C’est la vie

Bywa i tak.

Kiedy urodził się nasz pierwszy syn, zostaliśmy zasypani kartkami z gratulacjami. Wszystkie zachowałam skrzętnie na pamiątkę, żeby W. mógł zobaczyć jak wiele osób cieszyło się nim razem z nami. Z okazji narodzin drugiego syna przyszła dokładnie jedna taka kartka. Uznałam to za naturalny obrót spraw, postawiłam kartkę w widocznym miejscu i poszłam spać.

Następnego poranka (i wiele pobudek później) moim na wpół przytomnym oczom ukazał się mój pierworodny, wbiegający do sypialni i już od progu wołający:

- Mamo, mamo, zobacz jak pięknie wyciąłem!

Rysunek różowego dzidziusia w jego dłoni rzeczywiście został bardzo ładnie wycięty…
Z tej jednej, jedynej kartki z gratulacjami z okazji narodzin jego młodszego brata. Przez chwilę miałam ochotę się rozpłakać.

No cóż… To ja zawsze zachęcałam W. do nauki wycinania. Co więcej, sama dałam mu kiedyś podczas sprzątania stare kartki pocztowe, żeby mógł sobie powycinać obrazki.

Takie życie młodszego, synu. C’est la vie.