En cadeau (7)

U progu weekendu pragnę poświęcić kilka słów wspaniałemu prezentowi, który co tydzień jest w zasięgu każdego mężczyzny, a jednak nie każdego na niego stać. Żadnymi kwiatami, czekoladkami, ani biżuterią (choć oczywiście będą mile widziane) nie zdoła zaskarbić sobie takich pokładów wdzięczności małżonki, co tym wspaniałomyślnym gestem. Rzecz o spaniu. I od razu ubiegam wszelkie domysły – chodzi o błogi stan nieświadomości, jeśli już w czyichś ramionach, to zapewne Morfeusza.

Wyobraźmy sobie następującą sytuację: żona zmęczona całym tygodniem opieki nad swoim ukochanym, acz niebywale uzdolnionym akustycznie, dziecięciem, wielokrotnie wstaje w nocy – a to żeby nakarmić, a to przewinąć, a to znów tylko przytulić. Gdzieś pomiędzy 5.00 a 7.00 następuje ów krytyczny moment, w którym dziecię oświadcza kategorycznie, że za żadne, ale to żadne skarby świata nie zaśnie ponownie. Jest gotowe do figli i harców, absolutnie zaś odmawia spokojnego leżenia w łóżeczku, ewentualnie wpatrywania się w karuzelkę, czy zabawy w oglądanie po raz milionowy tych samych książeczek. I w tym momencie do akcji wkracza ON, Mąż Nad Męże.

Nie dość, że przejmuje Młodego Nieśpiącego pod swoją pieczę, to jeszcze wychodzi z sypialni pozostawiając swej pozwijanej-całą-noc-w-dziwacznych-pozycjach żonie do dyspozycji CAŁE WIELKIE ŁOŻE. Żona mruczy coś na temat zamiaru rychłego dołączenia do rodziny w kuchni, po czym sama nie wiedząc nawet jak ani kiedy zapada w głęboki sen. Budzi się po około godzinie z tym wspaniałym, dawno już zapomnianym uczuciem – czy to możliwe? – tak, ona jest wyspana! Czuje jak ogarnia ją fala euforii! Jest pełna energii, od stóp do głów przepełniona wdzięcznością oraz miłością do męża, do dziecka, do ludzkości, do świata!!! W radosnych podskokach rusza w kierunku kuchni, gdzie czeka na nią smakowite śniadanie i mąż bawiący się w najlepsze z dzieckiem. Żonie nie pozostaje już nic innego jak tylko omdleć w ramionach swego wybawcy, z okrzykiem „Och, Mężu Nad Męże!” na drżących ze wzruszenia ustach.

Mniej więcej taka sytuacja miała miejsce w naszym domu którejś soboty. Istnieje tylko jeden słaby punkt takiego postępowania: gdy już raz Szanowny Małżonek się poświęci, żona będzie po cichu liczyć na powtórkę tego cudownego zdarzenia… (W tym miejscu ślę uroczy, niewinny uśmiech w kierunku Mojego Wspaniałego Męża).

A w dzisiejszym teledysku ilustracja do fali euforii ogarniającej wyspaną żonę. Udanego weekendu życzę!


Je me plains (8)

Posiadaczki więcej niż trzech kolorów skarpet, kobiety, również postępują czasem niezrozumiale, a wręcz, można by rzec, działają na swoją niekorzyść. Mam w zwyczaju – i na podstawie obserwacji najbliższego otoczenia śmiem przypuszczać, że nie jestem w tym zwyczaju odosobniona – narzekać na własną fizjonomię. Zbierzcie w jednym miejscu kilka przedstawicielek płci pięknej, a ani chybi wnet będą rozprawiać nad tym ile która powinna schudnąć (i w którym miejscu), gdzie którejś coś zwisa, a której odstaje – bez przymusu i każda o sobie. Nie ma najmniejszych wątpliwości, same potrafimy zrobić sobie doskonałą antyreklamę. W zasadzie nie powinno być to zaskoczeniem w czasach gdy nieskazitelne twarze i ciała modelek czyhają w każdej gazecie, na bilbordach, w internecie i w telewizji, aby poradzić nam jakie kosmetyki/ ćwiczenia/ diety należy stosować, by się do nich upodobnić. Aby kobiety kupowały te produkty muszą uwierzyć w dwa oszustwa:

1. ISTNIEJE jeden ideał kobiecego ciała, którego ty NIE POSIADASZ.

2. Możesz osiągnąć ten ideał, lub chociaż się do niego zbliżyć, jeśli KUPISZ produkt XYZ.

Takie proste, a w zasadzie od lat napędza marketing wszelkich produktów przeznaczonych dla pań.

Będąc mamą siedmiomiesięcznego Malucha mam więcej powodów do narzekań niż kiedykolwiek, a że o czas na spotkania z koleżankami niełatwo, przedstawiłam listę swoich niedoskonałości Mężowi. I tu spotkała mnie niespodzianka.

Mąż obwieścił mi bowiem, że po pierwsze modelki prezentujące ubrania są zdecydowanie za chude, żeby podobać się normalnemu mężczyźnie. Na dowód swych słów zaproponował, żebym porównała wygląd typowej modelki z wybiegu z wyglądem typowej modelki reklamującej koronkową bieliznę (około dwa razy więcej ciała). Po drugie przypomniał mi, że aktualnie wszystkie zdjęcia są wielokrotnie retuszowane komputerowo, więc nikt nie wygląda tak jak modelki na zdjęciach, włącznie z modelkami, które do tych zdjęć pozowały. Zakończył swoją tyradę oświadczeniem, że w jego oczach jestem piękna, a moim utyskiwaniem tylko psuję ten wizerunek, więc czy mogę mu wytłumaczyć co właściwie chciałam osiągnąć?

Zabrakło mi słów, a możecie wierzyć, że zdarza się to niezmiernie rzadko. Oddaję głos niezapomnianej Dinie Washington.


La liste (10)

Ze względu na moje rozbudzone na nowo zainteresowanie tematem mężowskim, przejrzałam pobieżnie zasoby internetu na ten temat. Ogólne wrażenie jest porażające. Wygląda na to, że w przestrzeni publicznej mąż funkcjonuje na trzy sposoby:

1. WŁASNY MĄŻ: temat żartów, ktoś niespełniający oczekiwań, w najlepszym wypadku gapcio i fajtłapa, w najgorszym chodzące rozczarowanie, wróg, leń i marnotrawca kobiecego żywota;

2. CUDZY MĄŻ: obiekt westchnień i zazdrości, wcielenie wszelkich cnót, zupełnie nie wiadomo skąd taki okaz tamta szczęściara wyciągnęła;

3. MĄŻ IDEALNY: wyimaginowany wzór, bezowocnie poszukiwany, ale na pewno gdzieś tam jest i czeka na odnalezienie.

W zasadzie dwa ostatnie punkty można by scalić w jeden, ponieważ dotyczy jakiegoś obrazu męża, który ktoś sobie na własne potrzeby stworzył w umyśle (nierzadko na podstawie fikcyjnych postaci ze świata literatury, czy też, cieszących się wśród młodych dziewcząt niesłabnącą popularnością, komedii romantycznych). Tak naprawdę jaki ten cudzy mąż jest, może wszak powiedzieć tylko jego własna małżonka, a ona niewątpliwie znalazłaby kilka powodów do niezadowolenia, umieszczając go tym samym w kategorii „własny mąż”.

Powstaje tu pewien dysonans, ponieważ z powyższych rozważań wynika, że kobieta jeszcze zanim znajdzie kandydata na męża ma już jakieś wyobrażenie jaki on powinien być, a jednak wybiera sobie na towarzysza życia kompletną ofiarę losu. Drogie Panie! Takim postępowaniem wystawiacie niepochlebną ocenę wyłącznie sobie. Przecież sam ten mąż się nie wybrał.

Będąc małolatą stworzyłam listę cech mojego idealnego męża, którą wykopałam dziś specjalnie na użytek tego wpisu spośród sterty pamiątek. Przepisuję ją w oryginalnej kolejności:

męski, odpowiedzialny, dojrzały, odważny i silny poza domem, ale kochający i łagodny dla mnie (tak, tak, nastoletnia wyobraźnia nie zna słowa „kompromis”), inteligentny, wrażliwy, opiekuńczy, z poczuciem humoru, romantyczny, zakochany we mnie (dopiero na 10 pozycji?!!), szarmancki, podoba mi się z wyglądu, wierzący, dobry ojciec, uczciwy, wierny, stanowczy, wspierający w trudnościach, ma w sobie to coś (z późniejszym uściśleniem, po chwili namysłu) uwodzicielskiego

Kiedy konfrontuję ją z rzeczywistością mojego życia w małżeństwie, dochodzę do radosnego wniosku, że: primo, mój mąż ma wszystkie wymienione cechy, przynajmniej w pewnym stopniu; oraz secundo, teraz doceniłabym go za zupełnie co innego. Jak wyglądałaby zaktualizowana lista cech mojego (rzeczywistego) cudownego męża?

kocha mnie, cierpliwy, czuły, potrafi słuchać, otwarty na dialog, z dużym poczuciem humoru, zachęca mnie do podejmowania wyzwań, nie obraża się o byle co, lojalny, znosi moje huśtawki nastrojów, lubi spędzać czas z rodziną, potrafi zająć się niemowlęciem, przystojny, dobrze gotuje, potrafi naprawić wiele rzeczy, zna się na finansach…

Sporo tych cech, a to zaledwie początek mojej listy! Nie piszę tych słów po to, by wzbudzać zazdrość, czy przypochlebić się mężowi (no, może troszeczkę) – sugeruję jedynie, że każda żona mogłaby stworzyć podobną listę i postuluję, żeby bardziej doceniać mężów. Własnych, nie cudzych, czy wyimaginowanych. Bądź co bądź, żony też mogłyby w sobie to i owo ulepszyć.

Mon mari et moi (14)

Wczoraj sporo rozmyślałam o postulatach mojego Męża i doszłam do wniosku, że… Są one jak najbardziej uzasadnione. Na początku znajomości wyrażanie uczuć jest tak spontaniczne i naturalne, że nieprawdopodobieństwem wydaje się żeby kiedykolwiek miało być inaczej. Oto on, ten jeden, jedyny, najwspanialszy mężczyzna zawrócił mi w głowie i nie mogę myśleć o niczym innym. Zdarzało mi się pisać ody do jego oczu, dłoni, ramion!

Z czasem uczucie ewoluuje i zmienia się. Nie, z pewnością nie przemija, o tym jestem przekonana. Jednak niemożliwe byłoby pozostawanie wciąż na najwyższym poziomie fascynacji, wciąż odczuwając emocje w najsilniejszym natężeniu – tego nikt nie mógłby wytrzymać nie tracąc przy tym zmysłów. Zostaliśmy małżeństwem. Pamiętam jaką przyjemność sprawiało mi wymawianie słów „mój mąż” przez pierwszych kilka miesięcy. Obawiam się, że wręcz nadużywałam tego wyrażenia, odmieniając je przez wszystkie przypadki, niezależnie od tematu rozmowy. On był całym moim światem, moją ostoją i punktem odniesienia. Z nim dzieliłam się przeżyciami dnia, jak i najbardziej osobistymi przemyśleniami. Jemu okazywałam całą swoją czułość.

Znajoma powiedziała mi kiedyś, że małżeństwa z dłuższym stażem można poznać po tym, że na imprezach nie siedzą obok siebie. Nasz staż jest widać dość krótki, bo nadal siadamy obok siebie, tęsknimy za sobą, trzymamy się za ręce na spacerze, nadal chcemy spędzać razem czas. Dość dziwne wydaje mi się, że miłość nastoletnia, pierwsze zauroczenie i młode pary cieszą się stosunkowo dużym zainteresowaniem, natomiast gdy ludzie zwiążą się na całe życie, znajdują się w pewnym stopniu na towarzyskim aucie. Można ich odwiedzić, mogą spotykać się z innymi małżeństwami, ale zapraszanie ich na imprezy (jak to dotąd bywało) przestaje być dobrym pomysłem. Podobnie w sieci można znaleźć mnóstwo stron opiewających uroki zakochania i miłości, ale miłością małżeńską zachwycają się już tylko portale katolickie. Całkiem jakbyśmy z zakochanej pary po ślubie stawali się nagle dwuosobowym zakonem.

Od kiedy pojawiło się dziecko nasz związek ponownie uległ transformacji. Synek zużywa do cna pokłady mojej energii, cierpliwości (zwłaszcza cierpliwości!) i czułości. Przez cały dzień z utęsknieniem czekam na powrót Męża z pracy, ale kiedy wreszcie przychodzi, jestem już zwyczajnie zmęczona. Nim Synek zaśnie, sama jestem gotowa zasnąć na siedząco. Z drugiej strony, rozmowy o zakupie pieluch oraz zastąpienie standardowego „Cześć kochanie!” przez „Była kupa?” z pewnością nie przyczyniają się do wzrostu poziomu romantyczności w związku.

Ktoś kiedyś powiedział, że podróże kształcą, ale tylko wykształconych. Ze swojej strony dodałabym, że dziecko zbliża tych, którzy już są ze sobą bardzo blisko i potrafią o tą bliskość dbać. Żyjąc ze sobą małżonkowie mają okazję obserwować się w sytuacjach, do jakich nigdy w życiu ci sami ludzie nie dopuściliby w okresie narzeczeństwa. Podejrzewam, że publiczne czyszczenie zębów nicią dentystyczną, włosy w nieładzie, maseczka na twarzy i rozdeptane kapcie odpowiadają za więcej rozwodów niż kłamstwo i zdrada.

Jakieś pomysły na podtrzymanie miłosnego ognia w małżeństwie z małym dzieckiem? Zaczynam od pisania o Mężu na blogu. Kto wie, dokąd nas ta droga zaprowadzi?

Mon mari (15)

images

Po moim poprzednim wpisie Szanowny Małżonek wpił chmurne spojrzenie w chmurę tagów, podrapał się po zarośniętej brodzie i oznajmił, że coś ten napis „mąż” mu się wydaje mniejszy niż ostatnio. Powiało grozą. T. najechał kursorem na napis, wyświetliło się 45 tematów. Ostatni w listopadzie, przedtem w październiku. Rzadko. Mało. Za rzadko! Za mało!

Następnie podejrzliwe spojrzenie męża padło na tag „dziecko”, który wydał mu się z kolei znacznie większy. Żona przeklęła w duchu rozwój technologiczny. Po sprawdzeniu okazało się, że przypuszczenia T. były słuszne: „dziecko” pojawiło się aż w 59 tematach. Co gorsza, „ciąża” osiągnęła niebezpiecznie wysoki wynik 41.

- Prawie tyle samo co „mąż”! – zakrzyknął ze zgrozą, rwąc włosy z głowy (no dobra, z tym rwaniem to już poniosła mnie fantazja). Po czym zarządził – M., tak być nie może! Musisz stworzyć co najmniej 15 wpisów o mężu!

Tak oto otrzymałam zlecenie na cykl wpisów o moim mężu. Któż jednak zdoła odgadnąć, czy w efekcie końcowym zleceniodawca będzie z tego cyklu zadowolony, czy też może będzie domagał się jego przedwczesnego skrócenia?

La poussière

Mój Małżonek uskarża się, że nic o nim dawno nie pisałam na blogu. Odpowiedź, że dawno w ogóle nic nie pisałam, ponieważ doskwiera mi weltschmerz oraz ogólna niemoc twórcza, spotkała się z brakiem zrozumienia, a więc piszę co następuje.

Hmmm, hmmm… Otóż… Mój Mąż jest, jak podejrzewam, fenomenem na skalę światową, ponieważ cierpi na ślepotę wybiórczą. Objawia się ona absolutnym niedostrzeganiem kurzu. Cecha ta jest o tyle nietypowa, że T. bardzo lubi porządek i świetnie potrafi o niego zadbać. Tyle, że kurz nie wpisuje się w jego definicję bałaganu.

Osobiście absolutnie nie uważam się za Perfekcyjną Panią Domu (za Gwiazdę Tańczącą na Lodzie tym bardziej nie), jednak półki, po których można pisać palcem burzą moje poczucie estetyki. Siłą rzeczy, od kiedy zamieszkaliśmy razem jako małżeństwo, wycieraniem kurzu zajmuję się ja. Nie żebym się uskarżała na ten układ – T. potrafi rewelacyjnie zrobić wiele innych rzeczy, a w domu nie brakuje niewdzięcznych zajęć do wykonania.

Wyobraźcie więc sobie moje zdumienie, gdy ostatnio T. przyszedł do mnie z zafrasowaną miną i zapytał:

- Czy wycierasz może co jakiś czas z kurzu mój model Ferrari? (Tak, mamy w sypialni na szafce model samochodu, który do niczego nie pasuje, ale za to sprawia mojej drugiej połówce wiele radości.)

Przetarłam z niedowierzaniem oczy, a moje serce zatrzepotało ze szczęścia. Czy to możliwe, żeby mój Ukochany został uleczony ze swojej przypadłości? Tak, zapewne to moc mego uczucia w połączeniu z wytrwałą, żmudną pracą odczarowała spojrzenie, które jest znów zdolne docenić uroki wolnego od kurzu domowego wnętrza!

-Tak! – odparłam z nieskrywaną satysfakcją. T. zrobił rozczarowana minę.

-E, myślałem, że jest może antystatyczny…

_______________________________________

PS Wybacz Kochanie, nie mogłam się powstrzymać. Wiesz przecież, że za Tobą szaleję, ale wena twórcza nie działa pod presją!  Specjalnie dla Ciebie ‚The power of love’, której teledysk akurat idealnie wpisuje się w czas adwentu (kto by przypuszczał?).

Le message

Od ponad dwóch tygodni wprowadzamy Synkowi do diety zupki warzywne. W związku z tym codziennie około milion razy wygłaszam kwestię:

„Synku, nie wkładaj rączek do buzi. Teraz jemy. Otwórz buźkę… No, popatrz, tak jak mama AAAAAAaaaaMMMmmm, PIĘKNIE. I jeszcze raz AAAAaaa… Ale nie wkładamy teraz śliniaczka do buzi, tylko łyżeczkę. O tak, właśnie tak.. Proszę oddać mamusi łyżeczkę. No, oddaj. Tak, dziękuję… Ale nie, nie NIE, nie wkładaj TERAZ rączek do buzi!”.

Zaczynam się zastanawiać czy ewentualne karmienie dziecka całe życie piersią byłoby takim złym pomysłem.

Tymczasem nie daje mi spokoju myśl poddana mi przez Agni, że cały mój wysiłek włożony w proces wychowania (poczynając od nauki jedzenia a na wartościach skończywszy) można równie dobrze sobie darować, bo pewnego pięknego dnia dziecko się zakocha i stanie się innym człowiekiem „jakby je ktoś podmienił”. Oczywiście pragnę dla mojego dziecka szczęścia wiążącego się z pokochaniem drugiej osoby z wzajemnością. Nikt nie wmówi mi jednak, że zakochanie jest tożsame z pożądaniem. Można pożądać nie kochając (tzw. seks bez zobowiązań – swoisty oksymoron, bo nie można wymieniać z kimś płynów ustrojowych i oczekiwać braku jakichkolwiek konsekwencji). Można kochać nie pożądając (miłość platoniczna, miłość rodzicielska, itp.). Wreszcie, można kochać i pożądać… Nie oznacza to jednak jeszcze, że to pożądanie natychmiast należy zrealizować. Nikomu jeszcze nic się nie stało dlatego, że powstrzymał się od współżycia. Natomiast wiele tragedii – takich jak AIDS, niechciane ciąże, zdrady, itp. – wiąże się z brakiem wstrzemięźliwości.

Czy rzeczywiście nie jestem w stanie w żaden sposób ukształtować mojego własnego dziecka pod względem seksualności?

Zastanawiam się, co chciałabym mu przekazać na ten temat. I jak mądrze to przekazać, żeby nie zrazić, nie wzbudzić niezdrowej ciekawości, a jednocześnie przekonująco wytłumaczyć? Kiedy zaczynać takie rozmowy? Czy z synem powinien porozmawiać ojciec „jak mężczyzna z mężczyzną”? Czy może raczej powinien być to temat jak każdy inny, poruszany od niechcenia przy niedzielnym obiedzie?

Na pewno chciałabym mu powiedzieć, że współżycie jest dobre. Może być piękne i wspaniałe. Nawet najwspanialszą rzecz można jednak zepsuć, jeśli nieumiejętnie się z niej korzysta.

Przede wszystkim, wbrew temu co można by wywnioskować z mediów, seks to nie jest taka gimnastyka we dwoje ani sposób na zabicie czasu w nudne popołudnie. To jest najbardziej intymne zbliżenie do jakiego może dojść między dwojgiem ludzi. Powinno być wyrazem miłości. Nie powinno więc do niego dochodzić byle jak, z byle kim, ani byle gdzie. Naturalnie jest to fizycznie możliwe do zrealizowania, ale nie należy wówczas oczekiwać, że będzie to cudowne przeżycie. Jak ze wszystkim, pierwszy raz może być tylko jeden, więc lepiej dobrze się zastanowić, nim się na niego zdecyduje. Czy naprawdę takie wspomnienie tego wydarzenia chcesz w sobie nosić do końca życia?

Myślę, że najważniejszy element spośród tych wymienionych przeze mnie „jak, gdzie i z kim” to właśnie ta druga osoba. Dla mnie na pytanie „z kim?” istnieje tylko jedna dobra odpowiedź: „z miłością Twojego życia”. Tylko wtedy tak wielka bliskość, taka czułość ma sens. Inaczej to jest zwykłe oszustwo. Twoje ciało krzyczy „jestem tylko Twój, kocham Cię, podziwiam Cię, chcę być z Tobą!” a twoje serce milczy. Ujmując to najprościej jak można: jeśli ta dziewczyna nie jest dość dobra, żeby wziąć z nią ślub, to nie jest też dość dobra, żeby iść z nią na całość. Zapytaj siebie czy chcesz mieć dzieci z tą osobą (co jest realną konsekwencją seksu, nawet przy najlepszej antykoncepcji). Czy chcesz spędzić z nią resztę życia. A jeśli odpowiedź brzmi „tak”, to nie ma się z czym śpieszyć, bo reszta życia to zazwyczaj dość długi okres czasu.

Co warte zaznaczenia, można nawet w najlepszej wierze, pomylić się co do swoich uczuć. Teraz sądzę, że to jest miłość mojego życia, a jednak za parę miesięcy się rozstajemy. Co wówczas zaoferujesz tej jedynej, kiedy już ją spotkasz? Jak mawia pewna znana mi wspaniała dziewczyna „przechodzonego, to ja nie chcę”. I ma rację. Większość ludzi pragnie takiej wyłączności: ja tylko dla Ciebie, Ty tylko dla mnie. Nie jest to jakieś naiwne marzenie. Tak powinno być. Tak może być. Nie jest łatwo w tym zwariowanym świecie, ale da się. A wtedy masz coś naprawdę wyjątkowego, czego mogą jedynie pozazdrościć ci wszyscy macho z dziesiątkami „zaliczonych” dziewczyn na koncie.

Encore une fois

Ze względu na zainteresowanie, które wzbudził ostatni wpis postanowiłam ponownie odnieść się do tematyki lekkiego podejścia do spraw seksu, ze szczególnym naciskiem na coraz bardziej powszechne zjawisko konkubinatu oraz społecze przyzwolenie na nie. Cieszy mnie polemika na poziomie – szczególne podziękowania dla olenqui i Kary – dzięki niej mam okazję przemyśleć swoje stanowisko i uświadomić sobie pewne rzeczy na nowo, jaśniej. Niestety miejsce na komentarze jest ograniczone, a i nie wszyscy czytelnicy zaglądają do komentarzy. Stąd, niektóre myśli mogą się powtórzyć. Jestem głęboko przekonana, że właśnie ludzie młodzi, zwłaszcza rodzice wychowujący kolejne pokolenia, powinni dyskutować o wartościach. Zupełnie inny wydźwięĸ w tym kontekście mają słowa księdza (który często ma jedynie wiedzę podręcznikową) czy starszej pani w berecie z wiadomego materiału (która okres wielkich namiętności raczej ma już za sobą), a inny wypowiedź osób młodych i zakochanych.

Jestem praktykującą katoliczką i mój punkt widzenia jest nierozerwalnie powiązany z moim światopoglądem. Sądzę, że warto podkreślić, że katolikiem nie zostaje się po to, żeby być MIŁYM i wszystkich wokół głaskać po głowach (ewentualnie zbierać cięgi i grzecznie się uśmiechać). To jest religia miłości, owszem, ale miłości mądrej, która WYMAGA od siebie i od innych.

Dla pełnej jasności: nie twierdzę, że małżeństwo jest jedyną drogą do szczęścia ani gwarantem odpowiedzialnego zachowania drugiej połówki. Oczywiście, że istnieją nieudane małżeństwa oraz udane związki bez ślubu. Jestem jednak przekonana, że świadomie zawarte małżeństwo ma większe szanse na szczęśliwy, trwały związek, a wyjątki potwierdzają regułę.

Mimo moich osobistych przekonań na potrzeby tej dyskusji mówiąc o małżeństwie mam na myśli osoby, które zawarły ślub konkordatowy, kościelny, lub cywilny, ponieważ, jak słusznie zauważyła olenqa, nie wszyscy są wierzący. Co prawda oficjalnie ok. 95% Polaków to katolicy, ale praktykuje już tylko ok. 40% (dane GUS). Ponadto rozwodnicy nie mogą wziąć ponownie ślubu kościelnego, nic nie stoi jednak na przeszkodzie, aby wzięli ślub cywilny z nowym wybrankiem/ wybranką. Dlaczego tego nie robią? Czy powoduje nimi obawa przed ponownym zranieniem i przechodzeniem przez piekło rozwodu? Jeśli tak, to po co znów wchodzić w związek? Trudno mi się w tym połapać.

Spotkałam się już z takim stwierdzeniem: „nie jestem gotowy na poważny związek”. W takim razie wykreśl słowo „poważny”. Ty nie jesteś gotowy na żaden związek, bo drugiego człowieka nie można traktować jak zabawki. To JEST poważna sprawa. Idź do kina albo do kawiarni, ale nie do łóżka, gdzie może (u osób płodnych zawsze istnieje taka szansa) począć się kolejny człowiek od początku uwikłany w jakąś niejasną sytuację.

Inne tłumaczenie: jest ok, ale jak trafię na kogoś lepszego, to się rozstaniemy. Ta osoba jest jak gdyby poczekalnią na jakąś lepszą przyszłość. Czy ktokolwiek chciałby świadomie znaleźć się w takiej sytuacji?

Jeszcze inna postawa: my się sprawdzamy. Co dokładnie sprawdzacie? Jeśli kogoś kocham, to podejmuję ryzyko: „Kocham Cię i chcę spędzić z Tobą resztę życia, chcę dla Ciebie tego co najlepsze, oddaję Ci wszystko co mam”. Natomiast tutaj mamy podejście: „Kocham siebie i chcę dla siebie tego, co najlepsze. Jeśli się nadajesz, to może Cię zatrzymam, a jak nie, no to trudno.”

Najdziwniejsze jest to, że tego typu relacji najzacieklej bronią tkwiące w nich kobiety. Dla mężczyzny taki układ jest szalenie wygodny, przyznaję. Ale kobieta ma mnóstwo do stracenia, ryzykuje całą swoją przyszłość.

Jednak zjawiskiem, które budzi mój szczególny niepokój jest konkubinat czy… Jak to w ogóle nazwać?… Rozwiązłość (mam tu na myśli serię krótkotrwałych związków, lub przygodnych relacji, o podłożu seksualnym) wśród ludzi młodych, nastolatków i studentów dopiero wkraczających w świat dorosłości. Młodzież zawsze stanowiła surowego krytyka błędów dorosłych, wytykała hipokryzję, wskazywała ideały. Większość powstań i rewolucji opierała się właśnie na wierze młodych, że ten świat można uczynić lepszym. Że TRZEBA uczynić go lepszym. Tymczasem obecnie w moim odczuciu mnóstwo młodych przejawia cynizm, znudzenie i kieruje się głównie własną wygodą.

Szczególnie boli mnie ogromna hipokryzja, pewna labilność poglądów, którą nieraz już obserwowałam. Młody, zaangażowany w Kościele człowiek wyjeżdża na studia do dużego miasta po czym… Zrywa z Kościołem i zamieszkuje ze swoją sympatią (a potem może i następną, i następną – kto wie? Coraz dalej od Kościoła). Rodzice niby protestują, niby się nie zgadzają, ale tak naprawdę czują się bezsilni wobec swoich własnych dzieci, którym przecież jeszcze niedawno podcierali tyłki i nosy. Gdyby jeszcze przyczyną tej zmiany były jakieś wątpliwości duchowe, rozterki – można by dyskutować, przekonywać. Ale jak dyskutować z pożądaniem, z namiętnością? W wielu domach o takich sprawach wcale się nie rozmawia. Matki i ojcowie, którzy niejedno już przeszli, czują się zawstydzeni postępowaniem małolatów, które ledwo dostały dowód osobisty (albo i nawet nie), a już chcą koniecznie również zostać matkami i ojcami.

Temat jak widać jest bardzo obszerny i mam jeszcze wiele przemyśleń, którymi podzielę się z Wami w najbliższym czasie. Tymczasem zachęcam do dalszej dyskusji!

Le modernisme

Nie jestem nowoczesna. Nigdy nie byłam. Odkąd sięgam pamięcią urzekał mnie świat gramofonów, czarno-białych fotografii, listów pisanych piórem i kapeluszy z wielkimi rondami. Tkwi w nich jakaś niewymuszona elegancja, spokojny namysł kogoś, kto w danej chwili koncentruje uwagę tylko i wyłącznie na jednej czynności – i czerpie z niej pełną przyjemność. Wyszłam za mąż za staromodnego chłopaka. Kupiliśmy gramofon. Nie kupiliśmy telewizora. I tak żyłyśmy na bezpieczny dystans: nowoczesność sobie, ja sobie.
Ostatnimi czasy nowoczesność nabrała jednak pewności siebie, a w efekcie stała się agresywna. Zaczęła kąsać moje najbardziej osobiste przekonania, nazywając je zacofanymi. Swoje własne poparła głównie faktem, że są nowe, popularne i z zachodu. Cóż takiego nowego miała do zaoferowania?
Przede wszystkim seks i jeszcze więcej seksu. Bardzo dobrze. Ale gdyby to była nowość, ludzkość dawno już zniknęłaby z powierzchni ziemi. W takim razie bezpruderyjność: wolne związki, otwarte związki, seks bez zobowiązań, eksponowanie nagości, epatowanie erotyką zawsze i wszędzie. Nic nowego… A raczej nowe, ładniejsze opakowanie dla tej samej zawartości: konkubinat, rozwiązłość, nierząd, ekshibicjonizm, bezwstyd. Nie bez powodu mówi się przecież o „najstarszym zawodzie świata”.
Tyle, że teraz osoby nieprzyzwoite nie chcą już być nieprzyzwoite: oni są nowocześni, a ich zachowanie zupełnie naturalne (tu się muszę zgodzić; tak naturalne jak u zwierząt – bardziej naturalnie już się nie da). Dawniej zdrada, wiarołomstwo, czy życie „na kocią łapę” wiązało się z wielkim wstydem, wynikającym, jeśli nie z poczucia przyzwoitości, to chociaż ze społecznego potępienia. Aktualnie tego typu zachowania ukazuje się jako normę, którą należy akceptować.
Nie zgadzam się. Protestuję przeciwko tej „nowoczesności”. Nazywajmy rzeczy po imieniu. Zło jest złem. Zepsucie jest zepsuciem. Jeśli większość osób tak robi – tym gorzej dla większości. Przynależność do bezmyślego tłumu jeszcze nikomu nie przyniosła zaszczytu.
Co w tym złego, skoro każdy ma własne życie oraz własny pomysł na szczęście? Czy tego chcemy, czy nie, nikt nie jest samotną wyspą. Jeśli akceptuję cudze zdrady, konsekwetnie będę musiała uśmiechnąć się kiedyś ze zrozumieniem na wieść o kochance mojego męża. Jeśli nie przeszkadza mi złe prowadzenie się obcych ludzi, nie mogę mieć wyrzutów do mojego dziecka za sypianie ze swoją sympatią. Przecież to normalne! Jeśli syn przyprowadzi swoją nastoletnią dziewczynę w ciąży zapewne powinno się przyjąć ich z radosnymi gratulacjami? Skąd w takim razie rozczarowanie, skąd łzy? Skąd poczucie pustki i bezsensu?
A skąd ma być poczucie pełni, skoro najpierw samemu się to życie spłaszczyło, zniżyło do ulegania najprostszym zachciankom?
A co z wiernością, skromnością, niewinnością, wzajemnym zaufaniem? To bajki dla dzieci, przeżytek i ciemnogród. Cóż… Nigdy nie byłam nowoczesna.
I tak żyjemy na coraz mniej bezpieczny dystans: nowoczesność sobie, ja sobie.