La beauté

Rozmawiałam niedawno z koleżanką ze studiów (w tym miejscu chciałabym bardzo podziękować całej braci studenckiej, która nieustannie do mnie dzwoni i sprawdza, „czy to już”, to bardzo miłe!), która stwierdziła, że dobrze się trzymam w ciąży. Odpowiedziałam jej bez ogródek, że gdybym była przed ciążą jakąś wielką pięknością – powiedzmy zawodową modelką, albo Miss Universe – z całą pewnością byłoby mi znacznie trudniej znosić wszystkie te zmiany. Tu mi puchnie, tam się rozciąga, w ubrania się nie mieszczę, czyli ciążowy standard. Ponieważ zawsze uważałam się za całkiem zwyczajną dziewczynę, przyjmuję tę metamorfozę z dużym dystansem i spokojem. Na pewno nie jestem zachwycona rozstępami, czy tak widoczną siecią żył, że mogłabym służyć jako żywy model anatomii, ale też nie mam zamiaru z ich powodu tracić dobrego nastroju. Koleżanka wyraźnie była zaskoczona takim tokiem rozumowania i podsumowała krótko:

„Ale sobie dowaliłaś!”

Nie uważam jednak wcale, żeby moje słowa były dla mnie w jakikolwiek sposób uwłaczające. Na świecie jest wiele oszołamiająco pięknych kobiet. Podejrzewam, że kobiet naprawdę szczęśliwych jest znacznie mniej. A moim celem jest właśnie być szczęśliwą.

Przeczytałam kiedyś (gdzie? kiedy? może ktoś z Was skojarzy ten cytat?), że nie ma nic smutniejszego niż widok starzejącej się piękności, która nigdy nie musiała ćwiczyć się w błyskotliwości, poczuciu humoru, czy elokwencji, żeby zwrócić na siebie uwagę otoczenia. Nagle traci swój największy atut i czuje, jak grunt usuwa jej się spod nóg.

Co prawda jestem w stanie wyobrazić sobie wiele smutniejszych widoków, chociażby głodujące dzieci, ale zgadzam się, że piękno jest w naszej kulturze przereklamowane. Wielka uroda to niczym niezasłużony prezent, który często w pewien sposób upośledza swojego posiadacza. Już małe dzieci bardzo szybko uczą się, że nierzadko wystarczy zrobić słodką minkę, żeby osiągnąć sukces. A jeśli ktoś przez długie lata funkcjonuje na tej zasadzie, trudno mu pogodzić się z faktem, że życie odciska na nas swój ślad, a czas pędzi nieubłaganie.

Czasem mam wrażenie, że ten cały pęd do zabiegów kosmetycznych, siłowni, SPA, zdrowej żywności, chirurgii plastycznej, itp. ma na celu dobrze nas zakonserwować do grobu. Tu się zaszpachluje, tam się wyklepie, i będziemy wszyscy jednakowi: gładcy i nijacy niczym lalki barbie. Przykro patrzeć na naciągnięte twarze celebrytów, którzy za wszelką cenę chcą pozostać nietknięci życiem, którym żyją.

„Starość to nie jest wiek dla smarkaczy”, stwierdza jedna z postaci w książce „Tato” Williama Warthona, i ja się z tym zgadzam.

L’amour

W sobotni poranek leżałam ukryta pod kołdrą i próbowałam wykrzesać z siebie energię do wstania z łóżka i zmierzenia się z całym dniem zajęć na uczelni. Nie szło mi rewelacyjnie. Pod koniec ciąży trudno mi się wyspać, a moje próby podniesienia się z pozycji leżącej do złudzenia przypominają widok przewróconego na plecy żuka, który wywija nóżkami równie rozpaczliwie, co bezskutecznie. Nagle usłyszałam w okolicy moich rąk, które jako jedyne wystawały spod kołdry, radosny głosik mojego pierworodnego:

- A czyje to małe, kochane rączki? Gdzie jest moja mamusia?

Uśmiechnęłam się pod nosem, rozpoznając echo swoich własnych słów. Już po chwili synek kokosił się w pościeli między mną a mężem, przy czym jak zwykle jakimś cudem zajmował więcej przestrzeni niż my oboje razem wzięci. Kiedy już solidnie nas skopał, westchnął z ukontentowaniem, przerzucił pulchną, ciepłą rączkę przez moją szyję i oznajmił:

- Lubię się przytulać do mamy, bo mama jest moja ulubiona!

Ścisnęło mnie w gardle. Nie co dzień w końcu słyszy się tak poruszające wyznanie miłości.

- Ja też lubię się do Ciebie przytulać. Jesteś moim ulubionym chłopczykiem. – Odpowiedziałam z powagą, mając świadomość, że już wkrótce nie będę mogła tak mówić, bo w naszym domu pojawi się drugi, równie wyjątkowy, chłopczyk.

La vie et la mort

Kobieta w ciąży jest bramą pomiędzy życiem i śmiercią. Mam głębokie przekonanie, że nie jest to zbędny patos. Chodzimy po świecie niczym symbole. Z jednej strony nosimy w sobie potencjał życia – jak się przyjęło mówić, „nowe życie”. Z drugiej strony, jak każda żywa istota, nosimy w sobie także potencjał śmierci – tyle, że tym razem zwielokrotniony.

Trudno ustalić jak często dochodzi do poronień. Często dzieje się to na pierwszym etapie ciąży, kiedy matka nie wie jeszcze o zapłodnieniu i odczuwa poronienie jako spóźnioną miesiączkę. A jeśli już wie, w naszej kulturze w dużym stopniu pozostaje to temat tabu. Jak gdyby fakt, że się tego dziecka nie widziało, nie przytulało, a teraz jeszcze się o nim nie mówi, sprawiał, że ból po jego stracie zniknie.

Moja bliska koleżanka ze studiów napisała mi dzisiaj, że poroniła w 14 tygodniu ciąży. Co to oznacza? Po pierwsze górę formalności. Po drugie, ponieważ poronienie nastąpiło przed 16 tygodniem ciąży, od rodziców zależy, czy chcą poznać płeć zmarłego dziecka. I tu następuje procedura, która w cywilizowanym kraju jest nie do przyjęcia: rodzice otrzymują martwy płód, zwany „próbką”, do przechowania przez kilka dni w domowej lodówce, do czasu wykonania badania. Brak mi słów.

Z drugiej strony, każdego dnia około 830 kobiet umiera z powodów powiązanych z ciążą lub porodem (dane wg WHO). Co prawda, 99% tych śmierci ma miejsce w krajach rozwijających się, gdzie nawet dostęp do wody bieżącej w szpitalu nie jest sprawą oczywistą. Natrafiłam niedawno na reportaż BBC obrazujący skalę problemu. Na przykład Kemisa z Ugandy otwarcie stwierdza, że położna na liście zakupów przedporodowych umieściła 10 par gumowych rękawiczek dla lekarza, ale ciężarna kupiła ich tylko dwie. Powód? Na więcej jej nie stać. Za to Ellen z Malawi urodziła dziecko w publicznym ośrodku zdrowia, w którym odbiera się 90 porodów miesięcznie, mimo że nie ma tam wody bieżącej, sprzętu do sterylizacji narzędzi ani prądu. Nadaje to staraniom działającej w Polsce Fundacji Rodzić po Ludzku nieco inny wymiar.

Ale skoro już mowa o Polsce, usłyszałam niedawno smutną historię. Kobieta miała urodzić kolejne już dziecko poprzez cesarskie cięcie. Miała umówioną datę, swojego lekarza, zarezerwowaną salę, przygotowane jednostki swojej grupy krwi. Zabieg przebiegł pomyślnie, dziecko przyszło na świat całe i zdrowe. Z niewiadomych przyczyn matka wykrwawiła się na śmierć. Przy całej nowoczesnej technologii, w sterylnych warunkach, pod okiem wykwalifikowanych lekarzy. Trudno to zaakceptować. A jednak pewne, wcale niemałe, obszary życia pozostają zupełnie poza naszą kontrolą. Życie i śmierć to nadal tajemnica.

Przeczytałam ostatnio świetną książkę Justyny Dąbrowskiej „Nie ma się czego bać. Rozmowy z mistrzami”, która składa się z wywiadów dotyczących przemijania i śmieci. Zastanowiło mnie, że średni wiek rozmówcy wynosił 80 lat. Tak jakby wcześniej się nie umierało…

Nie chcę kończyć w tym fatalistycznym tonie. Naturalnie większość rodziców oczekuje szczęśliwego rozwiązania i narodzin zdrowego potomka. W zdecydowanej większości wypadków, tak się właśnie dzieje. Myślę tylko, że warto uświadomić sobie od czasu do czasu jakie to ogromne, nieoczywiste szczęście.

Le ventre

Skoro już rozpoczęłam temat ciąży i wyprałam pierwszą partię ciuszków niemowlęcych (rozmiar 56 – zapomniałam, jakie są małe!), trudno mi myśleć o czymkolwiek innym. To trochę tak, jakbym od dłuższego czasu blokowała wszystkie te myśli wielką tamą, a teraz kiedy tama runęła, żywioł znalazł się zupełnie poza kontrolą.

Ciekawy jest sposób w jaki na zaawansowaną ciążę reagują osoby wokół. Myślę, że to wiele o nas mówi jako społeczeństwie. Specjalnie dla Was przygotowałam swoisty antyporadnik z zestawieniem moich absolutnych hitów.

1. „Cześć grubasie/ grubasku!” – Przepraszam bardzo, ale akurat należę do szczupłych mam. Zabawne, że zazwyczaj takie powitanie pada z ust osób, którym śmiało można by odpowiedzieć tym samym – a nie są one w ciąży. Tylko jakoś mi nie wypada…

2. „Ładnie przytyłaś!/ Najadłaś się gruszek?” – Ha, ha,ha. Serio? Gruszki? Słyszę to dopiero 550 raz w tym tygodniu! Wersja, którą dowolna osoba z odrobiną taktu uznałaby za bardziej stosowną brzmi: „Ładnie się zaokrągliłaś!/ Wyglądasz kwitnąco!”.

3. „Wygląda pani na dziewczynkę!” – To się dobrze składa, bo akurat jestem dziewczynką! (Chociaż wolę określenie „kobieta”.)

4. Porównywanie kobiety w ciąży do mężczyzny z brzuchem piwnym jest wysoce krępujące dla obu tych osób. Czy naprawdę tak trudno na to wpaść?

5. Zwracanie się do kobiety w ciąży per „mamo” przez położne, lekarzy, oraz inne osoby zawsze odbywa się na własną odpowiedzialność i może skutkować odpowiedzią typu „Całe szczęście, że nie twoja!” lub podobnie wyszukanym zwrotem, np. „babciu”.

6. „Jeszcze chodzimy?/ Jak się czujemy?”. My nie dość, że chodzimy, to jeszcze codziennie ćwiczymy, studiujemy, pracujemy, wychowujemy dziecko i robimy wiele innych ciekawych rzeczy. A wy? I dlaczego mówimy o sobie w liczbie mnogiej?

7. „Co dziecko by zjadło? Czego by się dziecko napiło?”. Nie mam pojęcia, ono pewnie też nie, więc zje i wypije to, co ja wybiorę. Zgoda?

8. Podobnie drażni mnie serwowanie mojemu dziecku z niemałą dozą satysfakcji tekstów typu: „Teraz już nie będziesz najważniejszy, będziesz musiał się podzielić z rodzeństwem!”. Dziękuję bardzo, oto kilkoma słowami zniweczono całą moją pracę nad pozytywnym nastawieniem naszego trzylatka na wielką niewiadomą związaną z narodzinami rodzeństwa!

Najprostsza rada dla osób, które chciałyby zaznaczyć w rozmowie, że wiedzą o ciąży i ją dostrzegają, ale nie urazić ciężarnej brzmi: zastanów się przez chwilę jak byś się poczuł/ poczuła słysząc takie same słowa skierowane do siebie (nie będąc w ciąży). Może dla niektórych będzie zaskoczeniem fakt, że zmiany hormonalne w ciąży raczej wzmagają wrażliwość kobiety, niż ją przytępiają.

I jeszcze jedno: ręce przy sobie! Czy spodobałoby się Wam ciągłe dotykanie brzucha przez postronne osoby? Niespodzianka: to nadal jest mój brzuch. Tak, jest w nim dziecko. Ale brzuch nie stał się tym samym własnością publiczną.

Oczywiście, że są ludzie, którym wybacza się więcej. Oczywiście, że kobiety ciężarne wymieniają między sobą żarty o dolegliwościach ciążowych. Ale to trochę tak, jak z osobami czarnoskórymi – jeśli nazywają się w swoim gronie „czarnuchami”, nikt się nie obraża. Jeśli tym samym określeniem posłuży się biały, sytuacja przedstawia się zgoła inaczej…

Załączam taniec w wykonaniu Sadie Marquardt, której raczej nikt nie odważyłby się zapytać „Jeszcze chodzimy?”.

L’enfant intérieur

Ostatnimi czasy mam tyle na głowie, że byłam w stanie odsuwać w myślach wszystko, co wiąże się z ciążą i porodem. Studia (egzaminy!), praca, rodzina, dom, znajomi i zainteresowania zapewniały mi aż nadto wrażeń. Jednak w 34 tygodniu ciąży zaczynam już wyraźnie odczuwać potrzebę zwolnienia obrotów, a moje myśli nieodmiennie kierują się ku maleństwu, które, z nieproporcjonalnie dużą w stosunku do wzrostu siłą, stara się wcisnąć swoje urocze stópki między moje żebra. Choć dbam o kondycję i jestem raczej drobnej budowy, brzucha zdecydowanie nie da się już przeoczyć. Kręgosłup zaczyna dawać mi się we znaki, oddechu nie starcza na swobodną rozmowę podczas szybkiego marszu. W końcu, w ósmym miesiącu czuję w całej rozciągłości, że jestem w ciąży!

Smutna konstatacja jest taka, że podobnie jak w pierwszej ciąży, zbliżając się do kolejki przy kasie, lub wsiadając do tramwaju, staję się niewidzialna. Ludzie autentycznie omijają mnie wzrokiem, jakby się bali, że jeśli tylko na mnie spojrzą, zacznę rodzić na ich oczach. Chlubnym wyjątkiem – w obu ciążach – był Rossmann, gdzie program pierwszeństwa przy kasach rzeczywiście działa, ponieważ kasjerkom chce się dostrzegać kobiety w ciąży. Kasy pierwszeństwa w sieci IKEA oznaczają za to długą kolejkę samych uprzywilejowanych.

Nie zdarzyło się, żeby pierwszeństwa ustąpił mi ktoś z kolejki. Sama nie wyrywam się, bo nie znam tych ludzi. Może mają protezę nogi? Albo są ciężko chorzy? A może są zwyczajnymi prymitywami, którzy nie dość, że mnie nie przepuszczą, to jeszcze powiedzą mi równie głośno, co SZCZEGÓŁOWO, czego trzeba było nie robić, żeby nie znaleźć się w tej sytuacji (sic!)? Na ironię zakrawa, że wiele osób W KOŚCIELE traktuje swoje miejsce w ławce niczym oblężoną twierdzę i jest gotowych bronić go do rozlewu krwi. Cóż, w moim stanie nie przystoi mi wdawać się w bójki.

Dobra informacja jest taka, że nauczyłam się nie brać tego do siebie. To nic osobistego. Ot, zwykła obojętność na innych i zamknięcie w swoim świecie. Za to tym razem mam znacznie lepszy kontakt z moim wewnętrznym dzieckiem ;-) , co łączę z większą świadomością sytuacji. Niezależnie od ton przeczytanych książek, noszenie w sobie nowego życia za pierwszym razem pozostawało dla mnie dość abstrakcyjną koncepcją. Nie twierdzę, że teraz to doświadczenie stało się zupełnie oczywiste i pozbawione tajemnicy. Raczej nabrało bardziej realnego wymiaru, od kiedy już wiem jak to jest: trzymać w ramionach własne dziecko i zajmować się nim dzień po dniu (i noc po nocy…).

Na koniec załączam niezwykle subtelny opis ciąży i narodzin, na który niedawno natrafiłam. Zadziwiająca jest dla mnie trafność i delikatność z jaką autor-mężczyzna ujął temat:

„Chociaż mały człowiek chroniony jest w wodach płodowych, nie jest jednak ‚zamknięty na klucz’. Nie zna jeszcze granic przestrzeni, ale w miarę wzrostu zaczyna je zauważać. Najpierw jawią mu się jako pojęcie mgliste, jakby coś na kształt odległego wybrzeża. Poprzez powtarzający się kontakt dotykowy z granicą przestrzeni, pojawia się z czasem większa świadomość jej istnienia.

W późniejszym okresie to, co początkowo tylko delikatnie otaczało dziecko, zaczyna je dręczyć. Apogeum trudów małego człowieka stanowi wyrwanie go ze znanego otoczenia i konieczność przebywania z towarzyszącym mu obcym uczuciem suchości. Wystawiony zostaje na działanie siły ciążenia i poznaje dwojakość obcej mu egzystencji, w której jasność i ciemność, ciepło i zimno, pragnienie i zadowolenie, pojawiają się naprzemiennie na przeciwległych biegunach. Musi przyzwyczaić się do życia w trudnym świecie, który zastąpi mu łagodną, przytulną, minioną rzeczywistość. Będzie mu o tyle łatwiej, że miejsce przy nim zajmie znana mu już matka, łagodna i w dalszym ciągu nieustannie go chroniąca.”

Arno Stern, „Odkrywanie śladu. Czym jest zabawa malarska.”

Faire la java

źródło: https://memesuper.com

źródło: https://memesuper.com

Co za deszczowa pogoda! Mam nadzieję, że komuś przydała się moja inspiracja z wyjściem do palmiarni :-) My dzisiaj zaliczyliśmy konkurs skoków przez kałuże, ale że nie samym matkowaniem żyje człowiek, teraz coś z zupełnie innej beczki.

Od prawie dwóch lat jestem – jak to się profesjonalnie nazywa – słuchaczem studiów podyplomowych, chociaż lubię się uważać za studentkę, bo od samego słuchania egzaminów się nie zdaje ;-) . Zwłaszcza ten drugi rok jest dla mnie trudny, ze względu na ciążę, która rozpoczęła się niemal równocześnie z rokiem akademickim. Zajęcia odbywają się prawie w każdy weekend (do wakacji mam jeszcze 2 wolne: Wielkanoc i długi weekend majowy, ale tylko dlatego, że go wcześniej odpracowaliśmy!).

W związku z tym, nie raz, i nie dwa, przechodziłam ciężkie chwile, wstając w kolejną sobotę rano z porannymi mdłościami. Albo w kolejny piątek, przygotowując się do zajęć ze świadomością, że moje koleżanki-mamy szykują się na rodzinne wycieczki, wspólne pieczenie ciasteczek, wizytę rodziców, czy babski wypad do centrum miasta. A jednak, pomimo wszystkich niewygód i niedogodności, zachęcam wszystkie mamy do studiowania i rozwijania swoich pasji. Śpieszę z wyjaśnieniem dlaczego.

Dumna mama dumnych dzieci

Nie chcę być tyko dumną mamą swoich dzieci. Chcę, żeby także dzieci mogły być dumne ze mnie. Pragnę imponować im swoją wiedzą i umiejętnościami nie tylko gdy mają rok, dwa czy trzy lata – umówmy się, to nie aż takie trudne – ale także jako nastolatkom (czy to w ogóle możliwe?), a potem dorosłym ludziom. Dzieci stanowią niesamowitą inspirację i motywację do rozwoju, a tylko rozwijający się rodzic może zainspirować i zmotywować swoje dzieci – koło się zamyka. Czy może raczej: spirala się nakręca. Koniec końców, po to wychowuje się dzieci, żeby w końcu opuściły dom rodzinny – a co wtedy ze mną?

Więcej znaczy…więcej

Moje zdolności organizacji pracy znacząco wzrosły od kiedy muszę żonglować większą liczbą obowiązków. Stałam się mistrzynią wykrawania i wykorzystywania najkrótszych odcinków czasu: W. wchodzi do klubu malucha i – czas, start! – cała godzina na sprawdzanie notatek z ostatnich zajęć i powtórkę materiału. Akurat ładnie się bawi i nie potrzebuje mojego udziału? Jest z tatą? Sami-wiecie-czym się zajmuję. Ma drzemkę? No dobra, przyznaję, w trzecim trymestrze ciąży nie daję rady i drzemkę akurat mamy razem :-D . A jeśli nie zdążę popracować w ciągu dnia, zawsze pozostaje wieczór (i noc), albo chociaż leżąc już w łóżku, mogę posłuchać przed zaśnięciem nagrań wykładów z internetu.

Odrębną kwestią jest fakt, że dzięki mojemu „podwójnemu życiu” staję się lepszą mamą. Zazwyczaj hołduję zasadzie, że mniej znaczy więcej. W tym przypadku jest jednak odwrotnie. Podczas nauki zyskuję dystans do spraw domowych i mogę zatęsknić za synkiem i życiem domowym. Z drugiej strony moja rodzina ma okazję docenić moją codzienną mrówczą pracę, kiedy zostaje pozbawiona jej efektów i musi radzić sobie sama.

Szersze horyzonty

Jestem pełna podziwu dla kobiet (a właściwie przy obecnym, stale rosnącym równouprawnieniu, powinnam pewnie napisać: osób), które z radością pozostają w domu i poświęcają się dla dobra swojej rodziny. Jednocześnie mam świadomość, że ja i wiele innych osób tak nie potrafi – potrzebują tego równie nieokreślonego, co absolutnie niezbędnego „czegoś jeszcze”. Wartością płynącą ze studiów, prócz samej nauki oczywiście, jest poznawanie interesujących ludzi, którzy nie mówią nieustannie o dzieciach (sic!) i możliwość poszerzenia swojej wiedzy z wielu różnych dziedzin, niekoniecznie stricte związanych ze studiami.

Ostatnio właśnie z grupą takich energicznych, błyskotliwych towarzyszy wybrałam się do knajpy świętować swoje urodziny. Cudownie było znów zobaczyć centrum Poznania po zmroku! Poczuć tę rozluźnioną atmosferę sobotniego wieczoru w pubie z przyjaciółmi (naturalnie w moim przypadku tylko przy soczku, nie wpłynęło to jednak w najmniejszym stopniu na moje poczucie upojenia chwilą)!

Co prawda musiałam stanowić dość egzotyczny widok, bo choć szukając odpowiedniego miejsca odwiedziliśmy kilka zatłoczonych lokali, nigdzie nie spotkałam innej kobiety w zaawansowanej ciąży. W jednym z barów, zaraz przy wejściu, kolega nawet oświadczył, że wychodzimy, bo od samych oparów moje dziecko dostanie FAS ;-) . Moim zdaniem warto wychodzić w ciąży do ludzi, bo po porodzie staje się to na dłuższy czas znacznie trudniejsze, o ile nie niemożliwe.

Z drugiej strony, w naszej paczce byłam nie tylko jedyną ciężarną, i jedyną mamą, ale także jedyną mężatką – może więc jest w tym coś więcej i należę do mniejszości w społeczeństwie, zepchniętej na kanapowy margines? Dziewczyny, nie dajcie się! Ciąża to nie choroba, a macierzyństwo to nie koniec życia towarzyskiego! Nałóżcie na twarz barwy wojenne i noc jest Wasza! A że kondycja już nie ta, co na studiach, i będzie to trzeba odespać… Co to ja pisałam o drzemce?

PS Szukając ilustracji do tego wpisu,przeglądałam w google obrazy do haseł: „pregnant and happy” (same ciężarne na tle natury), „active pregnant” (ciężarne biegną na tle natury) i „pregnant night out” (jakiś koszmar, spocone ciężarne w zbyt obcisłych sukienkach z za dużymi dekoltami). Poddałam się. Może społeczeństwo jednak chce nas na kanapowym (lub leśnym) marginesie?

Le dilemme

Przeczytałam dziś któryś już z kolei zapis przeżyć kobiety w ciąży, której dziecko było poważnie chore i z góry skazane na krótkie życie (o ile w ogóle miało szansę się urodzić) – i, jak za każdym razem, nie byłam w stanie powstrzymać łez wzruszenia.

Nie mogę powiedzieć, żebym rozumiała jaki jest sens cierpienia tak małych dzieci i ich rodziców. Mogę jedynie powiedzieć, że ich historie uczą mnie doceniać to, co mam: że W. urodził się bez komplikacji, że jest zdrowy i prawidłowo się rozwija. W tym morzu nieszczęść – z jednej strony dramatu tych, którzy pragną dziecka i nie mogą go mieć; z drugiej strony tragedii rodziców, których dzieci dotknęła ciężka choroba – zakrawa na prawdziwy cud, że nasze Maleństwo jest z nami, gaworzy, uśmiecha się…

Czytając o przeżyciach, które przecież mogły równie dobrze stać się naszym udziałem, odnajduję w sobie nowe pokłady empatii i pokory. W odniesieniu do głośnej ostatnio tzw. „sprawy profesora Chazana” spotkałam się z wieloma bardzo stanowczymi opiniami na temat tego, co lekarz powinien, albo co powinni byli zrobić rodzice. Mnie jednak na taką nie stać. Sądzę, że w pewnych okolicznościach nie ma właściwych odpowiedzi. Jedyne co mogę powiedzieć na ten temat to: Boże, dziękuję Ci, że oszczędziłeś nam takich dylematów.

Le mariage

malzenstwo

We Francji Narodowy Fundusz Zdrowia refunduje zabiegi korekcji biustu oraz stymulacji mięśni Kegla po ciąży. Odbywa się to w ramach przeciwdziałania narastającej lawinowo w tym kraju fali rozwodów. Na podstawie statystyk ustalono, że do rozwodów dochodzi często po narodzinach dziecka, z czego wysnuto wniosek, że przyczyną braku zadowolenia małżonków są zmiany zachodzące w kobiecym ciele po ciąży (sic!).

Z rozmów małżeńskich:

- Naprawdę TERAZ Ci się podobam?

- Nie. Ty mi się podobasz ZAWSZE. Podobałaś mi się w trakcie ciąży, podobałaś mi się przed ciążą, i teraz też mi się podobasz.

- Jak to jest możliwe?

- Bo Cię kocham.

La narodziny

Dzisiaj wyjątkowo wpis dokonam ja, czyli T.
Mam niezmierną przyjemność ogłosić wszem i wobec, że dzisiaj o godzinie trzynastej minut dziesięć, moja ukochana małżonka urodziła, trzymając się konwencji tego bloga, W. Chłopczyk, po tacie, czyli mnie, okazał się okazem zdrowia. Będąc kompaktowych wymiarów, nie nadwyrężył zbytnio sił M. Ale zaznaczam łatwo nie było. Świeżo upieczona mama, jak i najmłodszy w rodzinie czują się bardzo dobrze. To bardzo dobrze to też ma po mnie.

M. się pewnie zdenerwuje, ale synu za kilka lat będziesz się tym zachwycał.

La patience

Będąc w ciąży zrozumiałam, że gdy lekarz mówi – tak jak powiedział dziś, tydzień temu, jak również trzy tygodnie temu -  „w każdej chwili”, to oznacza rzeczywiście w KAŻDEJ chwili. Czyli równie dobrze teraz, jak za godzinę, czy za tydzień. Nigdy nie byłam szczególnie cierpliwą osobą, ku wiecznej zgryzocie mojej mamy. Tymczasem ciąża jest dla mnie ogromną lekcją cierpliwości i pokory. Gdy dysponuje się ciałem o przesuniętym środku ciężkości oraz dość ograniczonym polu manewrów, już tak proste czynności jak wstawanie, kładzenie się we względnie wygodnej pozycji (by po 5 minutach wstać do toalety i po powrocie ponownie szukać względnie wygodnej pozycji, etc., etc.), czy zakładanie skarpetek, stanowi nie lada trening cierpliwości.

Myślę, że ten szczególny czas dziewięciu miesięcy przed porodem mówi bardzo wiele o macierzyństwie. Matka wciąż na coś czeka. Na pierwszy ząbek. Pierwszy krok. Pierwsze słowo. Po jej głowie nieustannie kołacze się jakieś „kiedy?”. Kiedy spadnie gorączka? Kiedy pójdzie do szkoły? Kiedy wreszcie zmądrzeje? Kiedy mnie odwiedzi?

Może zachęcać, grozić, prosić i tłumaczyć, ale w ostatecznym rozrachunku przede wszystkim musi czekać. Doprawdy nie mam pojęcia jak te heroiczne kobiety to robią! Ze swojej strony wypróbowałam już wszystkie naturalne przyśpieszacze porodu – i nic. Teraz pozostała mi już tylko przemiana w heroiczną Matkę Polkę.