Mam ogromne szczęście: otaczają mnie dobrzy ludzie.

Od kiedy urodził się nasz drugi syn codziennie ktoś życzliwy się do mnie odzywa, chociażby po to, żeby powiedzieć „cześć” i życzyć mi dobrego dnia. Znajomi wpadają z zakupami, albo z obiadem. Młode mamy z sąsiedztwa pożyczają mi akcesoria niemowlęce i ciuszki. Po wpisie o pociętej kartce dostałam nowe kartki z gratulacjami i kwiaty. Zaskoczyło mnie to morze dobroci pośród którego się nagle znalazłam i właściwie czuję się zawstydzona, że nie doceniałam mojego otoczenia – i że może sama nie byłam aż tak dobrą przyjaciółką w potrzebie dla innych. Zawsze kiedy myślę, że już rozgryzłam tę ludzką zagadkę, wydarza się coś, co zupełnie mnie zaskakuje… I całe szczęście!

Facebook

Przeczytałam dzisiaj na mamadu.pl artykuł o kobiecie, która umieściła ma Facebooku (zabawne jest swoją drogą, że w dosłownym tłumaczeniu Facebook oznacza „książkę z twarzami”, a użytkownicy portalu zaskakująco chętnie prezentują zupełnie inne części swojego ciała) zdjęcie porodowe: w domu, nago, z nowo narodzonym dzieckiem nadal połączonym z nią widoczną na zdjęciu pępowiną. Bardziej intymnie już się nie da. A może można tę granicę jeszcze przesunąć w jakiś sposób, który nie przychodzi mi teraz do głowy?

Nie odczułam szoku, ani obrzydzenia wyrażonego przez wiele komentujących tę fotografię osób. Pomyślałam: „Tak, tak to właśnie wygląda”. Ale czy sam fakt, że coś jest autentyczne – w opozycji do wyphotoshopowanych, poprawionych skalpelem chirurga i pokrytych grubą warstwą makijażu modelek, które media serwują nam jako „naturalne piękno” – sprawia, że powinniśmy się tym dzielić z innymi? Ja jestem mamą dwójki dzieci, ale są ludzie, którzy dzieci nie mają, albo nie chcą mieć i oni nie mają pojęcia jak fizjologia porodu wygląda. Myślę, że takie osoby mają prawo nie chcieć takich zdjęć oglądać, że w pewnym sensie udostępnianie ich to ekspansywne i agresywne zachowanie ekshibicjonisty.

Poród jest niewątpliwie niezwykle silnym doznaniem zarówno na poziomie fizycznym jak i emocjonalnym. Niemożliwe jest wytłumaczenie komuś jak to jest rodzić. Moja przyjaciółka ujęła to bardzo trafnie słowami: „Nie wiedziałam, że to będzie aż tak…”. Mówi się nawet o „cudzie narodzin”, co nie czyni owego cudu jednak ani odrobinę mniej fizycznym, zwierzęcym, i ani odrobinę bardziej estetycznym.

Osobiście nie zdecydowałam się na fotografowanie porodu i jeśli miałabym ponownie podejmować tę decyzję, pozostałaby taka sama. W żadnym wypadku nie było to podyktowane pruderią – jest to jedna z pierwszych rzeczy, która idzie w odstawkę gdy chce się mieć dziecko: kontrole u ginekologa najpierw co miesiąc, potem co dwa tygodnie, a przy samym porodzie trzech różnych lekarzy płci obojga badało mnie niezależnie od siebie zanim jeszcze w ogóle weszłam na salę porodową. Chodziło o coś innego. To był czas poza czasem, rzecz pomiędzy mną i moim dzieckiem – i nikim więcej. Podczas stosunku też bym się nie fotografowała. To są momenty, kiedy nie powinno się myśleć o tym jak się wygląda, tylko koncentrować się na tu i teraz. Tak sądzę. Ale są przecież ludzie, którzy właśnie lubią robić sobie zdjęcia w łóżku i ich to podnieca. Czy publikowaliby je potem na Facebooku, to już inna sprawa.

Nie mam Facebooka. Zapewniam, że istnieję. Mogę opowiedzieć o moim porodzie (do czego zresztą zbieram się od dłuższego czasu i nie znajduję jeszcze właściwych słów) na swoich zasadach, przemilczając niektóre wątki, uwypuklając inne. Mogę sama kształtować to wspomnienie, interpretować rzeczywistość na własny użytek. Ale jeśli jest zdjęcie, w pełnym świetle pokazujące wszystko, co jest do zobaczenia, nie ma tu miejsca na interpretację własną – wchodzi twarda rzeczywistość. Było tak. Koniec, kropka. Ze zdjęciem się nie dyskutuje. A przecież można pamiętać coś całkiem inaczej niż ukazują to zdjęcia. Można wreszcie pamiętać całkiem inaczej niż faktycznie było.

La laideur

Luźne przemyślenia w związku z dzisiejszą, kolejną już miesięcznicą (czemu nie ma jeszcze tygodniówek i codziennic? Co za niedopatrzenie!). Pogrubienia moje:

„Atak Al-Kaidy zjednoczył Amerykanów. A u nas? No, wiadomo, Smoleńsk podzielił to, co jeszcze było do podzielenia. Zaczyna się wielki spektakl, więc najpierw pochówek na Wawelu, z królami i Piłsudskim. Za dużo? Nie, za mało, trzeba krwi, więc narada dworu i decyzja. Samolot strącili takim czy innym sposobem Putin i KGB. A współpracował z nimi podporządkowany Rosji rząd agenturalny, pseudopolski. Tusk i Komorowski. Nienawidzili prezydenta i jego partii politycznej, nadarzyła się okazja. Kiedy na miejscu katastrofy Putin objął Tuska, to Tusk mu dziękował za zbrodniczą przysługę. ‚Już ustalali przebieg śledztwa’ – to mówi w telewizji polska posłanka. Brak dowodów, ale się znajdą. Towarzysz Werfel, propagandzista KC PZPR mawiał: ‚Ja rzucam myśl, a wy go łapcie’. To zresztą sprawa wiary, nie wiedzy. A Polacy, jak wiadomo, irracjonalni są. Z tym, żeby znaleźć tych, co uwierzą, nie było kłopotu. Smutny, biedny, skołowany tłum, szukający sensu, nadziei i odwetu za smutne, biedne życie, znalazł cel. Od dawna szukał winnych, to mu pokazano. Jest zbrodnia, są zbrodniarze. Trzeba ukarać. Lud pod krzyżem jest szczęśliwy, bo czuje się nareszcie potrzebny. Można to zrozumieć.”

(Janusz Głowcaki, „Przyszłem, czyli jak pisałem scenariusz o Lechu Wałęsie dla Andrzeja Wajdy”)

„Kaczyński rzucił dobre populistyczne rzeczy, na przykład 500 plus, teraz próbuje z mieszkaniami plus. Choć jeszcze z zamkami kazimierzowskimi plus, estetyka plus, literaturą plus.

Wcześniej dał ludziom coś bardzo ważnego – dał możliwość wiary w zamach. Dał prawo, żeby mogli głośno mówić, że to był spisek przeciwko prezydentowi, i nie wstydzić się tego. Dał prawo, żeby mogli bać się innych i nie ukrywać tego. I żeby nie musieli się wstydzić, że nie chcą tu obcych, uchodźców. Tak Kaczyński dzieli naród i wygrywa.”

(Lech Wałęsa w wywiadzie udzielonym Agnieszce Kublik dla „Gazety Wyborczej” 8-9.07.2017)

Partia rządząca, do pewnego stopnia pospołu z opozycją, nie przeczę, wyciągnęła z ludzi coś bardzo brzydkiego i pozwoliła temu – dotychczas wstydliwemu czemuś – ukazać się w pełnym świetle. Smucą mnie dwa fakty: że w ludziach coś takiego w ogóle było, i że nieprędko z powrotem się schowa.

La force

To się dzieje zawsze kiedy słyszę jakiś jednostajny szum tła. Pracujący wentylator. Brzęczenie radia.

I nagle jestem prawie pewna, że słyszę płacz mojego dziecka. Chociaż tak wiele razy już tego doświadczałam i wiem, że na 98% dziecko wcale nie płacze, niepokój zawsze jest ten sam. A potem płacz dziecka przeradza się w inny dźwięk.

W zwierzęce wycie z bólu rodzących kobiet, które słyszałam na porodówce. Ba, które sama z siebie wydawałam, choć zapomniałam już, że umiem wydawać takie dźwięki. Po pierwszym porodzie też prześladował mnie ten krzyk, który niesie się przez okna aż do sal, w których śpią pacjentki z urodzonymi już dziećmi. Rozdzierający krzyk, przepełniony siłą i cierpieniem, niczym zniekształcony jakąś złośliwą mocą okrzyk rozkoszy wydawany przy poczęciu dzieci, które teraz przychodzą na świat. Oczywiście wiem, że wcale go nie słyszę,że za kilka tygodni znów o nim zapomnę i przestanie mnie prześladować. A jednocześnie przecież jest prawdziwy, rozlega się nieustannie w różnych miejscach na ziemi, zwiastując nowe życie.

Jest w nas element zwierzęcy, który przez większość życia spychamy do podświadomości, ignorujemy, próbujemy okiełznać, stłumić. Podczas porodu właśnie ta część nas dochodzi do głosu. Pierwotna i przerażająca, ale też czyniąca nas potężniejszymi niż kiedykolwiek mogłybyśmy przypuszczać.

La pharmacie

W aptece wymieniłam całą listę dziecięcych produktów dla naszego malucha, po czym w końcu, po dłuższej chwili milczenia wymruczałam pod nosem, że potrzebuję czegoś na hemoroidy.

- Karmi pani piersią?

-Tak.

Farmaceutka pogmerała chwilę w szufladzie, po czym wyjęła małe opakowanie i wręczyła mi je z uśmiechem.

-Proszę, mi pomogło po porodzie.

A widząc moją zmieszaną minę dodała:

-To bardzo częste powikłanie.

I dorzuciła mi do reklamówki z zakupami kilka darmowych próbek.

La beauté

Rozmawiałam niedawno z koleżanką ze studiów (w tym miejscu chciałabym bardzo podziękować całej braci studenckiej, która nieustannie do mnie dzwoni i sprawdza, „czy to już”, to bardzo miłe!), która stwierdziła, że dobrze się trzymam w ciąży. Odpowiedziałam jej bez ogródek, że gdybym była przed ciążą jakąś wielką pięknością – powiedzmy zawodową modelką, albo Miss Universe – z całą pewnością byłoby mi znacznie trudniej znosić wszystkie te zmiany. Tu mi puchnie, tam się rozciąga, w ubrania się nie mieszczę, czyli ciążowy standard. Ponieważ zawsze uważałam się za całkiem zwyczajną dziewczynę, przyjmuję tę metamorfozę z dużym dystansem i spokojem. Na pewno nie jestem zachwycona rozstępami, czy tak widoczną siecią żył, że mogłabym służyć jako żywy model anatomii, ale też nie mam zamiaru z ich powodu tracić dobrego nastroju. Koleżanka wyraźnie była zaskoczona takim tokiem rozumowania i podsumowała krótko:

„Ale sobie dowaliłaś!”

Nie uważam jednak wcale, żeby moje słowa były dla mnie w jakikolwiek sposób uwłaczające. Na świecie jest wiele oszołamiająco pięknych kobiet. Podejrzewam, że kobiet naprawdę szczęśliwych jest znacznie mniej. A moim celem jest właśnie być szczęśliwą.

Przeczytałam kiedyś (gdzie? kiedy? może ktoś z Was skojarzy ten cytat?), że nie ma nic smutniejszego niż widok starzejącej się piękności, która nigdy nie musiała ćwiczyć się w błyskotliwości, poczuciu humoru, czy elokwencji, żeby zwrócić na siebie uwagę otoczenia. Nagle traci swój największy atut i czuje, jak grunt usuwa jej się spod nóg.

Co prawda jestem w stanie wyobrazić sobie wiele smutniejszych widoków, chociażby głodujące dzieci, ale zgadzam się, że piękno jest w naszej kulturze przereklamowane. Wielka uroda to niczym niezasłużony prezent, który często w pewien sposób upośledza swojego posiadacza. Już małe dzieci bardzo szybko uczą się, że nierzadko wystarczy zrobić słodką minkę, żeby osiągnąć sukces. A jeśli ktoś przez długie lata funkcjonuje na tej zasadzie, trudno mu pogodzić się z faktem, że życie odciska na nas swój ślad, a czas pędzi nieubłaganie.

Czasem mam wrażenie, że ten cały pęd do zabiegów kosmetycznych, siłowni, SPA, zdrowej żywności, chirurgii plastycznej, itp. ma na celu dobrze nas zakonserwować do grobu. Tu się zaszpachluje, tam się wyklepie, i będziemy wszyscy jednakowi: gładcy i nijacy niczym lalki barbie. Przykro patrzeć na naciągnięte twarze celebrytów, którzy za wszelką cenę chcą pozostać nietknięci życiem, którym żyją.

„Starość to nie jest wiek dla smarkaczy”, stwierdza jedna z postaci w książce „Tato” Williama Warthona, i ja się z tym zgadzam.

L’attaque terroriste

Moja współlokatorka z czasów studenckich wyjechała na urlop do siostry, do Londynu. Kiedy dwa dni później usłyszałam o zamachu na Moście Londyńskim, zamarłam. Wśród ośmiu zabitych nie ma Polaków, ale Polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych jeszcze nie podało informacji czy wśród 47 rannych są Polacy. Pozostaje mi wierzyć, że w tak wielkiej metropolii K. nie wybrała się na wieczorny spacer akurat w to miejsce.

Ze wszystkich lokalizacji ataków terrorystycznych, Londyn jest mi szczególnie bliski, ponieważ ponad rok w nim mieszkałam. W ciągu ostatnich trzech miesięcy w tym niezwykłym mieście doszło do trzech zamachów. Ubolewam nad dramatem ofiar i ich rodzin, a jednak… Nie mogę oprzeć się myśli, że oburzenie jakie te ataki wywołują trąci hipokryzją.

Oto my: nowoczesne, demokratyczne społeczeństwo, otwarte na każdego niezależnie od narodowości, religii czy poglądów. Po drugiej stronie są oni: dzicy, nieokiełznani barbarzyńcy, którzy zupełnie bez powodu przyjeżdżają i nas atakują. Taki obraz sytuacji wyłania się z relacji medialnych. A przecież zdrowy rozsądek podpowiada, że to nie może być takie proste. W obecnej sytuacji jest swojego rodzaju sprawiedliwość dziejowa, którą chętnie się w mediach przemilcza.

Jak łatwo zapominamy, że jeszcze po zakończeniu II Wojny Światowej istniały ogromne imperia kolonialne: brytyjskie, francuskie, belgijskie, holenderskie i portugalskie. Wcześniej swoje kolonie miały między innymi także takie kraje jak Stany Zjednoczone, Hiszpania, Niemcy, Włochy, Dania, Norwegia i Turcja. Zdecydowanie największe z nich wszystkich było imperium brytyjskie (33 mln km²), o którym nawet mówiło się, że słońce nigdy nad nim nie zachodzi. Czy Brytyjczycy byli uprzejmi dla miejscowej ludności i prowadzili z jej przedstawicielami pokojowy dialog przy herbatce, czy też może najechali nieznane sobie ziemie i, nie przejmując się tubylcami, siłą wprowadzili swoje rządy grabiąc, rabując i gwałcąc? Jak Wielka Brytania zbudowała swoją wysoką pozycję gospodarczą? Pozycję pozwalającą państwu na graniczące z rozdawnictwem, wysokie świadczenia socjalne, które dziś przyciągają do niego tysiące imigrantów, w tym także terrorystów? W dużej mierze, maksymalnie wyzyskując podległe sobie państwa, a tym samym znacznie spowalniając ich rozwój na wiele lat.

A jakie kraje były koloniami? Na przykład Algieria, Libia, Etiopia, czy Maroko. Przenieśmy się bliżej czasów współczesnych. Wymienione przeze mnie dawne kolonie uczestniczyły w latach 2010-2013 w tzw. Arabskiej Wiośnie, konfliktach zbrojnych i protestach społeczeństwa przeciw autokratycznym reżimom, złym warunkom życiowym, bezrobociu, oraz korupcji i nepotyzmowi rządzących. Na pomoc niezadowolonym obywatelom pośpieszyły… Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Niemcy i Francja, czyli dawne imperia kolonialne. A ówczesny przywódca Libii, Muammar Kaddafi już w 2011 roku ostrzegał Zachód: „Jeśli usuniecie rząd, gwarantujący stabilność, w kraju wybuchnie chaos, a fala uchodźców zaleje Europę”. Brzmi znajomo?

Nie dość więc, że dawne imperia kolonialne, w tym Wielka Brytania, najpierw wyzyskały kolonie, przyczyniając się walnie do ich opłakanego stanu. Nie dość, że same sprowadziły sobie na głowę tysiące imigrantów, by wyzyskiwać ich jako tanią siłę roboczą. Same przyłożyły rękę do problemu fali uchodźców, i stworzyły odpowiednie warunki do powstania tzw. Państwa Islamskiego, z którym teraz nie potrafią sobie poradzić. W tej sytuacji mówienie o złych terrorystach i dobrych obrońcach demokracji mija się z prawdą.

Tymczasem w Syrii dziennie ginie więcej osób niż w ataku terrorystycznym w Londynie, ale te śmierci nie stanowią pożywki dla mediów. Widzom już się przejadły.

Les mots

źródło: fdn.pl

źródło: fdn.pl

W ramach relaksu wakacyjnego wzięłam się za lekturę łatwą, lekką i przyjemną – „Dom w Riverton” autorstwa Kate Morton. Z przykrością stwierdzam po raz kolejny, że polskie wydawnictwa nie szanują czytelnika i albo sądzą, że błędów stylistycznych nie zauważy, albo że mu takie błędy nie przeszkadzają. Otóż ja zauważam i mi przeszkadza chociażby taki szczegół jak fakt, że podczas jednej i tej samej sceny narracja przez jeden akapit odbywa się w czasie teraźniejszym (idę, robię, widzę, itp.) a już w następnym akapicie w czasie przeszłym (powiedziała, spojrzała, poszła, itp.), przy czym w tym miejscu nie jest to zabieg celowy autorki, a zwykła niechlujność. Nie wiem ile aktualnie wynosi pensja korektora tekstu, ale zdecydowanie powinna zostać podniesiona, a czas na korektę wydłużony, bo takie błędy nie stanowią już wyjątku, ale regułę.

Mimo, że książka – utrzymana w konwencji „Pokuty” Iana McEwana – miała być zaledwie odskocznią, natknęłam się w niej na fragment, który skłonił mnie do refleksji:

„Dziecko zabiera ci kawałek serca i robi z nim co tylko zechce, ale z wnuczętami jest inaczej. Nie ma poczucia winy i odpowiedzialności, które ciąży na macierzyństwie. Droga do miłości jest wolna.”

Nie mogę powiedzieć, żeby jakaś część mnie nie zgadzała się z tym stwierdzeniem, a jednak… Myślę, że to nie do końca tak, że na dziadkach nie spoczywa odpowiedzialność. Być może (nie mam wszak doświadczenia w tym względzie) dziadkowie nie odczuwają tak wielkiej odpowiedzialności, jednak ona istnieje i nawet czasem myślę, że w pewnym sensie jest większa niż ta, która tak doskwiera rodzicom.

Rodzice są odpowiedzialni w sposób bardzo oczywisty: za zdrowie i życie dziecka, za jego sytuację materialną, edukację i poczucie bezpieczeństwa. Owszem, mają każdego dnia milion możliwości popełnienia dużych i małych błędów, ale mają też tyleż samo możliwości by te błędy naprawić.

Tymczasem dziadkowie najczęściej widują wnuki sporadycznie, więc ich słowa i czyny siłą rzeczy bardziej zapadają dzieciom w pamięć. Dobrze, gdy są to miłe wspomnienia typu: „dziadek umie rozpalić ognisko”, „babcia robi pyszne ciasto”. Niestety, przy całej swojej dobrej wierze dziadkowie (podobnie jak inne dorosłe osoby) lubią sobie upraszczać życie poprzez segregowanie i szufladkowanie. Tymczasem dzieci ze swej natury są zmienne: mają do dyspozycji cały wachlarz zachowań, z którego bardzo chętnie korzystają w zależności od dnia, sytuacji i nastroju.

Wielu rodziców także popełnia ten błąd i mówi: „Zenek to taki nasz rodzinny urwis.”, „Zdzisio jest ostatnią ciamajdą, wszystko mu z rąk leci. Za to Zbynio jest taki zdolny, prawdziwy z niego geniusz! Aż trudno uwierzyć, że są braćmi!”. Pomijam już fatalną praktykę porównywania dwóch zupełnie odrębnych ludzi (często w ich obecności), która nie służy niczemu dobremu. Rzecz w tym, że rodzice, jeśli już wypowiadają tego typu opinie, mają znacznie więcej „materiału dowodowego”. Tymczasem dziadkowie, widujący wnuki raz na jakiś czas również bardzo chcą wiedzieć i samodzielnie orzec jaki ten czy inny wnuk właściwie jest. To bardzo praktyczne podejście – pomaga postępować z dziećmi w skuteczny sposób i porządkuje świat w naszym odbiorze. A jednak dla dzieci, które chłoną wszystko jak gąbka i wierzą, że każdy dorosły mówi zawsze prawdę, takie podejście jest niezwykle krzywdzące.

Niezależnie od tego, czy mówią to rodzice, dziadkowie, czy nauczyciele (a najczęściej mówią oni jednym głosem, bo mało co sprawia dorosłym taką przyjemność jak znalezienie potwierdzenia swojej „diagnozy” u innych dorosłych), opinia otoczenia na temat dziecka kształtuje zarówno sposób, w jaki jest ono traktowane, jak i jego postrzeganie siebie – szybko stając się samospełniającą się przepowiednią. Chcąc ułatwić sobie życie, dorośli sprowadzają dzieci do pewnej roli, z której te nierzadko nie wychodzą już do końca życia. Grzeczny chłopczyk. Rozrabiara. Pani odpowiedzialna. Dominator. Maruda. Kto z nas nie spotkał ich na swojej życiowej drodze?

Można by pomyśleć, że jeśli kogoś nie obrażamy wyzwiskami, jesteśmy przecież w porządku… Nigdy nie zapomnę rzuconego mimochodem komentarza jednej z moich babć, która w obecności całej rodziny stwierdziła ze znawstwem, że mój brat to taka przylepa, a ja absolutnie, nic z tych rzeczy. Nikt nie zaprzeczył. Miałam wtedy jakieś jedenaście lat, co oznacza, że mój brat musiał mieć cztery. Będąc dorosłą osobą dostrzegam, że to czysty truizm: kilkulatki z zasady są bardziej skłonne do czułości niż nastolatki. Ale wtedy te słowa uderzyły mnie z wielką siłą i pozostały już ze mną, na wiele lat podwajając moją nieśmiałość.

Słowa mają wielką moc. Używajmy ich z rozwagą.

La cigarette

W niedzielne popołudnie wybrałyśmy się z przyjaciółką na spacer. Usiadłyśmy na ławce w parku, pogrążone w rozmowie, kiedy nagle podeszli do nas dwaj młodzi mężczyźni i jeden z nich zagaił:

- Ja mam takie, może trochę głupie, pytanie. Czy panie może wiedzą ile jest powietrza w tlenie?

Wymieniłyśmy zaskoczone spojrzenia. Pijani? Naćpani?

- Chyba ile jest tlenu w powietrzu? – Zapytała M.

- Tak, no właśnie! – Potwierdził mężczyzna, wymachując mi przed nosem papierosem.

- Wie pan co, im dłużej tu pan stoi, tym mniej. – Odparowałam, zaskakując samą siebie swoją obcesowością. Oddalili się jak niepyszni.

Nie jestem typem wojującym  – niech każdy szuka szczęścia tak, jak mu serce podpowiada. Ale brak kultury palenia drażni mnie w najwyższym stopniu, bo ja też chcę żyć po swojemu: bez wdychania trucizny tylko dlatego, że komuś innemu sprawia to przyjemność.

Drogi Palaczu! Masz gdzieś swoje zdrowie? Nie wierzysz w przesłanie kampanii antynikotynowych? Uwielbiasz smród palonego tytoniu? Nie masz co robić z pieniędzmi? Proszę bardzo! Kim ja jestem, żeby kazać ci o siebie zadbać? Ale jeśli chcesz palić – zrób to tak, żeby inni nie musieli wdychać ponad 5000 zawartych w dymie tytoniowym substancji o właściwościach toksycznych i rakotwórczych. Jak to zrobisz, to już twoja sprawa.

Problem polega na tym, że ty masz gdzieś moje zdrowie, oraz zdrowie moich dzieci. Latem, kiedy wietrzę pościel lub suszę pranie na balkonie własnego mieszkania, ty akurat czujesz nieodpartą potrzebę, żeby palić na swoim sąsiednim balkonie i wszystko mi zasmrodzić. Zimą nie chce ci się wyjść nawet na ten cholerny balkon – smród i substancje toksyczne niosą się w pionie wprost do mojej toalety. Idąc ulicą wymachujesz dziarsko papierosem, którego nawet nie raczysz palić – cały dym pozostawiasz do dyspozycji mi i moim dzieciom, którzy akurat mamy pecha iść za tobą. I wiesz co jest najlepsze? Że nic ci nie mogę zrobić! Ustawodawca ma mnie dokładnie w tym samym miejscu, co ty.

Jak to możliwe, że prawo jednej osoby do trucia siebie i wszystkich wokół jest ważniejsze niż prawo pozostałych (w tym dzieci i kobiet w ciąży) do dbania o swoje zdrowie i komfort? To bardzo proste. W Polsce stawka akcyzy za papierosy wynosi 206,76 zł za każde 1000 sztuk papierosów i aż 31,4% maksymalnej ceny detalicznej. W przypadku tytoniu jest to 141,29 zł za kilogram i również 31,4% maksymalnej ceny detalicznej, a dla cygar i cygaretek stawka wynosi 280, 25 zł za każde 1000 sztuk. Najwyraźniej państwu bardziej opłaca się zgarnąć te pieniądze do budżetu i następnie zmagać się z problemami ciągle niedofinansowanej służby zdrowia, niż zainwestować w profilaktykę licznych chorób układu oddechowego, przewodu pokarmowego i układu krążenia, a także impotencji i raka wywoływanych przez palenie czynne i bierne.

A skoro już jesteśmy przy tym temacie, uważam za szczyt wszystkiego widok rodziców lub dziadków, którzy jedną ręką prowadzą wózek z niemowlęciem, a w drugiej trzymają papierosa. Pewnie wyszli na spacer, żeby maluch się dotlenił. I jeszcze ci, którzy wpuszczają dzieci na plac zabaw, a następnie starannie zamykają bramkę i obserwując maluchy przez płot oddają się paleniu. Czy oni naprawdę sądzą, że półmetrowej wysokości ogrodzenie z siatki sprawi w jakiś magiczny sposób, że dym tytoniowy nie doleci na teren placu zabaw? Sama nie wiem co powoduje tymi ludźmi. Czy to bezbrzeżna głupota, czy skrajny egoizm? Żal mi tamtych dzieci. Ale jeszcze bardziej żal mi własnych, które miały pecha znaleźć się akurat na tym samym placu zabaw. No ale zakaz palenia obowiązuje tylko na terenie placu, więc o co chodzi?

Pierwsze papierosy najprawdopodobniej stworzono w IX wieku, a w formie zbliżonej do obecnej w wieku XVIII. Ile jeszcze stuleci musi upłynąć, żebyśmy doczekali się skutecznych rozwiązań prawnych, które chroniłyby niepalących?

La vie et la mort

Kobieta w ciąży jest bramą pomiędzy życiem i śmiercią. Mam głębokie przekonanie, że nie jest to zbędny patos. Chodzimy po świecie niczym symbole. Z jednej strony nosimy w sobie potencjał życia – jak się przyjęło mówić, „nowe życie”. Z drugiej strony, jak każda żywa istota, nosimy w sobie także potencjał śmierci – tyle, że tym razem zwielokrotniony.

Trudno ustalić jak często dochodzi do poronień. Często dzieje się to na pierwszym etapie ciąży, kiedy matka nie wie jeszcze o zapłodnieniu i odczuwa poronienie jako spóźnioną miesiączkę. A jeśli już wie, w naszej kulturze w dużym stopniu pozostaje to temat tabu. Jak gdyby fakt, że się tego dziecka nie widziało, nie przytulało, a teraz jeszcze się o nim nie mówi, sprawiał, że ból po jego stracie zniknie.

Moja bliska koleżanka ze studiów napisała mi dzisiaj, że poroniła w 14 tygodniu ciąży. Co to oznacza? Po pierwsze górę formalności. Po drugie, ponieważ poronienie nastąpiło przed 16 tygodniem ciąży, od rodziców zależy, czy chcą poznać płeć zmarłego dziecka. I tu następuje procedura, która w cywilizowanym kraju jest nie do przyjęcia: rodzice otrzymują martwy płód, zwany „próbką”, do przechowania przez kilka dni w domowej lodówce, do czasu wykonania badania. Brak mi słów.

Z drugiej strony, każdego dnia około 830 kobiet umiera z powodów powiązanych z ciążą lub porodem (dane wg WHO). Co prawda, 99% tych śmierci ma miejsce w krajach rozwijających się, gdzie nawet dostęp do wody bieżącej w szpitalu nie jest sprawą oczywistą. Natrafiłam niedawno na reportaż BBC obrazujący skalę problemu. Na przykład Kemisa z Ugandy otwarcie stwierdza, że położna na liście zakupów przedporodowych umieściła 10 par gumowych rękawiczek dla lekarza, ale ciężarna kupiła ich tylko dwie. Powód? Na więcej jej nie stać. Za to Ellen z Malawi urodziła dziecko w publicznym ośrodku zdrowia, w którym odbiera się 90 porodów miesięcznie, mimo że nie ma tam wody bieżącej, sprzętu do sterylizacji narzędzi ani prądu. Nadaje to staraniom działającej w Polsce Fundacji Rodzić po Ludzku nieco inny wymiar.

Ale skoro już mowa o Polsce, usłyszałam niedawno smutną historię. Kobieta miała urodzić kolejne już dziecko poprzez cesarskie cięcie. Miała umówioną datę, swojego lekarza, zarezerwowaną salę, przygotowane jednostki swojej grupy krwi. Zabieg przebiegł pomyślnie, dziecko przyszło na świat całe i zdrowe. Z niewiadomych przyczyn matka wykrwawiła się na śmierć. Przy całej nowoczesnej technologii, w sterylnych warunkach, pod okiem wykwalifikowanych lekarzy. Trudno to zaakceptować. A jednak pewne, wcale niemałe, obszary życia pozostają zupełnie poza naszą kontrolą. Życie i śmierć to nadal tajemnica.

Przeczytałam ostatnio świetną książkę Justyny Dąbrowskiej „Nie ma się czego bać. Rozmowy z mistrzami”, która składa się z wywiadów dotyczących przemijania i śmieci. Zastanowiło mnie, że średni wiek rozmówcy wynosił 80 lat. Tak jakby wcześniej się nie umierało…

Nie chcę kończyć w tym fatalistycznym tonie. Naturalnie większość rodziców oczekuje szczęśliwego rozwiązania i narodzin zdrowego potomka. W zdecydowanej większości wypadków, tak się właśnie dzieje. Myślę tylko, że warto uświadomić sobie od czasu do czasu jakie to ogromne, nieoczywiste szczęście.