Ça ne sera rien!

Nasz trzyletni synek już od progu wołał dziś do wracającego z pracy taty:

- Tato, pobaw się ze mną!

- Dobrze synku, muszę się najpierw przebrać w domowe ubrania.

Kilka minut później, gdy usiedliśmy z mężem przy kawie, mały W. ponowił prośbę.

- Tato, pobaw się ze mną!

- Chwileczkę, dopiero wróciłem z pracy. Daj mi chwilę odpocząć…

- Tato, chodź do mojego pokoju i się ze mną pobaw! – Powtarzał raz po raz W. ponaglającym tonem, kiedy nagle nasz niemowlak zaczął płakać, więc mąż wziął go na ręce. Starszy synek stanął na środku kuchni, załamał ręce teatralnym gestem i oświadczył:

- No i nici z zabawy!

C’est la vie

Bywa i tak.

Kiedy urodził się nasz pierwszy syn, zostaliśmy zasypani kartkami z gratulacjami. Wszystkie zachowałam skrzętnie na pamiątkę, żeby W. mógł zobaczyć jak wiele osób cieszyło się nim razem z nami. Z okazji narodzin drugiego syna przyszła dokładnie jedna taka kartka. Uznałam to za naturalny obrót spraw, postawiłam kartkę w widocznym miejscu i poszłam spać.

Następnego poranka (i wiele pobudek później) moim na wpół przytomnym oczom ukazał się mój pierworodny, wbiegający do sypialni i już od progu wołający:

- Mamo, mamo, zobacz jak pięknie wyciąłem!

Rysunek różowego dzidziusia w jego dłoni rzeczywiście został bardzo ładnie wycięty…
Z tej jednej, jedynej kartki z gratulacjami z okazji narodzin jego młodszego brata. Przez chwilę miałam ochotę się rozpłakać.

No cóż… To ja zawsze zachęcałam W. do nauki wycinania. Co więcej, sama dałam mu kiedyś podczas sprzątania stare kartki pocztowe, żeby mógł sobie powycinać obrazki.

Takie życie młodszego, synu. C’est la vie.

Le rire

Po całym dniu zmagań z dwójką maluchów nadciąga wreszcie wieczór. Nasz przedszkolak, o ile nic się nie wydarzy, zostaje spacyfikowany aż do 6:00 następnego dnia, zaś noworodek… Cóż, powiedzmy, tymczasowo spacyfikowany. Może na pół godziny, a może nawet na dwie? Pomarzyć zawsze można.

Leżymy z mężem w łóżku i śmiejemy się do rozpuku z dowcipów w rodzaju tych, które się opowiada na koniec dobrej imprezy, kiedy nikomu już nie przeszkadza, że same w sobie są raczej średnio zabawne. Nie możemy robić hałasu, bo obok śpi maluszek – tym bardziej więc chce nam się śmiać. Jak wtedy, kiedy jest się dzieckiem w kościele, i im bardziej potępiające spojrzenia posyłają nam starsze panie ze swoich ławek, tym bardziej nie można opanować wybuchu wesołości. Chichoczemy jak opętani i ocieramy łzy z policzków.

Jesteśmy wykończeni, ale szczęśliwi.

Le balcon

Mój czas płynie teraz inaczej, więc też i historia, którą opowiadam nie będzie odtąd się toczyć linearnie.

Siedzę na balkonie skąpanym w promieniach popołudniowego słońca. Chłopiec tak mały, że można by go prawie trzymać w jednej dłoni, śpi spokojnie w wózku. Wzdłuż balkonu przechadza się jego starszy brat w kolorowych szortach i ze śmiechem prezentuje mi sposoby poruszania się różnych zwierząt. W oddali rozlegają się kościelne dzwony wzywające wiernych na mszę, i sama już nie wiem czy to mój skrajnie niewyspany umysł płata mi figle, czy rzeczywiście słyszę głęboki baryton nucący coś na kształt buddyjskich pieśni modlitewnych. Brzmi to pięknie i nierealnie.

Jestem mamą dwóch synków.

Les mots

źródło: fdn.pl

źródło: fdn.pl

W ramach relaksu wakacyjnego wzięłam się za lekturę łatwą, lekką i przyjemną – „Dom w Riverton” autorstwa Kate Morton. Z przykrością stwierdzam po raz kolejny, że polskie wydawnictwa nie szanują czytelnika i albo sądzą, że błędów stylistycznych nie zauważy, albo że mu takie błędy nie przeszkadzają. Otóż ja zauważam i mi przeszkadza chociażby taki szczegół jak fakt, że podczas jednej i tej samej sceny narracja przez jeden akapit odbywa się w czasie teraźniejszym (idę, robię, widzę, itp.) a już w następnym akapicie w czasie przeszłym (powiedziała, spojrzała, poszła, itp.), przy czym w tym miejscu nie jest to zabieg celowy autorki, a zwykła niechlujność. Nie wiem ile aktualnie wynosi pensja korektora tekstu, ale zdecydowanie powinna zostać podniesiona, a czas na korektę wydłużony, bo takie błędy nie stanowią już wyjątku, ale regułę.

Mimo, że książka – utrzymana w konwencji „Pokuty” Iana McEwana – miała być zaledwie odskocznią, natknęłam się w niej na fragment, który skłonił mnie do refleksji:

„Dziecko zabiera ci kawałek serca i robi z nim co tylko zechce, ale z wnuczętami jest inaczej. Nie ma poczucia winy i odpowiedzialności, które ciąży na macierzyństwie. Droga do miłości jest wolna.”

Nie mogę powiedzieć, żeby jakaś część mnie nie zgadzała się z tym stwierdzeniem, a jednak… Myślę, że to nie do końca tak, że na dziadkach nie spoczywa odpowiedzialność. Być może (nie mam wszak doświadczenia w tym względzie) dziadkowie nie odczuwają tak wielkiej odpowiedzialności, jednak ona istnieje i nawet czasem myślę, że w pewnym sensie jest większa niż ta, która tak doskwiera rodzicom.

Rodzice są odpowiedzialni w sposób bardzo oczywisty: za zdrowie i życie dziecka, za jego sytuację materialną, edukację i poczucie bezpieczeństwa. Owszem, mają każdego dnia milion możliwości popełnienia dużych i małych błędów, ale mają też tyleż samo możliwości by te błędy naprawić.

Tymczasem dziadkowie najczęściej widują wnuki sporadycznie, więc ich słowa i czyny siłą rzeczy bardziej zapadają dzieciom w pamięć. Dobrze, gdy są to miłe wspomnienia typu: „dziadek umie rozpalić ognisko”, „babcia robi pyszne ciasto”. Niestety, przy całej swojej dobrej wierze dziadkowie (podobnie jak inne dorosłe osoby) lubią sobie upraszczać życie poprzez segregowanie i szufladkowanie. Tymczasem dzieci ze swej natury są zmienne: mają do dyspozycji cały wachlarz zachowań, z którego bardzo chętnie korzystają w zależności od dnia, sytuacji i nastroju.

Wielu rodziców także popełnia ten błąd i mówi: „Zenek to taki nasz rodzinny urwis.”, „Zdzisio jest ostatnią ciamajdą, wszystko mu z rąk leci. Za to Zbynio jest taki zdolny, prawdziwy z niego geniusz! Aż trudno uwierzyć, że są braćmi!”. Pomijam już fatalną praktykę porównywania dwóch zupełnie odrębnych ludzi (często w ich obecności), która nie służy niczemu dobremu. Rzecz w tym, że rodzice, jeśli już wypowiadają tego typu opinie, mają znacznie więcej „materiału dowodowego”. Tymczasem dziadkowie, widujący wnuki raz na jakiś czas również bardzo chcą wiedzieć i samodzielnie orzec jaki ten czy inny wnuk właściwie jest. To bardzo praktyczne podejście – pomaga postępować z dziećmi w skuteczny sposób i porządkuje świat w naszym odbiorze. A jednak dla dzieci, które chłoną wszystko jak gąbka i wierzą, że każdy dorosły mówi zawsze prawdę, takie podejście jest niezwykle krzywdzące.

Niezależnie od tego, czy mówią to rodzice, dziadkowie, czy nauczyciele (a najczęściej mówią oni jednym głosem, bo mało co sprawia dorosłym taką przyjemność jak znalezienie potwierdzenia swojej „diagnozy” u innych dorosłych), opinia otoczenia na temat dziecka kształtuje zarówno sposób, w jaki jest ono traktowane, jak i jego postrzeganie siebie – szybko stając się samospełniającą się przepowiednią. Chcąc ułatwić sobie życie, dorośli sprowadzają dzieci do pewnej roli, z której te nierzadko nie wychodzą już do końca życia. Grzeczny chłopczyk. Rozrabiara. Pani odpowiedzialna. Dominator. Maruda. Kto z nas nie spotkał ich na swojej życiowej drodze?

Można by pomyśleć, że jeśli kogoś nie obrażamy wyzwiskami, jesteśmy przecież w porządku… Nigdy nie zapomnę rzuconego mimochodem komentarza jednej z moich babć, która w obecności całej rodziny stwierdziła ze znawstwem, że mój brat to taka przylepa, a ja absolutnie, nic z tych rzeczy. Nikt nie zaprzeczył. Miałam wtedy jakieś jedenaście lat, co oznacza, że mój brat musiał mieć cztery. Będąc dorosłą osobą dostrzegam, że to czysty truizm: kilkulatki z zasady są bardziej skłonne do czułości niż nastolatki. Ale wtedy te słowa uderzyły mnie z wielką siłą i pozostały już ze mną, na wiele lat podwajając moją nieśmiałość.

Słowa mają wielką moc. Używajmy ich z rozwagą.

La cigarette

W niedzielne popołudnie wybrałyśmy się z przyjaciółką na spacer. Usiadłyśmy na ławce w parku, pogrążone w rozmowie, kiedy nagle podeszli do nas dwaj młodzi mężczyźni i jeden z nich zagaił:

- Ja mam takie, może trochę głupie, pytanie. Czy panie może wiedzą ile jest powietrza w tlenie?

Wymieniłyśmy zaskoczone spojrzenia. Pijani? Naćpani?

- Chyba ile jest tlenu w powietrzu? – Zapytała M.

- Tak, no właśnie! – Potwierdził mężczyzna, wymachując mi przed nosem papierosem.

- Wie pan co, im dłużej tu pan stoi, tym mniej. – Odparowałam, zaskakując samą siebie swoją obcesowością. Oddalili się jak niepyszni.

Nie jestem typem wojującym  – niech każdy szuka szczęścia tak, jak mu serce podpowiada. Ale brak kultury palenia drażni mnie w najwyższym stopniu, bo ja też chcę żyć po swojemu: bez wdychania trucizny tylko dlatego, że komuś innemu sprawia to przyjemność.

Drogi Palaczu! Masz gdzieś swoje zdrowie? Nie wierzysz w przesłanie kampanii antynikotynowych? Uwielbiasz smród palonego tytoniu? Nie masz co robić z pieniędzmi? Proszę bardzo! Kim ja jestem, żeby kazać ci o siebie zadbać? Ale jeśli chcesz palić – zrób to tak, żeby inni nie musieli wdychać ponad 5000 zawartych w dymie tytoniowym substancji o właściwościach toksycznych i rakotwórczych. Jak to zrobisz, to już twoja sprawa.

Problem polega na tym, że ty masz gdzieś moje zdrowie, oraz zdrowie moich dzieci. Latem, kiedy wietrzę pościel lub suszę pranie na balkonie własnego mieszkania, ty akurat czujesz nieodpartą potrzebę, żeby palić na swoim sąsiednim balkonie i wszystko mi zasmrodzić. Zimą nie chce ci się wyjść nawet na ten cholerny balkon – smród i substancje toksyczne niosą się w pionie wprost do mojej toalety. Idąc ulicą wymachujesz dziarsko papierosem, którego nawet nie raczysz palić – cały dym pozostawiasz do dyspozycji mi i moim dzieciom, którzy akurat mamy pecha iść za tobą. I wiesz co jest najlepsze? Że nic ci nie mogę zrobić! Ustawodawca ma mnie dokładnie w tym samym miejscu, co ty.

Jak to możliwe, że prawo jednej osoby do trucia siebie i wszystkich wokół jest ważniejsze niż prawo pozostałych (w tym dzieci i kobiet w ciąży) do dbania o swoje zdrowie i komfort? To bardzo proste. W Polsce stawka akcyzy za papierosy wynosi 206,76 zł za każde 1000 sztuk papierosów i aż 31,4% maksymalnej ceny detalicznej. W przypadku tytoniu jest to 141,29 zł za kilogram i również 31,4% maksymalnej ceny detalicznej, a dla cygar i cygaretek stawka wynosi 280, 25 zł za każde 1000 sztuk. Najwyraźniej państwu bardziej opłaca się zgarnąć te pieniądze do budżetu i następnie zmagać się z problemami ciągle niedofinansowanej służby zdrowia, niż zainwestować w profilaktykę licznych chorób układu oddechowego, przewodu pokarmowego i układu krążenia, a także impotencji i raka wywoływanych przez palenie czynne i bierne.

A skoro już jesteśmy przy tym temacie, uważam za szczyt wszystkiego widok rodziców lub dziadków, którzy jedną ręką prowadzą wózek z niemowlęciem, a w drugiej trzymają papierosa. Pewnie wyszli na spacer, żeby maluch się dotlenił. I jeszcze ci, którzy wpuszczają dzieci na plac zabaw, a następnie starannie zamykają bramkę i obserwując maluchy przez płot oddają się paleniu. Czy oni naprawdę sądzą, że półmetrowej wysokości ogrodzenie z siatki sprawi w jakiś magiczny sposób, że dym tytoniowy nie doleci na teren placu zabaw? Sama nie wiem co powoduje tymi ludźmi. Czy to bezbrzeżna głupota, czy skrajny egoizm? Żal mi tamtych dzieci. Ale jeszcze bardziej żal mi własnych, które miały pecha znaleźć się akurat na tym samym placu zabaw. No ale zakaz palenia obowiązuje tylko na terenie placu, więc o co chodzi?

Pierwsze papierosy najprawdopodobniej stworzono w IX wieku, a w formie zbliżonej do obecnej w wieku XVIII. Ile jeszcze stuleci musi upłynąć, żebyśmy doczekali się skutecznych rozwiązań prawnych, które chroniłyby niepalących?

La folie!

Donoszę co następuje:

Jedno dziecię dostało się do przedszkola i trzeba teraz chodzić na spotkania informacyjne i zajęcia integracyjne. Poza tym jutro pierwszy występ w klubie malucha z okazji Dnia Matki i Dnia Ojca, więc oczywiście mąż wziął w pracy wolne i idziemy w pełnym składzie podziwiać dwie piosenki i jeden wierszyk.

Drugie dziecię wkrótce się pojawi po tej stronie brzucha, więc torba do szpitala spakowana, wyprawka kupiona, robię ostatnie badania, ćwiczę oddychanie i usiłuję uzgodnić coś z położną, która odbiera w międzyczasie porody na szpitalnym korytarzu.

Sesja egzaminacyjna trwa, jak dotąd najprawdopodobniej wszystko zdane. Nie mogę uwierzyć, że po dwóch latach studiów będę miała znów do dyspozycji wszystkie weekendy! Pertraktuję z maluchem w brzuchu, żeby spokojnie jeszcze poczekał z narodzinami do wyznaczonego terminu i pozwolił mi zakończyć studia, a następnie wyprawić naszemu starszakowi urodziny. No tak, i usiłuję się uczyć w wolnych chwilach. Trzymajcie kciuki za ostatni egzamin w najbliższą sobotę!

Jak skończy się to całe szaleństwo i odzyskam swoje życie, blog wróci na listę priorytetów, wraz z grą na gitarze, urządzaniem balkonu i nauką języka migowego.

A jak Wam mija tydzień?

Snoppen och snippan

źródło: fabrykamemow.pl

źródło: fabrykamemow.pl

Edukacja seksualna to niezwykle nośny temat, zwłaszcza w kontekście zbliżającej się reformy systemu szkolnictwa, o której pisałam już tutaj. Jest to także (a może przede wszystkim) bardzo wygodny temat zastępczy w obliczu rosnącego długu publicznego i marnych perspektyw emerytalnych. W moim odczuciu zajęcia edukacji seksualnej czy też WDŻWR (Wychowania Do Życia W Rodzinie) nie mogą jednak poczynić nawet ułamka szkód, które powoduje każdego dnia nieograniczony dostęp do internetu, telewizji oraz osławiony wpływ grupy rówieśniczej, a cały problem sprowadza się do stwierdzenia, że natura nie znosi próżni. Innymi słowy, jeśli dziecko nie uzyska interesujących je informacji w domu, to znajdzie je gdzie indziej.

Wielu rodziców niechętnie przyznaje (lub wręcz nie przyjmuje do wiadomości), że małe dzieci nie są istotami aseksualnymi. Mamy wpojone przez kulturę masową wyobrażenie dziecka-kupidynka, dziecka-aniołka, które idzie przez świat w błogiej nieświadomości i niewinności, aby pewnego dnia, w okresie dojrzewania, ze zdziwieniem stwierdzić, że jego nogi nie łączą się bezpośrednio z brzuchem. Tylko skąd się wzięła „zabawa w doktora”? I dlaczego część zupełnie małych dzieci rozładowuje napięcie poprzez masturbację? Przecież nikt ich tego nie uczy.

To zupełnie normalne zachowania płynące z dziecięcej ciekawości własnego ciała. I rzeczywiście dziecko jest w tym badaniu siebie bardzo niewinne. Problem leży po naszej stronie, bo to my – dorośli – mamy wypaczony obraz ludzkiego ciała i seksualności jako czegoś wstydliwego, złego, grzesznego.

Mając to wszystko na uwadze, a zarazem chcąc uniknąć w przyszłości WIELKIEJ ROZMOWY pt. „Synu, pszczółki latają z kwiatka na kwiatek”, która musi być niezwykle żenującym doświadczeniem dla obu stron, staramy się zajmować edukacją seksualną synka już teraz. Oczywiście, w takim stopniu, w jakim go to interesuje, i w jakim jest na to gotów mając niespełna 3 lata. Zaczęliśmy od podstaw: nazywamy części ciała ich właściwymi nazwami. Brzmi banalnie, prawda? Przecież to oczywiste: na ucho mówimy „ucho”, na nogę „noga”, a na penisa…

No właśnie, i tu zaczynają się schody. Siusiak, siurek-ogórek, ptaszek, piciolek… Ale żeby tak na głos przy dziecku powiedzieć „penis”?! Nie do pomyślenia! Jeszcze gorzej ma się rzecz z waginą. Cipka właściwie ma wydźwięk pejoratywny, a kaczucha nijak się ma zarówno do funkcji jak i do wyglądu tej części ciała. Moja dobra znajoma ukuła nawet na potrzeby swojej córki wyraz „siusiałka”, które ma być żeńskim odpowiednikiem siusiaka.

My jednak uznaliśmy, że skoro każda część naszego ciała ma już swoją nazwę, i każdą z nich podajemy dziecku w niezmienionej formie, to tak samo postąpimy z częściami intymnymi. Potem na dźwięk słów „wagina” i „penis” nie będzie się cały czerwienił albo wybuchał śmiechem, to będzie dla niego normalne słowo. Jednocześnie W. wie już, że to są miejsca intymne, i że nikt bez pozwolenia nie może go tam dotykać.

Już taka prosta sprawa w naszym konserwatywnym społeczeństwie budzi kontrowersje. Usłyszałam na przykład, że niepotrzebnie rozbudzam zainteresowanie dziecka kwestiami seksu. Tyle, że o seksie jeszcze z dzieckiem nie rozmawiałam i w najbliższej przyszłości nie planuję, o ile sam mnie o to nie zapyta. Po prostu jest na takim etapie, że ludzkie ciało go fascynuje i sama nazwa w zupełności mu wystarcza. Na podobnej zasadzie, od kiedy jestem w ciąży wie, że dzidziuś jest ze mną połączony pępowiną i że mieszka w moim brzuchu w małym domku, który się nazywa macica. Czy rozumie sposób funkcjonowania pępowiny i macicy? Zdecydowanie nie. Ale chciał poznać ich nazwy, to mu pomaga uporządkować sobie świat.

Jedyny problem jest taki, że w związku z naszym podejściem, W. nie czuje oporów przed rozmowami o ciele również w miejscach publicznych. I tak na przykład w poczekalni do lekarza, gdzie byliśmy jedynymi pacjentami nim nie przyszła mama z około 9-letnią córką, padło pytanie:

-Mamo, czy to jest dziewczynka?

-Tak, synku.

-A czy ona ma waginę?

(widząc kątem oka szok na twarzach obu przybyłych i rumieńce na twarzy dziewczynki)

- Tak synku, ma.

-A ma w brzuszku dzidziusia?

-Nie, kochanie.

-A dlaczego?

-Bo jest jeszcze za mała.

W tym miejscu musiałam wyjaśnić naszym coraz bardziej zaniepokojonym towarzyszkom, że akurat jestem w ciąży i wszystko co się z tym wiąże bardzo interesuje mojego syna. Skończyło się na wyrozumiałych uśmiechach.

Innym razem, w kawiarni, kiedy W. po raz pierwszy miał okazję zobaczyć mężczyznę w kitce, siedzącego przy pobliskim stoliku, musiał zaspokoić natychmiast swoją ciekawość:

-Mamo, a czy to jest pan czy pani?

-To pan, kochanie.

-A dlaczego on ma długie włosy?

-Bo mu się tak podobało i sobie zapuścił.

(po dłuższej chwili namysłu, na cały głos)

-A czy on ma penisa?

Muszę przyznać, że mężczyzna zachował kamienną twarz – może jakimś cudem nas nie słyszał. Po tych sytuacjach upewniliśmy się, że W. zapamiętał, że o miejscach intymnych możemy rozmawiać w gronie najbliższych, a wśród obcych nie. Taka edukacja seksualna na miarę trzylatka.

A w dzisiejszym filmiku – jak trzylatki edukowane są w Szwecji. I przy całej postępowości jest jednak siusiak i cipka (chociaż może to kwestia tłumaczenia)!