La cigarette

źródło: pinterest.com

źródło: pinterest.com (ang. Chroń dzieci: nie każ im wdychać dymu ze swojego papierosa)

Drogi Palaczu!

Moje trzyletnie dziecko płacze nad Tobą. Dosłownie. Za każdym razem kiedy Cię widzi z tym Twoim śmierdzącym papierosem, a jak sam wiesz, zdarza się to nader często – w parkach miejskich, przy placach zabaw, na przystankach tramwajowych, a nawet przed naszym blokiem – zbiera mu się na płacz nad Tobą i Twoimi czarnymi płucami.

Na ironię zakrawa fakt, że to Ty systematycznie podtruwasz moje Bogu ducha winne dzieci podczas spacerów i masz to gdzieś.Więc tak się sprawy mają. Pomyślałam, że może chciałbyś wiedzieć.

Lecz się!

M.

La mère

Dzisiaj niby o czym innym, a jednak o tym samym. Mowa o strachu i straszeniu. A dokładniej o tym, że mam już serdecznie dość sensacyjnych informacji na temat wychowania dzieci, które co rusz pojawiają się w mediach.

Zaczyna się od najprostszych rzeczy. Na przykład takich:

Jeśli kładziesz niemowlę na brzuszku do snu, wzrasta prawdopodobieństwo śmierci łóżeczkowej. Na boku? Dysplazja biodrowa gotowa. Jeśli myślisz, że rozwiązaniem jest kładzenie na plecach, jesteś w błędzie! Chyba, że chcesz, żeby twojemu dziecku się ulało i żeby zakrztusiło się we śnie? Noszenie tez odpada, bo wtedy rozpieszczasz. Słowem – najlepiej gdyby dziecko jak najszybciej opanowało sztukę lewitacji!

I tak na każdym kroku!

Jeśli jesteś zbyt surowa – wychowujesz psychopatę. Jeśli zbyt pobłażliwa – terrorystę. Jeśli szczepisz dziecko, ryzykujesz skutki uboczne na własne życzenie (niektórzy sugerują, że autyzm). Jeśli nie szczepisz, ryzykujesz polio, krztusiec, WZW typu B i wiele innych chorób, którym można przecież było zapobiec. Jeśli przykrywasz dziecko kocykiem, może się w niego zaplątać i udusić. Jeśli pozwalasz mu kąpać się w fontannie, lub basenie wypełnionym piłeczkami, narażasz je na kolonizację bakteriami salmonelli, gronkowca i bakteriami kałowymi.

Spójrzmy prawdzie w twarz: cokolwiek robisz (lub nie robisz), jesteś złą matką i zawsze, ale to zawsze, jest twoja wina.

À propos, przeczytałam niedawno serię artykułów poświęconych zaborczym matkom w majowym numerze miesięcznika „W drodze” (tak, tak, kiedyś może jeszcze uda mi się czytać miesięczniki w miesiącach, w których zostały wydane, ale póki dzieci są małe…). Uderzyło mnie, że na ten temat wypowiedzieli się kolejno: pan profesor (teolog kultury i mediów), mężczyzna opowiadający o swojej zaborczej matce, oraz ksiądz. Nie mam zamiaru występować w roli adwokata toksycznych rodziców (płci obojga), ale wydaje mi się, że brakuje tu kobiecej perspektywy. A gdyby jeszcze nie dość, że kobieta, to jeszcze matka zechciała się wypowiedzieć? Sytuacja ta przywodzi mi na myśl zasłyszane kiedyś zabawne i smutne jednocześnie zdanie, że „grupą, która najchętniej wypowiada się w Polsce na temat seksu i antykoncepcji są mężczyźni żyjący w celibacie”.

Moją szczególną uwagę przykuł ekshibicjonistyczny wręcz artykuł, pod dramatycznym tytułem „Co mi zrobiłaś, mamo”, którego autor opisuje szczegółowo swoje relacje z matką i ich – jak sądzi – dramatyczny wpływ na jego życie. Rozumiem potrzebę uporania się z przeszłością. Nie rozumiem, że 34-letni mężczyzna za swoje życiowe niepowodzenia obwinia matkę, która już dawno przestała mieć faktyczny wpływ na jego losy. Nie rozumiem także, dlaczego nie ma miejsca na tę drugą wersję zdarzeń – wersję matki. Autor rzuca mocne oskarżenia pod jej adresem, opowiada o intymnych wydarzeniach, a przecież ta kobieta ma pewnie jakieś swoje życie i rodzinę, czy znajomych, którzy mogą ten artykuł przeczytać. Czy nie można było inaczej? Porozmawiać, dać szansę coś wyjaśnić, czy chociażby prosić o wybaczenie? Albo napisać anonimowo? Jak na pismo chrześcijańskie, mało to po chrześcijańsku…

Inną kwestią jest opisywanie co też te zaborcze matki robią i jak wpływają na swoje biedne dzieci, bez dotknięcia źródła problemu. Jakie te kobiety miały wzorce w domu? Jakie relacje ze swoimi rodzicami? Jakie wsparcie znajdują w mężach? Nikt z nas nie żyje w próżni.

Nie chodzi o to, że Matka Polka to jest jakaś świętość, i nie wolno jej krytykować. Rzecz w tym, że żeby wypowiadać się na tak trudny temat, przydałyby się solidniejsze podstawy niż obserwacje kogoś, kto nigdy matką nie był i z założenia być nie może (a w dwóch przypadkach z trzech nie jest nawet ojcem). Nie zna uczucia towarzyszącego ruchom dziecka we własnym ciele, bólu i strachu towarzyszącego porodowi, horroru zwanego połogiem, a potem tych nieustających, płynących zewsząd oczekiwań, że z samego tytułu bycia kobietą masz wiedzieć jak postępować z dzieckiem. Wychowujemy dzieci w zupełnie innych czasach, niż lata naszego dzieciństwa i mamy je przygotować na życie w jeszcze innym świecie, którego kierunek rozwoju trudno przewidzieć.

Uważam, że szkoła rodzenia to dobry wstęp.

Podobnie jak poród to zaledwie początek.

Mourir de peur

Natknęłam się dzisiaj na takie słowa:

„Mój ojciec ma prawie 90 lat i uzyskał jako taką równowagę duchową, która pozwala mu zdystansować się do rzeczywistości, ale oglądając telewizję i widząc na przykład dzisiejsze przemarsze ONR-u, mówi: „Pamiętam, że tak samo na mnie krzyczeli, kiedy szedłem do szkoły w latach trzydziestych. Na przykład: Żydy i Beduiny, won do Palestyny”. Życiem tych ludzi rządził strach, którego z niczym nie da się porównać.”

(Monika Sznajderman w wywiadzie dla „W drodze”)

Zastanawiam się jak do tego doszło, że ocalali z obozów zagłady Żydzi znów słyszą w dyskursie publicznym głos młodych osiłków, którzy nie mają zielonego pojęcia o historii (a jeśli mają jakieś pojęcie, to tym gorzej) wykrzykujących antysemickie hasła. Jak to się stało, że pomimo całej ohydy II Wojny Światowej, która nigdy ma się nie powtórzyć, ksenofobia i rasizm znów wystawiają swoje brzydkie łby, by ukazać się nam w pełnym słońcu?

Czasem mam wrażenie, że po jednej i po drugiej stronie wojny polsko-polskiej stoją grupy przerażonych śmiertelnie ludzi. Im bardziej się boją, tym głośniej krzyczą. A im głośniej krzyczą, tym bardziej jest się czego bać.

Un livre

Cytat na dziś:

„Człowiek w trakcie lektury jest niezgłębioną tajemnicą. Jest tutaj i nie ma go. Jego powłoka materialna znajduje się w sąsiedztwie mojej, ale jego dusz uleciała nie wiadomo dokąd. Ściśle rzecz biorąc, ten człowiek trzyma w rękach klucz do swej tajemnicy. Jeszcze ściślej: trzyma w rękach okno, którym uleciała jego dusza. Aby się dowiedzieć, dokąd uleciała jego dusza, trzeba się dobrać do jego książki.”

Michel Tournier

Fauteuil roulant

Będąc na spacerze z dziećmi spotkałam ciężko chorego mężczyznę na wózku inwalidzkim. To spotkanie zrobiło ogromne wrażenie na W., który jeszcze nigdy nie widział takiej osoby. Tego samego dnia wieczorem, po bajeczce na dobranoc zapytał mnie swoim słodkim głosikiem:

- Mamo, a co ten pan miał chorego, że był na wózku inwalidzkim?

- Chyba nóżki. – Odpowiedziałam niepewnie.

- A jak sobie trochę na tym wózku posiedzi, to już mu nóżki wyzdrowieją! – Radośnie stwierdził, bardziej niż zapytał, synek.

- Hmmm… Nie jestem tego taka pewna. – Westchnęłam, wahając się ile prawdy mogę mu powiedzieć. – Czasami, jak ktoś jest bardzo chory, to nawet wózek inwalidzki nie pomoże.

- To wtedy trzeba zadzwonić po karetkę! – Zdecydował po dłuższej chwili namysłu.

- Tak myślisz? – Grałam na czas. – Właściwie to karetkę się wzywa do nagłych przypadków.

- Na przykład do wypadków drogowych! – Dorzucił z entuzjazmem nasz motomaniak.

- No właśnie. – Skwitowałam z ulgą, że kończymy już rozmowę.

- Temu panu wyzdrowieją nóżki. – Oświadczył synek z nowo odzyskanym przekonaniem (skąd? jak? dlaczego?) – Pojeździ trochę na wózku i już będzie zdrowy.

- Emm… Wiesz… Może…

- Jak następnym razem go spotkamy na spacerku, to będzie sobie szedł na nóżkach. I nie będzie już na wózku! – Coraz bardziej rozkręcał się W.

- Może tak się zdarzyć. – Skapitulowałam pod naporem jego radości z wyobrażonego ozdrowienia. – Kocham cię, synku.

Tu, toi…

Nasz starszy syn, od kiedy tylko zaczął dość sprawnie posługiwać się – niełatwą bądź co bądź – polszczyzną, czyli bez mała od 1,5 roku, upodobał sobie posługiwanie się drugą osobą liczby pojedynczej w odniesieniu do własnej osoby. Tak więc zajadając się ulubionym owocem stwierdzał: „Lubisz arbuza!”, bawiąc się samochodzikami wołał: „Jedziesz do Afryki!”, a na placu zabaw nieumyślnie wprowadzał dzieci w błąd pytaniem: „A gdzie jest twoja mamusia?”.

Początkowo uznaliśmy, że nie ma sensu go zniechęcać do nauki mówienia już na starcie, zwłaszcza, że jak na swój przedział wiekowy był (i nadal pozostaje) nad wyraz rozwinięty językowo, ze słownictwem obejmującym np. żararakę i dyfuzję. Później nawet nas te przejęzyczenia bawiły, w końcu zaczęliśmy go poprawiać, choć niezbyt nachalnie. Możecie więc wyobrazić sobie moje zdumienie, kiedy właśnie dziś ni z tego, ni z owego synek wypalił: „Nie chcę nektarynki!”.

Najpierw myślałam, że słuch mnie myli, ale po chwili znów padło zdanie w pierwszej osobie, i znów, i znowu. W końcu przyjęłam do wiadomości, że to nie omamy słuchowe spowodowane chronicznym niedoborem snu i wykrzyknęłam: „O, synku! Jak ty dzisiaj ładnie mówisz!”, na co odparł z dumą niczym reinkarnacja Nietzschego z postulatem nadczłowieka na ustach: „Kiedyś mówiłem „ty”, a teraz mówię „ja”". Wiedziona ciekawością nie zdołałam się powstrzymać przed pytaniem: „Co się stało, że dzisiaj postanowiłeś tak mówić?”. Wygłoszona bez cienia wahania odpowiedź brzmiała: „Bo chciałeś”.

Mam ogromne szczęście: otaczają mnie dobrzy ludzie.

Od kiedy urodził się nasz drugi syn codziennie ktoś życzliwy się do mnie odzywa, chociażby po to, żeby powiedzieć „cześć” i życzyć mi dobrego dnia. Znajomi wpadają z zakupami, albo z obiadem. Młode mamy z sąsiedztwa pożyczają mi akcesoria niemowlęce i ciuszki. Po wpisie o pociętej kartce dostałam nowe kartki z gratulacjami i kwiaty. Zaskoczyło mnie to morze dobroci pośród którego się nagle znalazłam i właściwie czuję się zawstydzona, że nie doceniałam mojego otoczenia – i że może sama nie byłam aż tak dobrą przyjaciółką w potrzebie dla innych. Zawsze kiedy myślę, że już rozgryzłam tę ludzką zagadkę, wydarza się coś, co zupełnie mnie zaskakuje… I całe szczęście!

Ça ne sera rien!

Nasz trzyletni synek już od progu wołał dziś do wracającego z pracy taty:

- Tato, pobaw się ze mną!

- Dobrze synku, muszę się najpierw przebrać w domowe ubrania.

Kilka minut później, gdy usiedliśmy z mężem przy kawie, mały W. ponowił prośbę.

- Tato, pobaw się ze mną!

- Chwileczkę, dopiero wróciłem z pracy. Daj mi chwilę odpocząć…

- Tato, chodź do mojego pokoju i się ze mną pobaw! – Powtarzał raz po raz W. ponaglającym tonem, kiedy nagle nasz niemowlak zaczął płakać, więc mąż wziął go na ręce. Starszy synek stanął na środku kuchni, załamał ręce teatralnym gestem i oświadczył:

- No i nici z zabawy!

Facebook

Przeczytałam dzisiaj na mamadu.pl artykuł o kobiecie, która umieściła ma Facebooku (zabawne jest swoją drogą, że w dosłownym tłumaczeniu Facebook oznacza „książkę z twarzami”, a użytkownicy portalu zaskakująco chętnie prezentują zupełnie inne części swojego ciała) zdjęcie porodowe: w domu, nago, z nowo narodzonym dzieckiem nadal połączonym z nią widoczną na zdjęciu pępowiną. Bardziej intymnie już się nie da. A może można tę granicę jeszcze przesunąć w jakiś sposób, który nie przychodzi mi teraz do głowy?

Nie odczułam szoku, ani obrzydzenia wyrażonego przez wiele komentujących tę fotografię osób. Pomyślałam: „Tak, tak to właśnie wygląda”. Ale czy sam fakt, że coś jest autentyczne – w opozycji do wyphotoshopowanych, poprawionych skalpelem chirurga i pokrytych grubą warstwą makijażu modelek, które media serwują nam jako „naturalne piękno” – sprawia, że powinniśmy się tym dzielić z innymi? Ja jestem mamą dwójki dzieci, ale są ludzie, którzy dzieci nie mają, albo nie chcą mieć i oni nie mają pojęcia jak fizjologia porodu wygląda. Myślę, że takie osoby mają prawo nie chcieć takich zdjęć oglądać, że w pewnym sensie udostępnianie ich to ekspansywne i agresywne zachowanie ekshibicjonisty.

Poród jest niewątpliwie niezwykle silnym doznaniem zarówno na poziomie fizycznym jak i emocjonalnym. Niemożliwe jest wytłumaczenie komuś jak to jest rodzić. Moja przyjaciółka ujęła to bardzo trafnie słowami: „Nie wiedziałam, że to będzie aż tak…”. Mówi się nawet o „cudzie narodzin”, co nie czyni owego cudu jednak ani odrobinę mniej fizycznym, zwierzęcym, i ani odrobinę bardziej estetycznym.

Osobiście nie zdecydowałam się na fotografowanie porodu i jeśli miałabym ponownie podejmować tę decyzję, pozostałaby taka sama. W żadnym wypadku nie było to podyktowane pruderią – jest to jedna z pierwszych rzeczy, która idzie w odstawkę gdy chce się mieć dziecko: kontrole u ginekologa najpierw co miesiąc, potem co dwa tygodnie, a przy samym porodzie trzech różnych lekarzy płci obojga badało mnie niezależnie od siebie zanim jeszcze w ogóle weszłam na salę porodową. Chodziło o coś innego. To był czas poza czasem, rzecz pomiędzy mną i moim dzieckiem – i nikim więcej. Podczas stosunku też bym się nie fotografowała. To są momenty, kiedy nie powinno się myśleć o tym jak się wygląda, tylko koncentrować się na tu i teraz. Tak sądzę. Ale są przecież ludzie, którzy właśnie lubią robić sobie zdjęcia w łóżku i ich to podnieca. Czy publikowaliby je potem na Facebooku, to już inna sprawa.

Nie mam Facebooka. Zapewniam, że istnieję. Mogę opowiedzieć o moim porodzie (do czego zresztą zbieram się od dłuższego czasu i nie znajduję jeszcze właściwych słów) na swoich zasadach, przemilczając niektóre wątki, uwypuklając inne. Mogę sama kształtować to wspomnienie, interpretować rzeczywistość na własny użytek. Ale jeśli jest zdjęcie, w pełnym świetle pokazujące wszystko, co jest do zobaczenia, nie ma tu miejsca na interpretację własną – wchodzi twarda rzeczywistość. Było tak. Koniec, kropka. Ze zdjęciem się nie dyskutuje. A przecież można pamiętać coś całkiem inaczej niż ukazują to zdjęcia. Można wreszcie pamiętać całkiem inaczej niż faktycznie było.

Le temps

Cytat dnia:

„Kiedy patrzyłem na osoby zaczytane tak, że jakby nieobecne, często wydawało mi się, że otacza je jakiś inny czas, czas spoza czasu. Ich umysł związany ze znakową materią książki wytwarzał ‚czas piśmienniczy’, rozszczepiający nurt zwykłego czasu na osobne wątki, przekształcone wedle ponadczasowych, myślowych nawiązań.”

Piotr Matywiecki, „Stary gmach”