La pharmacie

W aptece wymieniłam całą listę dziecięcych produktów dla naszego malucha, po czym w końcu, po dłuższej chwili milczenia wymruczałam pod nosem, że potrzebuję czegoś na hemoroidy.

- Karmi pani piersią?

-Tak.

Farmaceutka pogmerała chwilę w szufladzie, po czym wyjęła małe opakowanie i wręczyła mi je z uśmiechem.

-Proszę, mi pomogło po porodzie.

A widząc moją zmieszaną minę dodała:

-To bardzo częste powikłanie.

I dorzuciła mi do reklamówki z zakupami kilka darmowych próbek.

C’est la vie

Bywa i tak.

Kiedy urodził się nasz pierwszy syn, zostaliśmy zasypani kartkami z gratulacjami. Wszystkie zachowałam skrzętnie na pamiątkę, żeby W. mógł zobaczyć jak wiele osób cieszyło się nim razem z nami. Z okazji narodzin drugiego syna przyszła dokładnie jedna taka kartka. Uznałam to za naturalny obrót spraw, postawiłam kartkę w widocznym miejscu i poszłam spać.

Następnego poranka (i wiele pobudek później) moim na wpół przytomnym oczom ukazał się mój pierworodny, wbiegający do sypialni i już od progu wołający:

- Mamo, mamo, zobacz jak pięknie wyciąłem!

Rysunek różowego dzidziusia w jego dłoni rzeczywiście został bardzo ładnie wycięty…
Z tej jednej, jedynej kartki z gratulacjami z okazji narodzin jego młodszego brata. Przez chwilę miałam ochotę się rozpłakać.

No cóż… To ja zawsze zachęcałam W. do nauki wycinania. Co więcej, sama dałam mu kiedyś podczas sprzątania stare kartki pocztowe, żeby mógł sobie powycinać obrazki.

Takie życie młodszego, synu. C’est la vie.

Le rire

Po całym dniu zmagań z dwójką maluchów nadciąga wreszcie wieczór. Nasz przedszkolak, o ile nic się nie wydarzy, zostaje spacyfikowany aż do 6:00 następnego dnia, zaś noworodek… Cóż, powiedzmy, tymczasowo spacyfikowany. Może na pół godziny, a może nawet na dwie? Pomarzyć zawsze można.

Leżymy z mężem w łóżku i śmiejemy się do rozpuku z dowcipów w rodzaju tych, które się opowiada na koniec dobrej imprezy, kiedy nikomu już nie przeszkadza, że same w sobie są raczej średnio zabawne. Nie możemy robić hałasu, bo obok śpi maluszek – tym bardziej więc chce nam się śmiać. Jak wtedy, kiedy jest się dzieckiem w kościele, i im bardziej potępiające spojrzenia posyłają nam starsze panie ze swoich ławek, tym bardziej nie można opanować wybuchu wesołości. Chichoczemy jak opętani i ocieramy łzy z policzków.

Jesteśmy wykończeni, ale szczęśliwi.

Le réveillon

Wieczór przed porodem był bardzo ciepły. Przyjechali do nas moi rodzice. Mały W. już od jakiegoś czasu cicho pochrapywał w łóżeczku, a my świętowaliśmy pierwsze spotkanie od czasu Wielkanocy. Piwonie w wazonie pachniały zniewalająco. Paliły się świeczki. Zimny arbuz z lodówki różowił się na stole obok kwaskowatego ciasta z rabarbarem. W tle dyskretnie rozbrzmiewał jazz. Pokój wypełnił się rozmową i śmiechem.

Przed snem rozważałam rodzinne wyjście do ZOO następnego dnia.

Le balcon

Mój czas płynie teraz inaczej, więc też i historia, którą opowiadam nie będzie odtąd się toczyć linearnie.

Siedzę na balkonie skąpanym w promieniach popołudniowego słońca. Chłopiec tak mały, że można by go prawie trzymać w jednej dłoni, śpi spokojnie w wózku. Wzdłuż balkonu przechadza się jego starszy brat w kolorowych szortach i ze śmiechem prezentuje mi sposoby poruszania się różnych zwierząt. W oddali rozlegają się kościelne dzwony wzywające wiernych na mszę, i sama już nie wiem czy to mój skrajnie niewyspany umysł płata mi figle, czy rzeczywiście słyszę głęboki baryton nucący coś na kształt buddyjskich pieśni modlitewnych. Brzmi to pięknie i nierealnie.

Jestem mamą dwóch synków.

La beauté

Rozmawiałam niedawno z koleżanką ze studiów (w tym miejscu chciałabym bardzo podziękować całej braci studenckiej, która nieustannie do mnie dzwoni i sprawdza, „czy to już”, to bardzo miłe!), która stwierdziła, że dobrze się trzymam w ciąży. Odpowiedziałam jej bez ogródek, że gdybym była przed ciążą jakąś wielką pięknością – powiedzmy zawodową modelką, albo Miss Universe – z całą pewnością byłoby mi znacznie trudniej znosić wszystkie te zmiany. Tu mi puchnie, tam się rozciąga, w ubrania się nie mieszczę, czyli ciążowy standard. Ponieważ zawsze uważałam się za całkiem zwyczajną dziewczynę, przyjmuję tę metamorfozę z dużym dystansem i spokojem. Na pewno nie jestem zachwycona rozstępami, czy tak widoczną siecią żył, że mogłabym służyć jako żywy model anatomii, ale też nie mam zamiaru z ich powodu tracić dobrego nastroju. Koleżanka wyraźnie była zaskoczona takim tokiem rozumowania i podsumowała krótko:

„Ale sobie dowaliłaś!”

Nie uważam jednak wcale, żeby moje słowa były dla mnie w jakikolwiek sposób uwłaczające. Na świecie jest wiele oszołamiająco pięknych kobiet. Podejrzewam, że kobiet naprawdę szczęśliwych jest znacznie mniej. A moim celem jest właśnie być szczęśliwą.

Przeczytałam kiedyś (gdzie? kiedy? może ktoś z Was skojarzy ten cytat?), że nie ma nic smutniejszego niż widok starzejącej się piękności, która nigdy nie musiała ćwiczyć się w błyskotliwości, poczuciu humoru, czy elokwencji, żeby zwrócić na siebie uwagę otoczenia. Nagle traci swój największy atut i czuje, jak grunt usuwa jej się spod nóg.

Co prawda jestem w stanie wyobrazić sobie wiele smutniejszych widoków, chociażby głodujące dzieci, ale zgadzam się, że piękno jest w naszej kulturze przereklamowane. Wielka uroda to niczym niezasłużony prezent, który często w pewien sposób upośledza swojego posiadacza. Już małe dzieci bardzo szybko uczą się, że nierzadko wystarczy zrobić słodką minkę, żeby osiągnąć sukces. A jeśli ktoś przez długie lata funkcjonuje na tej zasadzie, trudno mu pogodzić się z faktem, że życie odciska na nas swój ślad, a czas pędzi nieubłaganie.

Czasem mam wrażenie, że ten cały pęd do zabiegów kosmetycznych, siłowni, SPA, zdrowej żywności, chirurgii plastycznej, itp. ma na celu dobrze nas zakonserwować do grobu. Tu się zaszpachluje, tam się wyklepie, i będziemy wszyscy jednakowi: gładcy i nijacy niczym lalki barbie. Przykro patrzeć na naciągnięte twarze celebrytów, którzy za wszelką cenę chcą pozostać nietknięci życiem, którym żyją.

„Starość to nie jest wiek dla smarkaczy”, stwierdza jedna z postaci w książce „Tato” Williama Warthona, i ja się z tym zgadzam.

L’attaque terroriste

Moja współlokatorka z czasów studenckich wyjechała na urlop do siostry, do Londynu. Kiedy dwa dni później usłyszałam o zamachu na Moście Londyńskim, zamarłam. Wśród ośmiu zabitych nie ma Polaków, ale Polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych jeszcze nie podało informacji czy wśród 47 rannych są Polacy. Pozostaje mi wierzyć, że w tak wielkiej metropolii K. nie wybrała się na wieczorny spacer akurat w to miejsce.

Ze wszystkich lokalizacji ataków terrorystycznych, Londyn jest mi szczególnie bliski, ponieważ ponad rok w nim mieszkałam. W ciągu ostatnich trzech miesięcy w tym niezwykłym mieście doszło do trzech zamachów. Ubolewam nad dramatem ofiar i ich rodzin, a jednak… Nie mogę oprzeć się myśli, że oburzenie jakie te ataki wywołują trąci hipokryzją.

Oto my: nowoczesne, demokratyczne społeczeństwo, otwarte na każdego niezależnie od narodowości, religii czy poglądów. Po drugiej stronie są oni: dzicy, nieokiełznani barbarzyńcy, którzy zupełnie bez powodu przyjeżdżają i nas atakują. Taki obraz sytuacji wyłania się z relacji medialnych. A przecież zdrowy rozsądek podpowiada, że to nie może być takie proste. W obecnej sytuacji jest swojego rodzaju sprawiedliwość dziejowa, którą chętnie się w mediach przemilcza.

Jak łatwo zapominamy, że jeszcze po zakończeniu II Wojny Światowej istniały ogromne imperia kolonialne: brytyjskie, francuskie, belgijskie, holenderskie i portugalskie. Wcześniej swoje kolonie miały między innymi także takie kraje jak Stany Zjednoczone, Hiszpania, Niemcy, Włochy, Dania, Norwegia i Turcja. Zdecydowanie największe z nich wszystkich było imperium brytyjskie (33 mln km²), o którym nawet mówiło się, że słońce nigdy nad nim nie zachodzi. Czy Brytyjczycy byli uprzejmi dla miejscowej ludności i prowadzili z jej przedstawicielami pokojowy dialog przy herbatce, czy też może najechali nieznane sobie ziemie i, nie przejmując się tubylcami, siłą wprowadzili swoje rządy grabiąc, rabując i gwałcąc? Jak Wielka Brytania zbudowała swoją wysoką pozycję gospodarczą? Pozycję pozwalającą państwu na graniczące z rozdawnictwem, wysokie świadczenia socjalne, które dziś przyciągają do niego tysiące imigrantów, w tym także terrorystów? W dużej mierze, maksymalnie wyzyskując podległe sobie państwa, a tym samym znacznie spowalniając ich rozwój na wiele lat.

A jakie kraje były koloniami? Na przykład Algieria, Libia, Etiopia, czy Maroko. Przenieśmy się bliżej czasów współczesnych. Wymienione przeze mnie dawne kolonie uczestniczyły w latach 2010-2013 w tzw. Arabskiej Wiośnie, konfliktach zbrojnych i protestach społeczeństwa przeciw autokratycznym reżimom, złym warunkom życiowym, bezrobociu, oraz korupcji i nepotyzmowi rządzących. Na pomoc niezadowolonym obywatelom pośpieszyły… Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Niemcy i Francja, czyli dawne imperia kolonialne. A ówczesny przywódca Libii, Muammar Kaddafi już w 2011 roku ostrzegał Zachód: „Jeśli usuniecie rząd, gwarantujący stabilność, w kraju wybuchnie chaos, a fala uchodźców zaleje Europę”. Brzmi znajomo?

Nie dość więc, że dawne imperia kolonialne, w tym Wielka Brytania, najpierw wyzyskały kolonie, przyczyniając się walnie do ich opłakanego stanu. Nie dość, że same sprowadziły sobie na głowę tysiące imigrantów, by wyzyskiwać ich jako tanią siłę roboczą. Same przyłożyły rękę do problemu fali uchodźców, i stworzyły odpowiednie warunki do powstania tzw. Państwa Islamskiego, z którym teraz nie potrafią sobie poradzić. W tej sytuacji mówienie o złych terrorystach i dobrych obrońcach demokracji mija się z prawdą.

Tymczasem w Syrii dziennie ginie więcej osób niż w ataku terrorystycznym w Londynie, ale te śmierci nie stanowią pożywki dla mediów. Widzom już się przejadły.

Les mots

źródło: fdn.pl

źródło: fdn.pl

W ramach relaksu wakacyjnego wzięłam się za lekturę łatwą, lekką i przyjemną – „Dom w Riverton” autorstwa Kate Morton. Z przykrością stwierdzam po raz kolejny, że polskie wydawnictwa nie szanują czytelnika i albo sądzą, że błędów stylistycznych nie zauważy, albo że mu takie błędy nie przeszkadzają. Otóż ja zauważam i mi przeszkadza chociażby taki szczegół jak fakt, że podczas jednej i tej samej sceny narracja przez jeden akapit odbywa się w czasie teraźniejszym (idę, robię, widzę, itp.) a już w następnym akapicie w czasie przeszłym (powiedziała, spojrzała, poszła, itp.), przy czym w tym miejscu nie jest to zabieg celowy autorki, a zwykła niechlujność. Nie wiem ile aktualnie wynosi pensja korektora tekstu, ale zdecydowanie powinna zostać podniesiona, a czas na korektę wydłużony, bo takie błędy nie stanowią już wyjątku, ale regułę.

Mimo, że książka – utrzymana w konwencji „Pokuty” Iana McEwana – miała być zaledwie odskocznią, natknęłam się w niej na fragment, który skłonił mnie do refleksji:

„Dziecko zabiera ci kawałek serca i robi z nim co tylko zechce, ale z wnuczętami jest inaczej. Nie ma poczucia winy i odpowiedzialności, które ciąży na macierzyństwie. Droga do miłości jest wolna.”

Nie mogę powiedzieć, żeby jakaś część mnie nie zgadzała się z tym stwierdzeniem, a jednak… Myślę, że to nie do końca tak, że na dziadkach nie spoczywa odpowiedzialność. Być może (nie mam wszak doświadczenia w tym względzie) dziadkowie nie odczuwają tak wielkiej odpowiedzialności, jednak ona istnieje i nawet czasem myślę, że w pewnym sensie jest większa niż ta, która tak doskwiera rodzicom.

Rodzice są odpowiedzialni w sposób bardzo oczywisty: za zdrowie i życie dziecka, za jego sytuację materialną, edukację i poczucie bezpieczeństwa. Owszem, mają każdego dnia milion możliwości popełnienia dużych i małych błędów, ale mają też tyleż samo możliwości by te błędy naprawić.

Tymczasem dziadkowie najczęściej widują wnuki sporadycznie, więc ich słowa i czyny siłą rzeczy bardziej zapadają dzieciom w pamięć. Dobrze, gdy są to miłe wspomnienia typu: „dziadek umie rozpalić ognisko”, „babcia robi pyszne ciasto”. Niestety, przy całej swojej dobrej wierze dziadkowie (podobnie jak inne dorosłe osoby) lubią sobie upraszczać życie poprzez segregowanie i szufladkowanie. Tymczasem dzieci ze swej natury są zmienne: mają do dyspozycji cały wachlarz zachowań, z którego bardzo chętnie korzystają w zależności od dnia, sytuacji i nastroju.

Wielu rodziców także popełnia ten błąd i mówi: „Zenek to taki nasz rodzinny urwis.”, „Zdzisio jest ostatnią ciamajdą, wszystko mu z rąk leci. Za to Zbynio jest taki zdolny, prawdziwy z niego geniusz! Aż trudno uwierzyć, że są braćmi!”. Pomijam już fatalną praktykę porównywania dwóch zupełnie odrębnych ludzi (często w ich obecności), która nie służy niczemu dobremu. Rzecz w tym, że rodzice, jeśli już wypowiadają tego typu opinie, mają znacznie więcej „materiału dowodowego”. Tymczasem dziadkowie, widujący wnuki raz na jakiś czas również bardzo chcą wiedzieć i samodzielnie orzec jaki ten czy inny wnuk właściwie jest. To bardzo praktyczne podejście – pomaga postępować z dziećmi w skuteczny sposób i porządkuje świat w naszym odbiorze. A jednak dla dzieci, które chłoną wszystko jak gąbka i wierzą, że każdy dorosły mówi zawsze prawdę, takie podejście jest niezwykle krzywdzące.

Niezależnie od tego, czy mówią to rodzice, dziadkowie, czy nauczyciele (a najczęściej mówią oni jednym głosem, bo mało co sprawia dorosłym taką przyjemność jak znalezienie potwierdzenia swojej „diagnozy” u innych dorosłych), opinia otoczenia na temat dziecka kształtuje zarówno sposób, w jaki jest ono traktowane, jak i jego postrzeganie siebie – szybko stając się samospełniającą się przepowiednią. Chcąc ułatwić sobie życie, dorośli sprowadzają dzieci do pewnej roli, z której te nierzadko nie wychodzą już do końca życia. Grzeczny chłopczyk. Rozrabiara. Pani odpowiedzialna. Dominator. Maruda. Kto z nas nie spotkał ich na swojej życiowej drodze?

Można by pomyśleć, że jeśli kogoś nie obrażamy wyzwiskami, jesteśmy przecież w porządku… Nigdy nie zapomnę rzuconego mimochodem komentarza jednej z moich babć, która w obecności całej rodziny stwierdziła ze znawstwem, że mój brat to taka przylepa, a ja absolutnie, nic z tych rzeczy. Nikt nie zaprzeczył. Miałam wtedy jakieś jedenaście lat, co oznacza, że mój brat musiał mieć cztery. Będąc dorosłą osobą dostrzegam, że to czysty truizm: kilkulatki z zasady są bardziej skłonne do czułości niż nastolatki. Ale wtedy te słowa uderzyły mnie z wielką siłą i pozostały już ze mną, na wiele lat podwajając moją nieśmiałość.

Słowa mają wielką moc. Używajmy ich z rozwagą.