Le message

Od ponad dwóch tygodni wprowadzamy Synkowi do diety zupki warzywne. W związku z tym codziennie około milion razy wygłaszam kwestię:

„Synku, nie wkładaj rączek do buzi. Teraz jemy. Otwórz buźkę… No, popatrz, tak jak mama AAAAAAaaaaMMMmmm, PIĘKNIE. I jeszcze raz AAAAaaa… Ale nie wkładamy teraz śliniaczka do buzi, tylko łyżeczkę. O tak, właśnie tak.. Proszę oddać mamusi łyżeczkę. No, oddaj. Tak, dziękuję… Ale nie, nie NIE, nie wkładaj TERAZ rączek do buzi!”.

Zaczynam się zastanawiać czy ewentualne karmienie dziecka całe życie piersią byłoby takim złym pomysłem.

Tymczasem nie daje mi spokoju myśl poddana mi przez Agni, że cały mój wysiłek włożony w proces wychowania (poczynając od nauki jedzenia a na wartościach skończywszy) można równie dobrze sobie darować, bo pewnego pięknego dnia dziecko się zakocha i stanie się innym człowiekiem „jakby je ktoś podmienił”. Oczywiście pragnę dla mojego dziecka szczęścia wiążącego się z pokochaniem drugiej osoby z wzajemnością. Nikt nie wmówi mi jednak, że zakochanie jest tożsame z pożądaniem. Można pożądać nie kochając (tzw. seks bez zobowiązań – swoisty oksymoron, bo nie można wymieniać z kimś płynów ustrojowych i oczekiwać braku jakichkolwiek konsekwencji). Można kochać nie pożądając (miłość platoniczna, miłość rodzicielska, itp.). Wreszcie, można kochać i pożądać… Nie oznacza to jednak jeszcze, że to pożądanie natychmiast należy zrealizować. Nikomu jeszcze nic się nie stało dlatego, że powstrzymał się od współżycia. Natomiast wiele tragedii – takich jak AIDS, niechciane ciąże, zdrady, itp. – wiąże się z brakiem wstrzemięźliwości.

Czy rzeczywiście nie jestem w stanie w żaden sposób ukształtować mojego własnego dziecka pod względem seksualności?

Zastanawiam się, co chciałabym mu przekazać na ten temat. I jak mądrze to przekazać, żeby nie zrazić, nie wzbudzić niezdrowej ciekawości, a jednocześnie przekonująco wytłumaczyć? Kiedy zaczynać takie rozmowy? Czy z synem powinien porozmawiać ojciec „jak mężczyzna z mężczyzną”? Czy może raczej powinien być to temat jak każdy inny, poruszany od niechcenia przy niedzielnym obiedzie?

Na pewno chciałabym mu powiedzieć, że współżycie jest dobre. Może być piękne i wspaniałe. Nawet najwspanialszą rzecz można jednak zepsuć, jeśli nieumiejętnie się z niej korzysta.

Przede wszystkim, wbrew temu co można by wywnioskować z mediów, seks to nie jest taka gimnastyka we dwoje ani sposób na zabicie czasu w nudne popołudnie. To jest najbardziej intymne zbliżenie do jakiego może dojść między dwojgiem ludzi. Powinno być wyrazem miłości. Nie powinno więc do niego dochodzić byle jak, z byle kim, ani byle gdzie. Naturalnie jest to fizycznie możliwe do zrealizowania, ale nie należy wówczas oczekiwać, że będzie to cudowne przeżycie. Jak ze wszystkim, pierwszy raz może być tylko jeden, więc lepiej dobrze się zastanowić, nim się na niego zdecyduje. Czy naprawdę takie wspomnienie tego wydarzenia chcesz w sobie nosić do końca życia?

Myślę, że najważniejszy element spośród tych wymienionych przeze mnie „jak, gdzie i z kim” to właśnie ta druga osoba. Dla mnie na pytanie „z kim?” istnieje tylko jedna dobra odpowiedź: „z miłością Twojego życia”. Tylko wtedy tak wielka bliskość, taka czułość ma sens. Inaczej to jest zwykłe oszustwo. Twoje ciało krzyczy „jestem tylko Twój, kocham Cię, podziwiam Cię, chcę być z Tobą!” a twoje serce milczy. Ujmując to najprościej jak można: jeśli ta dziewczyna nie jest dość dobra, żeby wziąć z nią ślub, to nie jest też dość dobra, żeby iść z nią na całość. Zapytaj siebie czy chcesz mieć dzieci z tą osobą (co jest realną konsekwencją seksu, nawet przy najlepszej antykoncepcji). Czy chcesz spędzić z nią resztę życia. A jeśli odpowiedź brzmi „tak”, to nie ma się z czym śpieszyć, bo reszta życia to zazwyczaj dość długi okres czasu.

Co warte zaznaczenia, można nawet w najlepszej wierze, pomylić się co do swoich uczuć. Teraz sądzę, że to jest miłość mojego życia, a jednak za parę miesięcy się rozstajemy. Co wówczas zaoferujesz tej jedynej, kiedy już ją spotkasz? Jak mawia pewna znana mi wspaniała dziewczyna „przechodzonego, to ja nie chcę”. I ma rację. Większość ludzi pragnie takiej wyłączności: ja tylko dla Ciebie, Ty tylko dla mnie. Nie jest to jakieś naiwne marzenie. Tak powinno być. Tak może być. Nie jest łatwo w tym zwariowanym świecie, ale da się. A wtedy masz coś naprawdę wyjątkowego, czego mogą jedynie pozazdrościć ci wszyscy macho z dziesiątkami „zaliczonych” dziewczyn na koncie.

La nuit

images

Noc. Pora strachu, duchów, maratonów filmowych, szalonych imprez… i pora karmienia. A dokładniej trzy, w porywach do pięciu pór karmienia – przynajmniej w naszym wypadku. No, chyba, że akurat W. nie może zasnąć. Wtedy noc przechodzi w zasadzie w jedną niekończącą się porę naprzemiennego karmienia, przewijania i noszenia. A że Synek waży już ponad 7 kg, jest co nosić.

Dość szybko zauważam, że nocą czas płynie inaczej. Po raz kolejny wyrwany ze snu organizm usiłuje nawiązać kontakt z rzeczywistością, i po raz kolejny ponosi porażkę. Zaspane powieki nie chcą się rozkleić. Czy to już jutro, czy jeszcze wczoraj? Wskazówki zegarka rozmazują się i tańczą przed półprzytomnymi oczami. Spoglądam i jest 24:00. Po chwili jest już 3:05. Myślę, że teraz to już z pewnością noszę W. co najmniej od dwudziestu minut – gdy sprawdzam upłynęły zaledwie dwie. Przemierzam mieszkanie wzdłuż i wszerz, czekając aż mu się w końcu odbije i będziemy mogli wracać do łóżek. Wyglądam przez okno. Widzę księżyc w nowiu. Wyglądam ponownie – jest pełnia.

Podczas tych samotnych godzin czuwania, przemierzając całe kilometry i (z pewnością!) wydeptując ścieżki na podłodze pogrążonych w mroku pokoi przytulam do siebie ciepłe, bezwładne ciałko dziecka. Czasem krzyczy wniebogłosy i się wyrywa. Innym razem oddycha miarowo na moją szyję, działając silniej niż jakikolwiek środek usypiający. Myślę sobie, że chyba już mu się odbiło, pewnie nie usłyszałam. Zasnął tak mocno, i chyba nawet mu się coś śni, bo się uśmiecha. Odkładam go do łóżeczka najdelikatniej jak potrafię. Kiedy tylko jego ciało styka się z materacem, natychmiast szeroko otwiera oczy i patrzy na mnie z wyrzutem, zupełnie trzeźwym spojrzeniem.

Zaczynamy od początku. Znów przewijanie. Znów karmienie. Znów noszenie. Patrzę na blok naprzeciwko, szukam jasnych okien jak iskierek nadziei. Nie tylko ja nie śpię. Przez te prawie dwa miesiące poznałam już mapę rozmieszczenia nocnych marków w okolicy. Może też mają małe dzieci? – zastanawiam się. Może lubią siedzieć do późna. Cierpią na bezsenność. Prowadzą ożywione życie towarzyskie i odwiedzają ich znajomi. Czytają wciągającą powieść, od której nie mogą się oderwać. Zakuwają po nocach do poprawki egzaminu. A może zwyczajnie zapomnieli zgasić światło. Nawet jeśli, i tak te zapalone światła dodają mi otuchy.

Czasem Synek zasypia natychmiast, i ja również mogę się wyspać. Choć, rzecz jasna, jest to zupełnie inne „wyspanie”, niż to, którego doświadczałam kiedyś. Po pełnych czterech godzinach niezakłóconego snu kręci mi się w głowie i muszę przez dłuższą chwilę zastanawiać się gdzie właściwie jestem.

Kiedy w swobodnej rozmowie szwagierka wspomniała lekko o przespaniu ciągiem ośmiu godzin, osłupiałam. Podczas gdy rozmowa potoczyła się dalej swoim torem, mój mózg nadal rozważał tą koncepcję. Osiem godzin… bez przerwy… Nie, w tym zdaniu musi kryć się jakiś błąd logiczny.

Parę minut po czwartej, po którymś karmieniu z kolei, odkładam wreszcie synka i wychodzę na balkon. Miasto leży u moich stóp. Ta chwila ciszy, zawieszenia między nocą a dniem, należy tylko do mnie. Moi dwaj mężczyźni chrapią w najlepsze w sypialni, zupełnie nieświadomi mojego małego zwycięstwa. Przetrwałam kolejną noc. Świętuję ten fakt sam na sam z Poznaniem i z kubkiem herbaty. Powietrze niesie jeszcze przyjemny chłód poranka, który wkrótce zmieni się w nieznośny upał. Nad dachami wschodzi słońce i odbija się w szybach budynków pomarańczowym blaskiem. Oddycham głęboko, pociągam ostatni łyk mocnej herbaty. Potem wślizguję się cichutko do łóżka i liczę jeszcze na jakąś godzinkę snu.