La laideur

Luźne przemyślenia w związku z dzisiejszą, kolejną już miesięcznicą (czemu nie ma jeszcze tygodniówek i codziennic? Co za niedopatrzenie!). Pogrubienia moje:

„Atak Al-Kaidy zjednoczył Amerykanów. A u nas? No, wiadomo, Smoleńsk podzielił to, co jeszcze było do podzielenia. Zaczyna się wielki spektakl, więc najpierw pochówek na Wawelu, z królami i Piłsudskim. Za dużo? Nie, za mało, trzeba krwi, więc narada dworu i decyzja. Samolot strącili takim czy innym sposobem Putin i KGB. A współpracował z nimi podporządkowany Rosji rząd agenturalny, pseudopolski. Tusk i Komorowski. Nienawidzili prezydenta i jego partii politycznej, nadarzyła się okazja. Kiedy na miejscu katastrofy Putin objął Tuska, to Tusk mu dziękował za zbrodniczą przysługę. ‚Już ustalali przebieg śledztwa’ – to mówi w telewizji polska posłanka. Brak dowodów, ale się znajdą. Towarzysz Werfel, propagandzista KC PZPR mawiał: ‚Ja rzucam myśl, a wy go łapcie’. To zresztą sprawa wiary, nie wiedzy. A Polacy, jak wiadomo, irracjonalni są. Z tym, żeby znaleźć tych, co uwierzą, nie było kłopotu. Smutny, biedny, skołowany tłum, szukający sensu, nadziei i odwetu za smutne, biedne życie, znalazł cel. Od dawna szukał winnych, to mu pokazano. Jest zbrodnia, są zbrodniarze. Trzeba ukarać. Lud pod krzyżem jest szczęśliwy, bo czuje się nareszcie potrzebny. Można to zrozumieć.”

(Janusz Głowcaki, „Przyszłem, czyli jak pisałem scenariusz o Lechu Wałęsie dla Andrzeja Wajdy”)

„Kaczyński rzucił dobre populistyczne rzeczy, na przykład 500 plus, teraz próbuje z mieszkaniami plus. Choć jeszcze z zamkami kazimierzowskimi plus, estetyka plus, literaturą plus.

Wcześniej dał ludziom coś bardzo ważnego – dał możliwość wiary w zamach. Dał prawo, żeby mogli głośno mówić, że to był spisek przeciwko prezydentowi, i nie wstydzić się tego. Dał prawo, żeby mogli bać się innych i nie ukrywać tego. I żeby nie musieli się wstydzić, że nie chcą tu obcych, uchodźców. Tak Kaczyński dzieli naród i wygrywa.”

(Lech Wałęsa w wywiadzie udzielonym Agnieszce Kublik dla „Gazety Wyborczej” 8-9.07.2017)

Partia rządząca, do pewnego stopnia pospołu z opozycją, nie przeczę, wyciągnęła z ludzi coś bardzo brzydkiego i pozwoliła temu – dotychczas wstydliwemu czemuś – ukazać się w pełnym świetle. Smucą mnie dwa fakty: że w ludziach coś takiego w ogóle było, i że nieprędko z powrotem się schowa.

L’attaque terroriste

Moja współlokatorka z czasów studenckich wyjechała na urlop do siostry, do Londynu. Kiedy dwa dni później usłyszałam o zamachu na Moście Londyńskim, zamarłam. Wśród ośmiu zabitych nie ma Polaków, ale Polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych jeszcze nie podało informacji czy wśród 47 rannych są Polacy. Pozostaje mi wierzyć, że w tak wielkiej metropolii K. nie wybrała się na wieczorny spacer akurat w to miejsce.

Ze wszystkich lokalizacji ataków terrorystycznych, Londyn jest mi szczególnie bliski, ponieważ ponad rok w nim mieszkałam. W ciągu ostatnich trzech miesięcy w tym niezwykłym mieście doszło do trzech zamachów. Ubolewam nad dramatem ofiar i ich rodzin, a jednak… Nie mogę oprzeć się myśli, że oburzenie jakie te ataki wywołują trąci hipokryzją.

Oto my: nowoczesne, demokratyczne społeczeństwo, otwarte na każdego niezależnie od narodowości, religii czy poglądów. Po drugiej stronie są oni: dzicy, nieokiełznani barbarzyńcy, którzy zupełnie bez powodu przyjeżdżają i nas atakują. Taki obraz sytuacji wyłania się z relacji medialnych. A przecież zdrowy rozsądek podpowiada, że to nie może być takie proste. W obecnej sytuacji jest swojego rodzaju sprawiedliwość dziejowa, którą chętnie się w mediach przemilcza.

Jak łatwo zapominamy, że jeszcze po zakończeniu II Wojny Światowej istniały ogromne imperia kolonialne: brytyjskie, francuskie, belgijskie, holenderskie i portugalskie. Wcześniej swoje kolonie miały między innymi także takie kraje jak Stany Zjednoczone, Hiszpania, Niemcy, Włochy, Dania, Norwegia i Turcja. Zdecydowanie największe z nich wszystkich było imperium brytyjskie (33 mln km²), o którym nawet mówiło się, że słońce nigdy nad nim nie zachodzi. Czy Brytyjczycy byli uprzejmi dla miejscowej ludności i prowadzili z jej przedstawicielami pokojowy dialog przy herbatce, czy też może najechali nieznane sobie ziemie i, nie przejmując się tubylcami, siłą wprowadzili swoje rządy grabiąc, rabując i gwałcąc? Jak Wielka Brytania zbudowała swoją wysoką pozycję gospodarczą? Pozycję pozwalającą państwu na graniczące z rozdawnictwem, wysokie świadczenia socjalne, które dziś przyciągają do niego tysiące imigrantów, w tym także terrorystów? W dużej mierze, maksymalnie wyzyskując podległe sobie państwa, a tym samym znacznie spowalniając ich rozwój na wiele lat.

A jakie kraje były koloniami? Na przykład Algieria, Libia, Etiopia, czy Maroko. Przenieśmy się bliżej czasów współczesnych. Wymienione przeze mnie dawne kolonie uczestniczyły w latach 2010-2013 w tzw. Arabskiej Wiośnie, konfliktach zbrojnych i protestach społeczeństwa przeciw autokratycznym reżimom, złym warunkom życiowym, bezrobociu, oraz korupcji i nepotyzmowi rządzących. Na pomoc niezadowolonym obywatelom pośpieszyły… Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Niemcy i Francja, czyli dawne imperia kolonialne. A ówczesny przywódca Libii, Muammar Kaddafi już w 2011 roku ostrzegał Zachód: „Jeśli usuniecie rząd, gwarantujący stabilność, w kraju wybuchnie chaos, a fala uchodźców zaleje Europę”. Brzmi znajomo?

Nie dość więc, że dawne imperia kolonialne, w tym Wielka Brytania, najpierw wyzyskały kolonie, przyczyniając się walnie do ich opłakanego stanu. Nie dość, że same sprowadziły sobie na głowę tysiące imigrantów, by wyzyskiwać ich jako tanią siłę roboczą. Same przyłożyły rękę do problemu fali uchodźców, i stworzyły odpowiednie warunki do powstania tzw. Państwa Islamskiego, z którym teraz nie potrafią sobie poradzić. W tej sytuacji mówienie o złych terrorystach i dobrych obrońcach demokracji mija się z prawdą.

Tymczasem w Syrii dziennie ginie więcej osób niż w ataku terrorystycznym w Londynie, ale te śmierci nie stanowią pożywki dla mediów. Widzom już się przejadły.

La cigarette

W niedzielne popołudnie wybrałyśmy się z przyjaciółką na spacer. Usiadłyśmy na ławce w parku, pogrążone w rozmowie, kiedy nagle podeszli do nas dwaj młodzi mężczyźni i jeden z nich zagaił:

- Ja mam takie, może trochę głupie, pytanie. Czy panie może wiedzą ile jest powietrza w tlenie?

Wymieniłyśmy zaskoczone spojrzenia. Pijani? Naćpani?

- Chyba ile jest tlenu w powietrzu? – Zapytała M.

- Tak, no właśnie! – Potwierdził mężczyzna, wymachując mi przed nosem papierosem.

- Wie pan co, im dłużej tu pan stoi, tym mniej. – Odparowałam, zaskakując samą siebie swoją obcesowością. Oddalili się jak niepyszni.

Nie jestem typem wojującym  – niech każdy szuka szczęścia tak, jak mu serce podpowiada. Ale brak kultury palenia drażni mnie w najwyższym stopniu, bo ja też chcę żyć po swojemu: bez wdychania trucizny tylko dlatego, że komuś innemu sprawia to przyjemność.

Drogi Palaczu! Masz gdzieś swoje zdrowie? Nie wierzysz w przesłanie kampanii antynikotynowych? Uwielbiasz smród palonego tytoniu? Nie masz co robić z pieniędzmi? Proszę bardzo! Kim ja jestem, żeby kazać ci o siebie zadbać? Ale jeśli chcesz palić – zrób to tak, żeby inni nie musieli wdychać ponad 5000 zawartych w dymie tytoniowym substancji o właściwościach toksycznych i rakotwórczych. Jak to zrobisz, to już twoja sprawa.

Problem polega na tym, że ty masz gdzieś moje zdrowie, oraz zdrowie moich dzieci. Latem, kiedy wietrzę pościel lub suszę pranie na balkonie własnego mieszkania, ty akurat czujesz nieodpartą potrzebę, żeby palić na swoim sąsiednim balkonie i wszystko mi zasmrodzić. Zimą nie chce ci się wyjść nawet na ten cholerny balkon – smród i substancje toksyczne niosą się w pionie wprost do mojej toalety. Idąc ulicą wymachujesz dziarsko papierosem, którego nawet nie raczysz palić – cały dym pozostawiasz do dyspozycji mi i moim dzieciom, którzy akurat mamy pecha iść za tobą. I wiesz co jest najlepsze? Że nic ci nie mogę zrobić! Ustawodawca ma mnie dokładnie w tym samym miejscu, co ty.

Jak to możliwe, że prawo jednej osoby do trucia siebie i wszystkich wokół jest ważniejsze niż prawo pozostałych (w tym dzieci i kobiet w ciąży) do dbania o swoje zdrowie i komfort? To bardzo proste. W Polsce stawka akcyzy za papierosy wynosi 206,76 zł za każde 1000 sztuk papierosów i aż 31,4% maksymalnej ceny detalicznej. W przypadku tytoniu jest to 141,29 zł za kilogram i również 31,4% maksymalnej ceny detalicznej, a dla cygar i cygaretek stawka wynosi 280, 25 zł za każde 1000 sztuk. Najwyraźniej państwu bardziej opłaca się zgarnąć te pieniądze do budżetu i następnie zmagać się z problemami ciągle niedofinansowanej służby zdrowia, niż zainwestować w profilaktykę licznych chorób układu oddechowego, przewodu pokarmowego i układu krążenia, a także impotencji i raka wywoływanych przez palenie czynne i bierne.

A skoro już jesteśmy przy tym temacie, uważam za szczyt wszystkiego widok rodziców lub dziadków, którzy jedną ręką prowadzą wózek z niemowlęciem, a w drugiej trzymają papierosa. Pewnie wyszli na spacer, żeby maluch się dotlenił. I jeszcze ci, którzy wpuszczają dzieci na plac zabaw, a następnie starannie zamykają bramkę i obserwując maluchy przez płot oddają się paleniu. Czy oni naprawdę sądzą, że półmetrowej wysokości ogrodzenie z siatki sprawi w jakiś magiczny sposób, że dym tytoniowy nie doleci na teren placu zabaw? Sama nie wiem co powoduje tymi ludźmi. Czy to bezbrzeżna głupota, czy skrajny egoizm? Żal mi tamtych dzieci. Ale jeszcze bardziej żal mi własnych, które miały pecha znaleźć się akurat na tym samym placu zabaw. No ale zakaz palenia obowiązuje tylko na terenie placu, więc o co chodzi?

Pierwsze papierosy najprawdopodobniej stworzono w IX wieku, a w formie zbliżonej do obecnej w wieku XVIII. Ile jeszcze stuleci musi upłynąć, żebyśmy doczekali się skutecznych rozwiązań prawnych, które chroniłyby niepalących?

źródło: http://www.tvp.pl/retro

źródło: http://www.tvp.pl/retro

Niedawno spotkałam starszą panią, która jest moją dobrą znajomą. Rozmawiamy o tym i owym, aż temat nieuchronnie schodzi na politykę.

- No, ale teraz przynajmniej to 500+ wam przyznają – spogląda wymownie na mój zaokrąglony brzuch.

- E, niech się wypchają z tymi 500 złotymi. Myślą, że nas za to kupią… – Machnięcie ręką ma wyrazić wszystko na co mi akurat słów brakuje.

- Nie bądź głupia! Za tysiąc złotych to już sobie opłaty porobisz! – Wykrzyknęła moja rozmówczyni.

- Za jaki tysiąc?

- No, bo dwójkę teraz będziecie mieć.

- Tak, ale na pierwsze żeby dostać 500+ dochód na członka rodziny nie może przekraczać 800 zł!

***

Jak ja nie znoszę propagandy! TVP w tym przoduje: „Żaden nauczyciel nie straci pracy w wyniku reformy”, „Wszystkie dzieci dostaną się do przedszkoli”, „500 zł na każde dziecko” – i są ludzie, którzy w to wierzą! A potem się okazuje, że chodzi wyłącznie o nauczycieli z umowami na czas określony i to w trakcie pierwszych 3 lat trwania reformy, dzieci objęte obowiązkiem przedszkolnym (czyli od 4 roku życia) i 500 zł na każde dziecko o ile dochód na członka rodziny nie przekracza 800 zł. Ale kto by wchodził w szczegóły? Ta sytuacja przypomina mi pewien stary dowcip:

Słuchacze pytają: Czy to prawda, że na Placu Czerwonym rozdają samochody?

Radio Erewań odpowiada: tak, to prawda, ale nie samochody, tylko rowery, nie na Placu Czerwonym, tylko w okolicach Dworca Warszawskiego i nie rozdają, tylko kradną.

Ale to żart z czasów propagandy komunistycznej. Zdawać by się mogło, że czasy tak bezczelnych kłamstw i ludzi skorych w nie uwierzyć mamy już za sobą. Tymczasem starsi ludzie – czy to z powodu braku dostępu do innych źródeł wiedzy, czy to ze względu na zmniejszającą się sprawność umysłową – bezkrytycznie te bzdury przyjmują za pewnik. I wytłumacz potem babci i dziadkowi przy wielkanocnym stole, że jest inaczej, skoro pada argument ostateczny: „ale tak mówili w telewizji”! Dziwi mnie to zwłaszcza, że to właśnie starsze pokolenie powinno pamiętać czasy manipulacji informacją w Dzienniku Telewizyjnym. Chciałoby się rzec, że TVP wraca do korzeni…

A jednak słowa niemieckiego ministra propagandy z czasów II Wojny Światowej, Josepha Goebbelsa, pozostają aktualne:

„Kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą.”

Le patriotisme

źródło: http://www.superstary.pl

źródło: http://www.superstary.pl

W związku ze zbliżającymi się świętami wybrałam się na pocztę, żeby kupić kartki. Przywykłam już do tego, że poczta nie spełnia jedynie prostej funkcji przyjmowania i dostarczania przesyłek: można na niej także wziąć kredyt, zapłacić rachunki, czy kupić nie tylko kartki i znaczki, ale także drobną przekąskę, portfel, latarkę, grę planszową, czy tak niezbędny produkt pierwszej potrzeby jak poradnik z cyklu „Jak żyć?”. (Nie należy przy tym wyciągać pochopnego wniosku, że skoro poczta poszerza swoją ofertę, to z nienagannie wywiązuje się ze swoich podstawowych zadań.) Tym razem jednak moim oczom ukazał się widok z rodzaju „i śmieszno i straszno”, a mianowicie zestaw książek dla dzieci, których tytuły prezentuję poniżej:

„Księga małego patrioty” (+ quiz patriotyczny +zawieszka – orzeł małego patrioty),

„Poczet polskich patriotów dla dzieci”,

„Księga patrioty: historia, teksty, nuty”,

„Kolorowanki patriotyczne”, do wyboru:

  • piękne polskie krajobrazy,
  • najpiękniejsze polskie miasta,
  • polskie zamki i pałace.

Kto indoktrynuje własne dzieci takimi publikacjami?!

Może wrażenie byłoby większe, gdyby nie to, że od jakiegoś czasu na bilbordach pojawiają się informacje o nowych polskich produkcjach filmowych, takich jak „Wołyń”, „Smoleńsk”, „Historia Roja”, czy „Wyklęty”, a politycy pewnej partii wycierają sobie gęby słowami „Polska”, „Polacy”, „polskość” i „patriotyzm”, co jakiś czas podpierając się cytatami z „naszego” papieża, Jana Pawła II.

Słowo daję, kiedy słyszę po raz kolejny hasło „żołnierze wyklęci”, nóż mi się otwiera w kieszeni. Bynajmniej nie dlatego, że brak mi szacunku do polskiej kultury i historii – wręcz przeciwnie. Czuję frustrację i rozgoryczenie spowodowane faktem, że jedno stronnictwo polityczne rości sobie wyłączne prawo do polskości, wykluczając tym samym z niej wszystkich o odmiennych poglądach. Nachalna propaganda jarmarcznego patriotyzmu obrzydza mi wszystko, co nieudolnie usiłuje promować.

To straszne, że rząd zamiast kreować naszą przyszłość (emerytury, deficyt budżetowy) koncentruje się na kształtowaniu naszej przeszłości (kto był bohaterem, a kto zdrajcą). To prawda, że historię piszą zwycięzcy, jednak od kogoś, kto tak często się odnosi do wartości katolickich, można by oczekiwać nieco więcej szczerości. Jak można tak kupczyć dwiema wzniosłymi wartościami: miłością do Boga i ojczyzny? Jak można wykorzystywać UNIWERSALNE ideały do dzielenia społeczeństwa? W rzeczywistości chodzi jak zwykle o władzę i pieniądze, a cała ta indoktrynacja ma tylko jeden cel: przekonać nas, że jeśli nie głosujemy na PiS, nie jesteśmy patriotami ani dobrymi katolikami. Ale, czy po tym, jak już zostaliśmy nazwani obywatelami drugiego sortu robi to jeszcze na kimś wrażenie?

Na wystawie po drugiej stronie poczty wystawiono całe serie książek z cyklu:

„Potrawy siostry Marii”,

„Ojca Grande przepisy na zdrowe życie”,

„Przepisy siostry Anastazji”.

W rzeczy samej, esencja polskości: Bóg, honor ojczyzna. Już teraz dostępna na najbliższej poczcie za jedyne 9,99 zł. I z zawieszką – orłem małego patrioty, gratis.

La politique

pinokio2

 

Kiedy byłam młodsza miałam ten komfort, że nie interesowałam się polityką. Z domu wyniosłam ogólne przeświadczenie, że nikt przyzwoity nie pracuje jako polityk i na tym w zasadzie opierała się cała moja Wiedza o Społeczeństwie. Mówi się, że ludzie nie interesują się polityką, dopóki polityka nie zainteresuje się nimi. Wobec tego grupa osób niezainteresowanych tym tematem musiała ostatnio znacząco zmaleć. Projekt ustawy antyaborcyjnej, przekuty następnie w ustawę „Za życiem”, 500+, pomysły Ministra Ochrony (?!) Środowiska oraz reforma edukacyjna dotykają w sposób bezpośredni ogromnych grup społecznych. Dziś usłyszałam w radiu, że na 31 marca zaplanowano ogólnopolski strajk nauczycieli i nie mogę się nie odnieść do tej informacji.

Edukacja to wyjątkowo ciekawy temat, na który każdy ma jakąś opinię i bardzo chętnie ją wyraża. Może jest tak dlatego, że prawie każdy z nas w pewnym momencie swojego życia uczęszczał do szkoły, albo właśnie ma dziecko czy wnuka w wieku szkolnym. Sama nie jestem pod tym względem wyjątkiem, a nawet wypowiadam się na te tematy ze szczególnym upodobaniem. Śpieszę z wyjaśnieniem. W starożytnej Grecji istniało takie przekleństwo: „Obyś cudze dzieci uczył!” i z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że to właśnie przekleństwo ciąży na mojej rodzinie. Moja prababcia, dziadek i oboje rodzice to z zawodu nauczyciele. Sama przez całe dzieciństwo słyszałam w domu: „Żebyś tylko nie została nauczycielką!”. W związku z tym, przy pierwszej nadarzającej się okazji zajęłam się oczywiście nauczaniem. Sądzę więc, że mimo że nie pracuję obecnie w zawodzie, mam dość obszerną wiedzę na temat funkcjonowania systemu edukacji w Polsce.

Pierwsze, co rzuca się w oczy to fakt, że nauczyciele nie cieszą się tak powszechnym szacunkiem jak np. lekarze czy prawnicy. Nie mają też tak wysokich pensji. Dla wielu osób jest to naturalny stan rzeczy, warto jednak podkreślić, że to właśnie nauczyciele uczą i wychowują kolejne pokolenia i to w ich rękach spoczywa tzw. przyszłość narodu, także przyszłych lekarzy, prawników, ich dzieci oraz wnuków. W krajach, w których poziom edukacji jest najwyższy na świecie – takich jak Finlandia czy kraje Azjatyckie – zawód nauczyciela jest niezwykle prestiżowy i dobrze płatny. Wiąże się to również z bardzo trudnymi studiami pedagogicznymi, podczas gdy u nas często jest to kierunek ostatniego wyboru („w razie gdybym się nigdzie indziej nie dostał”), ale to w zasadzie temat na osobny artykuł. Na domiar złego, przy każdej zmianie rządu następuje reforma edukacji. Nie był więc zaskoczeniem fakt, że gdy drugiego dnia wakacji 2016 ogłoszono plan kompletnej rewolucji w systemie oświaty, nauczyciele nie byli zachwyceni.

Jednak większość z nich przebywała na urlopie, a nie było jeszcze żadnego dokumentu, do którego można by było się odnieść. Na to, by dowiedzieć się, co tak właściwie przygotowało Ministerstwo Edukacji Narodowej z minister Anną Zalewską na czele, musieliśmy czekać aż do 27 października 2016. Planowane zmiany obejmują przede wszystkim:

1) powrót do ośmioklasowych szkół podstawowych, czteroklasowych szkół licealnych i pięcioklasowych techników,

2) wygaszanie gimnazjów przez następne 3 lata, poczynając od 1 września 2017.

Tym samym, tegoroczni uczniowie pierwszych klas gimnazjum byliby ostatnimi uczęszczającymi do tych placówek. Ostatni etap wygaszania miałby przypaść na wrzesień 2020.

W praktyce oznacza to ni mniej ni więcej, tylko całkowite odwrócenie reformy systemu oświaty z 1999 roku, która wprowadziła gimnazja. Co ciekawe Związek Nauczycielstwa Polskiego strajkował zarówno w roku 1999, jak i teraz. Dlaczego?

I. Gdy rząd Jerzego Buzka planował wprowadzić gimnazja, nie było odpowiedniej infrastruktury. Przez 18 lat od wprowadzenia reformy przy znaczącym nakładzie finansowym powstało wiele nowoczesnych, świetnie wyposażonych budynków gimnazjalnych. Przyczyniły się do tego także dotacje z Unii Europejskiej, które działają w taki sposób, że aby nie trzeba było zwracać pieniędzy inwestycja musi spełniać swoją rolę przez odpowiedni czas. Nowa reforma oznacza więc stratę pieniędzy:

- które samorządy zainwestowały w zbudowanie gimnazjów,

- które rząd będzie musiał oddać UE,

- które samorządy ponownie wydadzą na przystosowanie budynków gimnazjalnych na potrzeby szkół podstawowych (na sam ten cel przeznaczonych jest w budżecie 300 mln zł, o pozostałych dwóch pani minister milczy).

Koszt całkowity reformy (włącznie z napisaniem i wdrożeniem nowej podstawy programowej, nowych podręczników, itp.) ma wynieść 900 mln zł, plus 168 tys. rezerwy budżetowej rocznie. Czy kraj z deficytem budżetowym na rekordowym poziomie niemal 60 mld zł może sobie na taką ekstrawagancję pozwolić? Mam wątpliwości.

Tymczasem minister edukacji otrzymała już teraz 7,5 tys. premii oraz drugie tyle w nagrodę za „zaangażowanie w przygotowanie reformy systemu edukacji ze zmianą ustroju szkolnego oraz zmianą w organizacji i funkcjonowaniu szkół i placówek oświatowych”.

II. Obawy nauczycieli z 1999 roku dotyczyły także zamykania małych wiejskich podstawówek na rzecz miejskich molochów. Jak się okazało, mieli rację. Na wsiach nie było dość dzieci, by opłacało się utrzymywać tam sześcioklasowe szkółki z klasami po 10-14 osób.

III. Przy wprowadzaniu gimnazjów uzasadniano tę potrzebę koniecznością zmodernizowania polskiej szkoły tak, by dorastała do nowoczesnych zachodnich standardów. Wiązało się to także ze współpracą między szkołami oraz faktem, że coraz więcej polskich rodzin wyjeżdżało za granicę i potrzebny był system umożliwiający dzieciom kontynuację nauki w dowolnym kraju europejskim. Co ciekawe, ten sam argument podnosi się przy obecnej reformie: polska szkoła ma być (jeszcze?) bardziej nowoczesna. Jedyne kraje, w których nadal obowiązuje ośmioklasowa podstawówka to Rosja i Ukraina. Nie są to kraje słynące z nowoczesności.

IV. Kolejnym argumentem za powstaniem gimnazjum było oddzielenie najmłodszych dzieci od nastolatków. W moim odczuciu było to słuszne: 7-latek w zderzeniu (dosłownie i w przenośni) na korytarzu z 14-latkiem ma niewielkie szanse. Teraz MEN twierdzi, że gimnazjum to wylęgarnia wszelkiego zła, gdzie kwitnie przemoc i wulgarność. Twierdzi… I nie ma na to żadnego poparcia, poza paroma ekscesami wyciąganymi raz po raz niczym as z rękawa. Natomiast zgodnie z najnowszymi badaniami przeprowadzonymi przez Instytut Badań Edukacyjnych w 2015 roku, do przypadków przemocy fizycznej i słownej częściej dochodzi w szkołach podstawowych.

Co więcej, dorastanie to trudny etap w życiu człowieka. Nastolatki chcą się popisać, sprawdzają granice, hormony buzują. Czas ten pozostanie równie trudny dla ucznia podstawówki, jak trudny był dla ucznia gimnazjum, zmieni się wyłącznie nazwa. Na dodatek teraz te nastolatki spotkają na korytarzu nieporadne maluchy z pierwszej klasy. Czy tylko mi wyobraźnia podpowiada czarne scenariusze?

V. Zabieramy się do zmiany systemu, który działa. Zgodnie z najnowszymi wynikami Programu Międzynarodowej Oceny Umiejętności Uczniów PISA (ang. Programme for International Student Assessment), który bada kompetencje 15-latków (3 klasa gimnazjum) z 72 krajów w zakresie czytania ze zrozumieniem, matematyki i nauk przyrodniczych, w 2012 roku Polska znalazła się w pierwszej dziesiątce. MEN uważa, że gimnazja uczą słabo. Badań potwierdzających tę tezę ponownie brak.

VI. Zarówno w 1999 istniała, jak i teraz istnieje, uzasadniona obawa nauczycieli o utratę pracy. Wówczas nauczyciele zamykanych wiejskich szkół podstawowych musieli przekwalifikować się i zacząć uczyć w miejskich gimnazjach, albo zmienić pracę.

Obecnie pani minister odniosła się do kwestii zwolnień w wywiadzie z 8 października 2016 twierdząc, że żaden nauczyciel nie straci pracy. Po czym, w innym wywiadzie, 17 października doprecyzowała, że nie dotyczy to nauczycieli zatrudnionych na czas określony. Przy tym tempie zmian zdania nie dziwię się obawom nauczycieli. Że już nie wspomnę o znamiennych słowach pani minister Zalewskiej w wywiadzie sprzed 7 lat: „(…) co rząd, to zmiana koncepcji. To jest drugi błąd. Jeśli my polskiej oświaty nie potraktujemy jako priorytetu, gdzie prace mają być kontynuowane niezależnie od tego, czy ktoś jest z jednej czy drugiej strony sceny politycznej, to nigdy nie osiągniemy sukcesu”. Nic dodać, nic ująć.

VII. Moje ulubione zostawiłam na koniec: „Naród się tego domaga”. To tak cudownie nieprecyzyjne, a zarazem nośne hasło! Jeśli przez „naród” rozumiemy wyborców PiS, będzie to jakieś 30% Polaków. Co czyni pozostałe 70%… No właśnie, kim? Zresztą, nie powinno mnie to właściwie dziwić, skoro sam Jarosław Kaczyński stwierdził, że mniejszość nie może przecież rządzić większością. A jednak, panie prezesie, a jednak…

19.11.2016 w Warszawie odbył się protest przeciwko reformie. Uczestniczyli w nim nauczyciele, ale także rodzice i uczniowie. Według organizatorów 50 tys. osób. Według policji 15 tys. Ciekawe jak różnice ideologiczne przekładają się na różnice w – tak niby obiektywnej – matematyce.

Czy potrzebujemy takiej reformy edukacji? Czy nas na nią stać? I czy kogoś to obchodzi?