William Wharton – „Spóźnieni kochankowie”

spoznieni-kochankowie-b-iext3826489

W swojej karierze czytelniczej miałam okres ogromnej fascynacji pisarstwem Williama Whartona. Wstrząsnęły mną do głębi „Niezawinione śmierci”, duże wrażenie zrobił na mnie „Tato”, ale to pełni czaru „Spóźnieni kochankowie” wpłynęli na moją rzeczywistość.

Rzecz dzieje się w 1975 roku, w Paryżu, gdzie pewien, niemłody już i boleśnie doświadczony przez życie, malarz spotyka jeszcze bardziej posuniętą w latach, niewidomą damę. Nietypowa przyjaźń mężczyzny zanurzonego do głębi w świecie barw i kształtów, z kobietą pogrążoną w całkowitych ciemnościach, prowadzi do wydarzeń, które zaskakują ich oboje (a wraz z nimi czytelnika).

Dla mnie wartością dodaną powieści Whartona jest fakt, że udało mi się zarazić moim oczarowaniem tatę, tak, że wypożyczoną z biblioteki książkę, czytałam najpierw ja, potem tata, a z czasem nawet podbieraliśmy sobie nawzajem książki w trakcie czytania.

W historii cyklicznie przewija się motyw degustacji luksusowego alkoholu „Poire Williams”. Są to chwile pełne zmysłowej przyjemności, począwszy od bogatego bukietu, poprzez wyrafinowany smak napoju, po intelektualną dyskusję, która mu nieodłącznie towarzyszy. Autor posuwa się nawet do szczegółowego opisu procedury powstawania tego specyficznego rodzaju brandy: na zapylone kwiaty gruszy nakłada się butelki, gruszki dojrzewają wewnątrz butelek, po czym w porze zbiorów są zrywane i zalewane alkoholem.

Nigdy wcześniej nie słyszałam o czymś podobnym, a jako duszy sentymentalnej wydało mi się to szalenie romantyczne: oto gruszka, która nigdy nie zetknęła się ze światem spoza butelki, wyrosła tylko po to, by dać przyjemność konsumentowi trunku. Oczywiście, że musiałam tego spróbować!

Będąc wówczas na drugim roku studiów postanowiłam, że za pierwszą pensję z prawdziwego zdarzenia (tj. na umowę o pracę, a nie dorywcze zajęcia, które miałam już na swoim koncie) kupię butelkę owego romantycznego napitku i poczęstuję wszystkich znajomych.

Jak postanowiłam, tak też zrobiłam. Trzy lata później za pierwszą pensję – choć nie wiem czy jej wysokość uzasadnia określenie „z prawdziwego zdarzenia” – nabyłam za niemałą cenę elegancką butelkę „Poire Williams” z upragnioną gruszką w środku. Swoją „premierę” miała ona wśród znajomych zgromadzonych rok temu na moich urodzinach.

Nigdy w życiu nie próbowałam niczego tak paskudnego! Aromat, owszem, rewelacyjny, ale smak… Smak sprawił, że wszyscy natychmiast poprosili o lód i sok do rozcieńczenia. Zapewne dla kogoś o bardziej wyrobionym guście byłoby to barbarzyństwo, my natomiast najzwyczajniej w świecie zrobiliśmy sobie drinki z „Poire Williams”. Najlepszym dowodem na walory smakowe owego ekskluzywnego alkoholu niech będzie fakt, że mimo częstowania nim każdego gościa, który nas odwiedzał, butelka została opróżniona dopiero w moje kolejne urodziny, w tym roku (ja oczywiście miałam wymówkę, gdyż od ośmiu miesięcy jestem zupełną abstynentką). Może powinnam dodać, że oboje z mężem pijemy niewiele i nie znamy się na wyszukanych alkoholach. Jednak komentarze bardziej „zaprawionych w boju” znajomych brzmiały zgodnie: to była najgorsza inwestycja w moim życiu.

Mimo wszystko nie żałuję tego zakupu. Po pierwsze, pozostałam wierna młodzieńczym porywom ducha. Po drugie, gdy trzeba było rozstrzygnąć dalsze losy gruszki, wreszcie zrozumiałam w pełni znaczenie owej metafory w powieści Whartona. Zasadniczo są dwie możliwości: można albo zachować elegancką butelkę, niszcząc przy tym gruszkę, albo zbić butelkę, by po raz pierwszy uwolnić owoc (choć mogą w nim utkwić kawałki szkła). Na jednej z półek w mojej kuchni stoi bardzo kształtna, pusta butelka. A mi jakoś dziwnie żal, że jej nie potłukłam.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>