La jeunesse

Cytat dnia:

„Wiemy, że osiemdziesięciopięcioletni berlińczyk w ciągu sześciu miesięcy nauczy się chińskiego – pod warunkiem, że jego emocjonalne centra zostaną aktywowane. Stanie się tak na przykład wtedy, gdy zakocha się w młodej siedemdziesięcioletniej Chince.”

Gerald Hüther

Sacrebleu!

Dzielę się z Wami cytatem, który mnie dzisiaj ubawił:

„(…) Rozumiesz, co to oznacza?

Nie odpowiadała.

-Że przelatuje nad nami klucz wyjątkowo ogromnych bydlaków i każdemu z nich akurat wyjątkowo chce się srać – dopowiedział. – I że całe to gówno spadnie na nasze głowy.

Podniósł się i znów podszedł do książek. Wyciągnął pierwszą lepszą, spojrzał na okładkę, a potem odłożył wolumen na miejsce. Odwrócił się do Seydy.

-Kurwa mać – skwitował.

Trudno było polemizować z tą oceną sytuacji.”

Remigiusz Mróz, „Wotum nieufności”

Le clergé

24 Urodziny Radia (pożal się Boże) Maryja (źródło: fakt.pl)

24 Urodziny Radia (pożal się Boże) Maryja (źródło: fakt.pl)

„Z władzą świecką można współpracować, ale wiary należy strzec jak skarbu. Za każdym razem, kiedy przedstawiciele Kościoła wchodzili w zbyt zażyłe stosunki z polityką, dobrze im się wiodło, lecz wiara na tym na ogół cierpiała. Mody polityczne przeminęły, a to, co najważniejsze w wierze Kościoła przetrwało, nawet jeśli się wydawało, że nie ma prawa przetrwać.”

(Damian Mrugalski OP)

Słowa te co prawda padły w kontekście zamierzchłej historii, jednak wydają się nad wyraz aktualne. Jeśli spojrzymy na przykład z historii najnowszej – i nie mam tu na myśli Polski – ale Hiszpanię, która wraz z Irlandią, Maltą i Polską stanowiła jeszcze do niedawna jedną z ostoi wyznania katolickiego w Europie, a w ciągu zaledwie jednego pokolenia zupełnie się zlaicyzowała na skutek zgubnego zaangażowania Kościoła w politykę, można się zastanawiać, czym jest „to, co najważniejsze w wierze Kościoła”.

Ktoś może powie: jakość kosztem ilości. Zgoda, to może być oczyszczające doświadczenie dla Kościoła w Polsce. Pod warunkiem, że taka zmiana jakościowa w pierwszej kolejności nastąpi pośród kleru. Przy obecnej znikomej liczbie powołań i przepychaniu kleryków na siłę przez kolejne lata seminarium; przy biskupach, którzy chętnie mówią, ale rzadko słuchają nawet papieża, a co dopiero wiernych; przy akceptowaniu przez duchowieństwo księży-pedofilów, księży-alkoholików, księży-z-kochankami, księży-rasistów, a nade wszystko księdza-który-prowadzi-rozgłośnię-radiową-szerzącą-podziały-w społeczeństwie – nie wydaje się to prawdopodobne. Chociaż – kto wie? Może ostatecznie ten fatalny flirt z PiS-em znacząco poprawi stan duchowości stanu duchownego?

La mère

Dzisiaj niby o czym innym, a jednak o tym samym. Mowa o strachu i straszeniu. A dokładniej o tym, że mam już serdecznie dość sensacyjnych informacji na temat wychowania dzieci, które co rusz pojawiają się w mediach.

Zaczyna się od najprostszych rzeczy. Na przykład takich:

Jeśli kładziesz niemowlę na brzuszku do snu, wzrasta prawdopodobieństwo śmierci łóżeczkowej. Na boku? Dysplazja biodrowa gotowa. Jeśli myślisz, że rozwiązaniem jest kładzenie na plecach, jesteś w błędzie! Chyba, że chcesz, żeby twojemu dziecku się ulało i żeby zakrztusiło się we śnie? Noszenie tez odpada, bo wtedy rozpieszczasz. Słowem – najlepiej gdyby dziecko jak najszybciej opanowało sztukę lewitacji!

I tak na każdym kroku!

Jeśli jesteś zbyt surowa – wychowujesz psychopatę. Jeśli zbyt pobłażliwa – terrorystę. Jeśli szczepisz dziecko, ryzykujesz skutki uboczne na własne życzenie (niektórzy sugerują, że autyzm). Jeśli nie szczepisz, ryzykujesz polio, krztusiec, WZW typu B i wiele innych chorób, którym można przecież było zapobiec. Jeśli przykrywasz dziecko kocykiem, może się w niego zaplątać i udusić. Jeśli pozwalasz mu kąpać się w fontannie, lub basenie wypełnionym piłeczkami, narażasz je na kolonizację bakteriami salmonelli, gronkowca i bakteriami kałowymi.

Spójrzmy prawdzie w twarz: cokolwiek robisz (lub nie robisz), jesteś złą matką i zawsze, ale to zawsze, jest twoja wina.

À propos, przeczytałam niedawno serię artykułów poświęconych zaborczym matkom w majowym numerze miesięcznika „W drodze” (tak, tak, kiedyś może jeszcze uda mi się czytać miesięczniki w miesiącach, w których zostały wydane, ale póki dzieci są małe…). Uderzyło mnie, że na ten temat wypowiedzieli się kolejno: pan profesor (teolog kultury i mediów), mężczyzna opowiadający o swojej zaborczej matce, oraz ksiądz. Nie mam zamiaru występować w roli adwokata toksycznych rodziców (płci obojga), ale wydaje mi się, że brakuje tu kobiecej perspektywy. A gdyby jeszcze nie dość, że kobieta, to jeszcze matka zechciała się wypowiedzieć? Sytuacja ta przywodzi mi na myśl zasłyszane kiedyś zabawne i smutne jednocześnie zdanie, że „grupą, która najchętniej wypowiada się w Polsce na temat seksu i antykoncepcji są mężczyźni żyjący w celibacie”.

Moją szczególną uwagę przykuł ekshibicjonistyczny wręcz artykuł, pod dramatycznym tytułem „Co mi zrobiłaś, mamo”, którego autor opisuje szczegółowo swoje relacje z matką i ich – jak sądzi – dramatyczny wpływ na jego życie. Rozumiem potrzebę uporania się z przeszłością. Nie rozumiem, że 34-letni mężczyzna za swoje życiowe niepowodzenia obwinia matkę, która już dawno przestała mieć faktyczny wpływ na jego losy. Nie rozumiem także, dlaczego nie ma miejsca na tę drugą wersję zdarzeń – wersję matki. Autor rzuca mocne oskarżenia pod jej adresem, opowiada o intymnych wydarzeniach, a przecież ta kobieta ma pewnie jakieś swoje życie i rodzinę, czy znajomych, którzy mogą ten artykuł przeczytać. Czy nie można było inaczej? Porozmawiać, dać szansę coś wyjaśnić, czy chociażby prosić o wybaczenie? Albo napisać anonimowo? Jak na pismo chrześcijańskie, mało to po chrześcijańsku…

Inną kwestią jest opisywanie co też te zaborcze matki robią i jak wpływają na swoje biedne dzieci, bez dotknięcia źródła problemu. Jakie te kobiety miały wzorce w domu? Jakie relacje ze swoimi rodzicami? Jakie wsparcie znajdują w mężach? Nikt z nas nie żyje w próżni.

Nie chodzi o to, że Matka Polka to jest jakaś świętość, i nie wolno jej krytykować. Rzecz w tym, że żeby wypowiadać się na tak trudny temat, przydałyby się solidniejsze podstawy niż obserwacje kogoś, kto nigdy matką nie był i z założenia być nie może (a w dwóch przypadkach z trzech nie jest nawet ojcem). Nie zna uczucia towarzyszącego ruchom dziecka we własnym ciele, bólu i strachu towarzyszącego porodowi, horroru zwanego połogiem, a potem tych nieustających, płynących zewsząd oczekiwań, że z samego tytułu bycia kobietą masz wiedzieć jak postępować z dzieckiem. Wychowujemy dzieci w zupełnie innych czasach, niż lata naszego dzieciństwa i mamy je przygotować na życie w jeszcze innym świecie, którego kierunek rozwoju trudno przewidzieć.

Uważam, że szkoła rodzenia to dobry wstęp.

Podobnie jak poród to zaledwie początek.

Mourir de peur

Natknęłam się dzisiaj na takie słowa:

„Mój ojciec ma prawie 90 lat i uzyskał jako taką równowagę duchową, która pozwala mu zdystansować się do rzeczywistości, ale oglądając telewizję i widząc na przykład dzisiejsze przemarsze ONR-u, mówi: „Pamiętam, że tak samo na mnie krzyczeli, kiedy szedłem do szkoły w latach trzydziestych. Na przykład: Żydy i Beduiny, won do Palestyny”. Życiem tych ludzi rządził strach, którego z niczym nie da się porównać.”

(Monika Sznajderman w wywiadzie dla „W drodze”)

Zastanawiam się jak do tego doszło, że ocalali z obozów zagłady Żydzi znów słyszą w dyskursie publicznym głos młodych osiłków, którzy nie mają zielonego pojęcia o historii (a jeśli mają jakieś pojęcie, to tym gorzej) wykrzykujących antysemickie hasła. Jak to się stało, że pomimo całej ohydy II Wojny Światowej, która nigdy ma się nie powtórzyć, ksenofobia i rasizm znów wystawiają swoje brzydkie łby, by ukazać się nam w pełnym słońcu?

Czasem mam wrażenie, że po jednej i po drugiej stronie wojny polsko-polskiej stoją grupy przerażonych śmiertelnie ludzi. Im bardziej się boją, tym głośniej krzyczą. A im głośniej krzyczą, tym bardziej jest się czego bać.

Un livre

Cytat na dziś:

„Człowiek w trakcie lektury jest niezgłębioną tajemnicą. Jest tutaj i nie ma go. Jego powłoka materialna znajduje się w sąsiedztwie mojej, ale jego dusz uleciała nie wiadomo dokąd. Ściśle rzecz biorąc, ten człowiek trzyma w rękach klucz do swej tajemnicy. Jeszcze ściślej: trzyma w rękach okno, którym uleciała jego dusza. Aby się dowiedzieć, dokąd uleciała jego dusza, trzeba się dobrać do jego książki.”

Michel Tournier

Facebook

Przeczytałam dzisiaj na mamadu.pl artykuł o kobiecie, która umieściła ma Facebooku (zabawne jest swoją drogą, że w dosłownym tłumaczeniu Facebook oznacza „książkę z twarzami”, a użytkownicy portalu zaskakująco chętnie prezentują zupełnie inne części swojego ciała) zdjęcie porodowe: w domu, nago, z nowo narodzonym dzieckiem nadal połączonym z nią widoczną na zdjęciu pępowiną. Bardziej intymnie już się nie da. A może można tę granicę jeszcze przesunąć w jakiś sposób, który nie przychodzi mi teraz do głowy?

Nie odczułam szoku, ani obrzydzenia wyrażonego przez wiele komentujących tę fotografię osób. Pomyślałam: „Tak, tak to właśnie wygląda”. Ale czy sam fakt, że coś jest autentyczne – w opozycji do wyphotoshopowanych, poprawionych skalpelem chirurga i pokrytych grubą warstwą makijażu modelek, które media serwują nam jako „naturalne piękno” – sprawia, że powinniśmy się tym dzielić z innymi? Ja jestem mamą dwójki dzieci, ale są ludzie, którzy dzieci nie mają, albo nie chcą mieć i oni nie mają pojęcia jak fizjologia porodu wygląda. Myślę, że takie osoby mają prawo nie chcieć takich zdjęć oglądać, że w pewnym sensie udostępnianie ich to ekspansywne i agresywne zachowanie ekshibicjonisty.

Poród jest niewątpliwie niezwykle silnym doznaniem zarówno na poziomie fizycznym jak i emocjonalnym. Niemożliwe jest wytłumaczenie komuś jak to jest rodzić. Moja przyjaciółka ujęła to bardzo trafnie słowami: „Nie wiedziałam, że to będzie aż tak…”. Mówi się nawet o „cudzie narodzin”, co nie czyni owego cudu jednak ani odrobinę mniej fizycznym, zwierzęcym, i ani odrobinę bardziej estetycznym.

Osobiście nie zdecydowałam się na fotografowanie porodu i jeśli miałabym ponownie podejmować tę decyzję, pozostałaby taka sama. W żadnym wypadku nie było to podyktowane pruderią – jest to jedna z pierwszych rzeczy, która idzie w odstawkę gdy chce się mieć dziecko: kontrole u ginekologa najpierw co miesiąc, potem co dwa tygodnie, a przy samym porodzie trzech różnych lekarzy płci obojga badało mnie niezależnie od siebie zanim jeszcze w ogóle weszłam na salę porodową. Chodziło o coś innego. To był czas poza czasem, rzecz pomiędzy mną i moim dzieckiem – i nikim więcej. Podczas stosunku też bym się nie fotografowała. To są momenty, kiedy nie powinno się myśleć o tym jak się wygląda, tylko koncentrować się na tu i teraz. Tak sądzę. Ale są przecież ludzie, którzy właśnie lubią robić sobie zdjęcia w łóżku i ich to podnieca. Czy publikowaliby je potem na Facebooku, to już inna sprawa.

Nie mam Facebooka. Zapewniam, że istnieję. Mogę opowiedzieć o moim porodzie (do czego zresztą zbieram się od dłuższego czasu i nie znajduję jeszcze właściwych słów) na swoich zasadach, przemilczając niektóre wątki, uwypuklając inne. Mogę sama kształtować to wspomnienie, interpretować rzeczywistość na własny użytek. Ale jeśli jest zdjęcie, w pełnym świetle pokazujące wszystko, co jest do zobaczenia, nie ma tu miejsca na interpretację własną – wchodzi twarda rzeczywistość. Było tak. Koniec, kropka. Ze zdjęciem się nie dyskutuje. A przecież można pamiętać coś całkiem inaczej niż ukazują to zdjęcia. Można wreszcie pamiętać całkiem inaczej niż faktycznie było.

Le temps

Cytat dnia:

„Kiedy patrzyłem na osoby zaczytane tak, że jakby nieobecne, często wydawało mi się, że otacza je jakiś inny czas, czas spoza czasu. Ich umysł związany ze znakową materią książki wytwarzał ‚czas piśmienniczy’, rozszczepiający nurt zwykłego czasu na osobne wątki, przekształcone wedle ponadczasowych, myślowych nawiązań.”

Piotr Matywiecki, „Stary gmach”

La laideur

Luźne przemyślenia w związku z dzisiejszą, kolejną już miesięcznicą (czemu nie ma jeszcze tygodniówek i codziennic? Co za niedopatrzenie!). Pogrubienia moje:

„Atak Al-Kaidy zjednoczył Amerykanów. A u nas? No, wiadomo, Smoleńsk podzielił to, co jeszcze było do podzielenia. Zaczyna się wielki spektakl, więc najpierw pochówek na Wawelu, z królami i Piłsudskim. Za dużo? Nie, za mało, trzeba krwi, więc narada dworu i decyzja. Samolot strącili takim czy innym sposobem Putin i KGB. A współpracował z nimi podporządkowany Rosji rząd agenturalny, pseudopolski. Tusk i Komorowski. Nienawidzili prezydenta i jego partii politycznej, nadarzyła się okazja. Kiedy na miejscu katastrofy Putin objął Tuska, to Tusk mu dziękował za zbrodniczą przysługę. ‚Już ustalali przebieg śledztwa’ – to mówi w telewizji polska posłanka. Brak dowodów, ale się znajdą. Towarzysz Werfel, propagandzista KC PZPR mawiał: ‚Ja rzucam myśl, a wy go łapcie’. To zresztą sprawa wiary, nie wiedzy. A Polacy, jak wiadomo, irracjonalni są. Z tym, żeby znaleźć tych, co uwierzą, nie było kłopotu. Smutny, biedny, skołowany tłum, szukający sensu, nadziei i odwetu za smutne, biedne życie, znalazł cel. Od dawna szukał winnych, to mu pokazano. Jest zbrodnia, są zbrodniarze. Trzeba ukarać. Lud pod krzyżem jest szczęśliwy, bo czuje się nareszcie potrzebny. Można to zrozumieć.”

(Janusz Głowcaki, „Przyszłem, czyli jak pisałem scenariusz o Lechu Wałęsie dla Andrzeja Wajdy”)

„Kaczyński rzucił dobre populistyczne rzeczy, na przykład 500 plus, teraz próbuje z mieszkaniami plus. Choć jeszcze z zamkami kazimierzowskimi plus, estetyka plus, literaturą plus.

Wcześniej dał ludziom coś bardzo ważnego – dał możliwość wiary w zamach. Dał prawo, żeby mogli głośno mówić, że to był spisek przeciwko prezydentowi, i nie wstydzić się tego. Dał prawo, żeby mogli bać się innych i nie ukrywać tego. I żeby nie musieli się wstydzić, że nie chcą tu obcych, uchodźców. Tak Kaczyński dzieli naród i wygrywa.”

(Lech Wałęsa w wywiadzie udzielonym Agnieszce Kublik dla „Gazety Wyborczej” 8-9.07.2017)

Partia rządząca, do pewnego stopnia pospołu z opozycją, nie przeczę, wyciągnęła z ludzi coś bardzo brzydkiego i pozwoliła temu – dotychczas wstydliwemu czemuś – ukazać się w pełnym świetle. Smucą mnie dwa fakty: że w ludziach coś takiego w ogóle było, i że nieprędko z powrotem się schowa.

Les mots

źródło: fdn.pl

źródło: fdn.pl

W ramach relaksu wakacyjnego wzięłam się za lekturę łatwą, lekką i przyjemną – „Dom w Riverton” autorstwa Kate Morton. Z przykrością stwierdzam po raz kolejny, że polskie wydawnictwa nie szanują czytelnika i albo sądzą, że błędów stylistycznych nie zauważy, albo że mu takie błędy nie przeszkadzają. Otóż ja zauważam i mi przeszkadza chociażby taki szczegół jak fakt, że podczas jednej i tej samej sceny narracja przez jeden akapit odbywa się w czasie teraźniejszym (idę, robię, widzę, itp.) a już w następnym akapicie w czasie przeszłym (powiedziała, spojrzała, poszła, itp.), przy czym w tym miejscu nie jest to zabieg celowy autorki, a zwykła niechlujność. Nie wiem ile aktualnie wynosi pensja korektora tekstu, ale zdecydowanie powinna zostać podniesiona, a czas na korektę wydłużony, bo takie błędy nie stanowią już wyjątku, ale regułę.

Mimo, że książka – utrzymana w konwencji „Pokuty” Iana McEwana – miała być zaledwie odskocznią, natknęłam się w niej na fragment, który skłonił mnie do refleksji:

„Dziecko zabiera ci kawałek serca i robi z nim co tylko zechce, ale z wnuczętami jest inaczej. Nie ma poczucia winy i odpowiedzialności, które ciąży na macierzyństwie. Droga do miłości jest wolna.”

Nie mogę powiedzieć, żeby jakaś część mnie nie zgadzała się z tym stwierdzeniem, a jednak… Myślę, że to nie do końca tak, że na dziadkach nie spoczywa odpowiedzialność. Być może (nie mam wszak doświadczenia w tym względzie) dziadkowie nie odczuwają tak wielkiej odpowiedzialności, jednak ona istnieje i nawet czasem myślę, że w pewnym sensie jest większa niż ta, która tak doskwiera rodzicom.

Rodzice są odpowiedzialni w sposób bardzo oczywisty: za zdrowie i życie dziecka, za jego sytuację materialną, edukację i poczucie bezpieczeństwa. Owszem, mają każdego dnia milion możliwości popełnienia dużych i małych błędów, ale mają też tyleż samo możliwości by te błędy naprawić.

Tymczasem dziadkowie najczęściej widują wnuki sporadycznie, więc ich słowa i czyny siłą rzeczy bardziej zapadają dzieciom w pamięć. Dobrze, gdy są to miłe wspomnienia typu: „dziadek umie rozpalić ognisko”, „babcia robi pyszne ciasto”. Niestety, przy całej swojej dobrej wierze dziadkowie (podobnie jak inne dorosłe osoby) lubią sobie upraszczać życie poprzez segregowanie i szufladkowanie. Tymczasem dzieci ze swej natury są zmienne: mają do dyspozycji cały wachlarz zachowań, z którego bardzo chętnie korzystają w zależności od dnia, sytuacji i nastroju.

Wielu rodziców także popełnia ten błąd i mówi: „Zenek to taki nasz rodzinny urwis.”, „Zdzisio jest ostatnią ciamajdą, wszystko mu z rąk leci. Za to Zbynio jest taki zdolny, prawdziwy z niego geniusz! Aż trudno uwierzyć, że są braćmi!”. Pomijam już fatalną praktykę porównywania dwóch zupełnie odrębnych ludzi (często w ich obecności), która nie służy niczemu dobremu. Rzecz w tym, że rodzice, jeśli już wypowiadają tego typu opinie, mają znacznie więcej „materiału dowodowego”. Tymczasem dziadkowie, widujący wnuki raz na jakiś czas również bardzo chcą wiedzieć i samodzielnie orzec jaki ten czy inny wnuk właściwie jest. To bardzo praktyczne podejście – pomaga postępować z dziećmi w skuteczny sposób i porządkuje świat w naszym odbiorze. A jednak dla dzieci, które chłoną wszystko jak gąbka i wierzą, że każdy dorosły mówi zawsze prawdę, takie podejście jest niezwykle krzywdzące.

Niezależnie od tego, czy mówią to rodzice, dziadkowie, czy nauczyciele (a najczęściej mówią oni jednym głosem, bo mało co sprawia dorosłym taką przyjemność jak znalezienie potwierdzenia swojej „diagnozy” u innych dorosłych), opinia otoczenia na temat dziecka kształtuje zarówno sposób, w jaki jest ono traktowane, jak i jego postrzeganie siebie – szybko stając się samospełniającą się przepowiednią. Chcąc ułatwić sobie życie, dorośli sprowadzają dzieci do pewnej roli, z której te nierzadko nie wychodzą już do końca życia. Grzeczny chłopczyk. Rozrabiara. Pani odpowiedzialna. Dominator. Maruda. Kto z nas nie spotkał ich na swojej życiowej drodze?

Można by pomyśleć, że jeśli kogoś nie obrażamy wyzwiskami, jesteśmy przecież w porządku… Nigdy nie zapomnę rzuconego mimochodem komentarza jednej z moich babć, która w obecności całej rodziny stwierdziła ze znawstwem, że mój brat to taka przylepa, a ja absolutnie, nic z tych rzeczy. Nikt nie zaprzeczył. Miałam wtedy jakieś jedenaście lat, co oznacza, że mój brat musiał mieć cztery. Będąc dorosłą osobą dostrzegam, że to czysty truizm: kilkulatki z zasady są bardziej skłonne do czułości niż nastolatki. Ale wtedy te słowa uderzyły mnie z wielką siłą i pozostały już ze mną, na wiele lat podwajając moją nieśmiałość.

Słowa mają wielką moc. Używajmy ich z rozwagą.