Facebook

Przeczytałam dzisiaj na mamadu.pl artykuł o kobiecie, która umieściła ma Facebooku (zabawne jest swoją drogą, że w dosłownym tłumaczeniu Facebook oznacza „książkę z twarzami”, a użytkownicy portalu zaskakująco chętnie prezentują zupełnie inne części swojego ciała) zdjęcie porodowe: w domu, nago, z nowo narodzonym dzieckiem nadal połączonym z nią widoczną na zdjęciu pępowiną. Bardziej intymnie już się nie da. A może można tę granicę jeszcze przesunąć w jakiś sposób, który nie przychodzi mi teraz do głowy?

Nie odczułam szoku, ani obrzydzenia wyrażonego przez wiele komentujących tę fotografię osób. Pomyślałam: „Tak, tak to właśnie wygląda”. Ale czy sam fakt, że coś jest autentyczne – w opozycji do wyphotoshopowanych, poprawionych skalpelem chirurga i pokrytych grubą warstwą makijażu modelek, które media serwują nam jako „naturalne piękno” – sprawia, że powinniśmy się tym dzielić z innymi? Ja jestem mamą dwójki dzieci, ale są ludzie, którzy dzieci nie mają, albo nie chcą mieć i oni nie mają pojęcia jak fizjologia porodu wygląda. Myślę, że takie osoby mają prawo nie chcieć takich zdjęć oglądać, że w pewnym sensie udostępnianie ich to ekspansywne i agresywne zachowanie ekshibicjonisty.

Poród jest niewątpliwie niezwykle silnym doznaniem zarówno na poziomie fizycznym jak i emocjonalnym. Niemożliwe jest wytłumaczenie komuś jak to jest rodzić. Moja przyjaciółka ujęła to bardzo trafnie słowami: „Nie wiedziałam, że to będzie aż tak…”. Mówi się nawet o „cudzie narodzin”, co nie czyni owego cudu jednak ani odrobinę mniej fizycznym, zwierzęcym, i ani odrobinę bardziej estetycznym.

Osobiście nie zdecydowałam się na fotografowanie porodu i jeśli miałabym ponownie podejmować tę decyzję, pozostałaby taka sama. W żadnym wypadku nie było to podyktowane pruderią – jest to jedna z pierwszych rzeczy, która idzie w odstawkę gdy chce się mieć dziecko: kontrole u ginekologa najpierw co miesiąc, potem co dwa tygodnie, a przy samym porodzie trzech różnych lekarzy płci obojga badało mnie niezależnie od siebie zanim jeszcze w ogóle weszłam na salę porodową. Chodziło o coś innego. To był czas poza czasem, rzecz pomiędzy mną i moim dzieckiem – i nikim więcej. Podczas stosunku też bym się nie fotografowała. To są momenty, kiedy nie powinno się myśleć o tym jak się wygląda, tylko koncentrować się na tu i teraz. Tak sądzę. Ale są przecież ludzie, którzy właśnie lubią robić sobie zdjęcia w łóżku i ich to podnieca. Czy publikowaliby je potem na Facebooku, to już inna sprawa.

Nie mam Facebooka. Zapewniam, że istnieję. Mogę opowiedzieć o moim porodzie (do czego zresztą zbieram się od dłuższego czasu i nie znajduję jeszcze właściwych słów) na swoich zasadach, przemilczając niektóre wątki, uwypuklając inne. Mogę sama kształtować to wspomnienie, interpretować rzeczywistość na własny użytek. Ale jeśli jest zdjęcie, w pełnym świetle pokazujące wszystko, co jest do zobaczenia, nie ma tu miejsca na interpretację własną – wchodzi twarda rzeczywistość. Było tak. Koniec, kropka. Ze zdjęciem się nie dyskutuje. A przecież można pamiętać coś całkiem inaczej niż ukazują to zdjęcia. Można wreszcie pamiętać całkiem inaczej niż faktycznie było.

Le temps

Cytat dnia:

„Kiedy patrzyłem na osoby zaczytane tak, że jakby nieobecne, często wydawało mi się, że otacza je jakiś inny czas, czas spoza czasu. Ich umysł związany ze znakową materią książki wytwarzał ‚czas piśmienniczy’, rozszczepiający nurt zwykłego czasu na osobne wątki, przekształcone wedle ponadczasowych, myślowych nawiązań.”

Piotr Matywiecki, „Stary gmach”

La laideur

Luźne przemyślenia w związku z dzisiejszą, kolejną już miesięcznicą (czemu nie ma jeszcze tygodniówek i codziennic? Co za niedopatrzenie!). Pogrubienia moje:

„Atak Al-Kaidy zjednoczył Amerykanów. A u nas? No, wiadomo, Smoleńsk podzielił to, co jeszcze było do podzielenia. Zaczyna się wielki spektakl, więc najpierw pochówek na Wawelu, z królami i Piłsudskim. Za dużo? Nie, za mało, trzeba krwi, więc narada dworu i decyzja. Samolot strącili takim czy innym sposobem Putin i KGB. A współpracował z nimi podporządkowany Rosji rząd agenturalny, pseudopolski. Tusk i Komorowski. Nienawidzili prezydenta i jego partii politycznej, nadarzyła się okazja. Kiedy na miejscu katastrofy Putin objął Tuska, to Tusk mu dziękował za zbrodniczą przysługę. ‚Już ustalali przebieg śledztwa’ – to mówi w telewizji polska posłanka. Brak dowodów, ale się znajdą. Towarzysz Werfel, propagandzista KC PZPR mawiał: ‚Ja rzucam myśl, a wy go łapcie’. To zresztą sprawa wiary, nie wiedzy. A Polacy, jak wiadomo, irracjonalni są. Z tym, żeby znaleźć tych, co uwierzą, nie było kłopotu. Smutny, biedny, skołowany tłum, szukający sensu, nadziei i odwetu za smutne, biedne życie, znalazł cel. Od dawna szukał winnych, to mu pokazano. Jest zbrodnia, są zbrodniarze. Trzeba ukarać. Lud pod krzyżem jest szczęśliwy, bo czuje się nareszcie potrzebny. Można to zrozumieć.”

(Janusz Głowcaki, „Przyszłem, czyli jak pisałem scenariusz o Lechu Wałęsie dla Andrzeja Wajdy”)

„Kaczyński rzucił dobre populistyczne rzeczy, na przykład 500 plus, teraz próbuje z mieszkaniami plus. Choć jeszcze z zamkami kazimierzowskimi plus, estetyka plus, literaturą plus.

Wcześniej dał ludziom coś bardzo ważnego – dał możliwość wiary w zamach. Dał prawo, żeby mogli głośno mówić, że to był spisek przeciwko prezydentowi, i nie wstydzić się tego. Dał prawo, żeby mogli bać się innych i nie ukrywać tego. I żeby nie musieli się wstydzić, że nie chcą tu obcych, uchodźców. Tak Kaczyński dzieli naród i wygrywa.”

(Lech Wałęsa w wywiadzie udzielonym Agnieszce Kublik dla „Gazety Wyborczej” 8-9.07.2017)

Partia rządząca, do pewnego stopnia pospołu z opozycją, nie przeczę, wyciągnęła z ludzi coś bardzo brzydkiego i pozwoliła temu – dotychczas wstydliwemu czemuś – ukazać się w pełnym świetle. Smucą mnie dwa fakty: że w ludziach coś takiego w ogóle było, i że nieprędko z powrotem się schowa.

Les mots

źródło: fdn.pl

źródło: fdn.pl

W ramach relaksu wakacyjnego wzięłam się za lekturę łatwą, lekką i przyjemną – „Dom w Riverton” autorstwa Kate Morton. Z przykrością stwierdzam po raz kolejny, że polskie wydawnictwa nie szanują czytelnika i albo sądzą, że błędów stylistycznych nie zauważy, albo że mu takie błędy nie przeszkadzają. Otóż ja zauważam i mi przeszkadza chociażby taki szczegół jak fakt, że podczas jednej i tej samej sceny narracja przez jeden akapit odbywa się w czasie teraźniejszym (idę, robię, widzę, itp.) a już w następnym akapicie w czasie przeszłym (powiedziała, spojrzała, poszła, itp.), przy czym w tym miejscu nie jest to zabieg celowy autorki, a zwykła niechlujność. Nie wiem ile aktualnie wynosi pensja korektora tekstu, ale zdecydowanie powinna zostać podniesiona, a czas na korektę wydłużony, bo takie błędy nie stanowią już wyjątku, ale regułę.

Mimo, że książka – utrzymana w konwencji „Pokuty” Iana McEwana – miała być zaledwie odskocznią, natknęłam się w niej na fragment, który skłonił mnie do refleksji:

„Dziecko zabiera ci kawałek serca i robi z nim co tylko zechce, ale z wnuczętami jest inaczej. Nie ma poczucia winy i odpowiedzialności, które ciąży na macierzyństwie. Droga do miłości jest wolna.”

Nie mogę powiedzieć, żeby jakaś część mnie nie zgadzała się z tym stwierdzeniem, a jednak… Myślę, że to nie do końca tak, że na dziadkach nie spoczywa odpowiedzialność. Być może (nie mam wszak doświadczenia w tym względzie) dziadkowie nie odczuwają tak wielkiej odpowiedzialności, jednak ona istnieje i nawet czasem myślę, że w pewnym sensie jest większa niż ta, która tak doskwiera rodzicom.

Rodzice są odpowiedzialni w sposób bardzo oczywisty: za zdrowie i życie dziecka, za jego sytuację materialną, edukację i poczucie bezpieczeństwa. Owszem, mają każdego dnia milion możliwości popełnienia dużych i małych błędów, ale mają też tyleż samo możliwości by te błędy naprawić.

Tymczasem dziadkowie najczęściej widują wnuki sporadycznie, więc ich słowa i czyny siłą rzeczy bardziej zapadają dzieciom w pamięć. Dobrze, gdy są to miłe wspomnienia typu: „dziadek umie rozpalić ognisko”, „babcia robi pyszne ciasto”. Niestety, przy całej swojej dobrej wierze dziadkowie (podobnie jak inne dorosłe osoby) lubią sobie upraszczać życie poprzez segregowanie i szufladkowanie. Tymczasem dzieci ze swej natury są zmienne: mają do dyspozycji cały wachlarz zachowań, z którego bardzo chętnie korzystają w zależności od dnia, sytuacji i nastroju.

Wielu rodziców także popełnia ten błąd i mówi: „Zenek to taki nasz rodzinny urwis.”, „Zdzisio jest ostatnią ciamajdą, wszystko mu z rąk leci. Za to Zbynio jest taki zdolny, prawdziwy z niego geniusz! Aż trudno uwierzyć, że są braćmi!”. Pomijam już fatalną praktykę porównywania dwóch zupełnie odrębnych ludzi (często w ich obecności), która nie służy niczemu dobremu. Rzecz w tym, że rodzice, jeśli już wypowiadają tego typu opinie, mają znacznie więcej „materiału dowodowego”. Tymczasem dziadkowie, widujący wnuki raz na jakiś czas również bardzo chcą wiedzieć i samodzielnie orzec jaki ten czy inny wnuk właściwie jest. To bardzo praktyczne podejście – pomaga postępować z dziećmi w skuteczny sposób i porządkuje świat w naszym odbiorze. A jednak dla dzieci, które chłoną wszystko jak gąbka i wierzą, że każdy dorosły mówi zawsze prawdę, takie podejście jest niezwykle krzywdzące.

Niezależnie od tego, czy mówią to rodzice, dziadkowie, czy nauczyciele (a najczęściej mówią oni jednym głosem, bo mało co sprawia dorosłym taką przyjemność jak znalezienie potwierdzenia swojej „diagnozy” u innych dorosłych), opinia otoczenia na temat dziecka kształtuje zarówno sposób, w jaki jest ono traktowane, jak i jego postrzeganie siebie – szybko stając się samospełniającą się przepowiednią. Chcąc ułatwić sobie życie, dorośli sprowadzają dzieci do pewnej roli, z której te nierzadko nie wychodzą już do końca życia. Grzeczny chłopczyk. Rozrabiara. Pani odpowiedzialna. Dominator. Maruda. Kto z nas nie spotkał ich na swojej życiowej drodze?

Można by pomyśleć, że jeśli kogoś nie obrażamy wyzwiskami, jesteśmy przecież w porządku… Nigdy nie zapomnę rzuconego mimochodem komentarza jednej z moich babć, która w obecności całej rodziny stwierdziła ze znawstwem, że mój brat to taka przylepa, a ja absolutnie, nic z tych rzeczy. Nikt nie zaprzeczył. Miałam wtedy jakieś jedenaście lat, co oznacza, że mój brat musiał mieć cztery. Będąc dorosłą osobą dostrzegam, że to czysty truizm: kilkulatki z zasady są bardziej skłonne do czułości niż nastolatki. Ale wtedy te słowa uderzyły mnie z wielką siłą i pozostały już ze mną, na wiele lat podwajając moją nieśmiałość.

Słowa mają wielką moc. Używajmy ich z rozwagą.

L’éducation

W związku ze zbliżającym się wielkimi krokami przyjściem na świat drugiego dziecka w naszej rodzinie, postanowiłam douczyć się w dziedzinie rodzicielstwa. W zasadzie rodzicielstwo to temat, który można zgłębiać całe życie, i moim zdaniem, będąc zaangażowanym rodzicem, tak właśnie należałoby robić.

Swoją drogą, to ciekawe ile godzin i lat poświęcamy na opanowanie, często zupełnie później nieprzydatnej, wiedzy i umiejętności z najróżniejszych dziedzin, a jak niewiele uwagi poświęca się w procesie edukacji kształceniu mądrych, odpowiedzialnych rodziców. Zupełnie jakbyśmy rodzili się wszyscy uzdolnieni do wzięcia na siebie całkowitej odpowiedzialności za bezbronną istotę o ogromnych potrzebach.

źródło: czytam.pl

źródło: czytam.pl

Ale wracając do meritum: czytam właśnie rewelacyjną książkę duetu Adele Faber i Elaine Mazlish (tak, to autorki bestselera „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły.”): „Rodzeństwo bez rywalizacji”. Wcześniej zapoznałam się jednak z poradnikiem osadzonym w typowo polskich realiach, „Zgodne rodzeństwo. Jak wspierać dzieci w budowaniu trwałej więzi” autorstwa małżeństwa, Natalii i Krzysztofa Minge. Pozycja ta reklamowana jest jako „Poradnik, który będzie dla ciebie wsparciem w sytuacjach, w których nawet święty straciłby cierpliwość”. No cóż, ja cierpliwość traciłam podczas czytania tych suchych teorii naszpikowanych błędami stylistycznymi, gramatycznymi i literówkami. Po rodzicach trójki dzieci spodziewałam się większego nacisku na własną praktykę. A te zdania wielokrotnie złożone, w których nikt nie panuje już nad podmiotem i w końcu z rodzica zmienia się on w dziecko lub na odwrót! O ile w tłumaczeniu jestem skłonna przypisać winę za takie wpadki tłumaczowi, ewentualnie korekcie, to przy autorach polskich, którzy na dodatek mają jeszcze na koncie kilka innych poradników, bardzo mnie taka niekompetencja drażni.

Dodajmy do tego wpływy religijne w tekście, który rości sobie prawa do ideologicznej neutralności (Drodzy Państwo! W języku psychologii nigdzie nie znajdzie się tak częstego użycia słowa „latorośl” w odniesieniu do dzieci! A ksiądz, wbrew Państwa radzie, jest akurat ostatnią osobą, do której udam się po pomoc w kwestiach wychowawczych – brak mu wiarygodności, bo albo nie ma własnych dzieci, albo kiepski z niego duszpasterz!) – a otrzymujemy dość ciężkostrawną mieszankę.

źródło: czytam.pl

źródło: czytam.pl

Po tej lekturze z tym większą przyjemnością sięgnęłam po „Rodzeństwo bez rywalizacji”, książkę popartą nie niekończącą się listą bibliografii, ale setkami autentycznych przykładów pozyskanych przez autorki w trakcie wielu lat prowadzenia warsztatów dla rodziców zmagających się z problemami wychowawczymi. Przejrzysty układ treści, przyjazny język, otwartość na inność, brak oceniania – zdecydowanie na plus. Wpadek stylistycznych oczywiście też się nie dało uniknąć (konia z rzędem temu, kto mi wskaże współcześnie wydaną książkę z porządnie zrobioną korektą!), ale jak już wspomniałam, najprawdopodobniej to wina tłumaczenia, a nie oryginału.

W odniesieniu do oczekiwania na drugie dziecko natknęłam się w tym właśnie poradniku na niezwykle obrazowe porównanie uczuć pierwszego dziecka do… A zresztą, przeczytajcie sami:

„Wyobraź sobie, że twój małżonek obejmuje cię ramieniem i mówi: „Skarbie, tak bardzo cię kocham i jesteś taka cudowna, że zdecydowałem się na drugą żonę, podobną do ciebie”.

Kiedy w końcu pojawia się druga żona, zauważasz, że jest bardzo młoda i niezwykle urocza. Gdy wychodzicie gdzieś we trójkę, ludzie uprzejmie się z tobą witają, ale wychwalają pod niebiosa nowo przybyłą: „Czyż nie jest zachwycająca? Witaj, kochanie! Jesteś nadzwyczajna!”. Potem zwracają się do ciebie z pytaniem: „Jak ci się podoba nowa żona?”.

Nowa żona musi się w coś ubrać. Mąż szpera w twojej szafie, zabiera twoje swetry i spodnie i daje tamtej. Kiedy się sprzeciwiasz, zauważa, że te rzeczy są już na ciebie za ciasne, ponieważ trochę przytyłaś, a na tamtą będą pasowały jak ulał.

Nowa żona szybko nabiera pewności siebie. Z każdym dniem wydaje się bardziej bystra i coraz lepiej się na wszystkim zna. Któregoś popołudnia, kiedy z wysiłkiem zgłębiasz instrukcję obsługi nowego komputera, który kupił ci mąż, tamta wpada do pokoju i mówi: „O, mogę spróbować? Wiem jak to zrobić”.

Nie pozwalasz jej, więc biegnie z płaczem do twojego męża. Chwilę potem wraca z nim, na policzkach ma ślady łez. Mąż obejmuje ją ramieniem i pyta ciebie: „Dlaczego nie pozwalasz jej spróbować? Co ci szkodzi? Dlaczego nie potrafisz się dzielić?”.

Gdy pewnego dnia wchodzisz do pokoju, twój mąż i nowa żona leżą razem w łóżku. On ją łaskocze, ona się śmieje. Nagle dzwoni telefon, mąż odbiera. Po chwili mówi, że wzywają go pilne sprawy i natychmiast musi wyjść. Prosi, żebyś została w domu z nową żoną i dopilnowała, żeby tamta dobrze się czuła.”

Prawda, że przytoczone sytuacje zupełnie zmieniają perspektywę?

Le chaos

Cytat na dziś:

„Wszędzie panuje chaos. Ludzie po prostu rzucają się na wszystko w zasięgu ręki: komunizm, zdrową żywność, zen, surfing, balet, hipnozę, terapię grupową, orgie, rowery, zioła, katolicyzm, podnoszenie ciężarów, podróże, ucieczkę od rzeczywistości, wegetarianizm, Indie, malarstwo, rzeźbę, pisanie, komponowanie, dyrygenturę, wyprawy z plecakiem, jogę, kopulację, hazard, alkoholizm, wędrówki bez celu, mrożony jogurt, Beethovena, Bacha, Buddę, Chrystusa, samobójstwo, szyte na miarę garnitury, podróże odrzutowcem do Nowego Jorku, dokądkolwiek… Te fascynacje zmieniają się nieustannie, mijają, ulatują bez śladu. Ludzie po prostu muszą znaleźć sobie jakieś zajęcia w oczekiwaniu na śmierć.”

Charles Bukowski, „Kobiety”

L’excès

„W Tybecie nie chodzi się do lekarza. Zamiast tego się modlimy” – stwierdza jedna z bohaterek książki-reportażu „Jak Eskimosi ogrzewają swoje dzieci? Rodzicielskie przygody z całego świata” autorstwa Mei-Ling Hopgood. Z pewnością wiele osób zripostuje stwierdzeniem, że jest to jedna z przyczyn wysokiej śmiertelności wśród matek i dzieci w tym rejonie świata. A jednak to ciekawe: z taką łatwością uznajemy za głupotę praktykowanie medytacji i zdrowego odżywiania przy pominięciu wizyt lekarskich wśród ciężarnych Tybetanek, ale nikogo nie dziwią fastfoodowe zachcianki i częsta ekspozycja na stres Polskich ciężarnych przy comiesięcznych badaniach ginekologicznych…

Jak już wspominałam, druga ciąża skłania mnie ku głębszemu przeżywaniu więzi z dzieckiem. Nie planuję co prawda medytować podczas składania tysiąca maleńkich papierowych żurawi (jak robią niektóre Tybetanki), mam jednak poczucie większej jedności ze wszechświatem i potrzebę wyrażenia wdzięczności za dobro, które mnie spotkało. A że akurat czytam z dużym zainteresowaniem „Chcieć mniej. Minimalizm w praktyce” Katarzyny Kędzierskiej, zabrałam się do porządków połączonych z wielkim oddawaniem. Niewykluczone, że nagła potrzeba sprzątania wiąże się ze zbliżającymi się nieuchronnie egzaminami końcowymi na studiach („Jak się skupić w takim bałaganie?”). Niektórzy nazwaliby to zjawisko „wiciem gniazda” przed narodzinami potomka. Ja wolę określenie „tworzenie przestrzeni do życia w wolności”.

Nigdy nie byłam typem zbieracza, gromadzącego liczne „przydasie” i robiącego zapasy na wypadek nie-wiadomo-jakiej-katastrofy. Mimo to, po gruntownym przekopaniu swojej szafy spojrzałam ze wstydem na stertę zbędnych ubrań: wystarczyłoby ich, żeby całkowicie zaspokoić potrzeby jeszcze jednej osoby – i to zarówno latem jak i w zimie. Owszem, byłaby to osoba o dość eklektycznym guście i ciągłych wahaniach wagi, ale fakt pozostaje faktem. Szafa bynajmniej nie świeci pustkami. Co za marnotrawstwo zasobów i przestrzeni!

Odrębną sprawą jest, że niechcianych przedmiotów wcale nie tak łatwo się pozbyć. Przekonała się o tym moja dobra znajoma porządkująca rzeczy swojej zmarłej mamy, i druga, która chciała pozbyć się dziecięcych ubranek, niepasujących już na jej pociechę. Obie stwierdziły to samo: w okolicach Poznania musi panować niezwykły dobrobyt, bo domy dziecka, ośrodki pomocy społecznej i tym podobne placówki odmawiają przyjmowania za darmo używanych przedmiotów w dobrym i bardzo dobrym stanie. Oczywiście świadczy to jedynie o niezbyt skutecznej dystrybucji pomocy. Wystarczy rozejrzeć się wokół, by zobaczyć osoby, którym takie rzeczy by się przydały.

W przeszłości wrzucałam nadliczbowe ubrania do pojemników Caritas. Niedawno dowiedziałam się jednak z niemałym zdziwieniem, że Caritas już od kilku lat nie prowadzi zbiórki odzieży na terenie Poznania. Kontenery zostały wykupione przez prywatnego właściciela, a ubrania z nich trafiają na przemiał, za granicę, lub do second handów. Nie dość więc, że nie pomagałam biednym, to jeszcze przyczyniałam się nieświadomie do zysku kogoś, kto na biedę raczej nie narzeka. Poczułam się wykorzystana.

Co więc robić ze zbędnymi rzeczami? Można próbować je sprzedać, ale nie ma co liczyć na wielkie zainteresowanie czy zyski. Można zwyczajnie je wyrzucić, ale ani to ekologiczne, ani pożyteczne. Można kompletnie zagracić mieszkanie, bo przecież „nic nie da się zrobić”. Albo można samemu znaleźć tych, którzy potrzebują pomocy i im ją zaoferować. Ja wybieram ostatnie rozwiązanie. A Wy?

La vie et la mort

Kobieta w ciąży jest bramą pomiędzy życiem i śmiercią. Mam głębokie przekonanie, że nie jest to zbędny patos. Chodzimy po świecie niczym symbole. Z jednej strony nosimy w sobie potencjał życia – jak się przyjęło mówić, „nowe życie”. Z drugiej strony, jak każda żywa istota, nosimy w sobie także potencjał śmierci – tyle, że tym razem zwielokrotniony.

Trudno ustalić jak często dochodzi do poronień. Często dzieje się to na pierwszym etapie ciąży, kiedy matka nie wie jeszcze o zapłodnieniu i odczuwa poronienie jako spóźnioną miesiączkę. A jeśli już wie, w naszej kulturze w dużym stopniu pozostaje to temat tabu. Jak gdyby fakt, że się tego dziecka nie widziało, nie przytulało, a teraz jeszcze się o nim nie mówi, sprawiał, że ból po jego stracie zniknie.

Moja bliska koleżanka ze studiów napisała mi dzisiaj, że poroniła w 14 tygodniu ciąży. Co to oznacza? Po pierwsze górę formalności. Po drugie, ponieważ poronienie nastąpiło przed 16 tygodniem ciąży, od rodziców zależy, czy chcą poznać płeć zmarłego dziecka. I tu następuje procedura, która w cywilizowanym kraju jest nie do przyjęcia: rodzice otrzymują martwy płód, zwany „próbką”, do przechowania przez kilka dni w domowej lodówce, do czasu wykonania badania. Brak mi słów.

Z drugiej strony, każdego dnia około 830 kobiet umiera z powodów powiązanych z ciążą lub porodem (dane wg WHO). Co prawda, 99% tych śmierci ma miejsce w krajach rozwijających się, gdzie nawet dostęp do wody bieżącej w szpitalu nie jest sprawą oczywistą. Natrafiłam niedawno na reportaż BBC obrazujący skalę problemu. Na przykład Kemisa z Ugandy otwarcie stwierdza, że położna na liście zakupów przedporodowych umieściła 10 par gumowych rękawiczek dla lekarza, ale ciężarna kupiła ich tylko dwie. Powód? Na więcej jej nie stać. Za to Ellen z Malawi urodziła dziecko w publicznym ośrodku zdrowia, w którym odbiera się 90 porodów miesięcznie, mimo że nie ma tam wody bieżącej, sprzętu do sterylizacji narzędzi ani prądu. Nadaje to staraniom działającej w Polsce Fundacji Rodzić po Ludzku nieco inny wymiar.

Ale skoro już mowa o Polsce, usłyszałam niedawno smutną historię. Kobieta miała urodzić kolejne już dziecko poprzez cesarskie cięcie. Miała umówioną datę, swojego lekarza, zarezerwowaną salę, przygotowane jednostki swojej grupy krwi. Zabieg przebiegł pomyślnie, dziecko przyszło na świat całe i zdrowe. Z niewiadomych przyczyn matka wykrwawiła się na śmierć. Przy całej nowoczesnej technologii, w sterylnych warunkach, pod okiem wykwalifikowanych lekarzy. Trudno to zaakceptować. A jednak pewne, wcale niemałe, obszary życia pozostają zupełnie poza naszą kontrolą. Życie i śmierć to nadal tajemnica.

Przeczytałam ostatnio świetną książkę Justyny Dąbrowskiej „Nie ma się czego bać. Rozmowy z mistrzami”, która składa się z wywiadów dotyczących przemijania i śmieci. Zastanowiło mnie, że średni wiek rozmówcy wynosił 80 lat. Tak jakby wcześniej się nie umierało…

Nie chcę kończyć w tym fatalistycznym tonie. Naturalnie większość rodziców oczekuje szczęśliwego rozwiązania i narodzin zdrowego potomka. W zdecydowanej większości wypadków, tak się właśnie dzieje. Myślę tylko, że warto uświadomić sobie od czasu do czasu jakie to ogromne, nieoczywiste szczęście.

L’enfant intérieur

Ostatnimi czasy mam tyle na głowie, że byłam w stanie odsuwać w myślach wszystko, co wiąże się z ciążą i porodem. Studia (egzaminy!), praca, rodzina, dom, znajomi i zainteresowania zapewniały mi aż nadto wrażeń. Jednak w 34 tygodniu ciąży zaczynam już wyraźnie odczuwać potrzebę zwolnienia obrotów, a moje myśli nieodmiennie kierują się ku maleństwu, które, z nieproporcjonalnie dużą w stosunku do wzrostu siłą, stara się wcisnąć swoje urocze stópki między moje żebra. Choć dbam o kondycję i jestem raczej drobnej budowy, brzucha zdecydowanie nie da się już przeoczyć. Kręgosłup zaczyna dawać mi się we znaki, oddechu nie starcza na swobodną rozmowę podczas szybkiego marszu. W końcu, w ósmym miesiącu czuję w całej rozciągłości, że jestem w ciąży!

Smutna konstatacja jest taka, że podobnie jak w pierwszej ciąży, zbliżając się do kolejki przy kasie, lub wsiadając do tramwaju, staję się niewidzialna. Ludzie autentycznie omijają mnie wzrokiem, jakby się bali, że jeśli tylko na mnie spojrzą, zacznę rodzić na ich oczach. Chlubnym wyjątkiem – w obu ciążach – był Rossmann, gdzie program pierwszeństwa przy kasach rzeczywiście działa, ponieważ kasjerkom chce się dostrzegać kobiety w ciąży. Kasy pierwszeństwa w sieci IKEA oznaczają za to długą kolejkę samych uprzywilejowanych.

Nie zdarzyło się, żeby pierwszeństwa ustąpił mi ktoś z kolejki. Sama nie wyrywam się, bo nie znam tych ludzi. Może mają protezę nogi? Albo są ciężko chorzy? A może są zwyczajnymi prymitywami, którzy nie dość, że mnie nie przepuszczą, to jeszcze powiedzą mi równie głośno, co SZCZEGÓŁOWO, czego trzeba było nie robić, żeby nie znaleźć się w tej sytuacji (sic!)? Na ironię zakrawa, że wiele osób W KOŚCIELE traktuje swoje miejsce w ławce niczym oblężoną twierdzę i jest gotowych bronić go do rozlewu krwi. Cóż, w moim stanie nie przystoi mi wdawać się w bójki.

Dobra informacja jest taka, że nauczyłam się nie brać tego do siebie. To nic osobistego. Ot, zwykła obojętność na innych i zamknięcie w swoim świecie. Za to tym razem mam znacznie lepszy kontakt z moim wewnętrznym dzieckiem ;-) , co łączę z większą świadomością sytuacji. Niezależnie od ton przeczytanych książek, noszenie w sobie nowego życia za pierwszym razem pozostawało dla mnie dość abstrakcyjną koncepcją. Nie twierdzę, że teraz to doświadczenie stało się zupełnie oczywiste i pozbawione tajemnicy. Raczej nabrało bardziej realnego wymiaru, od kiedy już wiem jak to jest: trzymać w ramionach własne dziecko i zajmować się nim dzień po dniu (i noc po nocy…).

Na koniec załączam niezwykle subtelny opis ciąży i narodzin, na który niedawno natrafiłam. Zadziwiająca jest dla mnie trafność i delikatność z jaką autor-mężczyzna ujął temat:

„Chociaż mały człowiek chroniony jest w wodach płodowych, nie jest jednak ‚zamknięty na klucz’. Nie zna jeszcze granic przestrzeni, ale w miarę wzrostu zaczyna je zauważać. Najpierw jawią mu się jako pojęcie mgliste, jakby coś na kształt odległego wybrzeża. Poprzez powtarzający się kontakt dotykowy z granicą przestrzeni, pojawia się z czasem większa świadomość jej istnienia.

W późniejszym okresie to, co początkowo tylko delikatnie otaczało dziecko, zaczyna je dręczyć. Apogeum trudów małego człowieka stanowi wyrwanie go ze znanego otoczenia i konieczność przebywania z towarzyszącym mu obcym uczuciem suchości. Wystawiony zostaje na działanie siły ciążenia i poznaje dwojakość obcej mu egzystencji, w której jasność i ciemność, ciepło i zimno, pragnienie i zadowolenie, pojawiają się naprzemiennie na przeciwległych biegunach. Musi przyzwyczaić się do życia w trudnym świecie, który zastąpi mu łagodną, przytulną, minioną rzeczywistość. Będzie mu o tyle łatwiej, że miejsce przy nim zajmie znana mu już matka, łagodna i w dalszym ciągu nieustannie go chroniąca.”

Arno Stern, „Odkrywanie śladu. Czym jest zabawa malarska.”

Bonne nuit

Po ostatnim wpisie dostałam wiele pytań od zaniepokojonej rodziny i znajomych na temat moich problemów ze snem, więc czym prędzej uspokajam: wszystko jest w porządku. Szczerze mówiąc, kiedy pomyślę o ciążach wielu znanych mi kobiet, jest wręcz rewelacyjnie! Żadnych żylaków, obrzęków, migren, problemów żołądkowych, problemów skórnych, boleści – jest naprawdę wspaniale. Czasem tylko bolą mnie plecy i czasem nie mogę spać w środku nocy, ale to doprawdy niska cena za cud nowego życia!

A skoro rozpoczęłam już temat spania, który jest mi zresztą bardzo bliski, postanowiłam polecić Wam nasze ulubione książeczki do czytania przed snem.

1. Jörg Mühle „Śpij króliczku”, wyd. Dwie Siostry, twarde strony, mały format – w sam raz do dziecięcych rączek

IMG_20170425_192128Przez dłuższy czas był to nasz absolutny numer jeden, czytany co najmniej dwa razy każdego wieczoru. Bohaterem książeczki jest mały króliczek, któremu należy pomóc ułożyć się do snu poprzez proste czynności takie jak „poprawienie” poduszki, „okrycie” kołderką, czy „zgaszenie” światła. Bardzo sympatyczna lektura angażująca dziecko w proces czytania.

2. Sam McBratney „Nawet nie wiesz jak bardzo cię kocham”, wyd. Egmont, miękkie strony, duży format – w sam raz do pokazywania ilustracji w czasie czytania

IMG_20170425_192149Ta pięknie ilustrowana i miła w dotyku książka z 1994 roku od razu wpadła mi w oko. Duży Zając przekomarza się przed snem z Małym Zajączkiem kto kogo bardziej kocha, w prostych słowach ujmując ważne uczucia. Uwaga: ma działanie silnie łzawiące!

3. Przemysław Wechterowicz i Emilia Dziubak „Proszę mnie przytulić”, wyd. Ezop, miękkie strony, duży format – w sam raz do pokazywania ilustracji w czasie czytania

IMG_20170425_191927Mały niedźwiadek i tata niedźwiedź wyruszają na wyprawę przez las, aby przytulić każde napotkane zwierzę – bez względu na jego gatunek, wiek, czy osobowość – i w ten sposób dawać innym radość. Podoba mi się, że autorzy poważnie potraktowali najmłodszych odbiorców i pojawiają się tu słowa, których ze świecą by szukać we współczesnej literaturze dziecięcej, takie jak: wrzosowy miód, piruet, ekscentryczny, wzruszenie, pogrążona w lekturze, konsumpcja, ochoczo, poufałość, oszołomienie, itp. Książka zdobyła Nagrodę Literacką Miasta Stołecznego Warszawy 2014 i została wpisana do Katalogu Białych Kruków 2014.

4. Astrid Desbordes i Pauline Martin „Miłość”, wyd. Entliczek, miękkie strony, duży format – w sam raz do pokazywania ilustracji w czasie czytania

IMG_20170425_192139Mały Archibald (przyznaję, niezbyt popularne imię dla bohatera książeczki dla dzieci!) kładąc się spać, zadaje mamie bardzo ważne pytanie: „Powiedz, mamo, czy będziesz mnie kochać całe życie?” a mama rozwiewa jego wątpliwości, opowiadając w rozczulający i przystępny dla maluchów sposób o rodzicielskiej miłości. Tę pozycję chyba ja lubię nawet bardziej niż mój synek ;-) .

5. zbiór opowiadań różnych autorów „With lots of love at bedtime”, wyd. Little Tiger Press, miękkie strony, duży format – w sam raz do pokazywania ilustracji w czasie czytania

IMG_20170425_191944Pięknie wydana książka anglojęzyczna z uroczymi ilustracjami zawiera cztery opowiadania:

  • o potworach mieszkających pod łóżkiem (które okazują się wcale nie być straszne),
  • o małym kotku szukającym wygodnego miejsca na sen,
  • o psie, który podzielił się swoim ulubionym pluszakiem z młodszymi,
  • o małej myszce i czuwającej nad jej snem mamie.

Aż chce się brać ją w ręce i oglądać! Zobaczcie sami:

IMG_20170425_192043IMG_20170425_192112Życzę wszystkim Wam, i sobie także, dobrych snów!