La plaisir

Bycie matką jest niezwykle fizycznym doznaniem. Od pierwszych odczuwalnych ruchów dziecka wewnątrz własnego ciała, poprzez poród, a potem karmienie piersią jest to wręcz organiczny (niekoniecznie zawsze przyjemny) kontakt z dzieckiem.

Wielką przyjemność sprawia mi zapach moich dzieci. Dotyk ich aksamitnie gładkiej skóry. Delikatne jak puch włoski. Ciepło ich małych, przytulonych do mnie ciałek – tak rozczulająco ufnych we śnie. Równomierny, spokojny oddech na mojej szyi. Mała rączka w mojej dużej dłoni.

Le temps

Bycie rodzicem sprawia, że czas ulega zakrzywieniu. Patrząc na dzieci widzimy swoją przeszłość. Przypominamy sobie nagle dawno zapomniane wydarzenia, smaki, zapachy… Znów możemy wejść do świata fantazji jako pasażerowie na gapę.

Wpatruję się twarzyczkę mojego trzymiesięcznego synka. Maluje się na niej tyle uczuć! Zabawnie marszczy brwi, to znów je unosi niby w zdziwieniu, to uśmiecha się, to znów porusza ustami jakby chciał coś powiedzieć. Chwilami przypomina mi swoją babcię, innym razem kogoś z wujostwa, i zastanawiam się, czy rzeczywiście tak mogli wyglądać w dzieciństwie. Patrząc tak na niego mam wrażenie, jakbym spoglądała w przeszłość, poprzez całe pokolenia przodków, których mądrość w sobie nosi.

Kiedy zasypia, odkładam go delikatnie do łóżeczka i przechodzę do pokoju obok, gdzie czeka na mnie już trzy lata później, pełen energii i pomysłów, gadając jak najęty. Patrząc na starszego synka, nachodzi mnie refleksja na ile udało mi się zapewnić mu takie dzieciństwo, o jakim dla niego marzyłam gdy był w wieku tego młodszego – maleńki, bezbronny, czysty niczym tabula rasa. Czy spełniłam złożone sobie w duchu obietnice? Czy nie zawiodłam jego zaufania?

Dzieci patrząc na nas, widzą swoją przyszłość.

Amour

Ostatnimi czasy sporo uwagi poświęcam procesowi wychowania (takie uroki posiadania w domu zbuntowanego trzylatka) i w ramach próby nabrania dystansu do bieżących wydarzeń zaczęłam po raz kolejny się zastanawiać jaki tak właściwie jest cel rodzicielstwa. Teoretycznie – przekazanie kolejnemu pokoleniu swoich genów, wiedzy i majątku. Ale to odpowiedź, która nie wyczerpuje złożoności tematu, ani z pewnością nie zadowala nikogo, kto podjął się trudu opieki nad małym człowiekiem. Bo przecież rodzice adopcyjni przeżywają swoje rodzicielstwo równie autentycznie co rodzice biologiczni (a  często także bardziej świadomie). Co do wiedzy… Różnie z tym bywa. Może nam jej brakować, dzieci mogą nie chcieć z niej korzystać. A majątek to raczej zbyt duże słowo na określenie tego, co większość z nas ma, rozpoczynając życie rodzinne.

Daleka jestem także od uzasadnień typu: „będzie ci miał kto podać szklankę wody na łożu śmierci”. Smutna prawda jest taka, że nie wiadomo kto kogo przeżyje, ani w jakich relacjach będziemy z dziećmi gdy dorosną. A propos, właśnie przypomniał mi się skecz Bautroczyka – może znacie?

Nie, myślę, że relacja dziecko-rodzic ma miejsce tu i teraz – nie ma żadnego mitycznego „potem”, kiedy to dziecko nam się odpłaci za całe to wycieranie pupy, czyszczenie nosa, serwowanie bio warzyw i owoców i czyszczenie ciastoliny z dywanu. Dziecko TERAZ jest piękne i urocze, słodko się uśmiecha, kocha nas tak jak potrafi – i to już jest nasza nagroda. Nie dostaniemy złotego medalu, dyplomu dobrego rodzica i uścisku ręki prezesa. Nikt nawet nie przyjdzie poklepać nas po plecach i powiedzieć: „dobra robota”.

Sądzę więc, że prawdziwym celem rodzicielstwa jest nauka prawdziwie bezinteresownej miłości. Miłości, która każe zatracić samego siebie, zrezygnować z instynktu samozachowawczego i funkcjonować niczym zombie – bez snu, bez gorących posiłków, bez kofeiny i alkoholu w roli wspomagacza, bez czasu dla siebie i współmałżonka – a jednocześnie cierpliwie zaspokajać nieustające potrzeby małego człowieka. Wychowywać, chronić, dbać, pieścić – a potem wypuścić go w świat, wolnego jak ptak.

Ça ne sera rien!

Nasz trzyletni synek już od progu wołał dziś do wracającego z pracy taty:

- Tato, pobaw się ze mną!

- Dobrze synku, muszę się najpierw przebrać w domowe ubrania.

Kilka minut później, gdy usiedliśmy z mężem przy kawie, mały W. ponowił prośbę.

- Tato, pobaw się ze mną!

- Chwileczkę, dopiero wróciłem z pracy. Daj mi chwilę odpocząć…

- Tato, chodź do mojego pokoju i się ze mną pobaw! – Powtarzał raz po raz W. ponaglającym tonem, kiedy nagle nasz niemowlak zaczął płakać, więc mąż wziął go na ręce. Starszy synek stanął na środku kuchni, załamał ręce teatralnym gestem i oświadczył:

- No i nici z zabawy!

C’est la vie

Bywa i tak.

Kiedy urodził się nasz pierwszy syn, zostaliśmy zasypani kartkami z gratulacjami. Wszystkie zachowałam skrzętnie na pamiątkę, żeby W. mógł zobaczyć jak wiele osób cieszyło się nim razem z nami. Z okazji narodzin drugiego syna przyszła dokładnie jedna taka kartka. Uznałam to za naturalny obrót spraw, postawiłam kartkę w widocznym miejscu i poszłam spać.

Następnego poranka (i wiele pobudek później) moim na wpół przytomnym oczom ukazał się mój pierworodny, wbiegający do sypialni i już od progu wołający:

- Mamo, mamo, zobacz jak pięknie wyciąłem!

Rysunek różowego dzidziusia w jego dłoni rzeczywiście został bardzo ładnie wycięty…
Z tej jednej, jedynej kartki z gratulacjami z okazji narodzin jego młodszego brata. Przez chwilę miałam ochotę się rozpłakać.

No cóż… To ja zawsze zachęcałam W. do nauki wycinania. Co więcej, sama dałam mu kiedyś podczas sprzątania stare kartki pocztowe, żeby mógł sobie powycinać obrazki.

Takie życie młodszego, synu. C’est la vie.

Le rire

Po całym dniu zmagań z dwójką maluchów nadciąga wreszcie wieczór. Nasz przedszkolak, o ile nic się nie wydarzy, zostaje spacyfikowany aż do 6:00 następnego dnia, zaś noworodek… Cóż, powiedzmy, tymczasowo spacyfikowany. Może na pół godziny, a może nawet na dwie? Pomarzyć zawsze można.

Leżymy z mężem w łóżku i śmiejemy się do rozpuku z dowcipów w rodzaju tych, które się opowiada na koniec dobrej imprezy, kiedy nikomu już nie przeszkadza, że same w sobie są raczej średnio zabawne. Nie możemy robić hałasu, bo obok śpi maluszek – tym bardziej więc chce nam się śmiać. Jak wtedy, kiedy jest się dzieckiem w kościele, i im bardziej potępiające spojrzenia posyłają nam starsze panie ze swoich ławek, tym bardziej nie można opanować wybuchu wesołości. Chichoczemy jak opętani i ocieramy łzy z policzków.

Jesteśmy wykończeni, ale szczęśliwi.

Le balcon

Mój czas płynie teraz inaczej, więc też i historia, którą opowiadam nie będzie odtąd się toczyć linearnie.

Siedzę na balkonie skąpanym w promieniach popołudniowego słońca. Chłopiec tak mały, że można by go prawie trzymać w jednej dłoni, śpi spokojnie w wózku. Wzdłuż balkonu przechadza się jego starszy brat w kolorowych szortach i ze śmiechem prezentuje mi sposoby poruszania się różnych zwierząt. W oddali rozlegają się kościelne dzwony wzywające wiernych na mszę, i sama już nie wiem czy to mój skrajnie niewyspany umysł płata mi figle, czy rzeczywiście słyszę głęboki baryton nucący coś na kształt buddyjskich pieśni modlitewnych. Brzmi to pięknie i nierealnie.

Jestem mamą dwóch synków.

Les mots

źródło: fdn.pl

źródło: fdn.pl

W ramach relaksu wakacyjnego wzięłam się za lekturę łatwą, lekką i przyjemną – „Dom w Riverton” autorstwa Kate Morton. Z przykrością stwierdzam po raz kolejny, że polskie wydawnictwa nie szanują czytelnika i albo sądzą, że błędów stylistycznych nie zauważy, albo że mu takie błędy nie przeszkadzają. Otóż ja zauważam i mi przeszkadza chociażby taki szczegół jak fakt, że podczas jednej i tej samej sceny narracja przez jeden akapit odbywa się w czasie teraźniejszym (idę, robię, widzę, itp.) a już w następnym akapicie w czasie przeszłym (powiedziała, spojrzała, poszła, itp.), przy czym w tym miejscu nie jest to zabieg celowy autorki, a zwykła niechlujność. Nie wiem ile aktualnie wynosi pensja korektora tekstu, ale zdecydowanie powinna zostać podniesiona, a czas na korektę wydłużony, bo takie błędy nie stanowią już wyjątku, ale regułę.

Mimo, że książka – utrzymana w konwencji „Pokuty” Iana McEwana – miała być zaledwie odskocznią, natknęłam się w niej na fragment, który skłonił mnie do refleksji:

„Dziecko zabiera ci kawałek serca i robi z nim co tylko zechce, ale z wnuczętami jest inaczej. Nie ma poczucia winy i odpowiedzialności, które ciąży na macierzyństwie. Droga do miłości jest wolna.”

Nie mogę powiedzieć, żeby jakaś część mnie nie zgadzała się z tym stwierdzeniem, a jednak… Myślę, że to nie do końca tak, że na dziadkach nie spoczywa odpowiedzialność. Być może (nie mam wszak doświadczenia w tym względzie) dziadkowie nie odczuwają tak wielkiej odpowiedzialności, jednak ona istnieje i nawet czasem myślę, że w pewnym sensie jest większa niż ta, która tak doskwiera rodzicom.

Rodzice są odpowiedzialni w sposób bardzo oczywisty: za zdrowie i życie dziecka, za jego sytuację materialną, edukację i poczucie bezpieczeństwa. Owszem, mają każdego dnia milion możliwości popełnienia dużych i małych błędów, ale mają też tyleż samo możliwości by te błędy naprawić.

Tymczasem dziadkowie najczęściej widują wnuki sporadycznie, więc ich słowa i czyny siłą rzeczy bardziej zapadają dzieciom w pamięć. Dobrze, gdy są to miłe wspomnienia typu: „dziadek umie rozpalić ognisko”, „babcia robi pyszne ciasto”. Niestety, przy całej swojej dobrej wierze dziadkowie (podobnie jak inne dorosłe osoby) lubią sobie upraszczać życie poprzez segregowanie i szufladkowanie. Tymczasem dzieci ze swej natury są zmienne: mają do dyspozycji cały wachlarz zachowań, z którego bardzo chętnie korzystają w zależności od dnia, sytuacji i nastroju.

Wielu rodziców także popełnia ten błąd i mówi: „Zenek to taki nasz rodzinny urwis.”, „Zdzisio jest ostatnią ciamajdą, wszystko mu z rąk leci. Za to Zbynio jest taki zdolny, prawdziwy z niego geniusz! Aż trudno uwierzyć, że są braćmi!”. Pomijam już fatalną praktykę porównywania dwóch zupełnie odrębnych ludzi (często w ich obecności), która nie służy niczemu dobremu. Rzecz w tym, że rodzice, jeśli już wypowiadają tego typu opinie, mają znacznie więcej „materiału dowodowego”. Tymczasem dziadkowie, widujący wnuki raz na jakiś czas również bardzo chcą wiedzieć i samodzielnie orzec jaki ten czy inny wnuk właściwie jest. To bardzo praktyczne podejście – pomaga postępować z dziećmi w skuteczny sposób i porządkuje świat w naszym odbiorze. A jednak dla dzieci, które chłoną wszystko jak gąbka i wierzą, że każdy dorosły mówi zawsze prawdę, takie podejście jest niezwykle krzywdzące.

Niezależnie od tego, czy mówią to rodzice, dziadkowie, czy nauczyciele (a najczęściej mówią oni jednym głosem, bo mało co sprawia dorosłym taką przyjemność jak znalezienie potwierdzenia swojej „diagnozy” u innych dorosłych), opinia otoczenia na temat dziecka kształtuje zarówno sposób, w jaki jest ono traktowane, jak i jego postrzeganie siebie – szybko stając się samospełniającą się przepowiednią. Chcąc ułatwić sobie życie, dorośli sprowadzają dzieci do pewnej roli, z której te nierzadko nie wychodzą już do końca życia. Grzeczny chłopczyk. Rozrabiara. Pani odpowiedzialna. Dominator. Maruda. Kto z nas nie spotkał ich na swojej życiowej drodze?

Można by pomyśleć, że jeśli kogoś nie obrażamy wyzwiskami, jesteśmy przecież w porządku… Nigdy nie zapomnę rzuconego mimochodem komentarza jednej z moich babć, która w obecności całej rodziny stwierdziła ze znawstwem, że mój brat to taka przylepa, a ja absolutnie, nic z tych rzeczy. Nikt nie zaprzeczył. Miałam wtedy jakieś jedenaście lat, co oznacza, że mój brat musiał mieć cztery. Będąc dorosłą osobą dostrzegam, że to czysty truizm: kilkulatki z zasady są bardziej skłonne do czułości niż nastolatki. Ale wtedy te słowa uderzyły mnie z wielką siłą i pozostały już ze mną, na wiele lat podwajając moją nieśmiałość.

Słowa mają wielką moc. Używajmy ich z rozwagą.