Noël (l’interruption)

Kiedy piszę te słowa w domu roztacza się aromat gorącego piernika i igieł świerkowych, a W. szaleje na bujaczku w stroju małego renifera. Oczywiście w trakcie pieczenia ciasta zorientowałam się, że mam za mało mąki (dlaczego mąka zawsze kończy się akurat przed  świętami? czy nie ma jakiegoś prawa Murphy’ego, które dotyczy tej sprawy?). Sytuacja piernikowa została jednak uratowana mojego kochanego Męża, który popędził do osiedlowego sklepu, zaledwie jeden jedyny raz przypominając mi przedtem, że powinnam upewnić się czy mam wszystkie składniki ZANIM zabiorę się za pieczenie.

Choinkę ubraliśmy wbrew tradycji kilka dni przed Wigilią, ponieważ wybieramy się na święta do rodziny, a bardzo chcieliśmy nacieszyć się własnym drzewkiem – zwłaszcza, że byliśmy ciekawi reakcji Synka na ten okazały, kolorowy i błyszczący obiekt w domu. Spodziewaliśmy się ogromnego zainteresowania, okazało się jednak, że W. ma inne wyobrażenie na temat dużych, dziwnych i kłujących przedmiotów, niż nas dwoje. Początkowo pilnie obserwował nasze zabiegi przy strojeniu choinki, następnie to wyciągał rączki ku drzewku, to je cofał. W końcu strącił na siebie kilka kłujących igiełek, co przesądziło sprawę: wydał z siebie pełne oburzenia „UuuUUUuuuUU!!!” i od tej pory zupełnie ignoruje choinkę (ewentualnie rzuca jej podejrzliwe spojrzenia z ukosa).

Patrzę na mojego małego reniferka i myślę, że święta w dużej mierze przygotowuje się dla dzieci, ale też dzieci nadają naszym świętom nowy wymiar tajemniczości i niezwykłości (nie, nie użyję słowa „magia”, ponieważ są to święta religijne, a wbrew pragnieniom twórców reklam religia i magia nie idą w parze). To dla dzieci stajemy się mikołajami, szykujemy różne słodkie przysmaki, pakujemy prezenty w piękny kolorowy papier. Znamienne, że nawet ateiści pragną dla swoich dzieci doświadczenia tradycyjnych Świąt BOŻEGO Narodzenia. Jest to dla mnie swoista ciekawostka, podobnie jak stojąca przede mną w kolejce na poczcie kobieta, która po przejrzeniu dostępnych kartek bożonarodzeniowych westchnęła ciężko, że wszystkie mają motywy religijne.

Wypisujemy kartki drużynowo: ja wpisuję życzenia, mąż adresuje koperty. Ogarniam serdeczną myślą rodzinę i przyjaciół. Jak co roku piszę „wszelkich Łask Bożych” i zaczynam się zastanawiać co to mogą być konkretnie za łaski. Miłość? Bliscy wokół nas? Dziecko? Własny kąt? Praca? Zamykam oczy, wdycham zapach piernika i słucham jak T. przekomarza się w kuchni z naszym Synkiem. Czy nasze życie jest idealne? Zdecydowanie nie. Czy jest wypełnione Łaską? Zdecydowanie tak.

Pragnę złożyć także gorące życzenia wszystkim, którzy regularnie zaglądając na mojego bloga skutecznie motywują mnie do pisania.

Wesołych Świąt Karo, Agni, Aniu M., OaoA®, Mamo Okruszka!

Wesołych Świąt także dla tych, którzy nie pozostawiają komentarzy, ale czytają i czasem dają znać, że coś ich poruszyło lub zainteresowało (tak, Mamo, to także do Ciebie kieruję te słowa :-)). Życzę Wam wielu Łask Bożych, a także dostrzeżenia tysiąca tych Łask dnia codziennego, których doświadczanie tak bardzo nam spowszedniało, że uznajemy je za oczywistość. Niech nam Bóg błogosławi… I błogosławmy Boże Dary!

A żeby nie było zbyt patetycznie… Nie mogłam się powstrzymać. Jeśli święta, to musi być alternatywa dla lukru płynącego z radia!

Joyeuses Pâques!

Spędziłam dziś całe przedpołudnie pisząc kartki świąteczne. Przed każdymi świętami Bożego Narodzenia oraz Wielkanocy odbywa się ten sam rytuał: poszukiwanie odpowiednich kartek, wypisywanie, ozdabianie, i pęd na pocztę, żeby zdążyły dotrzeć na czas. Poszukiwanie, jakkolwiek w czasach wszechobecnej komercji mogłoby się wydawać prostym, wcale takie nie jest. Mam ściśle sprecyzowane kryteria.

Po pierwsze kartka musi nawiązywać do tematyki świąt… Oczywiste? No dobrze, to kto mi wyjaśni co ma wspólnego mały słodki kurczaczek ze zmartwychwstaniem Jezusa Chrystusa? A kaczuszka? A zajączek? Słowo daję, zinfantylizowaliśmy się jako społeczeństwo bez reszty.

Po wtóre, i jeszcze trudniejsze, kartka ma mieć maksymalnie dużo pustej przestrzeni na wpisanie życzeń. Skoro już podejmuję ten wysiłek i wysyłam komuś osobiście życzenia, to ostatnią rzeczą, na którą mam ochotę są masowo przygotowane wierszyki z rymami krakowsko-częstochowskimi o nadchodzącej wiośnie, byciu miłym i ekologicznych zajączkach skaczących po wielkanocnym stole. Nie raz, i nie dwa, zdarzyło mi się dostać kartkę, która moim oczom przedstawiała się w następujący sposób:

„Wielkanoc 2014

Kochani,

Ble, ble, ble, ble, ble, ble

bla, bla, bla, bla, bla, bla.

Tere fere kuku,

strzela baba z łuku!

Życzy XYZ”

Krótko mówiąc, nadawca zapisał aż trzy słowa na pocztówce, którą mi przesłał (z podpisem włącznie). Nie wiem jakie są wasze odczucia, dla mnie jest to nieco rozczarowujące, odrobinę śmieszne i zdecydowanie lekceważące w stosunku do adresata. Na zasadzie nie-chce-mi-się-nic-wymyślać-ale-muszę-wysłać-życzenia-bo-tak-wypada-więc-masz-tu-ten-głupawy-wierszyk-i-się-ciesz. Czy naprawdę tylko na to nas stać? Czy tak słabo się znamy, że nie potrafimy już sobie niczego życzyć tak po prostu, od serca?

Istotą wysyłania życzeń, w moim głębokim przekonianiu, jest przekazanie sobie za każdym razem na inny sposób tego samego komunikatu: „Pamiętam o Tobie, jesteś dla mnie ważny, interesuję się Twoim życiem i chcę dla Ciebie jak najlepiej”. W wersji z hipermarketu komunikat skraca się zasadniczo do: „Znam Twój adres i umiem się podpisać”. Trochę szkoda.

A skoro o skracaniu już mowa, można pójść jeszcze dalej, i przesłać e-mail, e-kartkę, MMS lub SMS, o treści: „Wesołych świąt życzy rodzina XYZ”. W rzeczy samej, lapidarność godna podziwu! Ileż emocji skrzy się w tych pięciu wdzięcznych słowach! A gdyby można tak było do tego stworzyć jeszcze dopisek: „Aktualne co pół roku”… Ale, ale – można lepiej. W ostatnie święta, o ile mnie pamięć nie myli, mój tata dostał SMS z numeru zastrzeżonego: „Wesołych Świąt”. Do tej pory nie wiemy kto był autorem owych wylewnych życzeń…

A teraz życzenia dla Was na zakończenie tych niewesołych rozmyślań. Życzenia, być może pobożne, ale w końcu to święto religijne, więc może się spełnią.

Kochani! Nie dajcie sobie zabrać świąt! Nie dajcie sobie wcisnąć kiczowatych puchatych kurczaczków! Nie udowadniajcie sobie nawzajem, że umiecie się podpisać! Nie wierzcie w te bzdury, że jesteście tak zapędzeni, że nawet w święta nie macie czasu dostrzec potrzeb i pragnień najbliższej rodziny i przyjaciół (przecież do obcych kartek nie wysyłacie)! Pozwólcie sobie poczuć wreszcie coś prawdziwego! Dajcie coś z siebie!

Wasza,

Parson.

A skoro Wielki Tydzień rozpoczęty, podzielę się z Wami moją ulubioną pieśnią wielkopostną.

Winter is coming!

„Kolędujmy wszyscy wraz, bo już na to wielki czas(…) Aż kolęda ścichnie ton, Święta, święta i już po i już po. ” (W. Młynarski)

Zaraz po drugim dniu świąt jak ręką odjął przeminęły niekończące się maratony „Last Christmas” w radiach komercyjnych, za to rozległy się dźwięki stricte karnawałowe. A tymczasem okres świąteczny jak co roku potrwa aż do 6.01 i do tej pory można jeszcze nacieszyć się kolędowaniem.

Przerwa świąteczna nieco mi się przedłużyła, ale w ostatnim dniu roku udało mi się odnaleźć w odległym kącie mieszkania resztki świeżo nabytej samodyscypliny (ach, te postanowienia adwentowe!) by napisać parę słów dla tych kilku osób, które wbrew wszelkim przesłankom nadal tu zaglądają. Oględnie rzecz ujmując, nawet najtęższe umysły nie codziennie mają do przekazania światu odkrywcze myśli, a co dopiero ja, maluczka. Chociaż najwyraźniej z tej prostej prawdy nie zdają sobie sprawy wszyscy, o czym miałam okazję się przekonać, gdy po wielomiesięcznej przerwie rzuciłam okiem na ekran telewizora. Rzuciłam i zmartwiałam! Przełączanie z kanału na kanał (w rzeczy samej, KANAŁ) nic tu nie pomaga, powtórki, powtórki powtórek oraz kompletna miazga intelektualna. Spośród kabaretów szczerze ubawiła mnie jedynie nowa wersja reklamy środku wspomagającego trawinie, który dopiero co chronił podczas wieczerzy wigilijnej, a tu już okazuje się niezbędny w dniu sylwestrowej zabawy.

Po czasie rodzinnym, wypełnionym rozmową, kolędami i śmiechem, tudzież dywagacjami na temat naszego potomka in spe, nastał czas powrotu do domowego zacisza. Mojej rodzinie chciałabym jedynie z tego miejsca złożyć gorące podziękowania za powstrzymanie się od klepania mnie po brzuchu, co zdaje się być częstą tendencją pośród krewnych kobiet oczekujących dziecka. Przy tej ilości jedzenia mogłoby się to źle skończyć! A wiadomego środku nie zakupiłam!

Tymczasem, wyjadając zapasy poświątecznego bigosu (mamo, pyszny!), zwolniona z konieczności gotowania, zatonęłam bez reszty w lekturze. Uwinąwszy się z własnym prezentem, „Czarną polewką” M. Musierowicz w dwa wieczory zabrałam się za pochłanianie „Gry o tron” G.R.R. Martina, która przypadła w udziale mojemu zapracowanemu mężowi. Za jego zgodą, oczywiście, pod warunkiem, że nie przeczytam przed nim ostatniego słowa. Trudno o dwie bardziej odległe tematycznie powieści, a jednak dobra opowieść nie zna granic. Wygodnie umoszczona pod kocykiem, przy kubku gorącej herbaty, pośród aromatu pomarańczy i pierniczków przemierzam galopem bezdroża Siedmiu Królestw jadąc na oklep na nieposkromionej Srebrzystej by rozwikłać intrygę Lannisterów! Za oknem mróz rozpanoszył się na dobre i kto wie, może ci, którzy wróżyli lodowaty styczeń oraz luty, mieli rację. Miejcie się na baczności. Ja w każdym razie nigdzie się nie wybieram. Jak mawiają Starkowie, „Nadchodzi zima”!

So this is… an alternative

Do świąt pozostało już tylko 5 dni, co oznacza najprawdopodobniej, że wszyscy żyjący i przy okazji posiadający słuch Polacy usłyszeli już w radiu „Last Christmas”, „All I want for Christmas is you”, „So this is Christmas” i całą resztę świątecznych standardów, które większość stacji radiowych odgrzewa co roku w tym okresie. Czasem odnoszę wrażenie, że jest to trening odruchu Pawłowa – słyszysz pierwsze dźwięki i już wiesz, że zbliżają się święta, więc ruszasz do sklepu na przedświąteczne zakupy. Tak czy inaczej, odgrzewanie starych kotletów kiedyś musi się skończyć – a przynajmniej taką mam nadzieję, bo jak wiadomo, konsumpcja nieświeżej żywności ma określone konsekwencje. Tymczasem chciałabym zaproponować parę alternatywnych utworów około-świątecznych.

1. Enya – Oh come, oh come, Emmanuel. Zaczynamy delikatnie. Utwór brzmi smutno, ale są to dźwięki, od których brzmienia w głowie jeszcze długo po przesłuchaniu trudno się uwolnić.

2. Lemmy Kilmister – Run, run Rudolph. Już wspominany na łamach niniejszego bloga. Wszelki komentarz jest zbędny.

3. Bob Dylan – It must be Santa. Dylan to nazwisko, które mówi samo za siebie. Równie wart uwagi co sama piosenka jest tu również teledysk.

4. The Killers – Don’t shoot me Santa. Ku przestrodze dla niegrzecznych dzieci. I ten uroczy sweterek z choinką!

5. Y. Shukyurov – Tango Atlantico. Propozycja dla tych, którzy lubią bardziej pikantne brzmienia i może odrobinę tańca przy choince.

6. Jingle Cats – Silent Night. Czyli kolędowanie w wersji dla miłośników zwierząt (do wspólnego śpiewania z pupilem).

7. Eric Idle – F**k Christmas. Dla osób skrajnie sfrustrowanych komercyjnym charakterem świąt. Monty Python zna się na takim stanie ducha jak nikt inny na świecie.

To tylko kilka propozycji, które akurat mi wpadły do głowy. Jak widać, świąteczna oferta muzyczna jest niezwykle bogata. Dlaczego więc w kółko męczyć „Do they know it’s Christmas”? Wiedzą, wiedzą, wystarczyło powiedzieć raz!

Happy New Year!

Teraz ktoś powie, ze się z kolei pospieszyłam – jaki Nowy Rok? W grudniu?! A jednak właśnie tej treści SMS-a odebrałam w niedzielę od znajomej. I nie jest to koleżanka, która z nadmierną częstotliwością zaglądałaby do kieliszka. Właśnie rozpoczęliśmy nowy Rok Liturgiczny, ku uciesze marketingowców nareszcie nadszedł kolejny Adwent, a wraz z nim, ku zgrozie tychże, postanowienia adwentowe. W zasadzie można by powiedzieć „postanowienia noworoczne” – zastanawiam się co było pierwsze – postanowienia adwentowe czy też te świeckie noworoczne. Tak czy inaczej, nie ma wątpliwości, które są bardziej popularne. Co roku w styczniu nadarza się okazja by dowiedzieć się kto tego roku schudnie, kto rzuci palenie, a kto nauczy się płynnie wypowiadać po chińsku. Marketingowcy mogą odetchnąć. Przed świętami będziemy kupować na potęgę, pichcić, piec, mrozić, przechowywać i rzecz jasna szykować prezenty. A najgorsze co może się zdarzyć, to gdyby Boże broń zabrakło jedzenia!

Najbardziej śmieszno-straszne są dla mnie przedświąteczne wzmożone siły akcji reklamodawców promujących środki na ból wątroby, poprawienie trawienia oraz wzdęcia.
I ludzie to łykają (dosłownie i w przenośni)! Ludzie kochani! A co się stało z rozumem i umiejętnością rozpoznania własnego poczucia sytości? Gdzie tu sens, gdzie logika? Najpierw, „kupuj, kupuj, kupuj”, potem za przeproszeniem to wszystko „zeżryj aż ci uszami wyjdzie”, a na koniec „weź tabletkę i żryj dalej”. Bo to święta przecież! Święta czego? – Chciałoby się zapytać. Gdyby w przeciętnym polskim domu zjawił się reprezentant innej kultury zapewne odniósłby wrażenie, że są to jakieś hedonistyczne święta obżarstwa, prezentów oraz telewizji.

A od stycznia…Wiadomo! WZO. Wielkie Zbiorowe Odchudzanie. Dlaczego akurat 1.01 ma być datą, od której wszystko się zaczyna? (Czyżby pchały nas do tego dotkliwe skutki przejedzenia?) Wyznawcy prawosławia i grekokatolicy rozpoczynają rok kalendarzowy 14.01, natomiast w Azji data pierwszego dnia roku jest ruchoma i wypada zazwyczaj gdzieś między styczniem a lutym (w tym roku będzie to 31.01). Dla wielu osób Dzień Wszystkich Świętych jest dobrym momentem na zastanowienie się i przewartościowanie swojego życia. Nadchodzący po nim Adwent wydaje się idealną okazją na spojrzenie w przyszłość z optymizmem i podjęcie nowych działań by nadać swojemu istnieniu większy ład, spokój, radość, czy czego jeszcze dusza potrzebuje.

Tego roku ćwiczę samodyscyplinę. Ostatnio byłam mocno na bakier z tą właśnie cnotą i czuję, że nie będzie łatwo ruszyć poodkładane na bliżej nieokreślone mityczne „kiedyśtam” sprawy. Ale biorę się za siebie. Postanowienia długodystansowe stanowią dla mnie problem, więc na razie nie na cały rok. Na dziś. A potem spróbuję znów. Póki co chodzimy z T. na roraty o 6:15 . Mi się marzy chodzić z własnym lampionem. T. mówi, że to obciach. No ale obiecał, że jeśli zobaczymy chociaż jedną osobę z lampionem to jutro my też weźmiemy swój. Wchodzimy do kościoła – wszyscy ze świecami (marne gotowce przygotowane przez ministrantów). T. stoi obok mnie z triumfującą miną. W tym momencie wchodzi rodzina z około dwuletnim dzieckiem z największym, najbardziej kolorowym lampionem jaki w życiu widziałam. Sprawa jest przesądzona. Jutro my też bierzemy lampion!

Xmas attack

Wczoraj wreszcie udało mi się wyjść na świat, tj. wybraliśmy się z T. do centrum handlowego. Postanowiłam – koniec z tym ciągły wylegiwaniem się pod kocykiem, trzeba z żywymi naprzód iść!
I co też ukazało się moim zaspanym oczom? Święta Bożego Narodzenia. Dosłownie wszędzie. Przez chwilę już podejrzewałam, że zdrzemnęłam się nieco dłużej niż zamierzałam (każdemu się zdarza…), ale nie – jeszcze cały miesiąc do świąt a tu bombardują z każdej strony przepisami żeby było sielsko i anielsko. Głośniki ryczą w kółko „Jingle bells”, a slogany doradzają życzliwie:

„Kup szynkę po 18zł za kilogram aby stworzyć rodzinną atmosferę świąt!”

„Kup dwie pary ciepłych skarpet w cenie trzech a poczujesz magię tych niezapomnianych chwil!” itp.

No, skoro ktoś zmieni skarpetki…. To może i poczuję. Ale co ma szynka do atmosfery, to już trudniejszy orzech do zgryzienia. W zasadzie można byłoby znacznie uprościć przekaz reklamodawców. Brzmiałby on: „Kupuj, kupuj, kupuj – wszystko jedno co, byleby dużo!”.
I ten obrazek – po jednej stronie alejki sklepowej znicze a po przeciwnej bombki. Dokąd my się tak śpieszymy?

Koleżanka w pracy niedawno mówiła, że w telewizji wyemitowano już film „Kevin sam w domu”. Mimo tych, chciałoby się powiedzieć rozpaczliwych, wysiłków całego zespołu speców od reklamy większość osób, z którymi rozmawiam „nie czuje atmosfery zbliżających się świąt”. Trudno ją poczuć, jeśli rozbiera się święta na kawałki, a następnie serwuje stopniowo od połowy listopada. Wszystko co ważne każe na siebie czekać. I w tym czekaniu zawiera się znaczna część wartości tego, na co się czeka. Czekanie jednak wymaga cierpliwości oraz umiejętności odmawiania sobie czegoś. Nie znam dwóch innych równie rzadko spotykanych współcześnie cech. Smutne to.

Mąż zaprosił mnie na dziś do filharmonii na koncert Gustava Mahlera. Świętujemy Andrzejki. Świętować Boże Narodzenie jeszcze zdążymy.