Ça ne sera rien!

Nasz trzyletni synek już od progu wołał dziś do wracającego z pracy taty:

- Tato, pobaw się ze mną!

- Dobrze synku, muszę się najpierw przebrać w domowe ubrania.

Kilka minut później, gdy usiedliśmy z mężem przy kawie, mały W. ponowił prośbę.

- Tato, pobaw się ze mną!

- Chwileczkę, dopiero wróciłem z pracy. Daj mi chwilę odpocząć…

- Tato, chodź do mojego pokoju i się ze mną pobaw! – Powtarzał raz po raz W. ponaglającym tonem, kiedy nagle nasz niemowlak zaczął płakać, więc mąż wziął go na ręce. Starszy synek stanął na środku kuchni, załamał ręce teatralnym gestem i oświadczył:

- No i nici z zabawy!

Le bonheur

Czym jest szczęście? Jak jednoznacznie stwierdzić, że ten człowiek jest, lub nie jest, szczęśliwy? Mądrzejsi ode mnie łamali sobie nad tym głowę jeszcze w starożytności.

Nie jeżdżę na zagraniczne wyprawy, nie robię kariery, nie mam milionów na koncie, ani sylwetki Anny Lewandowskiej (a to już przecież miesiąc po porodzie!). Co więcej, przez większość czasu jestem niewyspana, chodzę w dresach, bez makijażu, z włosami w nieładzie i usiłuję okiełznać noworodka z kolką oraz trzylatka z wielkim buntem, co nadaje moim oczom wyraz lekkiego szaleństwa.

Zdecydowanie nie jest to obraz współczesnej kobiety sukcesu. Pisząc te słowa, widzę słodko śpiącego maluszka, a z drugiego pokoju dobiega mnie głos męża, który czyta bajkę na dobranoc starszemu synkowi. I czuję jak na przekór mojemu dresowi, sterczącej w każdym kierunku czuprynie i plamom ulanego pokarmu na koszulce, wypełnia mnie szczęście.

Le chat

Idę przytulić starszego synka przed snem. Leży uśmiechnięty pośród pluszaków i oświadcza z zadowoleniem:

- Nie mam misia!

- O, rzeczywiście. A gdzie jest misiu?

- Jest w moim brzuszku! – Poklepuje się po wypukłości na klatce piersiowej. -Tak jak u mamy w brzuszku był nasz mały dzidziuś.

- Aha! I go urodzisz?

- I będziemy mieli małego misiaczka!

- A ty będziesz dla niego tatą?

- Nie, będę dla niego koteczkiem.

- Aha… A w takim razie dla mnie kim będziesz? – Pytam już skołowana. Syn patrzy na mnie niepokojąco uważnie, jakby miał do czynienia z niezbyt pojętnym słuchaczem, po czym stwierdza:

- Też koteczkiem.

- A, no tak. Jasne. Dobranoc synku!

- Dobranoc KOTECZKU!

C’est la vie

Bywa i tak.

Kiedy urodził się nasz pierwszy syn, zostaliśmy zasypani kartkami z gratulacjami. Wszystkie zachowałam skrzętnie na pamiątkę, żeby W. mógł zobaczyć jak wiele osób cieszyło się nim razem z nami. Z okazji narodzin drugiego syna przyszła dokładnie jedna taka kartka. Uznałam to za naturalny obrót spraw, postawiłam kartkę w widocznym miejscu i poszłam spać.

Następnego poranka (i wiele pobudek później) moim na wpół przytomnym oczom ukazał się mój pierworodny, wbiegający do sypialni i już od progu wołający:

- Mamo, mamo, zobacz jak pięknie wyciąłem!

Rysunek różowego dzidziusia w jego dłoni rzeczywiście został bardzo ładnie wycięty…
Z tej jednej, jedynej kartki z gratulacjami z okazji narodzin jego młodszego brata. Przez chwilę miałam ochotę się rozpłakać.

No cóż… To ja zawsze zachęcałam W. do nauki wycinania. Co więcej, sama dałam mu kiedyś podczas sprzątania stare kartki pocztowe, żeby mógł sobie powycinać obrazki.

Takie życie młodszego, synu. C’est la vie.

Le rire

Po całym dniu zmagań z dwójką maluchów nadciąga wreszcie wieczór. Nasz przedszkolak, o ile nic się nie wydarzy, zostaje spacyfikowany aż do 6:00 następnego dnia, zaś noworodek… Cóż, powiedzmy, tymczasowo spacyfikowany. Może na pół godziny, a może nawet na dwie? Pomarzyć zawsze można.

Leżymy z mężem w łóżku i śmiejemy się do rozpuku z dowcipów w rodzaju tych, które się opowiada na koniec dobrej imprezy, kiedy nikomu już nie przeszkadza, że same w sobie są raczej średnio zabawne. Nie możemy robić hałasu, bo obok śpi maluszek – tym bardziej więc chce nam się śmiać. Jak wtedy, kiedy jest się dzieckiem w kościele, i im bardziej potępiające spojrzenia posyłają nam starsze panie ze swoich ławek, tym bardziej nie można opanować wybuchu wesołości. Chichoczemy jak opętani i ocieramy łzy z policzków.

Jesteśmy wykończeni, ale szczęśliwi.

Le réveillon

Wieczór przed porodem był bardzo ciepły. Przyjechali do nas moi rodzice. Mały W. już od jakiegoś czasu cicho pochrapywał w łóżeczku, a my świętowaliśmy pierwsze spotkanie od czasu Wielkanocy. Piwonie w wazonie pachniały zniewalająco. Paliły się świeczki. Zimny arbuz z lodówki różowił się na stole obok kwaskowatego ciasta z rabarbarem. W tle dyskretnie rozbrzmiewał jazz. Pokój wypełnił się rozmową i śmiechem.

Przed snem rozważałam rodzinne wyjście do ZOO następnego dnia.

Le balcon

Mój czas płynie teraz inaczej, więc też i historia, którą opowiadam nie będzie odtąd się toczyć linearnie.

Siedzę na balkonie skąpanym w promieniach popołudniowego słońca. Chłopiec tak mały, że można by go prawie trzymać w jednej dłoni, śpi spokojnie w wózku. Wzdłuż balkonu przechadza się jego starszy brat w kolorowych szortach i ze śmiechem prezentuje mi sposoby poruszania się różnych zwierząt. W oddali rozlegają się kościelne dzwony wzywające wiernych na mszę, i sama już nie wiem czy to mój skrajnie niewyspany umysł płata mi figle, czy rzeczywiście słyszę głęboki baryton nucący coś na kształt buddyjskich pieśni modlitewnych. Brzmi to pięknie i nierealnie.

Jestem mamą dwóch synków.