Le chat

Idę przytulić starszego synka przed snem. Leży uśmiechnięty pośród pluszaków i oświadcza z zadowoleniem:

- Nie mam misia!

- O, rzeczywiście. A gdzie jest misiu?

- Jest w moim brzuszku! – Poklepuje się po wypukłości na klatce piersiowej. -Tak jak u mamy w brzuszku był nasz mały dzidziuś.

- Aha! I go urodzisz?

- I będziemy mieli małego misiaczka!

- A ty będziesz dla niego tatą?

- Nie, będę dla niego koteczkiem.

- Aha… A w takim razie dla mnie kim będziesz? – Pytam już skołowana. Syn patrzy na mnie niepokojąco uważnie, jakby miał do czynienia z niezbyt pojętnym słuchaczem, po czym stwierdza:

- Też koteczkiem.

- A, no tak. Jasne. Dobranoc synku!

- Dobranoc KOTECZKU!

L’amour

W sobotni poranek leżałam ukryta pod kołdrą i próbowałam wykrzesać z siebie energię do wstania z łóżka i zmierzenia się z całym dniem zajęć na uczelni. Nie szło mi rewelacyjnie. Pod koniec ciąży trudno mi się wyspać, a moje próby podniesienia się z pozycji leżącej do złudzenia przypominają widok przewróconego na plecy żuka, który wywija nóżkami równie rozpaczliwie, co bezskutecznie. Nagle usłyszałam w okolicy moich rąk, które jako jedyne wystawały spod kołdry, radosny głosik mojego pierworodnego:

- A czyje to małe, kochane rączki? Gdzie jest moja mamusia?

Uśmiechnęłam się pod nosem, rozpoznając echo swoich własnych słów. Już po chwili synek kokosił się w pościeli między mną a mężem, przy czym jak zwykle jakimś cudem zajmował więcej przestrzeni niż my oboje razem wzięci. Kiedy już solidnie nas skopał, westchnął z ukontentowaniem, przerzucił pulchną, ciepłą rączkę przez moją szyję i oznajmił:

- Lubię się przytulać do mamy, bo mama jest moja ulubiona!

Ścisnęło mnie w gardle. Nie co dzień w końcu słyszy się tak poruszające wyznanie miłości.

- Ja też lubię się do Ciebie przytulać. Jesteś moim ulubionym chłopczykiem. – Odpowiedziałam z powagą, mając świadomość, że już wkrótce nie będę mogła tak mówić, bo w naszym domu pojawi się drugi, równie wyjątkowy, chłopczyk.

Les dents

Wychodząc z domu wieczorem mówię synkowi:

- Dobranoc synku! Śpij dobrze i słuchaj tatusia!

Na co on z szelmowskim uśmiechem odpowiada:

- Dobranoc mamusiu! Śpij dobrze i słuchaj tatusia!

A gdy na twarzy mojego męża rozkwita szeroki uśmiech, dodaje z autentycznym przejęciem:

- Tato, zamknij zęby, bo ci mucha wleci!

Pâques

żródło: www.supermommy.com

żródło: www.supermommy.com

Rozmawiałam dzisiaj z pewnym nastolatkiem, który opowiedział mi o swojej Wielkanocy. Pojechał z częścią rodziny do gospodarstwa agroturystycznego, gdzie do świątecznego stołu zasiedli z nimi zupełnie obcy ludzie. Nie sprawiło to bynajmniej, że nawiązała się między nimi znajomość – wręcz przeciwnie, ignorowali się nawzajem. Jego rodzice są w separacji.

Przypomniało mi to rozmowę kilkorga moich znajomych około trzydziestki, zastanawiających się jak wybrnąć z patowej sytuacji, gdy chce się spotkać na święta z obojgiem rodziców, którzy jednak nie mają życzenia przebywać ze sobą w tym samym pomieszczeniu.

Pomyślałam jaką ogromną, nieustającą odpowiedzialnością jest bycie rodzicem. Jaki wewnętrzny spokój daje mi fakt, że mając prawie trzydzieści lat, mogę tak po prostu powiedzieć „jadę na święta do rodziców”. Że sama będąc matką, mogę nadal mówić do kogoś „mamo” i „tato”, i od czasu do czasu poczuć się czyimś kochanym dzieckiem. Że rodzice nie grają mną przeciwko sobie nawzajem. Że nie muszę udawać, że miło mi poznać ich „nową rodzinę”. To ten rodzaj komfortu, z którego na co dzień zupełnie nie zdaję sobie sprawy, a jednak pozwala mi czuć się bezpiecznie i ufać ludziom.

W tym kontekście wszystkie te zapewnienia, że ktoś miał jedną rodzinę, która się rozpadła, potem założył drugą rodzinę, i teraz wszyscy ci ludzie spędzają wspólnie święta i wakacje, niczym jedna wielka szczęśliwa rodzina, brzmią mało przekonująco. Pomimo zmieniających się czasów, pomimo przełomu w mentalności i postępu w technice, w głębi duszy nadal potrzebujemy czuć się dla kogoś jedyni, najważniejsi i niezastąpieni. Czy stać nas by dać swoim dzieciom ten najlepszy świąteczny prezent?

La liberté…

źródło: http://upliftconnect.com

źródło: http://upliftconnect.com

Poważna rozmowa po zajęciach w klubie malucha.

ja: Synku, świetnie Ci idzie. Jestem z Ciebie bardzo dumna. I wiesz co? Tak sobie pomyślałam, że następnym razem może już wejdziesz sam do klubu malucha, tak jak inne dzieci. Co Ty na to?

W. (z namysłem): A mama tu będzie?

ja: Tak, będę czekać przed wejściem razem z innymi rodzicami.

W. (pocieszającym tonem): I jak będziesz [czyt. będę] płakał albo będziesz [czyt. będę] chciał się przytulić to tutaj wyjdziesz [czyt: wyjdę] do mamy!

ja: Zgadza się, właśnie tak będzie.

***

Wypuszczanie dzieci w świat to chyba największe wyzwanie w byciu rodzicem. Zaczyna się tuż po porodzie i trwa póki nie wyfruną z gniazda. Patrzę na mojego synka, widzę jaki jest piękny i mądry, i powtarzam mu to bez końca – a jednocześnie mam pewność, że prędzej czy później zetknie się z kimś, kto powie mu coś przeciwnego. Kogoś, kto go zrani, obrazi, wyśmieje – a mamy tam nie będzie za drzwiami, żeby go pocieszyć i przytulić (albo przyłożyć temu drugiemu z półobrotu ;-)).

Trzymam za niego kciuki, mówię, że w niego wierzę, i że da sobie radę. Staram się go nie wyręczać i podnosić powoli poprzeczkę, odsuwając się krok po kroku coraz dalej. Mam też świadomość, że wielu rodziców nie ma takiego komfortu jak my i musieli posłać dzieci do żłobka jeszcze w pierwszym roku ich życia. A mimo to, nieważne ile razy powtarzam, że jest dużym chłopcem, kiedy patrzę w oczy W. widzę nadal jak bardzo jeszcze jest bezbronnym maluszkiem. Czy to się kiedyś skończy?

Przynajmniej drugie dziecko mam jeszcze zawsze przy sobie, zawsze przytulone i bezpieczne. Aż do czerwca.

L’inspiration pour un printemps

Ostatnio sporo było z mojej strony narzekania, więc dziś coś bardziej pozytywnego: inspiracja wiosenna. Słońce już coraz śmielej wychodzi zza chmur, Wielkanoc za pasem (to już za 2 tygodnie! Czy tylko ja wchodzę do sklepu i nagle ze zdziwieniem stwierdzam, że zamiast przez armię Świętych Mikołajów jestem otoczona przez stado Zajęcy Wielkanocnych?), więc czas najwyższy powitać wiosnę z całym rozmachem. Nasza rodzina zaczęła sezon ogrodniczy!

W. ma dziadka, który jest zapalonym działkowcem – z czego wszyscy ogromnie się cieszymy, zwłaszcza latem podczas zbiorów truskawek i malin! Poprosiliśmy więc go o przywiezienie nam kawałka działki do miasta. Całkiem dosłownie. Dostaliśmy torbę żyznej ziemi, nasiona i duuużo cierpliwości. Wspaniale było patrzeć jak nasz maluch, z pomocą dziadka, z zapałem tworzy własny ogródek warzywny. Przeglądałam zdjęcia zrobione przy tej okazji: dziadek jak czarodziej z rękami wyciągniętymi nad doniczkami, a W. z miną pełną koncentracji wiernie kopiuje każdy jego gest.

Nasz ogródek - dzień pierwszy.

Nasz ogródek – dzień pierwszy.

DSC_0264

Pierwsze nieśmiałe kiełki sprawiły nam nie lada radość!

W naszym parapetowym ogródku znalazły się sałata, rzodkiewka, groszek i cebula (zasadzona na szczypiorek). Od kilku tygodni codziennie rano obserwujemy czy coś się zmieniło, a W. pod naszym okiem regularnie sam podlewa „ogródek”. Nie spodziewaliśmy się wielkich rezultatów, chodziło bardziej o zabawę i zrozumienie, że o rośliny trzeba dbać, że do życia potrzebują wody, że z nasionka wyrasta roślina, itp. Tymczasem mogę z dumą ogłosić, że dzisiaj do śniadania jedliśmy wyhodowany przez synka szczypiorek, a pozostałe rośliny też wyglądają obiecująco. Wkrótce rozsadzamy flance sałaty!

Muszę przyznać, że przy tej okazji dziadek zyskał sobie u wnuka nowe pokłady szacunku i W. często go wspomina jako autorytet w dziedzinie ogrodnictwa.

Już niedługo wszędzie wokół się zazieleni i wszyscy spojrzymy na świat łaskawszym okiem. A tymczasem wspomóżmy się filmikiem ;-)

un petit canard

0b6b04d74c5db35056c1b7ee42723d09SMS do męża: „W. pyta czy przywieźliście od babci jakieś chrupki-literki. Wiesz o co chodzi?”

Odpowiedź: „Nie, ale w szafce są chrupki-kaczki :)

„Do czegośmy doszli w naszym życiu! :D

„Też o tym pomyślałem :) . Kocham Cię.”

Serdeczne pozdrowienia dla tych kilku osób, które z godną podziwu determinacją nadal tu zaglądają :)

la tendresse

BabyKissingMom_Veer

W. zaczął okazywać nam czułość. Przychodzi się przytulić, głaszcze nas z mężem po głowach, daje nam buziaki (które czasem nawet trafiają do celu). Sprawia nam to niewypowiedzianą przyjemność. I myślę sobie, że warto te wydarzenia zapisać, bo tak łatwo wejść w myślenie, że odtąd coś już będzie zawsze, że mamy to zagwarantowane, zaklepane, i że nam się należy…

A przecież to maleństwo, które aktualnie całkiem dosłownie po nogach mnie całuje, za parę lat przestanie być maleństwem, a we mnie zobaczy wcielenie obciachu. Z pozycji wszechwiedzącego guru spadnę do statusu uciążliwego nadzorcy. Przestanę być tą najpiękniejszą (tak, tak, zapytajcie W., kto jest najpiękniejszy, a ani chybi odpowie: „MaMa” i wcale go tego nie uczyłam!) i będę musiała ustawić się w ogonku gdzieś za wszystkimi paniami wychowawczyniami i koleżankami z przedszkola (na początek). Cieszę się na myśl jakim będzie wspaniałym chłopcem, a potem młodzieńcem, ale póki co…

Wtulam się w rozgrzane śpiące ciałko synka, wącham jego aksamitne włoski (o, cudowny zapachu wykąpanego niemowlęcia!), wsłuchuję się w jego spokojny oddech i zachwycam się jego drobną dłonią tak ufnie leżącą w mojej dużej dłoni.

Jeszcze jest mój.