Le grand final

Postanowiłam sobie, że nie napiszę ani słowa, dopóki nie będę miała nic pozytywnego do przekazania. I tak upłynął miesiąc bez wpisu ;-) .

No dobrze, żarty na bok. Nadejszła wielkopomna chwila, w której postanowiłam ostatecznie pożegnać się z czytelnikami światłosekundy!

Dziękuję za Wasze sympatyczne komentarze, czas spędzony na czytaniu moich przemyśleń i za wszystkie życzliwe porady. Pisanie bloga było dla mnie ciekawym doświadczeniem, które znacząco wpłynęło na sposób w jaki postrzegam wirtualną rzeczywistość, ale także ludzi, których spotykam na co dzień na ulicy czy w sklepie. Dzięki kilkukrotnej promocji na stronie głównej Onetu (dzięki, Redakcjo Blog.pl!) miałam możliwość zetknąć się z tak szerokim spektrum wartości oraz przemyśleń (jak również ze sporą dawką zwykłego chamstwa, ale szkoda czasu na poświęcanie mu większej uwagi niż wymaga kliknięcie przycisku „oznacz jako SPAM”), jak chyba jeszcze nigdy w życiu. Było interesująco, czasem zabawnie, a bywało i wzruszająco. Mimo, że w większości przypadków się nie znamy, i najprawdopodobniej nie spotkamy się twarzą w twarz, podzieliłam się z Wami, drodzy Czytelnicy, kawałkiem swojego życia, a Wy podzieliliście się ze mną swoim. Magia internetu. Ile było w tej naszej wymianie prawdy? Któż to zweryfikuje? Myślę, że prawdziwe były emocje, i ilekroć udało mi się Was poruszyć, bądź skłonić do refleksji, cel został osiągnięty.

Aktualnie potrzebuję czasu na przeżywanie bardziej w sobie i dla siebie. Tej wiosny kiełkują we mnie myśli, którymi nie mam ochoty się dzielić, które może nawet nic nie znaczą dla kogokolwiek poza mną samą. Innymi słowy, powracam do pisania tradycyjnego pamiętnika. Nie mówię, blogowi „już nigdy”, ale „nie teraz”.

Kończąc, życzę tym, którzy dotrwali aż dotąd, słonecznej, radosnej wiosny przepełnionej chwilami, które warto zachować od zapomnienia. Wybuchami śmiechu. Promieniami słońca na twarzy. Zapachem kwiatów. Pocałunkami. Rozświetlonym spojrzeniem. Przyjaznym uściskiem. Światłosekundami.

L’échange

20-Stylish-Celebrity-MomsZ okazji nadchodzącego wiadomego konkursu zaczęłam pilniej śledzić blogi innych (nie ma to jak wybrać się na przeszpiegi do konkurencji) i przy okazji natknęłam się na tekst „mamy w trampkach” na temat stereotypu, według którego stając się rodzicem trzeba zrezygnować z szeroko rozumianego życia społeczno-kulturalnego. Autorka posiłkując się osobistym przykładem dowodzi, że samozaparcie wespół z dobrymi chęciami wystarczy w zupełności aby połączyć opiekę nad niemowlęciem z intensywnym życiem towarzyskim, podróżami, czy wyjściami do kina. Im dłużej czytałam słowa tej nierezygnującej, jak się zdaje, z niczego kobiety, która potrafi czerpać najlepsze z macierzyństwa i własnego życia, zaczęłam się zastanawiać, czy to ona ma wyjątkowo spokojne dziecko, czy to ja nie potrafię sobie wszystkiego zorganizować jak należy.

Od ośmiu (już!) miesięcy nie byłam w kinie, na koncercie ani imprezie (chyba, że urodziny babci liczymy jako imprezę?). Jedyne podróże jakie udało nam się odbyć we trójkę obejmowały wizyty u rodziców, mieszkających odpowiednio 100 i 250 km od Poznania. I nie były to najszczęśliwsze chwile mojego macierzyństwa. Cóż zrobić, przewijanie na tylnym siedzeniu samochodu, między fotelikiem a wanienką nie należy do moich ulubionych rozrywek. Pomyślałam sobie jednak, że nadeszła pora aby wziąć się w garść, pociecha ma już 10,5 kg, osiem miesięcy (bez kilku dni) i czas wreszcie powrócić do świata żywych. Będę mamą, ale także spełnioną kobietą. Tak, przecież potrafię! Poczułam to wyraźnie. Mama w trampkach stała się moją inspiracją.

Okazja nadarzyła się niebawem. Wyjechaliśmy na weekend z Synkiem. Podczas podróży w jedną stronę nasze słodkie dzieciątko nie wiedzieć czemu (nowy fotelik? zmęczenie? ząbkowanie? gubiliśmy się w domysłach) dostawało ataku krzyku i płaczu za każdym razem gdy tylko zostawało umieszczone w foteliku. W rezultacie wysłuchaliśmy około godzinnego koncertu wycia, nasze próby uspokojenia młodego-wrzeszczącego spełzły na niczym, mój nowo odzyskany optymizm ulotnił się niczym kamfora i w połowie drogi zaczęliśmy poważnie rozważać powrót do domu. Nie poddaliśmy się jednak, Synek wywrzeszczawszy się należycie zasnął kamiennym snem i udało nam się dotrzeć do celu podróży bez dalszych komplikacji.

Droga powrotna zapowiadała się znakomicie. Dziecię zasnęło już na samym początku wyjazdu, my gwarzyliśmy półgłosem, istna sielanka, aż tu nagle… Maluch pokasłuje, krztusi się i ni stąd ni zowąd zaczyna gwałtownie wymiotować. Byliśmy akurat na drodze szybkiego ruchu, więc nagły postój był wyjątkowo ryzykowny, ale co robić? Mąż włączył światła awaryjne, stanął na poboczu, a ja w tym czasie drżącymi rękami uwolniłam W. od fotelika i pochyliłam go, aby ułatwić mu oczyszczenie dróg oddechowych. Gdy niebezpieczeństwo minęło, rozejrzałam się po pobojowisku: fotelik, ubrania Małego i moje, siedzenie samochodowe – oto ofiary marchewki, która powróciła aby się mścić za zjedzenie jej na obiad. Wyczyściłam Synka na ile to było możliwe, zapięłam go ponownie w foteliku i ruszyliśmy w dalszą drogę… Tylko po to, żeby za pięć minut powtórzyć całą sekwencję. I za dziesięć. Jak i za dwadzieścia. Suma summarum spędziliśmy w trasie nadliczbowe pół godziny próbując opanować fale mdłości tak, aby nie dać się jednocześnie zdmuchnąć z drogi mijającym nas tirom. I znów domysły: czy to choroba lokomocyjna? zbyt szybka jazda? zbyt peny brzuszek? wirus? ząbkowanie? (ząbkowanie w życiu rodzica jest niczym toczeń w serii „Dr House”: zawsze je podejrzewasz, ale nigdy nie możesz go dowieść).

Gdy moje pobladłe Dziecko zasnęło ponownie ze zmęczenia, Mąż pędził w kierunku domu, a ja co chwilę sprawdzałam, czy Synek na pewno się nie dławi, na pewno nie traci przytomności i na pewno oddycha – doznałam olśnienia. Ani „mama w trampkach” nie ma nad wyraz spokojnego dziecka, ani ja nie jestem fatalną organizatorką. Ja po prostu wcale nie chcę podróżować, wychodzić, czy uspołeczniać się. Przez całe osiem miesięcy mylnie sądziłam, że brak mi wszystkich tych rzeczy, tymczasem aktualnie przeżywam absolutnie wyjątkowy czas w życiu moim i mojego dziecka. Czas na ciszę i spokój, na czytanie bajeczek, spacery z wózkiem, przytulanki i kołysanki. Czas, który nigdy się już nie powtórzy. Czy gdy ten czas przeminie, na świecie będą jeszcze miejsca, filmy i koncerty warte zobaczenia? Ludzie warci poznania? Podejrzewam, że tak. Podejrzewam, że mam rację.

Ostatnimi czasy świat celebrytów zaroił się matkami, które żyją na pełnych obrotach, odżywiają się ekologicznie, udzielają się społecznie, są zawsze piękne i pachnące, i z uporem godnym lepszej sprawy dowodzą, że macierzyństwo niczego w życiu nie zmienia. Tyle tylko, że stoi za nimi sztab opiekunek do dzieci, osobistych trenerów, wizażystów, sprzątaczek, szoferów i kucharek. Jak się nad tym zastanowić, to można i do czterdziestki udawać nastolatkę (chyba, że masz na imię Madonna, wtedy do sześćdziesiątki). Można ciągle biec bez tchu, opierać się zmianom i prasować zmarszczki. Tylko, na Boga, po co, po co, po co?

Les vacances d’hiver

Oficjalnie kończę moje prywatne ferie od pisania. Dziękuję za wszystkie sygnały, że ktoś czeka na kolejny wpis, to bardzo miłe. Doszłam jednak do wniosku, że mały oddech i nabranie dystansu dobrze mi zrobi. Nasyciłam się czasem z bliskimi, poczytałam co (i jak) piszą inni.

Dokopałam się nawet do nieprzeczytanego październikowego numeru Scientific American, na łamach którego socjolog Sherry Turkle dowodzi, że nie umiemy już rozmawiać, nie umiemy być sami ze sobą, nie umiemy znieść ciszy, a wszystko to za sprawą wszechobecnej wirtualnej komunikacji. A ja lubię rozmawiać, lubię być ze sobą i lubię ciszę, więc zmartwiłam się nie na żarty, że sama przyczyniam się do przyszłości pozbawionej realnych więzi międzyludzkich oraz szansy na głęboką autorefleksję.

Następnie w moje ręce wpadł artykuł z National Geographic dotyczący ścisłej relacji między czułością okazywaną dziecku przez pierwszy rok jego życia, a wysokością jego IQ, co przeraziło mnie do reszty, bo tworząc teksty na bloga pozbawiałam wszak dziecko mojej obecności. Rzuciłam się więc do całowania Synka celem zrekompensowania ewentualnych braków.

Słowem, miałam chwilę, żeby zastanowić się czy to moje pisanie jest jeszcze o czymś, czy mnie wzbogaca, czy może zubaża. Zadałam sobie Pytanie Blogera: „Po co piszę?”. A zaraz potem przeszłam do filozoficznego: „Po co pisze się w ogóle? „. Żeby zaznaczyć, że był ktoś taki jak ja? Udowodnić sobie, że moje życie, moje zdanie mają znaczenie? Znaleźć sposób na wyrażenie siebie, a zarazem zrozumienie o co mi tak naprawdę chodzi? Skonfrontować swoje widzenie świata z cudzym? Snuć swoją opowieść, jedyną i niepowtarzalną? Pewnie tak, i jeszcze znalazłoby się tych przyczyn kilka. Mój dziadek mawiał, że każdy ma swoją piosenkę i pragnie, aby ktoś tej piosenki wysłuchał. W tym roku zaśpiewam Wam jeszcze to i owo.

Zapytałam Męża, od czego zacząłby nowy rok na blogu, gdyby go prowadził. „To ile jeszcze wpisów o mężu Ci zostało?”- odparł z tym swoim szelmowskim uśmiechem.

Piosenka dla Ciebie, Kochany.

Le commentaire

kura domowaPo przeczytaniu komentarza ~Alice do poprzedniego wpisu, natychmiast zaczęłam jej odpisywać. Szybko okazało się jednak, że moja wypowiedź przekroczyła rozmiary dopuszczalne w komentarzach i zdecydowałam, że jej przemyślane uwagi zasługują na wyczerpującą odpowiedź w postaci dzisiejszego wpisu.

~Alice, bardzo się cieszę, że tak poważnie podeszłaś do tematu. Widzisz, mój blog służy realizacji pewnych celów, między innymi skłaniania czytelników do niezależnego myślenia oraz dyskusji. Dlatego z przyjemnością odniosę się do Twoich (nieco hejtowych i jadowitych) uwag.

Czy zauważyłaś jak łatwo przyszło Ci obrzucić mnie błotem, ponieważ jestem kobietą, która realizuje się w domu jako żona i matka? Czy nie jest dziwne, że to, co od lat uznawano za naturalne, obecnie staje się przedmiotem drwin (ciemnogród itp.), a to, co w sposób oczywisty naturalne nie jest, czyli mężczyzna, który udaje kobietę z brodą, jest uważane za godne poparcia i ochrony?

Z uwagą przeczytałam polecane przez Ciebie artykuły. Przedstawiają one tylko jedną stronę debaty, i to tę szerzej promowaną w mediach. Padają tu słowa o tendencyjnym traktowaniu feministek przez pryzmat pani Bratkowskiej, za to nie przeszkadza to nikomu za wiarygodnego reprezentanta strony konserwatywnej uznawać kontrowersyjnej postaci księdza Oko…

Ponadto, nacisk w obu wywiadach położono na politykę równouprawnienia, która po pierwsze NIE JEST równoznaczna z gender mainstreamingiem, po drugie nie jest przedmiotem ataków konserwatystów (utożsamianych z Kościołem Katolickim, co również jest myśleniem stereotypowym). Mimo to, pozwolę sobie odnieść się do wypowiedzi, które przytoczyłaś.

„A ludzie mają płeć. I w związku z tym mają również różne role społeczne” i tu się z panią Limanowską zgadzamy.

Zauważ, że od początku komentarza zwracam się do Ciebie w formie żeńskiej. Jako swój nick podałaś imię żeńskie, a ja automatycznie zakwalifikowałam Cię jako kobietę. Zgodnie z teorią gender jest to krzywdzące, bo może – tak jak Conchita Wurst (dosł. Muszelka Kiełbasa, bardzo subtelne, czyż nie?) jesteś mężczyzną, który lepiej się czuje pod kobiecym imieniem. No dobrze, to jak powinnam się do Ciebie zwracać, aby zachować ową absurdalną poprawność polityczną? Jakieś sugestie?

Z potrzebą równouprawnienia, jak już wspomniałam nikt się nie kłóci. Zgadzam się również, że „Trzeba cały czas myśleć”. A myślę na przykład – dlaczego te wywiady są takie ugrzecznione? Dlaczego nie padają w nich pytania o homoseksualistów, transwestytów, aborcję? Czy ma to jakiś związek z tym, że oba pochodzą z „Gazety Wyborczej”, skłaniającej się ku poglądom lewicowym?

„Ojcowie zajmują się dziećmi, wychodzą na place zabaw, prowadzą wózki. Zupełnie inaczej było w poprzednim pokoleniu.” No cóż, to już zwyczajnie nieprawda. Mój tata z „poprzedniego pokolenia” był na urlopie tacierzyńskim (choć nikt tego tak wtedy nie nazywał)… W moim domu rodzinnym, jak i w tym obecnym, podział obowiązków nigdy nie był problemem. Oboje z mężem gotujemy, zmywamy, sprzątamy itp. Nie przeszkadza nam to być przeciwnikami – nie tyle teorii gender, która również ma swoje mankamenty – co sposobu jej wykorzystywania w polityce.

Czym w takim razie różni się gender od polityki równouprawnienia i dlaczego wzbudza takie kontrowersje?

Przede wszystkim tym, że obejmuje tzw. „osoby LGTB”, o których tak efemerycznie napomyka Barbara Limanowska – lesbijki, gejów, osoby biseksualne oraz transgenderyczne, czyli mniejszości, które bardzo chcą decydować o losach większości. Jest to ściśle związane ze zmieniającymi się koncepcjami męskości i kobiecości, o których wspomina również prof. Siemieńska.

Tu zahaczamy o „postanowienia traktatu amsterdamskiego z 1997 r., czyli wprowadzenie gender mainstreamingu jako strategii politycznej obowiązującej państwa członkowskie”, podczas gdy wielu Polakom – w tym nam – taka strategia zwyczajnie nie odpowiada ze względu na światopogląd.

Zachęcam do przeczytania innej mojej wypowiedzi na ten temat tutaj.

A co do Eurowizji… Dawno już przestałam się łudzić, że jest to konkurs muzyczny, a nie konkurs na największe show, na coś co zadziwi, zaskoczy, zapadnie w pamięć. Conchita jak najbardziej pod tę kategorię podchodzi. Mimo, że śpiewa dobrze, jeśli ktoś upierałby się, że było to powodem jego wygranej, byłby szalenie naiwny. Podobnie jak ktoś, kto utrzymywałby, że reprezentantki Rosji chłodne przyjęcie ze strony widowni spotkało ze względu na słaby wokal…

Pozdrawiam,

Dumna Kura Domowa.

La beauté

Wygląda na to, że Onet ma swoje sekretne sposoby na pozyskanie informacji co do naszych ważnych dat rodzinnych. Najpierw poczytność światłosekundy sięgnęła szczytu w dniu moich urodzin, by ponownie gwałtownie wzrosnąć w dniu urodzin T. Ciekawe, czy gdy urodzi się dziecko nastąpi kolejny nagły skok liczby czytelników? Polecam się szanownej redakcji!

Przy okazji pomogło mi to bardzo w nabraniu dystansu do samej siebie i swojej TFU!rczości. Spędziłam około dwóch godzin intensywnej pracy nad artykułami o sytuacji politycznej na Ukrainie oraz o kanonizacji Jana Pawła II, a tymczasem Waszą uwagę przyciągnął wpis, który powstał w 5 minut. I to o czym! O moich rozstępach! Jak się nad tym dobrze zastanowić, to większość kobiet poświęca znaczne nakłady pieniężne i czasowe na różnorodne zabiegi pielęgnacyjne, a na koniec jeszcze dobiera odpowiedni strój, by ukryć tego typu mankamenty. A tymczasem krótka notka, która miała stanowić zabawną anegdotę dla garstki czytelników stała się nagle publicznym oświadczeniem: „Mam rozstępy!”.

Gdy zobaczyłam licznik wejść na stronę, a następnie odnośnik na głównej stronie Onetu, (zdjęcie zafrasowanej pary z podpisem „Zamarłam, gdy mąż powiedział, że mam cellulit na plecach”), parsknęłam śmiechem i chwyciłam za słuchawkę. „Cześć mamo, nie zgadniesz co się stało! Znów jestem na głównej stronie Onetu. Wejdź na bloga i zobacz ile jest wejść. Nie uwierzysz, ale ci wszyscy ludzie czytają o moich rozstępach!”. Tutaj nastąpił nieopanowany atak śmiechu po obu stronach linii.

Być może to właśnie tak otwarte przyznanie się do niedoskonałości fizycznej stało się źródłem agresji kilku osób, których komentarze znalazły się pod wpisem (oraz kilku, których komentarze powędrowały do kosza, ponieważ uznałam je za zbyt obcesowe). Nie mam zamiaru przepraszać za to, że jestem w ciąży, a moje ciało znacznie odbiega od medialnego ideału wyssanego z palca (i podrasowanego w Photoshopie). Nie będę płakać nad „utraconą urodą” ani popadać w pregoreksję. Nigdy nie uważałam swojego ciała za ósmy cud świata, chociaż mąż każdego dnia -także w ciąży- powtarza mi, że jestem piękna, a ja lubię mu wierzyć, kiedy tak mówi.

Jestem całkiem zwyczajną dziewczyną – trochę próżną i lubiącą o siebie zadbać – ale obecny kult ciała jest dla mnie kompletnie niezrozumiały. Otacza się nieomal mistyczną czcią zgrabną sylwetkę, zadbaną skórę i włosy (że o zębach bijących swą bielą po oczach przechodniów z odległości kilometra nie wspomnę), a zarazem zapomina się kompletnie o podstawowych funkcjach ciała.

Nie szukając daleko: aby mieć atrakcyjną sylwetkę według mediów należy stosować drakońską dietę. Zapominamy o sposobie działania systemu trawiennego i się zaczyna. Organizm dostaje wiadomość „idą ciężkie czasy” i zamiast spalać dostarczane mu skromne porcje żywności, wszystko magazynuje w postaci tłuszczu. Do tego niedobór witamin i minerałów jest najprostszą drogą do szarej cery, wypadania włosów, rozdwajania się końcówek, łamliwych paznokci, itp. No ale przecież wystarczy zaaplikować sobie rewelacyjne serum za bajeczną sumę i już wszystko jest w porządku. Czy ktokolwiek dostrzega w tym logikę?

Idąc krok dalej, kobieta, która już spełnia określone kryteria wyglądu, powinna być także seksowna. Nie wystarczy, by była zgrabna, miała warkocze niczym Jagna z „Krzyżaków”, podwójne rzędy fluorescencyjnych zębów, itp., itd. – powinna jeszcze wiedzieć jak wyeksponować swoje atuty oraz dysponować seksapilem godnym Marilyn Monroe. A ja się pytam PO CO ona ma być taka seksowna, jeśli nie po to, by prowadzić aktywne życie seksualne i w jego efekcie mieć dzieci? Tymczasem jest to czysta sztuka dla sztuki, bo ciąża grozi przytyciem, cellulitem i owymi nieszczęsnymi rozstępami – a to już nie jest trendy. No, chyba, że ma się 45 lat na karku i nagle się okazuje, że może jednak miło byłoby mieć takiego małego szkraba przy boku… Tyle, że nasze jajniki mogą być wówczas odmiennego zdania. Za mistrzem Kapuścińskim „Nie ogarniam świata!”.

Dzisiaj zamiast piosenki mam dla Was inspirację poetycką:

„Kącik piękności”

Aby mieć zmysłowe usta, bądź miła w słowach.
Aby mieć czarujące oczy, szukaj w ludziach dobra.
Aby mieć szczupłą sylwetkę, dziel się posiłkiem z głodnymi.
Aby mieć piękne włosy, raz dziennie pozwól pogładzić je dziecku.
Aby poruszać się z gracją, pamiętaj, że nigdy nie musisz kroczyć samotnie.
Ludzie – bardziej niż przedmioty – potrzebują renowacji, odświeżenia, przywrócenia do życia, odzyskania i odkupienia.
Nigdy więc nie odsyłaj nikogo do lamusa.
Piękno kobiety nie kryje się w jej ubraniach, sylwetce czy sposobie czesania włosów.
Jej piękno można dostrzec tylko w jej oczach, będących bramą do jej serca, które zamieszkuje prawdziwa miłość.

- Sam Levenson

A dla siebie mam piosenkę, którą nucę cały dzień w ramach autopocieszenia:

Merci beaucoup

Wczoraj skończyłam 26 lat. Poważnie. Zawsze to dodaję, bo, kiedy ludzie dowiadują się, że mam urodziny w Prima Aprilis traktują tę informację z przymrużeniem oka. Według opowieści mamy, początkowo miała wszelki zamiar wytrzymać do północy, żeby dziecko miało „sensowną” datę narodzin. Niestety, kiedy przyszły skurcze parte, jej jedyną myślą było coś w stylu: „AAAAAAAaaaaaAAAAAaaaa!!!”, co w wolnym tłumaczeniu oznacza: „Szybciej, szybciej! Niech to się już wreszcie skończy!”.

Rzecz jasna, od tamtej pory słyszałam już każdy wariant żartu pt. „No to rodzicom psikus zrobiłaś!”, „Ale Twoja mama tacie numer wycięła!” itp. Staram się udawać, że takie teksty usłyszane po raz tysięczny nadal mnie bawią. Raz jeden odcięłam się, gdy koleżanka palnęła: „Twoje całe życie to wielki żart!” na co odpaliłam: „A Ty masz bardzo kiepskie żarty!” – nie najbardziej błyskotliwy tekst, przyznacie, ale kompletnie zbiła mnie z pantałyku.

Te urodziny były pełne niespodzianek. Zaś największą z nich było wejście na mojego bloga i stwierdzenie, że licznik odwiedzin przekroczył 100 000 i nadal bije jak szalony. Przetarłam oczy ze zdziwienia. Jeszcze raz policzyłam zera. W pierwszym momencie pomyślałam, że to jakiś błąd systemu. Dotąd dzienna ilość wejść oscylowała raczej wokół 15 (w tym 3 moje wejścia, żeby się upewnić, że nie wkradła się żadna literówka). Jednak 200 niezatwierdzonych komentarzy, od różnych osób, przekonało mnie, że jednak rzeczywiście mój skromny tekst czyta rzesza ludzi, jakiej w życiu na oczy nie widziałam.

Po chwili zastanawiałam się już, czy może to bardzo oryginalny Prima Aprilis-owy żart, lub prezent urodzinowy. Czyżby wszyscy moi znajomi skrzyknęli się, aby każdy z nich stworzył wydarzenie na Facebooku zatytułowane: „Wejdź na blog M. i skomentuj. Roześlij zaproszenia do tylu osób, do ilu tylko zdołasz”? Mam naprawdę rewelacyjnych znajomych, więc przez moment wydawało się to całkiem niegłupie wytłumaczenie. Bojkotujemy z mężem FB, dlatego musiałam stworzyć naprędce fikcyjne konto, by przekonać się, że jednak żadna ze znanych mi osób niczego takiego nie zaplanowała.

Coraz bardziej skołowana postanowiłam podejść do sprawy zadaniowo. Podwinęłam rękawy i zabrałam się za odpisywanie na komentarze, podczas gdy T. zaczął wyszukiwać wszystkie linki do mojego bloga, które mogły zaowocować tak dużą ilością czytelników. Niczego nie znalazł. Wszechogarniająca konsternacja mieszała się z szaloną ekscytacją. Nareszcie! Ktoś wie o moim istnieniu w sieci! Ktoś chce czytać to, co napisałam! Co więcej, kogoś mój tekst porusza!

Wszystkie te odwiedziny, komentarze, życzenia bezproblemowego porodu, oraz zdrowia dla mnie i dziecka, płynące z najróżniejszych miejsc Polski (i nie tylko) – i to właśnie w dniu moich urodzin – to było jak sen. Dziękuję wszystkim, którzy przyłączyli się do dyskusji. Bardzo mnie ubogaciło to doświadczenie, pozwoliło poznać wiele aspektów kwestii uprzejmości wobec nieznajomych, zarówno w teorii, jak i w praktyce. Tak wiele osób zechciało podzielić się swoimi doświadczeniami, tak wielu nieznajomych na raz okazało mi sympatię i życzliwość! Zatwierdzałam komentarze do późnej nocy, a potem jeszcze długo nie mogłam zasnąć z wrażenia.

Przed samym położeniem się spać, mój dumny jak paw mąż wszedł jeszcze tylko na stronę główną onetu, ot tak, żeby sprawdzić co się wydarzyło tego dnia na świecie. W dziale „Styl życia” natknął się na nagłówek treści: „Byłam w ósmym miesiącu ciąży, wsiadłam do tramwaju. Czarę goryczy przelała starsza pani”. Wydało mu się, że te słowa brzmią znajomo, otworzył więc link, tylko po to, by znaleźć się na moim blogu. Szczęki nam opadły z wrażenia. Główna strona onetu. No, no.

Chciałabym teraz dokonać samokrytyki. Nigdy, nawet w najśmielszych marzeniach nie spodziewałam się tak szerokiego audytorium. Niejedna dobra książka miała mniejszy nakład. Osobiście, gdybym miała wybrać artykuł do przeczytania przez tak wiele osób, zapewne wybrałabym inny (nie powiem który – zapraszam do samodzielnego buszowania wśród moich pozostałych wpisów!). Jeśli jakieś fakty nie są dokładnie sprawdzone, jeśli są jakieś błędy gramatyczne, albo jeśli dane, które podaję, mają swoje źródło w wikipedii – stało się tak, ponieważ jak dotąd był to jedynie bardzo prywatny zapis luźnych przemyśleń. Będzie mi miło, jeśli mimo wspomnianych niedociągnięć nadal będziecie tu zaglądać. Tym bardziej, jeśli będzie się to wiązało z propozycjami ewentualnych publikacji ;-).

To były niezwykłe urodziny. Ale mi psikusa zrobiliście! Dziękuję.

Lord have mercy

Właśnie siedzę i tworzę sobie referencje, ponieważ w ramach dbania o zdrowie psychiczne zrezygnowałam z jednego z moich dotychczasowych miejsc pracy. Wychwaliłam się pod niebiosa, mówię Wam! Aż sama się zdziwiłam jaka jestem rzetelna, sumienna i godna polecenia. I już, już miałam się znaleźć na krawędzi samozachwytu, gdy wpadło mi do głowy kliknąć ikonkę z napisem „Podobny blog” na samej górze mojego bloga. NIE klikajcie jej.

No dobrze, już za późno, pewnie i tak kliknęliście – mam rację?

Cóż się ukazało moim (a teraz już naszym, drogi ciekawski Czytelniku) oczom? Grafomania do potęgi n, to mało powiedziane. Łzawe wyznania szesnastoletnich dziewcząt, które równie szczerze co gramatycznie niepoprawnie piszą, że „same nie wiedzom czemu to piszom, ale piszom”. Szowinistyczny blog na temat „dlaczego kobiety nie potrafią myśleć a mężczyźni tak”. Wiersze…wiersze? Bez komentarza.

Jeśli rzeczywiście wpisy mojego autorstwa są podobne do tej skarbnicy utrapionych niedoszłych poetów, muszę koniecznie przestać pisać. Przemyślę zagadnienie i poinformuję Was o dalszych losach światłosekundy.

Chyba, że zrezygnuję ze skutkiem natychmiastowym. Wtedy nie poinformuję.

O, pardon, nie napiszem.

It’s (not) about us

Chcąc się zaznajomić z tematyką promowaną, jak również najczęściej pojawiającą się na blogach postanowiłam przejrzeć listę najczęściej powtarzających się tagów. Prezentuje się ona na chwilę obecną w następujący sposób:
  • życie (25067),
  • miłość (23714),
  • ja (9774),
  • kobieta (8454),
  • przemyślenia (8322),
  • muzyka (8155),
  • blog (7875),
  • codzienność (7754),
  • smutek (6436),
  • praca (6011).

Po chwili zastanowienia co łączy wymienione elementy zaczęłam sobie dopowiadać:

  • życie – no ale skoro pisze o nim jakieś bliżej nieokreślone „ja”, zapewne nie jest to życie jako takie, ale raczej „moje życie”,
  • ja – czy potrzeba komentarza? I to już na trzeciej pozycji!
  • kobieta – „ja – kobieta”? „moja kobieta”?
  • przemyślenia – czyje jeśli nie „moje”?
  • blog – „mój blog o moim blogu”. Hmmm…. Pogubiłam się…
  • codzienność – przecież nie codzienność sąsiada! Moja.
  • smutek – odczuwany przeze „mnie”,
  • praca – tak, zgadliście! „Moja” praca!

Z tematów ogólnych pozostaje miłość i muzyka. Naturalnie można by się upierać, że jest to miłość, którą „ja” przeżywam, po której „ja” rozpaczam (i przeżywam „mój” smutek”), której „ja” pragnę itp. (oby nie – zgrozo! – miłość własna!), natomiast muzyka również jest zjawiskiem postrzeganym w sposób subiektywny, nie chciałabym jednak popadać w przesadę. Sądzę, że jest to zupełnie zbędne, skoro 8 z 10 punktów w pełni oddaje ideę nacechowaną „mojością”. Głęboko zastanawia mnie trend społeczny, który nazwałabym w skrócie „me, myself and I”. Kochać siebie to piękna rzecz, o ile znajdzie się jeszcze miejsce na kochanie kogoś innego.