Le rire

Po całym dniu zmagań z dwójką maluchów nadciąga wreszcie wieczór. Nasz przedszkolak, o ile nic się nie wydarzy, zostaje spacyfikowany aż do 6:00 następnego dnia, zaś noworodek… Cóż, powiedzmy, tymczasowo spacyfikowany. Może na pół godziny, a może nawet na dwie? Pomarzyć zawsze można.

Leżymy z mężem w łóżku i śmiejemy się do rozpuku z dowcipów w rodzaju tych, które się opowiada na koniec dobrej imprezy, kiedy nikomu już nie przeszkadza, że same w sobie są raczej średnio zabawne. Nie możemy robić hałasu, bo obok śpi maluszek – tym bardziej więc chce nam się śmiać. Jak wtedy, kiedy jest się dzieckiem w kościele, i im bardziej potępiające spojrzenia posyłają nam starsze panie ze swoich ławek, tym bardziej nie można opanować wybuchu wesołości. Chichoczemy jak opętani i ocieramy łzy z policzków.

Jesteśmy wykończeni, ale szczęśliwi.

La célébration

Ubiegła sobota, około 9:00. Łóżko. Leżę sparaliżowana strachem i uświadamiam sobie, że to dzień ostatnich egzaminów ustnych.

ja: Boję się. Nigdzie nie idę. Przecież ja nic nie umiem. Wszystko się teraz wyda. Wyśmieją mnie. Rozczarują się. Nie mam siły. Jest za gorąco. Nie nadaję się do tego. Nie mam po co w ogóle iść!

mąż: Dałaś radę dwa lata chodzić na tą uczelnię. Dostałaś się do wymagającej grupy.

ja: I byłam w niej najgorsza!

mąż: Lepiej być najgorszym wśród najlepszych, niż najlepszym wśród najgorszych. Poza tym jesteś w dziewiątym miesiącu ciąży. W tym semestrze nie opuściłaś ani jednych zajęć. Dużo się nauczyłaś?

ja (niechętnie): Dużo…

mąż: Sama widzisz! Ty już swój sukces osiągnęłaś! Dzisiejszy dzień to tylko… Przypieczętowanie tego. Jak zdasz – to świetnie, jak nie – to nic się nie stanie. Dla mnie jesteś najlepsza i będę z Ciebie dumny. Nie ważne jak Ci pójdzie.  Po prostu idź tam, zrób to i wracaj do domu.

***

Zdałam wszystkie egzaminy ustne jako jedyna z grupy. Bardzo dziękuję za wszystkie dobre życzenia i wsparcie psychiczne, które otrzymałam. Chciałabym jednak zaznaczyć, że jest to sukces zespołowy. Nigdy nie udałoby mi się tego osiągnąć gdyby nie mój kochany mąż, który robił mi śniadania na uczelnię, podwoził mnie na zajęcia, zajmował się w weekendy naszym synkiem, ani razu nie narzekał na moją ciągłą naukę i brak czasu, motywował mnie, a na ostatni egzamin niemal wypchnął mnie siłą z domu.

Zaczynamy wakacje!

c’est pourquoi

Po upalnym dniu ze zbuntowanym, zapuszczającym zęby trzonowe, lekko przeziębionym synkiem… Po dniu zajmowania się domem i gotowania… Po nauce do egzaminów wstępnych na studia w każdej wolnej chwili… Przychodzi taki moment, kiedy myślę sobie: a może by tak zrobić chociaż jedną z miliona zaległych spraw?

Po czym wzruszam ramionami, sięgam po „Listy niezapomniane” Shauna Ushera (polecam gorąco!) i opieram się wygodnie o mojego zaczytanego męża. Który, obejmując mnie, natychmiast zasłania mi pole widzenia swoim tomiszczem fantastyki. Które ja z kolei zasłaniam swoją książką. Te przepychanki (oraz przeplatane wybuchami śmiechu ustalenia kto-ma-sobie-zrobić-co z którą kończyną) trwają jeszcze przez chwilę, nim oboje nie wsiąkniemy na dobre w lekturę. Następnie okazuje się, ze pora jest już nieprzyzwoicie późna i, o ile chciałabym następnego ranka być w stanie otworzyć przynajmniej jedno oko, wypadałoby iść spać.

Jeśli więc ktokolwiek chciałby zapytać mnie dlaczego nie zrobiłam jeszcze X, gdzie X = dowolna rzecz, którą obiecałam/ powinnam/ mogłabym zrobić, to odpowiedź brzmi: DLATEGO.

I wiecie co? DLA TEGO było warto.

j’ai besoin de toi

„Wsi spokojna, wsi wesoła…”.

Dziś rano krążyłam po domu rodziców w poszukiwaniu zasięgu, z wstukanym w komórce tekstem, który uparcie nie chciał się wysłać. Za mną, krok w krok, człapał W. Zdziwionej naszym małym pochodem mamie rzuciłam w locie, że muszę odpisać na SMS od męża. Ledwo wypowiedziałam te słowa, kiedy uświadomiłam sobie, że właśnie tego wyrażenia użyłam: „muszę odpisać” – a przecież jeszcze nic do mnie nie doszło. Mamy z T. taką niepisaną umowę, że codziennie rano wysyłamy sobie wiadomość na dobry początek dnia.

Niespodziewanie dla samej siebie pomyślałam, że takie graniczące z pewnością przekonanie o czyimś zaangażowaniu przypomina relację człowiek – Bóg. To, że nie jest się w stanie odebrać czyjejś wiadomości, nie oznacza wcale,  że po drugiej stronie nikt nie nadaje. Uśmiechnęłam się do tej myśli.

Kiedy wreszcie udało mi się znaleźć zasięg, wysłałam SMS, a kilka sekund później odebrałam zaległą wiadomość od męża.

une question de vie ou de mort

Catherine Black: Przemijanie

Catherine Black: Przemijanie

Rozmawiałam niedawno z mamą przez telefon.

-Wiesz, podwoziliśmy niedawno Tę-Starszą-Panią-Którą-Znasz i powiedziała nam, że ma duży ubytek słuchu, i że bardzo jej z tym ciężko, bo nie słyszy już śpiewu ptaków. Pamiętasz jak ona uwielbiała słuchać śpiewu ptaków! A teraz nic.

Innym razem jedziemy samochodem, a tu nagle korek. Zastanawiamy się z Tatą: „Skąd tu korek? W takim miejscu? Czy to jakiś wypadek?”. A tu się okazuje, że jakaś staruszka przechodziła z balkonikiem przez przejście dla pieszych w takim tempie, że zatrzymała kompletnie ruch w obie strony. Starość jest straszna…

-Yyyyy… Nie wiem co na to odpowiedzieć – tyle jestem w stanie wymyślić na poczekaniu. Przecież nie powiem „Ależ skąd, starość jest super! Nie trzeba chodzić do pracy, można bawić się z wnukami i realizować swoje hobby!”. Starość to starość. Podobnie jak młodość, ma swoje blaski i cienie. Tyle, że patrząc z perspektywy czasu minione chwile utrwalają się w naszej pamięci jako wspaniałe, a obecne zmagania zawsze wydają się najcięższymi z jakimi przyszło nam się zetknąć.

Na niekorzyść starości dodatkowo działa fakt, że nie da się ukryć, iż wiąże się ona ze stopniową, acz nieodwołalną, utratą. Sił witalnych. Zdrowia. Urody. Mobilności. Apetytu. Jest to droga w jedną stronę i wszyscy wiedzą jaki jest ostatni przystanek na tej trasie. Aczkolwiek umierają przecież także młodzi, a nawet dzieci. Śmiem więc podejrzewać – bo przecież niewiele mi w tej kwestii jeszcze wiadomo – że główny problem stanowi świadomość. Nie tyle świadomość tego, że koniec nadejdzie, co świadomość tego ile mieliśmy ( i czego być może wówczas nie umieliśmy docenić), a co teraz na naszych oczach, kawałek po kawałku, zanika.

Tymczasem od czasu ciąży ze zgrozą przyglądam się zmianom zachodzącym w moim własnym ciele (jeśli mam akurat czas, a szczęśliwie nie ma go wiele!). Mimo, że straciłam wszystkie ciążowe kilogramy z nawiązką, brzuch uparcie nie chce być tak jędrny jak dawniej. Cerze z pewnością nie służą wszystkie nieprzespane noce (ach, pierwsze zmarszczki!). Stan piersi po ponad roku kamienia litościwie przemilczę. I tak sobie myślę, że to jest właśnie to: powolne, stopniowe oswajanie z umieraniem.

***

W nocy, leżąc w łóżku przed snem, przytulam się do męża i pytam:

-Boisz się starości?

-Nie.

-Ale przecież będziesz wtedy brzydki i niedołężny.

-No i co z tego? Ale będę z Tobą.

-Ale ja też będę brzydka i niedołężna.

-No to razem będziemy piękni.

-Nie mam pojęcia w jaki sposób doszedłeś do takiego wniosku.

-To proste. Efekt synergii.

Zamykam oczy. Zanim zasnę, z całych sił staram się wierzyć w efekt synergii.

faire un bébé

pop-ink-csa-images-woman-receiving-a-child-at-end-of-baby-assembly-line

A jednak wrócę jeszcze do „Projektu matka”, bo padło tam pewne sformułowanie, na które natknęłam się już kilkukrotnie i za każdym razem tak samo mnie ono mierzi. Ostatnio – kiedy usłyszałam, że znajomi pojechali na zagraniczne wakacje „zrobić sobie dziecko”. Cóż za finezja! Przywodzi mi to na myśl ciężką harówkę przy taśmie produkcyjnej, plan wynikowy  oraz kontrolę jakości. Moje skojarzenia związane z seksualnością są zgoła odmienne.

Zrobić to sobie można kawę lub herbatę, ewentualnie szalik na drutach. Słowem, zrobić można COŚ, ale już nie KOGOŚ. Czy to się komuś podoba czy nie, ludzie mają dość ograniczone pole manewru w kwestii naturalnego poczęcia dziecka. Mogą badać swoją płodność, wybierać najkorzystniejszy czas i mieć nadzieję, że się uda. Znajomym akurat się nie udało. I z taką opcją też trzeba się liczyć. Bo dwa wolne tygodnie w kalendarzu mogą pasować nam, ale naszym hormonom i organom wewnętrznym już niekoniecznie.

Kiedy o tym myślę, przychodzi mi jeszcze inny przykład biznesplanu w wersji family: cesarskie cięcie na życzenie. „Najlepiej zanim na brzuchu pojawią się rozstępy, w ten dzień nie, bo mam akurat umówione spotkanie, sama nie wiem – lepiej żeby dziecko było Skorpionem czy Strzelcem?”

Jeżeli dziecko musi się urodzić przez cesarskie cięcie za względu na wskazania medyczne, to tak musi być, trudno. Tak właśnie, TRUDNO, bo dla prawidłowo ułożonego, zdrowego dziecka najzdrowiej jest urodzić się drogami natury. Również dla matki w większości przypadków jest to najkorzystniejsze – nomen omen – rozwiązanie. W imię utrzymania kontroli oraz ograniczenia bólu (to ostatnie akurat rozumiem, choć nie popieram – w ostatecznym rozrachunku po cesarskim cięciu dochodzi się do siebie dłużej, a kiedy puści znieczulenie ból też jest niemały) z inwazyjnej operacji robi się umówiony „zabieg”. Świadomość możliwych komplikacji w trakcie i po operacji oraz wiedza o ryzyku niedonoszenia kolejnych ciąż ze względu na bliznę na macicy, wydają się zastraszająco małe w porównaniu z powszechną wiedzą, że „najlepiej ciąć na uśmiech, bo wtedy blizna jest mało widoczna”.

Co do nas – nigdy nie myśleliśmy w kategoriach „zróbmy sobie dziecko”. My się zwyczajnie kochaliśmy i bardzo pragnęliśmy założyć rodzinę. Później z niepokojem i ogromną niecierpliwością czekaliśmy na tę wielką niewiadomą, na narodziny synka.

Żadna w tym nasza zasługa, ani wina znajomych, że my otrzymaliśmy dar rodzicielstwa, a oni – jeszcze – nie. Nie ZROBILIŚMY nic lepiej, nie mieliśmy też lepszego planu wynikowego. Niektóre rzeczy zwyczajnie od nas nie zależą. Trudno przyjąć ten fakt współczesnemu człowiekowi sukcesu.

Patrząc na nasze śpiące maleństwo, widząc jakie jest piękne, jak szybko się rozwija, jakie jest do nas podobne – a zarazem jak bardzo odmienne od każdego z nas – jestem głęboko przekonana, że nigdy nie umielibyśmy ZROBIĆ nic równie dobrego.

Stop!

j7ro1_500

A może by tak spędzić razem trochę czasu?

W walentynki wybrałam się do księgarni, w której jako prezent dla ukochanej osoby promowano na wystawie „Pięćdziesiąt twarzy Grey’a” oraz „Nimfomankę”. Uderzył mnie dysonans pomiędzy tą pochwałą rozwiązłości, a naiwnymi, własnoręcznie wykonywanymi serduszkami z papieru wręczanymi sympatiom z dzieciństwa: „Na górze róże, na dole fiołki, my się kochamy jak dwa aniołki. Twój Cichy Wielbiciel” ;-). Nie domagam się tu absolutnie obowiązkowej odgórnej infantylizacji wyznań miłosnych… Ale żeby od razu „Nimfomanka”?

Czy nikt już nie wręcza sobie tomów poezji? Gdzie się podziała finezja? Gdzie romantyzm? Coś jest poważnie nie tak z tą kulturą pojmującą miłość wyłącznie poprzez seks.

Im dłużej nad tym myślę, tym bardziej upewniam się, że nie chodzi tu o moją zadeklarowaną staromodność, a o potrzebę wejścia z kimś w głębszą relację i o cierpliwość. Chociaż czas również nie jest tu bez znaczenia, gdy skonfrontuje się fakt, że The Beatles śpiewali „I want to hold your hand”, a Miley Cirus śpiewa pokazując wszem i wobec… hmm… Znacznie więcej niż tylko swoje dłonie.

Domeną współczesności jest pośpiech. A istnieją sprawy, w tym relacje międzyludzkie, w których pośpiech jest wysoce niewskazany. Pomijając już, że można popełnić wiele błędów, zostać głęboko zranionym lub wykorzystanym przez osobę, którą jak nam się zdawało zdążyliśmy już poznać; śpiesząc się pozbawiamy się mnóstwa przyjemności (co dziwi biorąc pod uwagę, że drugą po pośpiechu domeną współczesności jest dążenie do przyjemności). Kolejne stopnie bliskości, poznawanie tej drugiej osoby, a nawet samo oczekiwanie – na spotkanie, telefon, pierwszy pocałunek – wypełnia ogromna radość. Mam czasem ochotę zakrzyknąć: Ludzie zatrzymajcie się i zastanówcie! Czy nie tęsknicie za wspólnym patrzeniem w gwiazdy? Za pisaniem do siebie listów (tak, na prawdziwym papierze)? Za patrzeniem sobie w oczy (i tylko w oczy)?

Trudno wszak spodziewać się, że kogoś wzruszy trzymanie się za ręce, jeśli dąży jedynie do jak najszybszego zaspokojenia seksualnego. Kiedyś była to powszechna wiedza, dzisiaj potrzebny nam ruch slow life.

Gdyby ktoś jednak chciał zainwestować w nietuzinkowy prezent powalentynkowy (to, że starać się trzeba przez cały rok już mamy ustalone) dla ukochanej/ ukochanego polecam „Pachnidła” Adama Szustaka OP. My z mężem sobie chwalimy. Albo „Wyjdź za mąż i poddaj się!” Constanzy Miriano. A do środka można włożyć pierścionek zaręczynowy. I to by było dopiero romantyczne. O.

Le concours

Dziękuję bardzo za głosy wszystkim, którzy wysłali SMSa z kodem światłosekundy. Cieszę się, że udało mi się zmobilizować Was do zasilenia konta fundacji Dzieci Niczyje. Niestety w tym roku nie udało mi się przejść do drugiego etapu konkursu. Przy nazwie mojego bloga pojawiły się dwie kuleczki, co symbolizuje liczbę pomiędzy 6 a 50 głosów. Oczywiście zakładam, że było to 50. Wynik ów był tym samym 50 razy lepszy niż zeszłoroczny (co nie powinno nikogo znów tak bardzo dziwić biorąc pod uwagę, że w zeszłym roku zapisałam się przypadkiem, nie przeczytałam regulaminu, i nawet ja sama na siebie nie zagłosowałam). Mój Mąż o umyśle wybitnie ścisłym przewiduje, że przy tym tempie wzrostu, powinnam zwyciężyć za dwa lata. Wierzę mu, ponieważ zapytany uprzednio, czy mam szansę w tym roku odpowiedział krótko, jak na umysł ścisły przystało: „Nie” . Dlatego w takiej sprawie lepiej poradzić się przyjaciółki. Odpowiedź będzie nieco mniej rzetelna, za to na pewno przyjemniejsza w odbiorze.

Skoro już mowa o szansach: drogi posiadaczu zwycięskiego kuponu Dużego Lotka! Nie uwierzysz, jaki miałam zgrabny plan budżetowy na wygraną podczas sobotniej kumulacji! Jeśli jesteś nim zainteresowany, daj znać. Mi się już nie przyda, z wiadomych względów. Podejrzewam, że Tobie te pieniądze były bardziej potrzebne, choć z trudem akceptuję fakt, że moje egzotyczne wakacje w gronie rodzinnym nie znajdują się na liście Boskich priorytetów. Może za dwa lata? Jak wieszczysz, Mężu?

Tymczasem zadowalam się podczytywaniem w każdym możliwym momencie „Wnuczki do orzechów” Małgorzaty Musierowicz i rozkoszuję się wyobrażeniem letnich upałów, kąpieli w jeziorze, spacerów po lesie oraz arbuzowego sorbetu z miętą. A w naszym domu roznoszą się niemniej rozkoszne aromaty pieczonego chleba i jeszcze czegoś… Ale to już niespodzianka na przyjazd drogich gości, którzy również czytają te słowa, a więc sza!

I jeszcze na koniec piosenka uwodzicielska dla mojego Męża. Jakoś nam się rozwalentynił (?!) ten tydzień. A stało się to za sprawą wpisu poniedziałkowego.

L’amour

Red-Heart-BalloonsZbliżają się walentynki, o czym od jakiegoś miesiąca informują nas z subtelnością młota pneumatycznego reklamy całej gamy produktów od sprzętu komputerowego, poprzez gastronomię, a na przemyśle bieliźnianym skończywszy. Można się zastanawiać, nad sensownością kolejnego komercyjnego święta rodem z zachodu, bezsprzecznie wrosło ono jednak w polską rzeczywistość tak zwanej kultury masowej.

Z moich obserwacji wynika, że obchodzenie dnia św. Walentego najmocniej odczuwają dwie grupy ludzi. Pierwszą stanowią osoby samotne (nie z wyboru), które odnoszą wrażenie, że oto całe otoczenie, z witrynami sklepowymi włącznie, sprzysięgło się, aby wypominać im brak, który i już i tak jest dla nich dość przykry. Druga grupa to rzucające się w wir świętowania pary, które dopiero zaczęły się spotykać, ewentualnie pary nastolatków (jedne i drugie przejawiają zresztą wiele cech wspólnych, takich jak ataki chichotu, czy przeświadczenie, że wszyscy na nich patrzą).

To właśnie ta druga grupa ludzi rezerwuje 14 lutego stoliki w kawiarniach, wykupuje cały zapas balonów w kształcie serca i szykuje romantyczne (przynajmniej w zamyśle) niespodzianki (których druga strona oczywiście się spodziewa, a wręcz oczekuje). Dość częstym pomysłem jest wspólne wyjście do kina na nastrojowy film. Jeśli ktoś chciałby wybrać się tego roku na takowy w Poznaniu, to niestety będzie musiał wymyślić coś bardziej oryginalnego. Są po temu dwojakie powody. Primo, wszystkie bilety na ten dzień zostały już wykupione. Nie ma się jednak czym martwić, gdyż secundo, w multipleksach (nomen omen, czyż „multi” nie znaczy „wiele”, co miałoby sugerować wybór spośród co najmniej dwóch możliwości?) wyświetlany będzie tylko jeden film, bynajmniej nie romantyczny. Mowa o rozerotyzowanych „50 twarzach Greya”, ekranizacji literatury najniższych lotów, za to (dlatego?) bardzo poczytnej. Nasuwa się tu pytanie, kto wykupił te wszystkie bilety – żywię nadzieję, że nie nastolatki.

Pomimo powyższych rozmyślań, nie jestem wojującą przeciwniczką walentynek. Każdy z nas chce wiedzieć, że jest kochany, a jeśli ktoś potrzebuje odgórnie narzuconego święta, aby okazać czułość i uwagę swojej drugiej połówce, to bardzo dobrze, że takie święto istnieje. Przejawia się tu jednak pewna niezrozumiała dla mnie tendencja do podejmowania działań na skalę masową: oczami wyobraźni widzę nieomal jak ludzie w różnych punktach globu wszyscy jak na komendę dają sobie całusa, zapalają świeczkę i wymieniają identyczne pluszowe misie, po czym równymi parami, trzymając się za ręce, maszerują, żeby wszyscy obejrzeć jeden i ten sam film. Brrr!!!

Dbajmy o swoich ukochanych przez cały rok. Róbmy to po swojemu. I pozwólmy im poczuć się rzeczywiście wyjątkowo, aby wiedzieli, że słowa „moja jedyna/ mój jedyny” to nie tylko wyświechtany frazes. Jeśli kochasz, bez wątpienia znajdziesz szczególny sposób by to okazać, taki, który najbardziej trafi do tej drugiej osoby. Spocznij! Rozejść się!

No dobrze, a teraz dla Ciebie – dzisiaj, mój wspaniały Mężu. Dzisiaj.


L’émotion (6)

Od kiedy, jeszcze jako para, zaczęliśmy oglądać wspólnie filmy, mój Mąż nie może się nadziwić temu, jak łatwo przejmuję się losami bohaterów. Podczas horrorów podskakuję na najlżejszy dźwięk, na melodramatach płaczę jak bóbr. Ostatnio włączył mi takie oto nagranie mówiąc: „Zobacz, to o Tobie!”:

Po obejrzeniu filmiku otarłam łzę i przyznałam Mężowi rację, ale on tylko pokręcił z niedowierzaniem głową i stwierdził: „Nie, Ty płaczesz jak widzisz, że ktoś płacze podczas filmu! To już jest wyższy stopień wtajemniczenia!”