L’amour

Red-Heart-BalloonsZbliżają się walentynki, o czym od jakiegoś miesiąca informują nas z subtelnością młota pneumatycznego reklamy całej gamy produktów od sprzętu komputerowego, poprzez gastronomię, a na przemyśle bieliźnianym skończywszy. Można się zastanawiać, nad sensownością kolejnego komercyjnego święta rodem z zachodu, bezsprzecznie wrosło ono jednak w polską rzeczywistość tak zwanej kultury masowej.

Z moich obserwacji wynika, że obchodzenie dnia św. Walentego najmocniej odczuwają dwie grupy ludzi. Pierwszą stanowią osoby samotne (nie z wyboru), które odnoszą wrażenie, że oto całe otoczenie, z witrynami sklepowymi włącznie, sprzysięgło się, aby wypominać im brak, który i już i tak jest dla nich dość przykry. Druga grupa to rzucające się w wir świętowania pary, które dopiero zaczęły się spotykać, ewentualnie pary nastolatków (jedne i drugie przejawiają zresztą wiele cech wspólnych, takich jak ataki chichotu, czy przeświadczenie, że wszyscy na nich patrzą).

To właśnie ta druga grupa ludzi rezerwuje 14 lutego stoliki w kawiarniach, wykupuje cały zapas balonów w kształcie serca i szykuje romantyczne (przynajmniej w zamyśle) niespodzianki (których druga strona oczywiście się spodziewa, a wręcz oczekuje). Dość częstym pomysłem jest wspólne wyjście do kina na nastrojowy film. Jeśli ktoś chciałby wybrać się tego roku na takowy w Poznaniu, to niestety będzie musiał wymyślić coś bardziej oryginalnego. Są po temu dwojakie powody. Primo, wszystkie bilety na ten dzień zostały już wykupione. Nie ma się jednak czym martwić, gdyż secundo, w multipleksach (nomen omen, czyż „multi” nie znaczy „wiele”, co miałoby sugerować wybór spośród co najmniej dwóch możliwości?) wyświetlany będzie tylko jeden film, bynajmniej nie romantyczny. Mowa o rozerotyzowanych „50 twarzach Greya”, ekranizacji literatury najniższych lotów, za to (dlatego?) bardzo poczytnej. Nasuwa się tu pytanie, kto wykupił te wszystkie bilety – żywię nadzieję, że nie nastolatki.

Pomimo powyższych rozmyślań, nie jestem wojującą przeciwniczką walentynek. Każdy z nas chce wiedzieć, że jest kochany, a jeśli ktoś potrzebuje odgórnie narzuconego święta, aby okazać czułość i uwagę swojej drugiej połówce, to bardzo dobrze, że takie święto istnieje. Przejawia się tu jednak pewna niezrozumiała dla mnie tendencja do podejmowania działań na skalę masową: oczami wyobraźni widzę nieomal jak ludzie w różnych punktach globu wszyscy jak na komendę dają sobie całusa, zapalają świeczkę i wymieniają identyczne pluszowe misie, po czym równymi parami, trzymając się za ręce, maszerują, żeby wszyscy obejrzeć jeden i ten sam film. Brrr!!!

Dbajmy o swoich ukochanych przez cały rok. Róbmy to po swojemu. I pozwólmy im poczuć się rzeczywiście wyjątkowo, aby wiedzieli, że słowa „moja jedyna/ mój jedyny” to nie tylko wyświechtany frazes. Jeśli kochasz, bez wątpienia znajdziesz szczególny sposób by to okazać, taki, który najbardziej trafi do tej drugiej osoby. Spocznij! Rozejść się!

No dobrze, a teraz dla Ciebie – dzisiaj, mój wspaniały Mężu. Dzisiaj.


La fable

Bajka – krótka powiastka wierszem lub prozą, zawierająca naukę (morał). Spostrzeżenia dotyczące zasad postępowania, dobra i zła zilustrowane są przykładem, np. bohaterami są zwierzęta, które uosabiają określone typy ludzkie (mądra sowa, chytry lis, pracowita mrówka). Jeden z podstawowych gatunków literatury dydaktycznej (pouczającej), np. Bajki Ignacego Krasickiego, Adama Mickiewicza” (Słownik Terminów Literackich wiking.edu.pl).

Korzystając z długiego weekendu, gdy pożegnaliśmy naszych miłych gości, postanowiliśmy z T., już to przez wzgląd na potomka, już to dla własnej rozrywki, zapoznać się z bajkowymi nowościami. Już sam fakt, że dwoje dorosłych ludzi spośród setek dostępnych filmów decyduje się na bajki, zakrawa na znak czasów. Oboje jesteśmy co prawda fanami kina familijnego, ale czy przed kilkudziesięcioma laty ktoś przyłapałby zacnych przodków, po ukończeniu lat dziesięciu, na śledzeniu z własnej nieprzymuszonej woli, a nade wszystko jawnie, przygód „Bolka i Lolka”, czy też „Reksia”? Oglądanie bajek uznawano za czynność odpowiednią dla dzieci, a jedną z najgorszych obelg w szkole było sugerowanie, że ktoś o dziewiętnastej zjada kaszkę, ogląda wieczorynkę i idzie spać.

Wiele uległo zmianie od tego czasu. Wieczorynka utraciła swój czar, gdy pojawiły się całe kanały telewizyjne dedykowane dzieciom, a następnie internet, w którym można odtworzyć dowolny film, o dowolnej porze. Natomiast przyczyny otwartego zainteresowania dorosłych produkcjami dla najmłodszych dopatrywałabym się w 2001 roku, kiedy to w kinach ukazał się „Shrek”.

Pojawienie się na dużym ekranie nieokrzesanej postaci, która sypie dowcipami o podtekstach, których dzieci nie rozumieją (a przynajmniej, w moim odczuciu, nie powinny rozumieć) otworzyło drzwi na nowy typ bajki. Ma ona mało skomplikowaną fabułę i niekoniecznie zawiera koherentny morał, trudno w niej znaleźć jednoznaczne wzorce moralne, za to aż kipi od efektów specjalnych, nagłych zwrotów akcji oraz gagów przeznaczonych dla widzów, którzy już jakiś czas temu wyrośli ze swoich koników na biegunach. Dawniej można było spokojnie pozostawić dziecko przed ekranem, gdy widnieli na nim kreskówkowi bohaterowie. Obecnie nie jest to już tak oczywiste.

Obejrzeliśmy z mężem „Krainę lodu”, okrzykniętą powrotem Disneya do dawnej formy, oraz „Ralpha demolkę”. Pierwsza z bajek okazała się dużym rozczarowaniem. Rozwrzeszczane nastoletnie postaci smukłych księżniczek, kompletnie niezrozumiałe teksty piosenek rodem z „High School Musical”, oraz obowiązkowy bohater slapstickowy – sepleniący bałwan, którego ciętego poczucia humoru nie mogliśmy docenić, ponieważ nie rozumieliśmy co mówi (czy tylko mi zaświtał w głowie pomysł, że te wszystkie niezrozumiale mówiące postacie mają wpływ na rosnącą ilość dzieci z wadami wymowy?), bardzo szybko zraziły nas do całej historii.

Ponadto klasyczna „Królowa śniegu” oferowała małym odbiorcom jasną granicę pomiędzy złem a dobrem, natomiast w „Krainie lodu” czarownica, która sprowadza na krainę wieczną zimę okazuje się zagubioną małolatą, a dobry książę, który opiekuje się poddanymi, jest w istocie podstępnym malwersantem. Ktoś powie, że przecież w prawdziwym życiu wszystko jest o wiele bardziej skomplikowane i dzieci powinny wiedzieć, że nie zawsze można ufać komuś, kto ładnie wygląda i jest miły. To prawda, jednak primo, nie jest to rola bajki, secundo, zanim maluchy posiądą taką wiedzę, powinny najpierw móc zapoznać się z ideą czystego dobra i zła jako takiego.

„Ralph demolka” przypadł nam do gustu zdecydowanie bardziej ze względu na humor sytuacyjny i dowcipne dialogi (ja) oraz pojawienie się znanych bohaterów gier komputerowych (T.). Mimo wszystko, również tej bajki nie włączyłabym małemu dziecku. Jedna z głównych postaci żeńskich obraża wszystkich wokół i strzela z broni dużego kalibru, druga jest podstępna i złośliwa (co nie przeszkadza jej pozostać bohaterką pozytywną). Sam protagonista należy do klubu „Anonimowych Antybohaterów”, którego motto brzmi: „Jestem zły, ale to dobrze. Nigdy nie będę dobry, ale to nic złego”. Dla widza dorosłego może to być zabawne, owszem. Ale co wyniesie z takich haseł przedszkolak?

Odnoszę wrażenie, że współczesne animacje powstają dla nowego typu widza. Widza, który chce się rozerwać, ale niekoniecznie zastanawiać. Takiego, któremu trzeba zapewnić dużo szybko zmieniających się bodźców, ale w znanej, oswojonej formie, którą jest w stanie zrozumieć. Czy ktoś jeszcze uważa, że od czasów „Toy Story” oglądamy wciąż tę samą bajkę o samoakceptacji? Czy tylko mi komputerowe postacie wszystkie wydają się do siebie podobne?

Po weekendowych seansach postanowiliśmy, że pozbawimy własne pociechy tych doznań i zamiast tego zaprezentujemy im starego dobrego „Króla Lwa”, „Kopciuszka”, „Śpiącą Królewnę” i inne tego typu przeżytki. Tacy z nas rodzice-tyrani.

A dla szanownych czytelników zgaduj-zgadula. Znajdź 10 szczegółów między dwiema piosenkami przewodnimi:

The Audience

No Kochani, wreszcie wchodzę w XXI wiek! Piszę do Was z drogi – T. prowadzi samochód a ja sobie wystukuję swoich parę słów do Was na dziś.

Wczoraj mój mąż zaprosił mnie na sztukę teatralną do kina. Pierwszy raz byłam na tego typu widowisku i, jako wielka fanka teatru w wersji tradycyjnej, miałam swoje obawy co do jakości odbioru sztuki prezentowanej w takiej formie. Co więcej, kino to należy do wielkiej sieci multipleksów, po których zazwyczaj spodziewam się zbyt wielu reklam, zbyt głośnych dźwięków oraz widowni z ogromnymi pudłami popkornu i pasującymi rozmiarem kubłami napojów gazowanych do chrupania i siorbania w trakcie seansu, najlepiej w rzędzie tuż za mną. Jakież było moje zdiwienie, kiedy wśród przybyłych dostrzegłam osoby w strojach, które wydałyby mi się jak najbardziej adekwatne podczas fizycznej wizyty w teatrze! Rzecz jasna, nie dotyczyło to wszystkich, ale było to miłe zaskoczenie. Wszyskie moje obawy okazały się niesłuszne.

Sztuka, którą oglądaliśmy to „The Audience” („Audiencja”) z rewelacyjną Helen Mirren w roli angielskiej królowej. Tytułowa audiencja to cotygodniowe spotkania królowej z premierem UK. Trudno o bardziej brytyjskie przeżycie bez ruszania się z Poznania! Skrząca się angielskim humorem akcja oscyluje wokół dialogów królowej Elżbiety na różnych etapach jej życia z ówcześnie sprawującą urząd premiera osobą, a za całą scenografię służą dwa fotele. Uboga sceneria tylko uwydatnia doskonałą grą aktorów. Dodatkową atrakcją był wywiad z autorem scenariusza, Peterem Morganem, oraz krótki materiał na temat powstawania kostiumów do sztuki, odtworzone w czasie antraktu. Całość wybrzmiała w pięknej angielszczyźnie, co dla mnie było czynnikiem decydującym o uroku tego wieczoru – poza doborowym towarzystwem, naturalnie.

Jak dla mnie absolutnym hitem był sposób w jaki David Peart w roli Jamesa Callaghana wymówił z silnym angielskim akcentem francuski zwrot w słynnym zdaniu:

If we have to prove our Europeanism by accepting that French is the dominant language in the Community, then my answer is quite clear, and I will say it in French in order to prevent any misunderstanding: Non, merci beaucoup.

Za recenzję niech wystarczy fakt, że gdy tylko zapaliły się się światła, spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo, a T. bardziej stwierdził niż zapytał: „To co, na następne też idziemy?”. Multikono planuje więcej tego typu transmisji, więc koniecznie korzystajcie!

Nie wiem jak Wy, my idziemy!