa i… A jednak! Mama miała rację!

Do widzenia, całuję Cię 10000 razy. Na zawsze Twój

Stary Młody Sauschwanz

Wolfgang Amade Rosenkranz

My dwoje, a wokół idioci

Pozdrowienia dla wuja i cioci

Dużo dobrego dla każdego

Pozdrowienia od walenia

Kochać Cię będę aż przyjdzie śmierci chwila

Jeśli pożyję tak długo nie robiąc z siebie debila”

(„Listy niezapomniane, korespondencja godna szerszego grona odbiorców” tom II, zebrał i opracował Shaun Usher – polecam gorąco!)

Jak to możliwe, że tak marne stworzenie jak człowiek może tworzyć z niczego muzykę? Muzykę, której ponad 200 lat po śmierci kompozytora ludzie nadal pragną słuchać? Pozostaje to dla mnie nieodgadnioną zagadką. Jednak gdy konferansjer przy całym zaangażowaniu emocjonalnym wykazuje się fatalną dykcją, gdy widzowie bez żenady robią zdjęcia i nagrania telefonami i nie wiedzą jak zachować się na koncercie – gdy w tym kontekście myślę o liście Mozarta, wydaje mi się, że nie miałby nic przeciwko.

La journée internationale de la femme

„Zwracaj twarz w kierunku słońca, a nigdy nie będziesz widział cienia.”

Helen Keller

Mam bardzo dobrą znajomą, która twierdzi, że nie znam życia. Że zawsze doszukuję się pozytywów tam, gdzie ich nie ma i widzę ludzi lepszymi niż są. Bo wokół rozwody, zdrady, przekręty, a ja uparcie trzymając się swojego pozytywnego myślenia, żyję w mydlanej bańce – pięknej, lecz kruchej.

Ale co ja mogę poradzić w słoneczne dni takie jak ten, kiedy zewsząd atakuje mnie ludzka życzliwość? Kierowcy zatrzymują się na pasach, żeby mnie przepuścić. Właściciele psów pozwalają je pogłaskać. Przypadkowe osoby w windzie i w kolejce wdają się ze mną w rozmowę. Dostaję życzenia z okazji Dnia Kobiet. Przed kwiaciarnią napotykam długą kolejkę mężczyzn pragnących obdarować swoje kobiety kwiatami. Kasjerka nie domaga się brakującego do rachunku grosika, twierdząc, że oddam przy okazji. Ludzie uśmiechają się. Ktoś przytrzymuje mi drzwi, żebym mogła przejść. Ktoś sam z siebie oferuje, że pomoże mi wnieść wózek do tramwaju. W powietrzu czuć wiosnę. Wszyscy mówią „kocham cię”… A nie, to akurat tytuł filmu ;-) .

Może to kwestia bycia z dzieckiem. Albo bycia w ciąży. Albo w ciąży i na dodatek z dzieckiem. A może ludzie po prostu są uprzejmi i mili, a my tego nie dostrzegamy, bo to jest „normalne”, a kiedy ktoś nas zmiesza z błotem to taka sytuacja zapada nam w pamięć na dłużej?

Inna moja dobra znajoma, siedząc uśmiechnięta ze śpiącym niemowlęciem w ramionach pośród kompletnego rozgardiaszu charakterystycznego dla domów, w których mieszkają dzieci, powiedziała lekko podniesionym głosem (ponad odgłosami pracy silnika samochodowego wydawanymi przez nasze pociechy): „Aż głupio coś takiego powiedzieć, ale jestem szczęśliwa. Jest w nas coś takiego, że jak to wypowiem, to może zaraz zniknie, albo ktoś usłyszy i… Prawda?”

Un sourire

nastolatka199-9a38dfefb9add8240a89

Będąc w niedzielę całą rodziną na spektaklu w poznańskim Zamku natknęliśmy się na niezwykle nieuprzejmą panią kasjerkę, która na kasę tego dnia chyba trafiła za karę. A przynajmniej wskazywało na to całe jej zachowanie, ton głosu i postawa. Szkoda miejsca i czasu na pisanie o takich ludziach, jak mówi piosenka Kabaretu Starszych Panów:

„Więc tę pierwszą odłóżmy na bok -

a o drugiej niech toczy się tok”.

Wybraliśmy się dzisiaj z synkiem na zakupy do osiedlowego sklepu z mydłem i powidłem. W zasadzie niby jest to sklep papierniczy, ale jak to bywa na osiedlach, stopniowo poszerzał asortyment o artykuły pierwszej potrzeby: od gumek do włosów i nici, poprzez zabawki, poduszki i gry planszowe aż po portfele, parasole i wreszcie materiały biurowe.

Oczywiście wszystko to stanowi niewyczerpane źródło odkryć dla mojego dwulatka. Zapędził się trochę w swoich poszukiwaniach i wszedł za ladę, skąd pośpiesznie go odciągnęłam w obawie przed reakcją ekspedientki. Ta jednak zamiast nas zganić za brak wychowania zaproponowała „wycieczkę” za ladą. Pokazała nam kasę, wejście na zaplecze i upragnione półki z samochodami, do których tak pchał się mały ciekawski. Na koniec wręczyła mu nawet „bilet” – kolorowy kartonik z narysowanymi zwierzątkami, pewnie z jakiegoś opakowania. Życzliwość tej kobiety rozjaśniła pochmurny dzień małego chłopca, który aż do wieczora opowiadał o swojej „wycieczce”. I coś mi mówi, że nie tylko jego dzień.

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ można by się spodziewać, że kasjerka w CENTRUM KULTURY Zamek wykaże się większą uprzejmością niż sklepowa w małym papierniczym. Drodzy ekspedienci, kasjerzy, recepcjoniści, urzędnicy, doradcy, konsultanci, lekarze, pracownicy banków i urzędów pocztowych! Mam dla Was wspaniałą (acz dla niektórych szokującą) nowinę:

uśmiech nic nie kosztuje!

Mając codziennie do czynienia z mnóstwem ludzi macie niewyobrażalną moc dodawania otuchy, szerzenia optymizmu i pogody ducha. Szkoda byłoby nie skorzystać. Przesyłam Wam piękny uśmiech.

numéro deux

W dniu egzaminu poznałam A.N.

A.N. jest bardzo inteligentną młodą dziewczyną, znakomitą rozmówczynią ze świetnym poczuciem humoru. Czekając przed salą egzaminacyjną szybko nawiązałyśmy kontakt. Ładna, elegancko ubrana, z dobrze dobranym makijażem. Ale to nie jej uroda, i nie jej elokwencja przyciągały uwagę w pierwszej chwili. Tą szczególną cechą była… Normalność? Bezpośredniość? Śmiałość? Odwaga? Szukam odpowiedniego słowa i nie znajduję. Rzecz w tym, że moja nowa znajoma jeździ na wózku inwalidzkim, a jej ciało jest w znacznej mierze zniekształcone. W zasadzie ma w pełni sprawną tylko jedną rękę. Tyle, że ona nic sobie z tego nie robi.

Skończyła studia, teraz podeszła do egzaminu na studia podyplomowe. Pracuje w kilku różnych miejscach. Niedawno otworzyła agencję zajmującą się szkoleniami, np. szkoleniem dla firm z obsługi klienta niepełnosprawnego. Podróżuje. Jest otwarta na ludzi. Ma w sobie mnóstwo energii i radości.

W przerwie pomiędzy egzaminem pisemnym a ustnym wybrałyśmy się do pobliskiego sklepu. Po drodze potrójne przejście dla pieszych. Kiedy byłyśmy jeszcze w pewnej odległości od niego, zapaliły się zielone światła.

-Zdążymy? – Zapytałam niepewnie.

-Pewnie, że zdążymy! – Odparła A.N. rozbawionym głosem, po czym przyśpieszyła do takiego tempa, że ledwo za nią nadążyłam.

Kiedy dotarłyśmy do sklepu natknęłyśmy się jednak na prowadzące do niego dwa wysokie schody. A.N. uśmiechnęła się z wdziękiem.

-Zaczekam na Ciebie tutaj.

To chyba zrobiło na mnie największe wrażenie. Ani słowa narzekania czy protestu. Właściwie przez cały czas naszego spotkania ani razu nie odniosła się do swojej niepełnosprawności, do utrudnień (czy też braku ułatwień) jakie w swoim życiu napotyka. Raz jeden, kiedy oddała swoją pracę pisemną, poprosiła wykładowczynię o otwarcie drzwi do sali, żeby mogła wyjść. W jej głosie nie było ani cienia irytacji czy ponaglenia, a przecież ktoś mógł się domyślić, że sama sobie tych drzwi nie da rady otworzyć.

Kiedy się rozstawałyśmy na przystanku tramwajowym miałam ochotę ją uściskać. Powiedzieć jej, że jest niespotykanie piękną osobą. Że jest taka dzielna. Ale zdałam sobie sprawę, że gdyby była zdrową, nowo poznaną osobą nigdy nie zdecydowałabym się na takie słowa. A ona wkładała tyle pracy w to, żeby postrzegać ją normalnie, na równi z innymi. Moje słowa w jednej chwili zburzyłyby ten obraz. Uśmiechnęłam się więc tylko najbardziej serdecznie jak umiałam i wyraziłam nadzieję, że spotkamy się wkrótce na studiach.

W drodze powrotnej do domu karciłam się w duchu za każdą chwilę użalania się nad sobą.