j’ai besoin de toi

„Wsi spokojna, wsi wesoła…”.

Dziś rano krążyłam po domu rodziców w poszukiwaniu zasięgu, z wstukanym w komórce tekstem, który uparcie nie chciał się wysłać. Za mną, krok w krok, człapał W. Zdziwionej naszym małym pochodem mamie rzuciłam w locie, że muszę odpisać na SMS od męża. Ledwo wypowiedziałam te słowa, kiedy uświadomiłam sobie, że właśnie tego wyrażenia użyłam: „muszę odpisać” – a przecież jeszcze nic do mnie nie doszło. Mamy z T. taką niepisaną umowę, że codziennie rano wysyłamy sobie wiadomość na dobry początek dnia.

Niespodziewanie dla samej siebie pomyślałam, że takie graniczące z pewnością przekonanie o czyimś zaangażowaniu przypomina relację człowiek – Bóg. To, że nie jest się w stanie odebrać czyjejś wiadomości, nie oznacza wcale,  że po drugiej stronie nikt nie nadaje. Uśmiechnęłam się do tej myśli.

Kiedy wreszcie udało mi się znaleźć zasięg, wysłałam SMS, a kilka sekund później odebrałam zaległą wiadomość od męża.

Noël (l’interruption)

Kiedy piszę te słowa w domu roztacza się aromat gorącego piernika i igieł świerkowych, a W. szaleje na bujaczku w stroju małego renifera. Oczywiście w trakcie pieczenia ciasta zorientowałam się, że mam za mało mąki (dlaczego mąka zawsze kończy się akurat przed  świętami? czy nie ma jakiegoś prawa Murphy’ego, które dotyczy tej sprawy?). Sytuacja piernikowa została jednak uratowana mojego kochanego Męża, który popędził do osiedlowego sklepu, zaledwie jeden jedyny raz przypominając mi przedtem, że powinnam upewnić się czy mam wszystkie składniki ZANIM zabiorę się za pieczenie.

Choinkę ubraliśmy wbrew tradycji kilka dni przed Wigilią, ponieważ wybieramy się na święta do rodziny, a bardzo chcieliśmy nacieszyć się własnym drzewkiem – zwłaszcza, że byliśmy ciekawi reakcji Synka na ten okazały, kolorowy i błyszczący obiekt w domu. Spodziewaliśmy się ogromnego zainteresowania, okazało się jednak, że W. ma inne wyobrażenie na temat dużych, dziwnych i kłujących przedmiotów, niż nas dwoje. Początkowo pilnie obserwował nasze zabiegi przy strojeniu choinki, następnie to wyciągał rączki ku drzewku, to je cofał. W końcu strącił na siebie kilka kłujących igiełek, co przesądziło sprawę: wydał z siebie pełne oburzenia „UuuUUUuuuUU!!!” i od tej pory zupełnie ignoruje choinkę (ewentualnie rzuca jej podejrzliwe spojrzenia z ukosa).

Patrzę na mojego małego reniferka i myślę, że święta w dużej mierze przygotowuje się dla dzieci, ale też dzieci nadają naszym świętom nowy wymiar tajemniczości i niezwykłości (nie, nie użyję słowa „magia”, ponieważ są to święta religijne, a wbrew pragnieniom twórców reklam religia i magia nie idą w parze). To dla dzieci stajemy się mikołajami, szykujemy różne słodkie przysmaki, pakujemy prezenty w piękny kolorowy papier. Znamienne, że nawet ateiści pragną dla swoich dzieci doświadczenia tradycyjnych Świąt BOŻEGO Narodzenia. Jest to dla mnie swoista ciekawostka, podobnie jak stojąca przede mną w kolejce na poczcie kobieta, która po przejrzeniu dostępnych kartek bożonarodzeniowych westchnęła ciężko, że wszystkie mają motywy religijne.

Wypisujemy kartki drużynowo: ja wpisuję życzenia, mąż adresuje koperty. Ogarniam serdeczną myślą rodzinę i przyjaciół. Jak co roku piszę „wszelkich Łask Bożych” i zaczynam się zastanawiać co to mogą być konkretnie za łaski. Miłość? Bliscy wokół nas? Dziecko? Własny kąt? Praca? Zamykam oczy, wdycham zapach piernika i słucham jak T. przekomarza się w kuchni z naszym Synkiem. Czy nasze życie jest idealne? Zdecydowanie nie. Czy jest wypełnione Łaską? Zdecydowanie tak.

Pragnę złożyć także gorące życzenia wszystkim, którzy regularnie zaglądając na mojego bloga skutecznie motywują mnie do pisania.

Wesołych Świąt Karo, Agni, Aniu M., OaoA®, Mamo Okruszka!

Wesołych Świąt także dla tych, którzy nie pozostawiają komentarzy, ale czytają i czasem dają znać, że coś ich poruszyło lub zainteresowało (tak, Mamo, to także do Ciebie kieruję te słowa :-)). Życzę Wam wielu Łask Bożych, a także dostrzeżenia tysiąca tych Łask dnia codziennego, których doświadczanie tak bardzo nam spowszedniało, że uznajemy je za oczywistość. Niech nam Bóg błogosławi… I błogosławmy Boże Dary!

A żeby nie było zbyt patetycznie… Nie mogłam się powstrzymać. Jeśli święta, to musi być alternatywa dla lukru płynącego z radia!

Le caléidoscope

Kiedy byłam mała, dostałam od rodziców tekturowy kalejdoskop. Była to szczególna zabawka – rzec by można: magiczna. Na tyle szczególna, że do teraz doskonale pamiętam fascynację, którą napełniały mnie, zmieniające się pod wpływem nieznacznego obrotu dłonią, obrazy z małych kolorowych szkiełek. Pamiętam swoje zdziwienie i niemożność zrozumienia jak to się dzieje, że taka mała „luneta” mieści w sobie tyle różnych widoków.

Aktualnie mam wrażenie, że moje życie toczy się w takim właśnie kalejdoskopie, który czyjaś niewidzialna ręka porusza bez uprzedzenia i bez ustanku. Ledwo nauczę się szczegółów otaczającego mnie krajobrazu, ledwo zaczyna mi się zdawać, że potrafię poradzić sobie z jego wyzwaniami – zmiana. Wszystko staje na głowie. Niby elementy te same, ale jednak ułożone w zupełnie nowy sposób. Zaczynam się potykać i popełniać błędy, a dotychczas sprawdzone metody nie mają zastosowania.

Niełatwo jest być dobrą córką i siostrą. Trudno być dobrą żoną, synową i bratową. Bycie dobrą matką określiłabym jako arcytrudne. A umiejętne łączenie wszyskich tych funkcji graniczy z niemożliwością. Komu należy się moja uwaga, miłość i lojalność? Kto ma pierwszeństwo, a kto musi poczekać? Jak wszystkich zadowolić, albo chociaż nikogo nie urazić?

Dotąd moim punktem odniesienia byli zazwyczaj rodzice. Niezależnie od tego, czy się z nimi zgadzałam, czy zawzięcie się im sprzeciwiałam. Wydawali się niezmienną ostoją, tak pewni i od zawsze obecni, że gdy raz zakodowałam sobie, że mama ma 36 lat, stało się to dla mnie faktem aktualnym przez następne dziesięciolecie. Teraz, kiedy sama staję się rodzicem, coraz dobitniej uświadamiam sobie dynamikę ich życia. Kiedy ja zostaję żoną, oni stają się teściami. Ja uczę się roli matki, oni – dziadków. A przecież każdy ma jeszcze swoje indywidualne życiowe zmagania. I nie sposób ocenić komu z nas jest trudniej stawić czoła tym nowym wyzwaniom.

W poszukiwaniu trwałości połączonej z doświadczeniem życiowym wybrałam się z wizytą do ponad 80-letniej pani S. A pani S., jak się okazuje, przewróciła się w łazience i złamała nogę. W rezultacie wprowadza się do niej wnuczek, który będzie jej pomagał i miał na nią oko. Wystraszona nie na żarty i jakby zgaszona tym przeżyciem, sama potrzebowała mojego wsparcia znacznie bardziej niż ja jej.

Mój Boże!” – pomyślałam – „Czy nie istnieje nikt, na kogo niezmiennym trwaniu mogłabym polegać, jak na latarni wiodącej zawsze do domu?”. Nieomal się roześmiałam na tę myśl. Wreszcie zwróciłam się do właściwej osoby.

Mon Dieu!

Jestem z powrotem cała (no… powiedzmy) i zdrowa, a co najważniejsze, z najpiękniejszym, najcudowniejszym i najbardziej przeuroczym synkiem na świecie. Wyrażenie „łatwo nie było”, którym raczył się posłużyć szlachetny Małżonek, to czysty eufemizm, ale jednocześnie bez mrugnięcia okiem mogę zapewnić, że było warto.

Tymczasem czuję się jakbym wróciła z jakiejś innej planety, a na dodatek z kompletnym rozdwojeniem jaźni, i próbuję jakoś pogodzić swoją dotychczasową osobowość z tą nową, maminą. Czasu mam bardzo niewiele, tak dokładnie sama nie wiem ile, bo obecnie rytm dnia wyznacza mi dźwięk kwilenia, który wszakże potrafi niespodziewanie przejść w ryk syreny alarmowej. Mimo to postanowiłam pojawić się choć na parę chwil i dać Wam znać, że wszystko w porządku. Co w tych okolicznościach oznacza stan chronicznego niewyspania, odkładania wszystkiego na później oraz ciągłego wpatrywania się w Potomka z niedowierzaniem, że tak całkowicie ukształtowany człowiek o wadze 3380 mieścił się w moim własnym brzuchu.

Co do porodu – może za jakiś czas zdradzę parę szczegółów w ramach autoterapii posttraumatycznej. Póki co, powiem tylko, że tuż po wszystkim, niesiona falą endorfin, wlepiałam chciwie oczy w naszego słodkiego W. i rozmyślałam o Bogu. Od chwili narodzin Dzidziusia chyba z milion razy powtórzyłam „Jestem tu” i „Już dobrze”. Nagle przyszło mi do głowy, że właśnie to są najważniejsze SŁOWA jakie można usłyszeć, i jakie można komukolwiek przekazać. Sam Bóg nazwał się „JESTEM, KTÓRY JESTEM” (Wyj 3,14) i przekazał nam Dobrą Nowinę, aby objawić nam swoją miłość… ojcowską. Czy można dać komuś coś więcej niż obecność i wsparcie?

Ktoś może powiedzieć, że powyższe rozmyślania stanowią efekt uboczny środka przeciwbólowego o lekkim działaniu narkotyzującym – a ja nie będę się upierać, że tak nie było. A jednak w tych chwilach, tuląc do siebie po raz pierwszy własne dziecko, czułam się jakbym wreszcie pojęła istotę wszystkiego.

Le kitsch

Kupujcie, kupujcie! Czapki i koszulki z nadrukiem, okolicznościowe monety i znaczki, parasolki, chorągiewki, plakaty i breloczki! Czy to jakiś celebryta przyjechał z koncertem? Ależ skąd – Jan Paweł II został uznany przez Kościół za świętego!

Wczoraj podczas niedzielnej Mszy Świętej mieliśmy możliwość złożenia hołdu relikwiom nowego świętego. Ani mój mąż, ani ja, nie czuliśmy potrzeby podejścia i dotknięcia tego, co znajdowało się w pozłacanym pudełeczku. Nie określono czy była to relikwia pierwszego stopnia (fragment ciała, np. włosy, paznokcie, krew, itp.), drugiego (przedmioty osobiste używane przez świętego), cz też trzeciego (fragment tkaniny potarty o ciało świętego, lub przedmiot dotknięty przez niego za życia). Mamy mieszane uczucia w kwestii dzielenia zwłok na maleńkie kawałeczki, obcinanie paznokci, wyrywanie zębów, włosów, itp., a następnie rozsyłanie ich po całym świecie w celach związanych z kultem. Osobiście wydaje mi się to dość makabryczne, ale nie ma obowiązku wiary w relikwie, a jedynie wiary w Boga. Jeśli zobaczenie, dotknięcie, czy ucałowanie takiej pamiątki pomaga komuś w wierze – w porządku. My odczuwaliśmy opiekę świętego Jana Pawła II równie mocno ze swojego miejsca w ławce. Ku mojemu zaskoczeniu, do uczczenia relikwii ustawiła się ogromna kolejka – znacznie większa niż chwilę wcześniej do Komunii Świętej.

W związku z niedzielną kanonizacją, w księgarniach, ale i supermarketach zaroiło się od książek oraz gadżetów nawiązujących do pontyfikatu Jana Pawła II. No właśnie, nawiązujących, bo ze świecą by szukać pośród nich którejkolwiek z jego własnych publikacji (a było ich przecież niemało!). Albumy ze zdjęciami, złote myśli papieża wyjęte z kontekstu, anegdoty, wspomnienia osób z otoczenia papieża, wspomnienia znajomych z dzieciństwa małego (acz już uroczego) Karola Wojtyły, wspomnienia członków duszpasterstwa prowadzonego przez księdza Wojtyłę… Poza tym oczywiście naklejki, długopisy, obrazki oraz plakaty z co bardziej charakterystycznymi zdjęciami „naszego” papieża (a wszyscy pozostali to już nie nasi?). Ten barwny jarmark zakrawa na jawną kpinę z dorobku wielkiego papieża, filozofa, poety i dramaturga.

Sama z pewnością nie jestem świętą. Daleka jestem od zaglądania ludziom w sumienia i oceniania: ten wierzy dobrze – tamten źle. Wiara ludowa od zarania chrześcijaństwa w Polsce stanowiła bardzo ważny element rozwoju Kościoła Katolickiego, czego najlepszym dowodem są różne święta, których korzenie sięgają wcześniejszych tradycji i wierzeń. Chciałoby się jednak, aby parę setek lat później ta wiara przekształciła się w coś bardziej subtelnego i uduchowionego. Aby ludzie nie tylko ślepo wierzyli, ale wiedzieli w co, i dlaczego, wierzą. Tymczasem odnoszę wrażenie, że pojawiła się grupa – czy wręcz sekta – która otwarcie wyznaje kult kremówki.

Obecna sytuacja przywodzi mi na myśl czasy, kiedy jako nastolatka należałam do Oazy. Ksiądz moderator wielokrotnie przestrzegał nas wówczas  przed zbytnim przywiązaniem do swojej osoby. Miał już doświadczenia grup oazowych, które z radością chodziły na wspólną pizzę, jeździły na kajaki i czuły się uprzywilejowane przebywając z młodym, dowcipnym księdzem, który jest cool. Wystarczyło jednak, by księdza przeniesiono do innej parafii, a z 40 osób w Oazie zostawało nagle 5, bo ten nowy ksiądz nie miał już takiej charyzmy. A przecież ani Oaza nie została założona jako kółko uwielbienia konkretnego księdza, ani Kościół nie został założony dla adoracji konkretnego papieża.

Jak Polska długa i szeroka bardziej lub mniej udane pomniki Jana Pawła II, szkoły, place i ulice jego imienia wyrastają jak grzyby po deszczu. Jego dowcipy nadal bawią, jego cierpienia nadal poruszają, kremówki papieskie nadal smakują, a „to jest twoje miasto, Waaadoowiiiiicee” nadal (niestety!) rozbrzmiewa. Zrobiliśmy z papieża symbol narodowy, celebrytę, krasnala ogrodowego oraz zręcznego komika w jednym. W tej formie jest słodki i łatwy do przełknięcia niczym owa nieszczęsna kremówka. Bo gdyby, nie daj Boże, wczytać się w jego słowa, moglibyśmy tam znaleźć parę mało wygodnych prawd o nas samych.

Kika dni temu zobaczyłam rewelacyjny billboard à propos kanonizacji. Niech jego treść będzie podsumowaniem dzisiejszych niewesołych rozważań.

318706_jp2c_6

Le secret

It's a boy!

It’s a boy!

Witam serdecznie po dłuższej przerwie wszystkich cierpliwych, a tych niecierpliwych, którzy już dopytują o kolejny wpis, witam z jeszcze większą serdecznością. W końcu mając takich czytelników nie miałam wyjścia i musiałam po świątecznym lenistwie zasiąść do klawiatury.

No, może przejechanie 600 km i odwiedzenie większości rodziny w ciągu pięciu dni w 35-tym tygodniu ciąży (blisko, blisko, coraz bliżej!) nie do końca podpada pod moją kategorię lenienia się, ale taki już los tych, którzy na studia wybrali się daleko od domu. W rezultacie na balkonie suszę właśnie całe góry ślicznych dziecięcych ubranek od Zająca (różowe od mamy, bo brzuszek mam okrągły a nie spiczasty; niebieskie od teściowej, bo urodę zachowałam; babcia dyplomatycznie postawiła na uniseks), a mój kochany mąż masuje mi obolałe plecy.

Z dumą donoszę, że właśnie dziś, wraz z zakupem paru ostatnich drobiazgów w aptece, osiągnęlismy stan gotowości Czapajewa. O ile nic nam nie umnknęło, mamy cały niezbędny ekwipunek do zaopiekowania się małym bezradnym szkrabem, który budząc mnie o piątej rano potężnym kopniakiem w żołądek nie wydaje się wcale ani taki mały, ani taki bezradny. Koniec końców, jeszcze się nie urodził/a, a już bez reszty zawładnął/ęła naszymi sercami, że o sercach naszych rodziców i dziadków nie wspomnę.

Swoją drogą, wiele osób dziwi się, że w czasach tak rozwiniętej technologii, wchodząc w dziewiąty miesiąc ciąży, nie znamy płci dziecka. Gdy wyjaśniamy, że to nasz własny wybór, zdziwienie jeszcze wzrasta. Niektórzy nawet nie wierzą, że nie wiemy „kto jest w środku” i sugerują, że chcemy zachować tę wiedzę dla siebie. Czy nie jesteśmy ciekawi? Ależ umieramy z ciekawości! Wiele wieczornych rozmów poświęciliśmy dywagacjom czy to on właśnie kopnął, czy też ona kopła… Tylko sprawdzam waszą koncentrację – czy kopnęła, naturalnie. Mimo to, w naszym wspólnym odczuciu, tak właśnie jest właściwie.

Cud nowego życia spowija głęboka tajemnica. Jak dochodzi do zapłodnienia (i nie mam tu na myśli opisu procesu, ale jego wyjaśnienie)? Dlaczego spośród tylu starających się par, akurat nam się udało? Do kogo dziecko będzie podobne? Jaki będzie miało temperament? Jakie talenty? Nawet najlepszy ultrasonograf nie wskaże odpowiedzi na te pytania. Przez dziewięć miesięcy dziecko żyje w ukryciu, szykując swoją wielką niespodziankę. Zdecydowaliśmy pozwolić mu zachować swoje tajemnice do czasu, gdy spotkamy się po tej stronie brzucha.

Jest to pewien problem techniczny, ponieważ zdecydowana większość producentów artykułów dziecięcych nie przygotowała się na taką możliwość. W przedbiegach odpadły różowe wózki, kaftaniki z koronkami, czapeczki z kokardkami, oraz niebieskie śpioszki z napisem „It’s a boy!”. Z drugiej strony, słyszeliśmy już historie rodziców, którzy po uprzednim sprawdzeniu płci stworzyli potomkowi cały różowy świat, tylko po to, by po porodzie przekonać się, że lekarz wprowadził ich w błąd, i oto w koronkach oraz kokardkach będą tulić synka. Co, poza pewnym skrępowaniem podczas prezentacji zdjęć z dzieciństwa, nie pociąga za sobą i tak większych konsekwencji, bo w końcu noworodkowi kompletnie wszystko jedno jakiego koloru są przemioty, które obsikuje/ na które ulewa.

Tak czy inaczej, równie mocno będziemy kochać syna jak i córkę – a gwoli ścisłości, równie mocno już kochamy. Boże Narodzenie, a następnie Wielkanoc, ze wszystkimi rozmowami na temat nowego życia, odrodzenia, zaufania, rodzicielskiej miłości Boga, i w końcu tajemnicy, w kontekście ciąży nabierają zupełnie nowego wymiaru.

Good God!

Właśnie śledzę najnowsze poczynania papieża Franciszka i jestem głęboko poruszona jego wiarą w Boga i w człowieka.

W internecie w najlepsze trwa dyskusja o tym na jakie sposoby polscy hierarchowie Kościoła nie stosują się do zaleceń papieskich. No cóż, zawsze to lepiej niż wcześniejsza dyskusja na tematy stanowiące osławioną „obsesję Kościoła”, id est, aborcji, in vitro i homoseksualizmu. Mam wrażenie, że jednak nie jest to dyskusja o tym, o czym papież miałby ochotę podyskutować. A mianowicie, nie jest to jeszcze rozmowa o istocie Kościoła. Co więcej, do udziału w tej wymianie zdań czują się w pełni uprawnione osoby, które o wierze wiedzą dokładnie tyle, ile przekazują im media publiczne. Moim celem nie jest tu obrażenie kogokolwiek, choć sama nierzadko czuję się obrażona wypowiedziami ludzi, którzy nie mają zielonego pojęcia o czym mówią. Nie mogę pojąć dlaczego ignorancji nie akceptuje się w dyskusjach o astrofizyce czy biotechnologii, natomiast do debat religijnych włącza się każdy, kto tylko ma na to ochotę. Czasem aż ciężko się powstrzymać od zapytania kiedy ktoś taki ostatnio zajrzał do Pisma Świętego albo chociaż KKK.

Wracając do meritum sprawy, czy może właściwie do MERITUM, czy w swojej nauce Jezus Chrystus koncentrował się na aborcji (jak najbardziej już wówczas praktykowanej) i homoseksualizmie (wcale wówczas nie rzadkim)? Czy bezustannie narzekał i opowiadał wszystkim jacy faryzeusze są pazerni, próżni i zepsuci? Nie tak rozumiem Ewangelię, bo co to by niby była za „Dobra Nowina”?

Zachwyca mnie prostota przekazu papieża, który każdym swoim słowem i gestem mówi: „Bóg jest Miłością. Zacznij zmiany od siebie”. Jednocześnie nie przestaje mnie zadziwiać jaka pokrętna logika kieruje odbiorcami tego przekazu, którzy słyszą jedynie: „Kościół jest zepsuty. Zróbmy na niego nagonkę”.