L’émotion (6)

Od kiedy, jeszcze jako para, zaczęliśmy oglądać wspólnie filmy, mój Mąż nie może się nadziwić temu, jak łatwo przejmuję się losami bohaterów. Podczas horrorów podskakuję na najlżejszy dźwięk, na melodramatach płaczę jak bóbr. Ostatnio włączył mi takie oto nagranie mówiąc: „Zobacz, to o Tobie!”:

Po obejrzeniu filmiku otarłam łzę i przyznałam Mężowi rację, ale on tylko pokręcił z niedowierzaniem głową i stwierdził: „Nie, Ty płaczesz jak widzisz, że ktoś płacze podczas filmu! To już jest wyższy stopień wtajemniczenia!”

Le film d’action

Mały W. zaczął na poważnie pracę nad wypowiadaniem swojego zdania. Objawia się to niekończącymi się monologami złożonymi głównie z gugu, gigu, guga, tudzież bardziej egzotycznych brzmień typu grrrrrrughiiiii, oraz całej gamy pisków o różnorodnej częstotliwości. Silnie nacechowana emocjonalnie treść owych wywodów jest dodatkowo akcentowana wymachami rąk i nóg oraz bogatą mimiką. Nareszcie! Po trzech i pół miesiąca słuchania moje dziecko postanowiło aktywnie włączać się do dyskusji. Uszczęśliwiona tym faktem, wielokrotnie usiłowałam uwiecznić jego wyczyny dla potomności, przy pomocy nagrania video.

Efektem tych działań jest niemała ilość kilkuminutowych nagrań przedstawiających mojego Synka, który tkwi znieruchomiały w jednej pozie z rozdziawioną buzią, i wielkimi oczyma wpatruje się prosto w kamerę. Żadnych dźwięków, oprócz moich daremnych zachęt do rozmowy (a nawet sfrustrowanych gu, gu w moim skromnym wykonaniu) nie zarejestrowano.

Jak spostrzegłam poniewczasie, podczas ostatniej próby na filmiku przed wyłączeniem skierowałam kamerę w kierunku lustra. Widać tam jak na dłoni kobietę z podkrążonymi oczami i w rozciągniętym swetrze, która wybucha histerycznym śmiechem, po czym z rozmachem opiera czoło o swoje znajdujące się na poręczy łóżeczka przedramię.

W. vs. mama – 1:0.

La fable

Bajka – krótka powiastka wierszem lub prozą, zawierająca naukę (morał). Spostrzeżenia dotyczące zasad postępowania, dobra i zła zilustrowane są przykładem, np. bohaterami są zwierzęta, które uosabiają określone typy ludzkie (mądra sowa, chytry lis, pracowita mrówka). Jeden z podstawowych gatunków literatury dydaktycznej (pouczającej), np. Bajki Ignacego Krasickiego, Adama Mickiewicza” (Słownik Terminów Literackich wiking.edu.pl).

Korzystając z długiego weekendu, gdy pożegnaliśmy naszych miłych gości, postanowiliśmy z T., już to przez wzgląd na potomka, już to dla własnej rozrywki, zapoznać się z bajkowymi nowościami. Już sam fakt, że dwoje dorosłych ludzi spośród setek dostępnych filmów decyduje się na bajki, zakrawa na znak czasów. Oboje jesteśmy co prawda fanami kina familijnego, ale czy przed kilkudziesięcioma laty ktoś przyłapałby zacnych przodków, po ukończeniu lat dziesięciu, na śledzeniu z własnej nieprzymuszonej woli, a nade wszystko jawnie, przygód „Bolka i Lolka”, czy też „Reksia”? Oglądanie bajek uznawano za czynność odpowiednią dla dzieci, a jedną z najgorszych obelg w szkole było sugerowanie, że ktoś o dziewiętnastej zjada kaszkę, ogląda wieczorynkę i idzie spać.

Wiele uległo zmianie od tego czasu. Wieczorynka utraciła swój czar, gdy pojawiły się całe kanały telewizyjne dedykowane dzieciom, a następnie internet, w którym można odtworzyć dowolny film, o dowolnej porze. Natomiast przyczyny otwartego zainteresowania dorosłych produkcjami dla najmłodszych dopatrywałabym się w 2001 roku, kiedy to w kinach ukazał się „Shrek”.

Pojawienie się na dużym ekranie nieokrzesanej postaci, która sypie dowcipami o podtekstach, których dzieci nie rozumieją (a przynajmniej, w moim odczuciu, nie powinny rozumieć) otworzyło drzwi na nowy typ bajki. Ma ona mało skomplikowaną fabułę i niekoniecznie zawiera koherentny morał, trudno w niej znaleźć jednoznaczne wzorce moralne, za to aż kipi od efektów specjalnych, nagłych zwrotów akcji oraz gagów przeznaczonych dla widzów, którzy już jakiś czas temu wyrośli ze swoich koników na biegunach. Dawniej można było spokojnie pozostawić dziecko przed ekranem, gdy widnieli na nim kreskówkowi bohaterowie. Obecnie nie jest to już tak oczywiste.

Obejrzeliśmy z mężem „Krainę lodu”, okrzykniętą powrotem Disneya do dawnej formy, oraz „Ralpha demolkę”. Pierwsza z bajek okazała się dużym rozczarowaniem. Rozwrzeszczane nastoletnie postaci smukłych księżniczek, kompletnie niezrozumiałe teksty piosenek rodem z „High School Musical”, oraz obowiązkowy bohater slapstickowy – sepleniący bałwan, którego ciętego poczucia humoru nie mogliśmy docenić, ponieważ nie rozumieliśmy co mówi (czy tylko mi zaświtał w głowie pomysł, że te wszystkie niezrozumiale mówiące postacie mają wpływ na rosnącą ilość dzieci z wadami wymowy?), bardzo szybko zraziły nas do całej historii.

Ponadto klasyczna „Królowa śniegu” oferowała małym odbiorcom jasną granicę pomiędzy złem a dobrem, natomiast w „Krainie lodu” czarownica, która sprowadza na krainę wieczną zimę okazuje się zagubioną małolatą, a dobry książę, który opiekuje się poddanymi, jest w istocie podstępnym malwersantem. Ktoś powie, że przecież w prawdziwym życiu wszystko jest o wiele bardziej skomplikowane i dzieci powinny wiedzieć, że nie zawsze można ufać komuś, kto ładnie wygląda i jest miły. To prawda, jednak primo, nie jest to rola bajki, secundo, zanim maluchy posiądą taką wiedzę, powinny najpierw móc zapoznać się z ideą czystego dobra i zła jako takiego.

„Ralph demolka” przypadł nam do gustu zdecydowanie bardziej ze względu na humor sytuacyjny i dowcipne dialogi (ja) oraz pojawienie się znanych bohaterów gier komputerowych (T.). Mimo wszystko, również tej bajki nie włączyłabym małemu dziecku. Jedna z głównych postaci żeńskich obraża wszystkich wokół i strzela z broni dużego kalibru, druga jest podstępna i złośliwa (co nie przeszkadza jej pozostać bohaterką pozytywną). Sam protagonista należy do klubu „Anonimowych Antybohaterów”, którego motto brzmi: „Jestem zły, ale to dobrze. Nigdy nie będę dobry, ale to nic złego”. Dla widza dorosłego może to być zabawne, owszem. Ale co wyniesie z takich haseł przedszkolak?

Odnoszę wrażenie, że współczesne animacje powstają dla nowego typu widza. Widza, który chce się rozerwać, ale niekoniecznie zastanawiać. Takiego, któremu trzeba zapewnić dużo szybko zmieniających się bodźców, ale w znanej, oswojonej formie, którą jest w stanie zrozumieć. Czy ktoś jeszcze uważa, że od czasów „Toy Story” oglądamy wciąż tę samą bajkę o samoakceptacji? Czy tylko mi komputerowe postacie wszystkie wydają się do siebie podobne?

Po weekendowych seansach postanowiliśmy, że pozbawimy własne pociechy tych doznań i zamiast tego zaprezentujemy im starego dobrego „Króla Lwa”, „Kopciuszka”, „Śpiącą Królewnę” i inne tego typu przeżytki. Tacy z nas rodzice-tyrani.

A dla szanownych czytelników zgaduj-zgadula. Znajdź 10 szczegółów między dwiema piosenkami przewodnimi:

Academy Awards 2014

Właśnie obejrzałam „Zniewolony. 12 years a slave”, tym samym kończąc mój prywatny maraton Oscarowy – postanowiłam w tym roku zobaczyć wszystkie nominowane filmy i przekonać się na ile moja opinia będzie ro/zbieżna z faktycznymi nagrodami. Nie mam w zwyczaju śledzenia na bieżąco hollywoodzkich produkcji, ani gal im poświęconych, i zastanawiam się jakimi kryteriami będzie się kierowała akademia przy ocenie tak rozbieżnych produkcji jak tegoroczne. Gdybym miała doszukiwać się elementów wspólnych filmów biorących udział w głównym konkursie, byłoby to przytłaczające uczucie przygnębienia bądź melancholii pozostające po projekcji.

Mamy w tym zestawieniu dwa filmy o starszych ludziach próbujących uporządkować swoją przeszłość:

1. Czarno-biały film (sic.!) „Nebraska” opowiada o podstarzałym alkoholiku, który wbrew radom i groźbom rodziny chwyta się kurczowo nadziei na główną wygraną w loterii i wyrusza po odbiór miliona dolarów wraz ze swoim szczęśliwym kuponem. Po drodze spotykają go różne perypetie, nic i nikt jednak – włącznie z rosłymi bratankami o kryminalnej przeszłości – nie jest w stanie zawrócić go z raz obranej drogi. Reżyser niezwykle umiejętnie i z ogromną dozą humoru ujmuje naturę swoich bohaterów poprzez subtelne gesty, spojrzenia i milczenie. Ciekawe jest również obserwowanie sposobu, w jaki obnażają się poszczególne postaci wobec samej perspektywy tak kuszącej wygranej, niezależnie od tego czy ma ona odbicie w rzeczywistości, czy też nie… Subtelna muzyka, wartkie dialogi i wiele sympatii dla człowieka jako takiego zdecydowanie przemawiają na rzecz obrazu, który ze względu na skromne fundusze i mało rozpoznawalnych aktorów sprawia wrażenie raczej produkcji kina alternatywnego, niż kandydata do Oscara.

2. „Tajemnica Filomeny” to oparta na faktach historia Irlandki – gospodyni domowej, wielbicielki tanich romansów i zdeklarowanej katoliczki – która po latach wewnętrznych zmagań postanawia odnaleźć swojego utraconego syna. Jak się okazuje jako nastolatka zaszła w ciążę, co w owych czasach nie było jeszcze zjawiskiem tak powszechnym, na skutek czego wysłano ją do zakonu, by tam poprzez ciężką pracę fizyczną i modlitwę odpokutowała za grzechy. Zarazem, jak wszystkie podopieczne zakonu, podpisała oświadczenie o zrzeczeniu się praw rodzicielskich. Kilka lat później, w dramatycznych okolicznościach chłopiec zostaje adoptowany przez Amerykańską rodzinę, znikając z zasięgu wzroku i z życia bezradnej Filomeny. Film ukazuje zderzenie charakterów prostej, poczciwej staruszki z przeintelektualizowanym dziennikarzem, który próbuje jej pomóc w poszukiwaniach. To zestawienie prowadzi do całej gamy dowcipnych dialogów, ale również daje wiele okazji do refleksji nad przemianami społecznymi we współczesnym świecie, oraz nad wartościami, które na przekór czasom pozostają niezmienne.

Dwa filmy dotyczą przekrętów finansowych:

3. Bilet na projekcję szeroko rozreklamowanego „Wilka z Wall Street” dla mnie był najgorszą inwestycją roku. Narkotyki, orgie, masturbacja, libacje, ryzykowne rozrywki i jeszcze bardziej ryzykowne działania na giełdzie – a wszystko to okraszone drogimi samochodami, jachtami, willami i pięknymi kobietami w drogich kreacjach – i tak w kółko przez 180 minut. W moim odczuciu żenujące i obrzydliwe to mało powiedziane, a po pierwszej godzinie zwyczajnie nudne. Jeśli po roli Gatsbyego DiCaprio dostanie statuetkę za tarzanie się po schodach, wciąganie do nosa białego proszku z kobiecego tyłka i niezwykle przekonujące odegranie częściowego paraliżu na skutek przedawkowania, powinien uznać to za osobistą zniewagę.

4. „American Hustle” znacznie głębiej od swojego konkurenta wprowadza widza w tajniki machlojki finansowej, dodając przy tym kilka wątków psychologicznych, z dominującą, ale niezbyt rozgarniętą postacią żony głównego bohatera na czele (w tej roli nominowana do statuetki dla aktorki drugoplanowej Jennifer Lawrence). Protagonista, drobny oszust zarabiający na ludzkiej desperacji, daje się lubić za wystający brzuszek i skrzętnie ukrywaną pod tzw. „pożyczką” łysinkę. Kiedy zostaje jednak przyłapany, FBI zmusza go, by wziął udział w znacznie bardziej niebezpiecznej transakcji, która ma na celu zwalczanie korupcji na wysokich szczeblach państwowych. Oglądając „American Hustle” odniosłam wrażenie, że reżyser nie mógł się zdecydować czy chce nakręcić film pseudo-dokumentalny (o czym świadczyłyby niektóre ujęcia kamery), film akcji (mafia, korupcja, FBI, drogie hotele, piękne kobiety), czy psychologiczny portret oszusta (głos spoza ekranu opowiadający o motywach postępowania). Z pewnością udało mu się uchwycić płynną granicę między prawdą a kłamstwem, działaniem w świetle prawa a szwindlem. Ale żeby zaraz dawać za to Oscara?

Dwa filmy o ludziach napiętnowanych społecznie:

5. „Witaj w klubie” – kolejna historia oparta na faktach, tym razem przedstawiająca chorobę mężczyzny w średnim wieku, który żyje szybko i bezrefleksyjnie (alkohol, przygodny seks, rodeo, hazard) do czasu, gdy poprzez zbieg okoliczności dowiaduje się, że ma AIDS. W typowym dla siebie brawurowym stylu bohater przechodzi niczym tornado poprzez fazy wyparcia, złości, negocjacji, depresji i akceptacji, by wreszcie zacząć kampanię przeciw korporacjom farmaceutycznym blokującym zezwolenia na udostępnienie bezpiecznych, przedłużających życie pacjentów specyfików, na rzecz ich własnych drogich i niebezpiecznych leków. Film dobrze zagrany, ale do „Filadelfii” mu daleko. Jednak skoro przewijają się homoseksualiści i transwestyci, ma szansę na wygraną w ramach politycznej poprawności.

6. O niewolnictwie po raz n-ty, czyli „Zniewolony. 12 years a slave”. Dobra muzyka, rewelacyjna kreacja Michaela Fassbendera w roli psychopatycznego właściciela plantacji bawełny i silny ładunek emocjonalny w moim odczuciu tracą na wartości wobec padającego na koniec filmu stwierdzenia, że „Solomon Northop był jedną z ofiar porwań, które utraciły wolność na rzecz niewolnictwa”. Tak jakby fakt, że główny bohater był uprowadzonym do innego stanu obywatelem Amerykańskim czyniło jego sytuację bardziej godną współczucia, niż porwanych z Afryki niewolników – przecież KAŻDY niewolnik, prócz tych urodzonych w niewoli został skądś uprowadzony! Odnoszę też niejasne wrażenie, że Brad Pitt został producentem obrazu tylko po to, by wygłosić w nim kilka kwestii abolicjonistycznych. W tym temacie powiedziano już tak wiele, że „Zniewolony. 12 years a slave” to zbyt mało, by zdobyć statuetkę, zwłaszcza po niedawnym „Django”. Lecz i tu w grę wchodzi polityczna poprawność wobec Afroamerykanów…

Dwa filmy o samotności wobec współczesnej (i przyszłej) technologii:

7. Film jednej aktorki, Sandry Bullock, „Grawitacja” stanowi opowieść z pogranicza „Obcego” oraz „Apollo 13″. Na skutek tragicznego zbiegu okoliczności wysłana na kosmodrom w celu naprawy pewnych usterek pani doktor zostaje jedyną ocalałą spośród całej ekspedycji. Pomimo słabego przeszkolenia musi zmierzyć się z wieloma przeciwnościami by samotnie (również bez łączności z NASA, za to słuchając nagrania ojca śpiewającego w niezrozumiałym języku kołysankę dla swojego dziecka) powrócić na Ziemię. Zdecydowaną zaletą filmu jest stosunkowo krótki czas trwania (90 minut) i efekty specjalne wiernie oddające warunki panujące w kosmosie (niewygody braku grawitacji oraz fakt, że głos się nie niesie, bo nie ma w czym, o czym wielu twórców zdaje się zapominać). Statuetki bym mu jednak nie przyznała.

8. „Ona” to już drugi nominowany film nawiązujący konwencją do kina alternatywnego. Mamy więc „dokumentalne” kadry, melancholijną muzykę na gitarę i dwa głosy, oraz ambitny temat na czasie (nareszcie, nareszcie!). „Ona” stanowi swojego rodzaju diagnozę współczesnego zfacebookowanego społeczeństwa, przesuniętą o kilka pokoleń naprzód. Bohaterowie nie potrafią ze sobą rozmawiać, dlatego potrzebują usług płatnego pisarza, który w ich imieniu napisze bardzo osobisty list. Nie potrafią tworzyć prawdziwych relacji, dlatego, wygłodzeni emocjonalnie, wchodzą w relacje ze sztuczną inteligencją, by potem wraz z widzem zastanawiać się ile w tym prawdy, a ile ułudy oraz jak daleko można się posunąć w wirtualnych manipulacjach rzeczywistością. Ciekawostką jest, że jedna z głównych postaci – sztuczna inteligencja – pojawia się przez cały film jedynie jako głos zza ekranu. Zmysłowy, zachrypnięty głos Scarlett Johanson doskonale radzi sobie z tym wyzwaniem. Oryginalny, nietuzinkowy, a przy tym zabawny i skłaniający do refleksji – oto mój faworyt!

Wreszcie, film o skutkach globalizacji:

9. Oparty na faktach „Kapitan Phillips” z Tomem Hanksem w roli głównej (co samo w sobie jest już zaletą, skoro mówimy o dwukrotnym zdobywcy nagrody dla najlepszego aktora pierwszoplanowego) bardzo obrazowo ukazuje zderzenie kultur, które kompletnie się nie rozumieją i nie mają prawa się rozumieć. Z jednej strony dobrze odżywiona, wyszkolona załoga nowoczesnego amerykańskiego transportowca, z drugiej wychudzeni, nie mający nic do stracenia, za to nieźle uzbrojeni mieszkańcy Rogu Afryki na rozpadających się motorówkach, utrzymujący się z piractwa – kto kogo zdominuje? Kto zwycięży? Kto jest wygranym? I kto jest winny całej sytuacji? Film prowokuje wiele ciekawych pytań, nie oferuje jednak żadnych odpowiedzi. Trzyma w napięciu do ostatniej chwili. Mocna rzecz.

Słowem, nasza historia jako ludzkości nie przedstawia się najlepiej, przyszłość również maluje się w nieciekawych barwach, a teraźniejszość aż kipi od oszustwa i swawoli. Nic, tylko się cieszyć.

Tylko jak teraz porównać te wszystkie produkcje? Zadanie niełatwe. No ale skoro wręczenie nagród coraz bliżej, pokuszę się o własne typy, żeby potem móc powiedzieć: „A nie mówiłam!” (albo i nie).

Najlepszy film: „Ona”

Najlepszy aktor pierwszoplanowy: Bruce Dern, „Nebraska” (chociaż rozważam też Christiana Bale za „American Hustle”)

Najlepsza aktorka pierwszoplanowa: Cate Blanchett, „Blue Jasmine”

Najlepszy aktor drugoplanowy: Michael Fassbender, „Zniewolony. 12 years a slave”

Najlepsza aktorka drugoplanowa: Julia Roberts, „Sierpień w hrabstwie Osage” (nie nominowany za najlepszy film, więc nie pojawia się tu jego recenzja) – jeśli znów wygra Lawrence, znam co najmniej dwie osoby na M., które bardzo się zdenerwują!

Najlepszy reżyser: Alexander Payne, „Nebraska”

Najlepszy scenariusz oryginalny: „Ona”

Najlepszy scenariusz adaptowany: „Przed północą”

Najlepsza scenografia: „Wielki Gatsby”

Najlepsze kostiumy: „Wielki Gatsby”

Najlepsza piosenka: Happy z filmu „Minionki rozrabiają”

Co do pozostałych kategorii, czeka mnie jeszcze trochę oglądania… Ktoś chętny na wieczór filmowy? A dziś słuchamy oczywiście przyszłego zwycięzcy konkursu na najlepszą piosenkę i bujamy bioderkami :)

Star Wars

Luke, fajny z ciebie chłopak, tylko przestań tak gwiazdorzyć!

Wybrałam się wczoraj z wizytą do mojej przyjaciółki K. Ma ona niespotykaną w zasadzie dziś zaletę: potrafi bezinteresownie komplementować, cieszyć się z cudzych osiągnięć, słuchać uważnie zwierzeń, być obok i milczeć, wspierać samą swoją obecnością. Jak niewielu takich ludzi dane jest nam spotykać na co dzień! Kochana K., dziękuję, że jesteś!

Spotkanie tej skromnej osoby wywołało u mnie istną lawinę myśli już w momencie wyjścia z jej mieszkania na ulicę, gdzie moje wyciszone zmysły zaatakowały wściekle jaskrawe stroje, skąpe/ prześwitujące części garderoby i wyzywający sposób bycia przypadkowych, chciałoby się napisać „szarych”, przechodniów.

Jeszce nie tak dawno Polacy po wyjściu z komunizmu bardzo potrzebowali lekcji asertywności i wiary w siebie. W zetknięciu z przedstawicielami kultury zachodu byliśmy zakompleksieni i woleliśmy na wszelki wypadek powiedzieć, że czegoś nie potrafimy, niż zrobić to źle. Obecnie odnoszę wrażenie, że mamy do czynienia z tendencją wręcz odwrotną: wszyscy chcą być gwiazdami, każdy chce być w centrum uwagi, sfotografowany, sfilmowany i (koniecznie, koniecznie!) zalajkowany.

Nie żebym miała coś przeciwko gwiazdom, ale pochylmy się nad zagadnieniem i zastanówmy się wspólnie, bo uważam, że warto: ilu ludzi może być NAPRAWDĘ wybitnych? Oczywiście, każdy jest wyjątkowy na swój sposób. Mówię tu jednak o wybitności na skalę globalną, o cechach tak niecodziennych, że ocierających się o geniusz. Z definicji – raczej niewielu. A jednak z ilości celebrytów wywnioskować można by coś zupełnie przeciwnego. Absolutnie nie nadążam już za tą wykładniczo rosnącą grupą ludzi, nie kojarzę kto jest trzecią żoną czwartego męża tej z serialu…no, wiecie. Jednak nie piszę tego wszystkiego po to, żeby tych ludzi skrytykować. Chcę się tylko i wyłącznie zmartwić ich zmartwieniem. A mianowicie:

skoro wszyscy są gwiazdami, to kto jest publicznością?

Nie ma kto ich podziwiać, naśladować, nawet (zgrozo!) nie ma kto przeprowadzić wywiadu, bo dziennikarz obecnie również ma już status gwiazdy. Zdarzyło mi się na przykład przeczytać na okładce jednego z popularnych pism kobiecych: „Ola Kwaśniewska przeprowadza wywiad z Jolantą Kwaśniewską”.

Dlaczego martwią mnie zmory naszych znanych z tego, że są znani? Śpieszę z wyjaśnieniem. Otóż, zdarzyło mi się ostatnio oglądać film uwieczniający bal absolwentów klas trzecich gimnazjum. Ku mojemu szczeremu zaskoczeniu, filmowana młodzież nie okazywała najmniejszych oznak skrępowania śpiewając niestosowne teksty piosenek, wykonując ruchy taneczne, których nie powstydziłaby się sama Beyoncé w teledysku „All the single ladies” i eksponując wszelkie swoje wdzięki i talenty naraz przed kamerą (im bliżej, tym lepiej), a wszystko to na oczach szanownego grona nauczycielskiego oraz rady rodziców. W tym barwnym, rozkrzyczanym korowodzie moją uwagę przykuła jedna osoba. Chuda, skromnie ubrana, nieśmiała dziewczyna, która trzymała się nieco na uboczu, jakby z lekkim przestrachem spozierając na swoich równolatków. Tylko ona się wyróżniała.

Wnioski pozostawiam Wam.

Mercy, mercy, mercy,/ I don’t want no fly guy/ I just want a shy guy…

I’m Blue da ba dee dabba da-ee dabba dee-a dabba da da ba dee da dabba dee-a dabba da da ba dee da dabba dee-a dabba da da ba dee da

Cate Blanchett – wielkie brawa za odwagę wystąpienia bez makijażu! Bardzo mi to poprawiło samoocenę.

Wybraliśmy się z T. do kina na „Blue Jasmin” Woodiego Allena. Film, opisany w gablocie poznańskiego Cinema City jako „komedia/ dramat”, dla mnie w sposób oczywisty JEST dramatem z okazjonalnym przebłyskiem Allenowskiego żartu. Liczyłam na typowe dla reżysera życzliwe wyśmianie człowieka w jego małości, tymczasem jego najnowszy film odebrałam jako nieskończenie smutny obraz starzejącej się piękności, która potrafi jedynie wydawać efektowne przyjęcia (że o wydawaniu pieniędzy nie wspomnę). Jest to jednak dramat, który, jak sądzę, zachęca do refleksji w sposób znacznie bardziej subtelny i przemyślany niż chociażby „O północy w Paryżu” tegoż twórcy – mimo, że temat jakby ten sam.
Zastanawia mnie chociażby, czy oglądanie życia Jasmine/ Janette byłoby choć odrobinę weselsze, gdyby nie utraciła całej fortuny. Myślę, że nie, ale przecież to już widzieliśmy wiele razy w różnych wydaniach. O, nieszczęśni bogacze! Jak trudny jest wasz los! Współczuję z głębi serca.
A zupełnie na poważnie, intryguje mnie fakt, że temat bogactwa jako źródła korupcji oraz niemożności dostrzeżenia tego, co w życiu się liczy, przewija się tak często w twórczości tego wziętego scenarzysty i reżysera. Jak podaje portal iwoman.pl, „Blue Jasmin” uzyskał w pierwszy weekend wyświetlania: „ponad 102 tysiące dolarów wpływów na kopię [filmu]”. Allenowi musi być bardzo ciężko.
I pomyśleć, że kiedyś oglądałam jego komedie/ dramaty dla jego poczucia humoru, nieświadoma, że on przez cały ten czas cierpiał katusze. Bogatsza (o, zgrozo!) o tę wiedzę nieomal fizycznie czuję jak zmieniam się w dojrzałego widza. Starzejemy się, Panie Allen, co tu kryć.

A na pocieszenie polecam do odsłuchania rewelacyjną ścieżkę dźwiękową z filmu:

PS Właśnie sobie uświadomiłam, że nie napisałam Wam w końcu wczoraj czym się wyraża męskość mojego męża! Zilustruję przykładem:
Mąż siedzi w kuchni zatopiony w lekturze gazety. „Tonem zwiędłego fiołka”, jak określiłby to Andrzej Bobkowski, zaczynam się cichutko skarżyć na nowe buty. Mąż marszczy brew. Prezentuję poobcierane stópki. Mąż podnosi znad gazety zimny wzrok mordercy i oświadcza tonem nieznoszącym sprzeciwu: „Do wyrzucenia!”
Tak, tak, tak! Panowie, uczcie się!

this is a man’s world

Django nie znosi kompromisów

Obejrzeliśmy niedawno z T. najnowszy film Quentina Tarantino „Django”. Początkowo miałam opory przed tym wyborem na wspólny wieczór – „Tarantino” to dla mnie synonim dla „krew leje się wiadrami”. Okazało się jednak, że mój mąż miał rację proponując ten właśnie film. Oczywiście krew nie tylko się leje, ale też tryska i opryskuje we wszystkich kierunkach, w ilościach znacznie przekraczających fizyczne możliwości ludzkiego ciała – ale nie w tym rzecz.
Ujęło mnie poczucie humoru reżysera, który w jednej ze scen każe członkom Ku Klux Klanu pokłócić się przed atakiem na głównego (czarnoskórego) bohatera: czy mają wystąpić w charakterystycznych białych workach na głowie, w których nierówno zrobiono otwory na oczy i w efekcie niewiele przez nie widać, czy też może tym razem, wyjątkowo, zaatakować bez worków, a następnym razem dopilnować, żeby otwory zrobiono we właściwym miejscu. Ostatecznie jeden z nich odjeżdża obrażony, bo, jak się okazuje, worki są dziełem jego żony. Majstersztyk!
Nie będę psuła Wam zabawy zdradzając wszystkie wątki filmu. To po prostu trzeba zobaczyć. Na potrzeby dzisiejszego wpisu dodam tylko, że bohater tytułowy, Django, idealnie wpisuje się w archetyp silnego, nieujarzmionego samca (to słowo nie jest tu użyte w znaczeniu pejoratywnym), którego nic i nikt nie powstrzyma przed zrealizowaniem swojego celu. W pewnym momencie filmu otwiera kopniakiem drzwi, wkracza do komórki, w której zamknięto jego ukochaną, wyjmuje spomiędzy zębów grube cygaro i mruczy tubalnym basem przez zaciśnięte wargi: „To ja, dziecino!”. Nieomal piszczałam z zachwytu! Widząc moją rozanieloną minę, mąż dość łatwo dał się namówić, żeby następnego dnia, wracając z pracy, powitać mnie w ten sam sposób.
Nazajutrz, niepomna niczego, wpadła z wizytą moja szwagierka. Plotkowałyśmy sobie w najlepsze, kiedy ni z tego ni z owego rozległ się dźwięk klucza w drzwiach, a mnie w jednej sekundzie z mocą gromu z jasnego nieba oświeciło, że on zaraz TO powie. Przerwałam zdanie wpół, rzuciłam się sprintem do drzwi i dopadłam dysząc do męża, który tylko uśmiechnął się do mnie szelmowsko i wyćwiczonym basem rzucił: „To ja, dziecino!”. Zamiast zgodnie z wszelkim prawdopodobieństwem omdleć w jego ramionach, wyrzuciłam z siebie wreszcie: „Cześć Kochanie, mamy gościa, wiesz?”. Skonsternowana mina szwagierki jeszcze długo będzie mi poprawiała humor.