La maison

Wracamy do siebie po podróży. Mam cudownego, najlepszego na świecie Męża! Dzisiaj rano zajął się cichutko naszą pociechą, a ja mogłam w tym czasie zdrzemnąć się jeszcze godzinkę po raz pierwszy od… w zasadzie nie pamiętam od kiedy! Obudziłam się wypoczęta i przepełniona bezbrzeżną wręcz miłością do Współmałżonka. Polecam na zacieśnienie więzi!

A po wyjeździe pozostały mi takie refleksje:

1. nie ma osoby zdolnej nie uśmiechać się w towarzystwie niemowlęcia. Nasz mały W. działa na atmosferę niezawodnie niczym promień słońca wpadający do pokoju.

2. nowy członek rodziny bardzo ją integruje. Wszystkie babcie i ciocie chcą koniecznie zobaczyć maleństwo, oraz nadzwyczaj zgodnie rozpływają się nad jego urodą :-)

L’explication

86361Muszę usprawiedliwić swoją przedłużająca się nieobecność na blogu: podjęłam pracę zdalną. Opiekę nad trzymiesięcznym Synkiem oraz zajmowanie się domem łączę obecnie pięć dni w tygodniu z pracą przed komputerem, co powoduje, że primo na widok monitora w czasie wolnym dostaję wysypki, oraz secundo mam nieustające wyrzuty sumienia, że nie wkładam całego serca w wychowywanie naszego upragnionego i wyczekiwanego dziecka. Tymczasem rozwój małego człowieka nie codziennie stanowi wielką przygodę… W zasadzie to przez większość dni stanowi powtarzalną rutynę, i gdybym nie zdecydowała się chociaż na taką formę oderwania myśli od domu, podejrzewam, że dawno bym zwariowała.

Na dodatek jakiś czas temu spotkałam się w internecie z tekstem, którego autor dowodził, że matki zajmujące się dziećmi w domu są leniwe, zaniedbane i żerują na społeczeństwie. Nieszczególnie zachęca mnie to do dalszego dzielenia się własnymi przemyśleniami.

Nie znam wielu osób w mojej sytuacji, mogę więc mówić tylko o osobistym doświadczeniu. Gdyby płacono mi za moje codzienne zajęcia w domu, można byłoby nazwać mnie gosposią, sprzątaczką i całodobową opiekunką do dziecka – a przecież nikt rozsądny nie oświadczy wszem i wobec, że przedstawicielki tych profesji w pracy się lenią.

Ponadto pracuję zdalnie, a wierzcie mi, że nie łatwo jest pracować przy niemowlęciu, które notorycznie odmawia ucięcia sobie drzemki. Jeśli wykonując wszystkie te czynności, oraz budząc się kilka razy każdej nocy na karmienie, ktoś znalazłby jeszcze czas, ochotę i energię na fitness (wciśnięty gdzieś pomiędzy karmienia, które u nas przypadają średnio co 1,5 godziny) i codzienne robienie makijażu – moje gratulacje! Ja nie znajduję. A urlopu macierzyńskiego nie dostaje się za piękne oczy – trzeba na niego zapracować.

Komu więc zawadzają kobiety na, za przeproszeniem, „urlopie” macierzyńskim, radzę przekonać się na własnej skórze jak taki urlop wygląda.

Mon Amour

Dokładnie 30 lat temu na świat przyszedł mój kochany T. I mimo, że spośród tych 30 lat ja znam go zaledwie od 2,5 roku, nie wyobrażam sobie życia bez niego.

Bez jego delikatnych dłoni, które głaszczą mnie po włosach, i robią pyszne kanapki.

Bez jego silnych ramion, które przygarniają mnie w trudnych chwilach, i noszą ciężkie zakupy.

Bez jego szczerego, chłopięcego uśmiechu.

Bez jego mądrych, dobrych oczu.

Bez jego głupich dowcipów, które zawsze mnie rozśmieszają.

Bez jego zamartwiania się problemami całego świata, i to z pięcioletnim wyprzedzeniem.

Bez jego ciepłej, sennej obecności w łóżku, kiedy nagle budzę się wystraszona w środku nocy.

Kochany T., dom jest tam, gdzie Ty. Dlatego w dniu urodzin dedykuję Ci Caledonię, mimo, że jesteś o wiele przystojniejszy niż Gerard Butler.

Le massage

Przemeblowanie. Przekładanie, ustawianie, wycieranie, porządkowanie, wyrzucanie…
A kręgosłup krzyczy: „Nie, nie, nie! „.

Ze scen domowych. Typowa sielanka małżeńska, czyli mąż masuje plecy żonie. Nagle rzuca beznamiętnie:

- Chyba masz cellulit na plecach.

Żona (PRZERAżona podskakuje jak OPArzona):

- CO?! JAK TO??! NA PLECACH?!!!!!

Mąż (niewzruszony):

- No, te takie jasne kreseczki.

Żona (która o mało palpitacji serca nie dostała):

- To się nazywa ROZ-STĘ-PY!

Mąż (jak gdyby nigdy nic):

- A, no tak. Rozstępy.

Kurtyna.

Dla mojego kochanego T. piosenka z przesłaniem: „You’d better think about what you’re trying to do to me”

togetherness II

Wczoraj właśnie minęły trzy miesiące od dnia mojego ślubu z T. Nie tak dawno brałam udział w żarliwej dyskusji na temat „dlaczego mężczyźni nie chcą się żenić” a zaraz potem „dlaczego lepiej żyć w konkubinacie niż w małżeństwie” na innych blogach. Koleżanki ostrzegały, że „małżeństwo to szaleństwo”, że tyle wokół rozwodów, że człowiek może się zmienić… W związku z powyższym przyszło mi do głowy pytanie, co też się zmieniło w moim życiu od czasu zawarcia związku małżeńskiego. Co tak dramatycznie odmieniło moją sytuację życiową, że rosnąca grupa młodych ludzi nie rozważa nawet podjęcia kroków zmierzających w tym kierunku?

Naturalnie można mi zarzucić brak doświadczenia w omawianej kwestii – czymże są 3 miesiące wobec całego życia? Jednak w przeciwieństwie do wielu moich rówieśników decyzję tą mam już za sobą, podjęłam ją świadomie i z pełną determinacją wytrwania w złożonej przysiędze, a to już może stanowić o znacznej różnicy doświadczeń. Ponadto Ci, którzy mnie znają, wiedzą aż nazbyt dobrze, że brak doświadczenia jeszcze nigdy nie przeszkodził mi w wyrażeniu swojej opinii.

Zmieniło się bardzo wiele. Zamieszkaliśmy razem, a co za tym idzie, zaczęliśmy dzielić się obowiązkami domowymi, planować wspólne wydatki, wspólnie gotować i wspólnie sypiać. Czasem ja piorę jego skarpetki, czasem on pierze moje. Tworzymy rodzinę. Dom, do którego chciałoby się wracać jak najszybciej, i do którego chcielibyśmy zapraszać przyjaciół oraz rodzinę.

Zaczęliśmy brać pod uwagę swoje plany przy podejmowaniu decyzji. Nim poszłam na kolejne studia podyplomowe przedyskutowaliśmy najpierw czy damy radę nie widywać się przez dwa dni w tygodniu i zrezygnować z pieniędzy, które mogłabym w tym czasie zarobić. Bierzemy za siebie odpowiedzialność. Jeśli mój mąż coś obiecał, zrobię wszystko, żeby umożliwić mu wywiązanie się z tej obietnicy i wiem, że on postąpiłby tak samo wobec mnie. Ufamy sobie we wszystkim, mamy wspólne konto.

Właśnie zapytałam T. co dla niego się zmieniło, a on, jak to on rzucił krótko „Jest po prostu lepiej”, a po chwili zastanowienia dodał „Moje życie jest Twoim życiem”, i ta definicja najbardziej przypadła mi do gustu. Im dłużej piszę, tym bardziej przekonuję się, że z małżeństwem jest trochę tak, jak z wiarą –  jak powiedział ksiądz Peyramale: „Wierzący nie potrzebują żadnych wyjaśnień; wyjaśniać niewierzącym jest rzeczą niemożliwą.”

„Wyznanie”

kocham Twoje kapcie

porzucone zawsze jak bloki startowe

z których wprost wyskoczyłeś i pobiegłeś w świat.

kocham Twoje okruszki

które nie istnieją w Twoim świecie

tylko w moim.

kocham Twój dzbanek do herbaty

na którym kompletnie nie robi wrażenia

ile razy go szoruję.

dotykam czule czajnika

woda po Twojej porannej herbacie

jeszcze ciepła.

Both sides now

Spędzamy z T. i szwagierką weekend u teściów. Szwagierka w dalszej części tego bloga będzie zwana A., ponieważ:

1. za często tu się pojawia, żeby za każdym razem nazywać ją przydługim mianem szwagierki,

2. szwagierka nie brzmi jakoś specjalnie sympatycznie, a A. to bardzo sympatyczna osoba a zarazem najbliższa siostry istota jaką na tym świecie posiadam.

Dochodzę do przekonania, że połączenie w akcie małżeństwa dwóch rodzin to ogromne błogosławieństwo. Pomyślcie tylko: podwójne domowe obiadki, dodatkowe rodzeństwo, z którym można się wygłupiać i przedrzeźniać, dwa razy więcej urodzin i imienin, dwa razy więcej pretekstów do spotkań rodzinnych i, ma się rozumieć, dwa razy więcej śmiechu oraz rozmów o życiu i śmierci (niekoniecznie w tej akurat kolejności)!

Wybrałyśmy się dziś z A. do jej kuzynki, która mieszka nieopodal z mężem, dwójką przeuroczych synków, psem oraz rybkami. Nie sposób wręcz uwierzyć ile miłości mieści się w ich malutkim mieszkanku. Od pierwszego momentu gdy weszłam do tego domu poczułam się wciągnięta w sam środek ich życia, zupełnie jakbyśmy byli starymi przyjaciółmi. Starszy synek zaanektował moje kolana, młodszy co jakiś czas przybiegał zaprezentować którąś z zabawek, a gospodarze ze swadą opowiadali historie pełne życia i radości. Jak bardzo tego potrzebowałam! Jak bardzo potrzeba takich ludzi i takich domów!

Teraz siedzę sobie i piję gorące kakao w gigantycznym kubku przyrządzone specjalnie na moją prośbę przez tatę T. i jest mi dobrze. Niech żyje weekend! Niech żyje rodzina!

Hey, Mr. Postman!

Zastanawiałam się co zrobić, żeby dostać jakąś wiadomość od przyjaciół. Okazało się, że wystarczy wyjechać z Poznania.

Będąc u rodziców odebrałam zaadresowaną na mój panieński adres pocztówkę z Lofoten w Norwegii. Na zdjęciu plaża piękna jak z bajki z turkusową wodą, białym piaskiem i zapierającymi dech w piersiach górami w oddali (koniecznie „wygooglujcie” zdjęcia, to jedno z 5 miejsc polecanych przez alltravelingtips.com jako coś, co w życiu trzeba obowiązkowo zobaczyć, ale nie jest powiedziane, że trzeba tam od razu pojechać). Pozwolę sobie zacytować treść wiadomości, ponieważ uważam ją za absolutnie uroczą. Oto ona:

„Cześć M.

niestety jeszcze nie mam Twój nowy adres. J. i ja jesteśmy na Lofoten. Byliśmy już na tym plażu na pocztówcy, ale woda jest bardzo zimna. Nie jak w Polsce. Mam nadzieję, że Was Honeymoon było super.

Serdecznie pozdrawiam Cię i Twoja rodzinę,

A. (z J.)”

Tymczasem na skrzynkę mailową, której z reguły nie otwieram w niedzielę nadeszła lawina maili,z którą aktualnie usiłuję się uporać. Może zainteresuje Was jak też próbuję wyłuszczyć M. sprawę mojej wizji na urządzenie mieszkania:

„Styl…hmm, chyba to, co najczęściej wpada mi w oko można by nazwać stylem retro. Przy czym nie chodzi mi tu o takie wielkie ciężkie meble á la królowa Victoria, raczej chodzi o klasyczną elegancję i funkcjonalność. Żadnych wściekłych kolorów, foteli z rakiet kosmicznych itp. Z drugiej strony nie chcę zrobić sobie w domu biura czy hotelu z tą typową zimną, oficjalną atmosferą. Ma być przytulnie i domowo, ale też nie sielsko z glinianymi dzbanami i szarymi lnianymi workami na poduszki. Wiesz o co mi chodzi?”

Taaaak…Czy już wspominałam, że uwielbiam listy?

homecoming

„Wracam do domu”, pomyślałam idąc nieśpiesznym wakacyjnym krokiem. Słońce przyjemnie grzało mi plecy. Do domu.
Jak to się zmienia! Jeszcze niedawno dom był tam, na prowincji, wśród pól i lasów. Rodzina bocianów z pobliskiego gniazda zlatywała się o świcie przed domem na śniadanie. Sarny podgryzały nam młode jabłonki w ogrodzie. Jadąc samochodem trzeba było uważać na wędrujące gromady dzików, które zawsze bardzo karnie przechodziły przez jezdnię równiutkim rzędem: dorosły (tata? mama?) dzik, w środku małe i na końcu znów dorosły. Wrzask, bo przecież nie śpiew, ptaków o wschodzie słońca był nie do wytrzymania, budzik stał w zapomnieniu zupełnie bezużyteczny. A teraz nagle dom w Poznaniu.
I to wcale nie jakiś wymuszony, wyuczony „dom”, bo gdzieś przecież trzeba wracać, ale prawdziwie przyjęty sercem, własny. Taki, w którym rano codziennie o 7.15 słychać dzwony kościoła wygrywające melodię „Kiedy ranne wstają zorze..”, a wieczorem o 21.00 „Apel jasnogórski”. Koniec końców, szykując sobie kanapki na śniadanie podśpiewuję sobie „Bądź pochwaalon Boże wielki!”. A czemu by nie miał być pochwalon, owszem, kanapki bardzo smaczne.
Sąsiedzi z góry grywają popołudniami na pianinie standardy jazzowe, a sąsiedzi z dołu mają małe dziecko i jeszcze nie za bardzo wiedzą co robić, żeby przestało płakać. Zauważyłam, że kiedy sąsiedzi z góry grają na pianinie, dziecko z dołu nigdy nie płacze. No, ale co ja tam wiem, może akurat wtedy śpi albo jest na spacerze.
Zresztą na brak dzieci narzekać nie można, w budynku obok jest przedszkole i maluchy spędzają sporą część dnia na placu zabaw, sypiąc się piaskiem, wyrywając sobie wiaderka i tłukąc się nawzajem szpadelkami na zdrowie, tuż pod moimi oknami. Nawet w naszym mieszkaniu, które właśnie urządzamy jest zostawiony pokój „dziecięcy”, bo kto wie, może już niedługo, może już wkrótce…dołączy jeszcze jeden/jedna wojownik/wojowniczka na piaskownicowym placu boju. A tak, „w naszym”, bo dom to dla mnie przede wszystkim ludzie, rodzina, a od miesiąca moją rodziną jest T. Właśnie słyszę zgrzyt jego klucza w zamku. Będziemy dzisiaj piec muffinki. Trzeba się trochę wreszcie dać zamerykanizować!

A dla Was „Sielanka o domu” Wolnej Grupy Bukowina, bo tak to właśnie wymarzyłam:

A jeśli dom będę miał,
To będzie bukowy koniecznie,
Pachnący i słoneczny.
Wieczorem usiądę – wiatr gra,
A zegar na ścianie gwarzy.
Dobrze się idzie panie zegarze,
Tik tak, tik tak, tik tak.
Świeca skwierczy i mruga przewrotnie,
Więc puszczam oko do niej,
Dobry humor dziś pani ma, / x2

ref.
Szukam, szukania mi trzeba,
Domu gitarą i piórem,
A góry nade mną jak niebo,
A niebo nade mną jak góry.

Gdy głosy usłyszę u drzwi
Czyjekolwiek, wejdźcie, poproszę
Jestem zbieraczem głosów,
A dom mój bardzo lubi, gdy
Śmiech ściany mu rozjaśnia
I gędźby lubi pieśni,
Wpadnijcie na parę chwil
Kiedy los was zawiedzie w te strony,
Bo dom mój otworem stoi
Dla takich jak wy, /x2

Zaproszę dzień i noc,
Zaproszę cztery wiatry.
Dla wszystkich drzwi otwarte,
Ktoś poda pierwszy ton,
Zagramy na góry koncert.
Buków porą pachnącą
Nasiąkną ściany grą,
A zmęczonym wędrownikom
Odpocząć pozwolą muzyką,
Bo taki będzie mój dom /x3