La force

To się dzieje zawsze kiedy słyszę jakiś jednostajny szum tła. Pracujący wentylator. Brzęczenie radia.

I nagle jestem prawie pewna, że słyszę płacz mojego dziecka. Chociaż tak wiele razy już tego doświadczałam i wiem, że na 98% dziecko wcale nie płacze, niepokój zawsze jest ten sam. A potem płacz dziecka przeradza się w inny dźwięk.

W zwierzęce wycie z bólu rodzących kobiet, które słyszałam na porodówce. Ba, które sama z siebie wydawałam, choć zapomniałam już, że umiem wydawać takie dźwięki. Po pierwszym porodzie też prześladował mnie ten krzyk, który niesie się przez okna aż do sal, w których śpią pacjentki z urodzonymi już dziećmi. Rozdzierający krzyk, przepełniony siłą i cierpieniem, niczym zniekształcony jakąś złośliwą mocą okrzyk rozkoszy wydawany przy poczęciu dzieci, które teraz przychodzą na świat. Oczywiście wiem, że wcale go nie słyszę,że za kilka tygodni znów o nim zapomnę i przestanie mnie prześladować. A jednocześnie przecież jest prawdziwy, rozlega się nieustannie w różnych miejscach na ziemi, zwiastując nowe życie.

Jest w nas element zwierzęcy, który przez większość życia spychamy do podświadomości, ignorujemy, próbujemy okiełznać, stłumić. Podczas porodu właśnie ta część nas dochodzi do głosu. Pierwotna i przerażająca, ale też czyniąca nas potężniejszymi niż kiedykolwiek mogłybyśmy przypuszczać.

WZW

Szczepienia plasują się na drugiej pozycji na liście moich osobistych rodzicielskich koszmarów. Patrzę w ufne oczy mojego rozkosznego maluszka i czuję się jak skończona zdrajczyni zabierając go z pełną premedytacją w miejsce, w którym dowiaduje się czym jest ból. Zarazem sama przeżywam katusze przytrzymując nieruchomo do wkłucia jego miękkie, delikatne ciałko i patrząc jak na jego twarzy maluje się zdziwienie przemieszane z cierpieniem – nie rozumie co się dzieje, dlaczego go kłują, ani dlaczego ja go nie bronię.

Już poprzedniego wieczoru nie myślę o niczym innym. Zdaję sobie jednak sprawę, że moje emocje przenoszą się na dziecko, więc za wszelką cenę narzucam sobie spokój. Do punktu szczepień docieram spocona i przesadnie radosna („Popatrz jaka ładna zabawka kochanie! Zaraz przyjdzie pani doktor i zobaczy jakim jesteś silnym, dużym chłopcem…”).

A potem następuje ten rozpaczliwy płacz, zarezerwowany wyłącznie dla szczepienia. Wolałabym sama dać się pokłuć niż na to patrzeć…

A jednak chodzimy na szczepienia, bo pierwszą pozycję na liście moich rodzicielskich koszmarów zajmuje choroba dziecka. Mimo to, nie mogę pozbyć się myśli, że musi istnieć inny, bezbolesny sposób na szczepienie. Gdyby tak szczepionki podawano w formie czekolady – które dziecko bałoby się lekarza?

Le réveil

Kto i po co wmówił ludziom bezbronność niemowląt?

Mój kochany pięcioipółmiesięczny Synek rozpoczyna dzień piskiem godnym średniej wielkości pterodaktyla. Dla jasności: jest to pisk radosny, acz rozdzierający uszy i docierający wprost do półprzytomnego jeszcze od snu umysłu. Wpatruję się z niedowierzaniem w te małe słodkie usteczka. Nie może być, żeby to one stanowiły źródło tak upiornych dźwięków! A jednak, może. Dźwięk powtarza się z częstotliwością świadczącą o wyraźnym upodobaniu malucha do jego produkcji.

Uparcie zaciskam powieki i liczę, że jeszcze kilka minut dane mi będzie poleżeć. Synek przystępuje więc do dalszych kroków mających na celu obudzenie mamy i zaczyna energicznie uderzać malutkimi dłońmi w moją twarz, od czasu do czasu chwytając mocno nos i policzki dla podkreślenia efektu.

Odsuwam się poza zasięg uparciucha. Wówczas to przysuwa się do mnie ruchem obrotowym i z impetem ląduje, nie taką znów delikatną, główką wprost na moim nosie. AUĆ. Widzę przed oczami wszystkie gwiazdy, a po chwili błogo uśmiechniętą pulchną twarzyczkę, która zdaje się mówić: „Ale fajna zabawa!”. Postanawiam wstać zanim odniosę jakieś poważniejsze uszkodzenia ciała.

Rozmasowując obolały od noszenia 9,5-kilogramowego tłuścioszka kręgosłup zastanawiam się kto tu tak naprawdę jest bezbronny.

Maternité, partie II

7:00

Wreszcie nadeszła dzienna zmiana, a wraz z nią oksytocyna. Skurcze stały się po niej częstsze i bardziej dotkliwe, ale rozwarcie nadal stało w miejscu. Tak, jak dotąd nie interesował się mną żaden lekarz, tak teraz miałam ich w nadmiarze. Nieustannie ktoś przychodził przeprowadzić mi badania wewnętrzne, potęgując moje cierpienie. Nie przejmowano się przy tym zbytnio zamykaniem drzwi do sali, do których byłam skierowana nogami, więc każda przechodząca korytarzem osoba mogła obserwować postęp porodu.

Kilka razy przychodził niezwykle pewny siebie młody, szczupły mężczyzna w okularach, za każdym razem wnosząc ze sobą aurę wyższości. Podczas jego badania było mi szczególnie nieprzyjemnie. Byłam już bardzo zmęczona, brakowało mi sił na tak pilnie ćwiczone oddychanie przeponowe. „No, jak tak pani będzie oddychać, to to może potrwać jeszcze do jutra!” – rzucił lekarz tonem osoby, która osobiście wydała na świat siedmioraczki, po czym wzięła prysznic i zabrała je na piknik. Miałam ochotę zawyć. Byłam wściekła, obolała i przerażona. Oto utknęłam nieznośnym stanie „przejściowym”, który okazywał się nie mieć końca, a wszyscy wokół lepiej ode mnie wiedzieli co i jak mam robić. Zdążyłam już zwątpić czy moje dziecko kiedykolwiek zechce wyjść na zewnątrz. Chciałam uciec, zniknąć, zasnąć – cokolwiek, byleby choć przez chwilę nie znajdować się we własnej skórze.

Podłączono mnie do KTG właściwie na stałe, bo raz pojawiła się jakaś nieprawidłowość w wykresie pulsu dziecka – być może po prostu przesunął się czujnik, ale ostrożności nigdy dość. Tym samym zostałam pozbawiona możliwości ulżenia sobie poprzez chodzenie, lub przyjmowanie dogodnych dla mnie pozycji. Zamiast tego musiałam wciąż leżeć na boku i dopraszać się, aby pozwolono mi skorzystać z toalety. „Może za 15 minut”, odpowiadano mi. W tych okolicznościach 15 minut stanowiło wyrok na całą wieczność.

10:00

Zaczęłam wymiotować, choć nie bardzo miałam czym. „O, dobry znak!” zdecydowała położna, która akurat do nas zajrzała. Trudno było mi podzielać jej entuzjazm.

Już nie mogłam wytrzymać w mojej pozycji na boku. Mąż wyprosił u jednej z położnych, by zmieniła mi ułożenie fotela z leżącej na półsiedzącą – była to kwestia zaledwie zmiany kąta nachylenia oparcia, a mi bardzo to pomogło. Zaczęła przy tym rozprawiać jak to nie ma żadnego problemu, bo one nie wiedziały, że ja chcę usiąść w fotelu, myślały, że chcę zejść, a mi nie wolno, bo muszę być podłączona do KTG, a tak to można – bla, bla, bla. Wpatrywałam się z wysiłkiem w jej ruchliwą twarz, odliczając kolejne skurcze i marząc, żeby się wreszcie zamknęła. Nie minęło pięć minut od kiedy wyszła za drzwi, do sali weszła inna położna i położyła mnie z powrotem, oświadczając, że mają słaby odczyt z KTG, więc muszę leżeć. Tak… W kwestii przyjmowania dowolnej pozycji to by było na tyle.

Znów błagałam, żeby pozwolono mi skorzystać z toalety, ale nikt nie przywiązywał do tego większej wagi. W rezultacie, gdy właściwa akcja porodowa wreszcie się zaczęła musiałam przejść cewnikowanie – procedurę równie nieprzyjemną co ryzykowną (jako kolejną drogę możliwego zakażenia).

12:00

Zaproponowano mi znieczulenie. „Tak!” – wykrzyknęłam nagle ożywiona, choć wcześniej zakładałam, że poród będzie naturalny. Dlaczego sama na to nie wpadłam? Teraz wreszcie skończy się moja udręka – pomyślałam. „Patrz Kochanie, podają mi narkotyki w ciąży” – rzuciłam do mojego oszołomionego całą sytuacją męża. Dolargan na niektóre osoby działa z dużą siłą, na inne wcale. Niestety okazało się, że należę do tej drugiej grupy.

Tymczasem poród zaczął rozkręcać się na dobre, miałam jeden potężny skurcz za kolejnym potężnym skurczem i zataczałam dookoła niewidzącymi oczami podczas gdy położna i mąż oddychali wraz ze mną w rytmie uf-uf-uf-uf… Chociaż w moim wykonaniu brzmiało to bardziej jak „fu! fu! fu! fu!”, co miało odpędzić skurcz, jak jakiegoś nieposłusznego psa. W pewnym momencie wlepiłam w T. błagalny wzrok i zapytałam jeszcze bardziej błagalnym tonem: „A może zrobimy cesarskie cięcie?”. T. zrobił zmartwioną minę i stwierdził, że skoro dziecko jest w kanale rodnym, to już na to za późno.

Uf-uf-uf! Dyktowała tempo położna. „JUŻ-NIE-DAM-RA-DY!” wyskandowałam niby oszalała cheerleaderka gdzieś z dna mojej rozpaczy. „Oddychaj, ODDYCHAJ!!! Męczysz dziecko!”. Na te słowa karnie powróciłam do rytmu moich płaczliwych „fu! fu! fu!”. „Jak wytrzymasz ten skurcz, to powiem Ci coś fajnego” – oświadczył mój mąż, a ja poczułam się jak krnąbrne dziecko namawiane, by usiadło na fotelu u dentysty. Mimo wszystko wytrzymałam, wpatrując się w jego wydmuchujące rytmicznie powietrze usta. Po chwili oznajmił triumfalnie: „Robi Ci się wklęsły pępek.”

13:00

Zaczęła się aktywna faza porodu. Wreszcie mogłam zrobić coś oprócz oddychania. Zgodnie z naszą umową T. wyszedł z sali – nie chciałam, żeby oglądał mnie w takim stanie.

Rodzenie dziecka to niewątpliwie najdziwniejsze uczucie jakiego w życiu doznałam. Brak mi słów by opisać to oddzielanie się, stawanie się dwoma odrębnymi istotami. Na szczęście, choć bardzo boli, parcie jest o wiele krótsze, a przez to łatwiejsze do zniesienia niż długie godziny poprzedzających je skurczów. Teraz wiadomo już było, że dziecko rzeczywiście za chwilę będzie w moich ramionach. Jeszcze tylko ostatni wysiłek. Długość trwania reszty porodu zależała wyłącznie ode mnie. Mogłam też wreszcie krzyknąć, wyrzucić z siebie całą irytację i ból. Zebrałam się w sobie i…

13.10

Syn!” – wykrzyknęła położna, niczym w starych filmach (potem miałam się dowiedzieć, że T. usłyszał ten okrzyk z korytarza i zaczął wariować ze szczęścia). Położyła W. na mojej klatce piersiowej, a ja obejmowałam go jak mój największy skarb; dotykałam gorączkowo jego drobnego ciałka niedowierzającymi dłońmi, jakby był jedynym ludzkim dzieckiem na naszej planecie. Wyrzucałam z siebie jakieś słowa powitania, które bardziej przypominały jęki niż ludzką mowę, a już na pewno nie przypominały przemowy powitalnej jaką układałam sobie wcześniej na tą okazję. To nie miało znaczenia, ważne było, żeby mnie usłyszał, żeby wiedział, że jestem z nim. Dopóki leżeliśmy tak razem, zmęczeni, trzymający się siebie kurczowo jak dwoje ocalałych z jakiejś wielkiej katastrofy, nawet nie zakwilił. Podano mi nożyczki, przecięłam więc pępowinę nieuważnym gestem, zupełnie jakby to była jakaś obca substancja, niemająca nic wspólnego z moim własnym ciałem. „Nareszcie jest po wszystkim!” – przemknęło mi przez myśl. Jakże się myliłam!

CDN… 

Les douleurs de l’accouchement

1722493Dostałam od mojej kochanej Mamy rewelacyjną książkę dla matek, oraz wszystkich zainteresowanych tematem porodu: „Mundra” Sylwii Szwed. Jest to zbiór wywaidów z położnymi, które na przestrzeni ostatnich 70 lat przyjmowały porody Polek. Zastrzegam, że niektóre opisy są dość drastyczne i kobiety w ciąży może niekoniecznie powinny zgłębiać tę lekturę, bo mogłyby się niepotrzebnie obawiać jakichś patologii, które występują bardzo rzadko. Pewnie jesteście ciekawi skąd to wiem, skoro nie mam nawet czasu się wyspać? Otóż wzięłam się na sposób i czytam podczas karmienia. Kto wie, może W. wyssie pasję czytelniczą z mlekiem matki? A że Synkowi apetyt dopisuje, W. jada często i długo, a ja jestem już po lekturze.

Pada tu wiele mądrych słów i ważnych pytań: o istotę kobiecości, o prawo do godności we wszelkich okolicznościach, o zwierzęcą stronę natury człowieka, o sens bólu. Jedna z położnych, pani Stefania Hoch (ur. 1922) stwierdza na przykład:

„Teraz kobiety są nastawione na unikanie cierpienia. Chcą zasnąć, za pół godziny się obudzić i zobaczyć dzieciątko [o tak, jak ja o tym podczas porodu marzyłam! - parson] Zeby jednak dziecko przedostało się na zewnątrz, muszą nastąpić nieodzowne procesy fizjologiczne. Boję się, że gdy kobiety przestaną rodzić naturalnie, dojdzie do jakichś genetycznych zmian w anatomii. To się odbije na kolejnych pokoleniach.”

To dość ciekawe, że chodziliśmy z T. do szkoły rodzenia, czytaliśmy wiele poradników i oglądaliśmy filmy o ciąży i porodzie, ale dopiero w tej książce natknęłam się na stwierdzenie, że ból porodowy ma sens. Wszędzie indziej są jedynie informacje jak tego bólu uniknąć, lub chociaż go zniwelować. Tu zaś wreszcie dowiedziałam się, że w trakcie porodu pod wpływem bólu powinny wyzwolić się cztery grupy hormonów stanowiące tzw. „koktajl miłości”, który powoduje wytworzenie unikalnej emocjonalnej więzi między matką a dzieckiem. Cały proces trwa godzinami, żeby poziom stresu dziecka rósł stopniowo. Stres jest potrzebny, bo dzięki adrenalinie możliwe są w ogóle narodziny. Jeśli dochodzi do cesarskiego cięcia, dla dziecka jest to szok, stres nagle osiąga bardzo wysoki poziom, co może prowadzić do wielu problemów zdrowotnych oraz emocjonalnych. Dlatego planowanie cesarskiego cięcia w celu uniknięcia zniekształcenia krocza wydaje się co najmniej nierozważne – zwłaszcza, jeśli weźmie się pod uwagę, że w efekcie może dojść do uszkodzenia pęcherza moczowego, jelit lub naczyń krwionośnych macicy, a także dużej utraty krwi u matki.

„Mundra” pomogła mi przewartościować mój poród. Dowiedziałam się co się ze mną dokładnie działo i dlaczego. Zrozumiałam, że nikt nie chciał mi zrobić krzywdy, a jedynie kierując się swoim osądem i doświadczeniem ludzie, na których trafiłam próbowali mi pomóc… Co nie oznacza, że mieli rację. W Polsce niestety mamy pięknie rozwiniętą teorię, a w praktyce w tak dużym mieście jak Poznań nie ma szpitala, który pozwoliłby na poród w pozycji wertykalnej. Osoby obecne przy porodzie były zupełnie przypadkowe i najprawdopodobniej już nigdy ich nie spotkam – a oni nie dostaną ode mnie informacji zwrotnej: jak przebiega połóg, jak rozwija się dziecko, czy jestem zadowolona z tego jak się mną zaopiekowano… Położne, z którymi spotkała się Sylwia Szwed mówią o cierpieniu, ale również o cudzie narodzin, o „pięknych porodach” (sic!), o doświadczeniu kobiecej solidarności oraz wsparcia między położną a rodzącą. Bardzo chciałabym kiedyś mieć możliwość przeżyć tak głęboko i świadomie poród. Teraz pozostaje mi tylko wymyślenie jak tego dokonam.

W dedykacji Mama napisała mi „Witaj w gronie matek” – i rzeczywiście czuję jakbym wstąpiła do jakiejś wspólnoty. Wszystkie matki, z którymi teraz rozmawiam bardzo się solidaryzują z moimi przeżyciami, opowiadają chętnie jak to u nich było, dzielą się radościami i smutkami, a także stanowią nieocenioną skarbnicę porad w kwestiach rodzicielstwa. Mam wrażenie, że przeszłam jakąś niewidzialną barierę, coś w rodzaju testu, który umożliwił mi zrozumienie i zbliżenie się do mojej Mamy, Teściowej, Babć i wszystkich matek. Nastąpiło to nieoczekiwanie dla mnie samej, w sposób, który w innej sytuacji nigdy nie byłby możliwy, choćbym przegadała z każdą z nich setki godzin. Jest coś, co one po prostu wiedzą, a teraz wiem to także ja. Co to takiego? Nie mogę Wam powiedzieć. Żeby to odkryć, trzeba najpierw przez dziewięć miesięcy nosić pod sercem nowe życie, a potem je wydać na ten świat. Innej drogi nie ma.

Il faut souffrir pour être belle

W związku ze zbliżającym się porodem wybrałam się do kosmetyczki na tzw. „głębokie bikini”. Wydawał mi się to dobry pomysł, biorąc pod uwagę, że efekty rzekomo utrzymują się dość długo, a chciałabym być przygotowana w razie gdyby Maluch postanowił, że nadszedł czas pojawić się po tej stronie brzucha. Dokonując retrospekcji mam w tej kwestii do powiedzenia tylko jedno:

„Au!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!”

Ani ciemne wieki średniowiecza, ani pomysłowi Chińczycy nie wymyślili równie wyrafinowanych tortur, co eleganckie nowoczesne ośrodki SPA. Prasowanie cellulitu, manualne oczyszczanie skóry, ssący masaż biustu i pośladków, a nade wszystko depilacja – oto najprostszy sposób na wymuszenie dowolnych zeznań.

Po zabiegu kosmetyczka pochwaliła mnie za wytrzymałość i stwierdziła, że nie wszystkie klientki są w stanie dotrwać do końca. „To można było się wycofać W TRAKCIE?!” było jedyną myślą, która pojawiła się w mojej głowie w odpowiedzi na te słowa. Jednak zamiast wypowiedzieć je na głos, zrobiłam swoją najdzielniejszą minę i oświadczyłam, że muszę wszak obniżać próg bólu przed porodem.

Dziewczyny – nie popełnijcie tego błędu. Niespodziewanie dla samej siebie, w ciągu niespełna godziny stałam się zagorzałą zwolenniczką starych, dobrych maszynek do golenia. No dobra, Maluchu, lepiej się pośpiesz, bo drugi raz tego nie przetrwam.

Le bain

bath

                         Jest tak….

Wieczór. Po całym dniu bólu tu, skurczów tam, i strzykania jeszcze gdzie indziej, czuję się jakbym miała zaraz się rozsypać, wybuchnąć, rozpłakać się, albo zrobić wszystkie te rzeczy na raz. Końcówka ciąży to nie przelewki, możecie mi wierzyć na słowo. No ale nie mam na co narzekać, w końcu są kobiety, które już od pierwszych miesięcy muszą leżeć w łóżku. I takie, które marzą o zajściu w ciążę, a ze względów zdrowotnych czy finansowych nie mogą. Wiem o tym, a jednak… Na koniec dnia, zmęczona i obolała, z trudem po raz kolejny robię dzielną minę.

Gdy dopadł mnie szczególnie paskudny ból pleców, na który nie pomagały ćwiczenia, masaż, ani nawet żele, po których starsza pani w reklamie z radosnym uśmiechem podrzuca pięcioletnią wnuczkę, zapadła decyzja – gorąca kąpiel i basta!

Co prawda jest to jedna z tych rzeczy, które rzekomo mogą wywołać poród, ale ciąża jest już oficjalnie donoszona i nie miałabym nic przeciwko. Poza tym, nasza położna twierdzi, że jeśli jeszcze nie nadszedł czas, to można stanąć na głowie, a dziecko i tak się nie urodzi (chociaż, jak się nad tym dobrze zastanowić, stanie na głowie można by zaliczyć raczej do czynności mających na celu wstrzymanie akcji porodowej przy użyciu siły grawitacji).

Uspokoiwszy sumienie powyższymi argumentami, z westchnieniem ulgi  wślizgnęłam się do wypełnionej gorącą wodą oraz gruuuubą warstwą piany wanny. Zza ściany dobiegała zapętlona melodyjka którejś z części „Heroes of Might and Magic” – tak, tak, to mój szanowny małżonek korzystał z faktu, że wreszcie uwolnił się od moich naprzemiennych pojękiwań i żądań masażu. Zastanowiło mnie, czy dziecko też słyszy te dźwięki (T., jeśli nasz potomek będzie zasypiał tylko słuchając tej ogłupiającej ścieżki dźwiękowej, wiedz, że to na Ciebie spadnie usypianie!).

Zanurzyłam się po uszy w wodzie, oczekując błogiej ciszy. Tymczasem usłyszałam donośny, równomierny dźwięk „Tum, tum, tum, tum…”. Dźwięk mojego serca. Uświadomiłam sobie, że teraz dopiero słyszę to, co dziecko zanurzone w wodach płodowych. Zamknęłam oczy, żeby bardziej poczuć niż zobaczyć przyćmione światło lampki. Kiedy poczułam kolejne wierzgnięcie małych nóżek, położyłam rękę na brzuchu uspokajającym gestem i tak sobie razem leżeliśmy i słuchaliśmy bicia mojego serca.

belli-bath-and-body-care-300x250

         A w mojej głowie tak…