Le clergé

24 Urodziny Radia (pożal się Boże) Maryja (źródło: fakt.pl)

24 Urodziny Radia (pożal się Boże) Maryja (źródło: fakt.pl)

„Z władzą świecką można współpracować, ale wiary należy strzec jak skarbu. Za każdym razem, kiedy przedstawiciele Kościoła wchodzili w zbyt zażyłe stosunki z polityką, dobrze im się wiodło, lecz wiara na tym na ogół cierpiała. Mody polityczne przeminęły, a to, co najważniejsze w wierze Kościoła przetrwało, nawet jeśli się wydawało, że nie ma prawa przetrwać.”

(Damian Mrugalski OP)

Słowa te co prawda padły w kontekście zamierzchłej historii, jednak wydają się nad wyraz aktualne. Jeśli spojrzymy na przykład z historii najnowszej – i nie mam tu na myśli Polski – ale Hiszpanię, która wraz z Irlandią, Maltą i Polską stanowiła jeszcze do niedawna jedną z ostoi wyznania katolickiego w Europie, a w ciągu zaledwie jednego pokolenia zupełnie się zlaicyzowała na skutek zgubnego zaangażowania Kościoła w politykę, można się zastanawiać, czym jest „to, co najważniejsze w wierze Kościoła”.

Ktoś może powie: jakość kosztem ilości. Zgoda, to może być oczyszczające doświadczenie dla Kościoła w Polsce. Pod warunkiem, że taka zmiana jakościowa w pierwszej kolejności nastąpi pośród kleru. Przy obecnej znikomej liczbie powołań i przepychaniu kleryków na siłę przez kolejne lata seminarium; przy biskupach, którzy chętnie mówią, ale rzadko słuchają nawet papieża, a co dopiero wiernych; przy akceptowaniu przez duchowieństwo księży-pedofilów, księży-alkoholików, księży-z-kochankami, księży-rasistów, a nade wszystko księdza-który-prowadzi-rozgłośnię-radiową-szerzącą-podziały-w społeczeństwie – nie wydaje się to prawdopodobne. Chociaż – kto wie? Może ostatecznie ten fatalny flirt z PiS-em znacząco poprawi stan duchowości stanu duchownego?

L’enfant intérieur

Ostatnimi czasy mam tyle na głowie, że byłam w stanie odsuwać w myślach wszystko, co wiąże się z ciążą i porodem. Studia (egzaminy!), praca, rodzina, dom, znajomi i zainteresowania zapewniały mi aż nadto wrażeń. Jednak w 34 tygodniu ciąży zaczynam już wyraźnie odczuwać potrzebę zwolnienia obrotów, a moje myśli nieodmiennie kierują się ku maleństwu, które, z nieproporcjonalnie dużą w stosunku do wzrostu siłą, stara się wcisnąć swoje urocze stópki między moje żebra. Choć dbam o kondycję i jestem raczej drobnej budowy, brzucha zdecydowanie nie da się już przeoczyć. Kręgosłup zaczyna dawać mi się we znaki, oddechu nie starcza na swobodną rozmowę podczas szybkiego marszu. W końcu, w ósmym miesiącu czuję w całej rozciągłości, że jestem w ciąży!

Smutna konstatacja jest taka, że podobnie jak w pierwszej ciąży, zbliżając się do kolejki przy kasie, lub wsiadając do tramwaju, staję się niewidzialna. Ludzie autentycznie omijają mnie wzrokiem, jakby się bali, że jeśli tylko na mnie spojrzą, zacznę rodzić na ich oczach. Chlubnym wyjątkiem – w obu ciążach – był Rossmann, gdzie program pierwszeństwa przy kasach rzeczywiście działa, ponieważ kasjerkom chce się dostrzegać kobiety w ciąży. Kasy pierwszeństwa w sieci IKEA oznaczają za to długą kolejkę samych uprzywilejowanych.

Nie zdarzyło się, żeby pierwszeństwa ustąpił mi ktoś z kolejki. Sama nie wyrywam się, bo nie znam tych ludzi. Może mają protezę nogi? Albo są ciężko chorzy? A może są zwyczajnymi prymitywami, którzy nie dość, że mnie nie przepuszczą, to jeszcze powiedzą mi równie głośno, co SZCZEGÓŁOWO, czego trzeba było nie robić, żeby nie znaleźć się w tej sytuacji (sic!)? Na ironię zakrawa, że wiele osób W KOŚCIELE traktuje swoje miejsce w ławce niczym oblężoną twierdzę i jest gotowych bronić go do rozlewu krwi. Cóż, w moim stanie nie przystoi mi wdawać się w bójki.

Dobra informacja jest taka, że nauczyłam się nie brać tego do siebie. To nic osobistego. Ot, zwykła obojętność na innych i zamknięcie w swoim świecie. Za to tym razem mam znacznie lepszy kontakt z moim wewnętrznym dzieckiem ;-) , co łączę z większą świadomością sytuacji. Niezależnie od ton przeczytanych książek, noszenie w sobie nowego życia za pierwszym razem pozostawało dla mnie dość abstrakcyjną koncepcją. Nie twierdzę, że teraz to doświadczenie stało się zupełnie oczywiste i pozbawione tajemnicy. Raczej nabrało bardziej realnego wymiaru, od kiedy już wiem jak to jest: trzymać w ramionach własne dziecko i zajmować się nim dzień po dniu (i noc po nocy…).

Na koniec załączam niezwykle subtelny opis ciąży i narodzin, na który niedawno natrafiłam. Zadziwiająca jest dla mnie trafność i delikatność z jaką autor-mężczyzna ujął temat:

„Chociaż mały człowiek chroniony jest w wodach płodowych, nie jest jednak ‚zamknięty na klucz’. Nie zna jeszcze granic przestrzeni, ale w miarę wzrostu zaczyna je zauważać. Najpierw jawią mu się jako pojęcie mgliste, jakby coś na kształt odległego wybrzeża. Poprzez powtarzający się kontakt dotykowy z granicą przestrzeni, pojawia się z czasem większa świadomość jej istnienia.

W późniejszym okresie to, co początkowo tylko delikatnie otaczało dziecko, zaczyna je dręczyć. Apogeum trudów małego człowieka stanowi wyrwanie go ze znanego otoczenia i konieczność przebywania z towarzyszącym mu obcym uczuciem suchości. Wystawiony zostaje na działanie siły ciążenia i poznaje dwojakość obcej mu egzystencji, w której jasność i ciemność, ciepło i zimno, pragnienie i zadowolenie, pojawiają się naprzemiennie na przeciwległych biegunach. Musi przyzwyczaić się do życia w trudnym świecie, który zastąpi mu łagodną, przytulną, minioną rzeczywistość. Będzie mu o tyle łatwiej, że miejsce przy nim zajmie znana mu już matka, łagodna i w dalszym ciągu nieustannie go chroniąca.”

Arno Stern, „Odkrywanie śladu. Czym jest zabawa malarska.”

Encore une fois

Ze względu na zainteresowanie, które wzbudził ostatni wpis postanowiłam ponownie odnieść się do tematyki lekkiego podejścia do spraw seksu, ze szczególnym naciskiem na coraz bardziej powszechne zjawisko konkubinatu oraz społecze przyzwolenie na nie. Cieszy mnie polemika na poziomie – szczególne podziękowania dla olenqui i Kary – dzięki niej mam okazję przemyśleć swoje stanowisko i uświadomić sobie pewne rzeczy na nowo, jaśniej. Niestety miejsce na komentarze jest ograniczone, a i nie wszyscy czytelnicy zaglądają do komentarzy. Stąd, niektóre myśli mogą się powtórzyć. Jestem głęboko przekonana, że właśnie ludzie młodzi, zwłaszcza rodzice wychowujący kolejne pokolenia, powinni dyskutować o wartościach. Zupełnie inny wydźwięĸ w tym kontekście mają słowa księdza (który często ma jedynie wiedzę podręcznikową) czy starszej pani w berecie z wiadomego materiału (która okres wielkich namiętności raczej ma już za sobą), a inny wypowiedź osób młodych i zakochanych.

Jestem praktykującą katoliczką i mój punkt widzenia jest nierozerwalnie powiązany z moim światopoglądem. Sądzę, że warto podkreślić, że katolikiem nie zostaje się po to, żeby być MIŁYM i wszystkich wokół głaskać po głowach (ewentualnie zbierać cięgi i grzecznie się uśmiechać). To jest religia miłości, owszem, ale miłości mądrej, która WYMAGA od siebie i od innych.

Dla pełnej jasności: nie twierdzę, że małżeństwo jest jedyną drogą do szczęścia ani gwarantem odpowiedzialnego zachowania drugiej połówki. Oczywiście, że istnieją nieudane małżeństwa oraz udane związki bez ślubu. Jestem jednak przekonana, że świadomie zawarte małżeństwo ma większe szanse na szczęśliwy, trwały związek, a wyjątki potwierdzają regułę.

Mimo moich osobistych przekonań na potrzeby tej dyskusji mówiąc o małżeństwie mam na myśli osoby, które zawarły ślub konkordatowy, kościelny, lub cywilny, ponieważ, jak słusznie zauważyła olenqa, nie wszyscy są wierzący. Co prawda oficjalnie ok. 95% Polaków to katolicy, ale praktykuje już tylko ok. 40% (dane GUS). Ponadto rozwodnicy nie mogą wziąć ponownie ślubu kościelnego, nic nie stoi jednak na przeszkodzie, aby wzięli ślub cywilny z nowym wybrankiem/ wybranką. Dlaczego tego nie robią? Czy powoduje nimi obawa przed ponownym zranieniem i przechodzeniem przez piekło rozwodu? Jeśli tak, to po co znów wchodzić w związek? Trudno mi się w tym połapać.

Spotkałam się już z takim stwierdzeniem: „nie jestem gotowy na poważny związek”. W takim razie wykreśl słowo „poważny”. Ty nie jesteś gotowy na żaden związek, bo drugiego człowieka nie można traktować jak zabawki. To JEST poważna sprawa. Idź do kina albo do kawiarni, ale nie do łóżka, gdzie może (u osób płodnych zawsze istnieje taka szansa) począć się kolejny człowiek od początku uwikłany w jakąś niejasną sytuację.

Inne tłumaczenie: jest ok, ale jak trafię na kogoś lepszego, to się rozstaniemy. Ta osoba jest jak gdyby poczekalnią na jakąś lepszą przyszłość. Czy ktokolwiek chciałby świadomie znaleźć się w takiej sytuacji?

Jeszcze inna postawa: my się sprawdzamy. Co dokładnie sprawdzacie? Jeśli kogoś kocham, to podejmuję ryzyko: „Kocham Cię i chcę spędzić z Tobą resztę życia, chcę dla Ciebie tego co najlepsze, oddaję Ci wszystko co mam”. Natomiast tutaj mamy podejście: „Kocham siebie i chcę dla siebie tego, co najlepsze. Jeśli się nadajesz, to może Cię zatrzymam, a jak nie, no to trudno.”

Najdziwniejsze jest to, że tego typu relacji najzacieklej bronią tkwiące w nich kobiety. Dla mężczyzny taki układ jest szalenie wygodny, przyznaję. Ale kobieta ma mnóstwo do stracenia, ryzykuje całą swoją przyszłość.

Jednak zjawiskiem, które budzi mój szczególny niepokój jest konkubinat czy… Jak to w ogóle nazwać?… Rozwiązłość (mam tu na myśli serię krótkotrwałych związków, lub przygodnych relacji, o podłożu seksualnym) wśród ludzi młodych, nastolatków i studentów dopiero wkraczających w świat dorosłości. Młodzież zawsze stanowiła surowego krytyka błędów dorosłych, wytykała hipokryzję, wskazywała ideały. Większość powstań i rewolucji opierała się właśnie na wierze młodych, że ten świat można uczynić lepszym. Że TRZEBA uczynić go lepszym. Tymczasem obecnie w moim odczuciu mnóstwo młodych przejawia cynizm, znudzenie i kieruje się głównie własną wygodą.

Szczególnie boli mnie ogromna hipokryzja, pewna labilność poglądów, którą nieraz już obserwowałam. Młody, zaangażowany w Kościele człowiek wyjeżdża na studia do dużego miasta po czym… Zrywa z Kościołem i zamieszkuje ze swoją sympatią (a potem może i następną, i następną – kto wie? Coraz dalej od Kościoła). Rodzice niby protestują, niby się nie zgadzają, ale tak naprawdę czują się bezsilni wobec swoich własnych dzieci, którym przecież jeszcze niedawno podcierali tyłki i nosy. Gdyby jeszcze przyczyną tej zmiany były jakieś wątpliwości duchowe, rozterki – można by dyskutować, przekonywać. Ale jak dyskutować z pożądaniem, z namiętnością? W wielu domach o takich sprawach wcale się nie rozmawia. Matki i ojcowie, którzy niejedno już przeszli, czują się zawstydzeni postępowaniem małolatów, które ledwo dostały dowód osobisty (albo i nawet nie), a już chcą koniecznie również zostać matkami i ojcami.

Temat jak widać jest bardzo obszerny i mam jeszcze wiele przemyśleń, którymi podzielę się z Wami w najbliższym czasie. Tymczasem zachęcam do dalszej dyskusji!

L’église

Ponieważ godziny snu i czuwania W. powoli się ustalają, od niedawna cieszymy się możliwością uczestniczenia całą trójką w nabożeństwach. Zazwyczaj Synek śpi, a nawet po przebudzeniu jak dotąd wykazuje się niebywałym wyczuciem i grzecznie się rozgląda. W analogicznej sytuacji podczas spaceru potrafi dać upust swojemu niezadowoleniu w sposób jednoznaczny dla trzech najbliższych dzielnic miasta. Na wszelki wypadek zajmujemy więc miejsca z tyłu kościoła, umożliwiające szybką ewakuację małego krzykacza. Chodzimy też na Msze dla dzieci, gdzie większość kongregacji potraktuje tego rodzaju odwrót ze zrozumieniem i odprowadzi nas współczującym wzrokiem – wyrażającym co najwyżej ulgę, że tym razem to nie ich dziecko zakłóca modlitewny nastrój – a nie święte oburzenie.

Im dłużej jednak uczestniczymy w tego typu Mszach, tym mocniej odczuwam, że część rodziców traktuje nazwę „Msza dla dzieci” jako przyzwolenie na kompletny brak zainteresowania poczynaniami własnych pociech od momentu przekroczenia progu kościoła, aż po jego opuszczenie. Zdają się tak zatopieni w modlitwie, że nie dostrzegają dokazujących w najlepsze maluchów, które bawią się echem, tupią, biegają przed ołtarzem, rozmawiają, krzyczą, zaczepiają ludzi, śmieją się w głos i piszczą, skutecznie zagłuszając przy tym słowa księdza, a nawet odpowiedzi wiernych.

Daleka jestem od twierdzenia, że świątynia nie jest miejscem dla najmłodszych chrześcijan. Przecież sam Jezus powiedział „Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie”(Mk 10, 14). Sądzę jedynie, że wychowanie dziecka stanowi proces pozbawiony momentów z napisem PAUZA, a wizyty w miejscach użyteczności publicznej wymagają dostosowania się do obowiązujących norm. Rolą rodziców (a nie księdza, czy sfrustrowanej osoby siedzącej obok w ławce) jest wyjaśnić dzieciom jakie te normy są, i egzekwować ich przestrzeganie.

Inną kwestią jest, jak atrakcyjne dla dzieci są Msze, które często dla dzieci są wyłącznie z nazwy. W niektórych kościołach podczas kazania skierowanego do dorosłych maluchy wyprowadzane są do salki, gdzie czekają na nie kolorowanki ze scenami z Ewangelii. W innych ksiądz wychodzi zza ołtarza z mikrofonem i zadaje dzieciom pytania dotyczące czytań. Kolejnym pomysłem jest zaangażowanie siostry zakonnej, która gra na gitarze piosenki z repertuaru „Arki Noego”. W końcu są i takie Msze, gdzie niekończące się kazanie w rzeczywistości jest skierowane do rodziców („Kochane dzieci, powiedzcie swoim rodzicom, że…”). Istota Mszy Świętej wszędzie pozostaje ta sama, ale wobec tak zróżnicowanego spektrum pomysłów na duszpasterstwo, duchowni nie mają prawa obrażać się na churching.

PCC

Przez dłuższy czas zastanawiałam się czy taki wpis może przynieść więcej szkody czy pożytku, ale ostatecznie doszłam do wniosku, że zdrowa samokrytyka jest wskazana we wszelkich instytucjach i wspólnotach, również w Kościele. Póki co, na szerszym forum najczęściej stykam się z peanami pochwalnymi ze strony wierzących praktykujących (ci sami ludzie psioczą na to i owo ale wyłącznie we własnym gronie) i wybiórczą, często słabo umotywowaną krytyką ze strony niewierzących (którzy w istocie nierzadko chcieliby wierzyć w coś, a nie potrafią). Od razu chciałabym się zdeklarować jako wierząca praktykująca katoliczka, która jednak poza karmieniem duchowości lubi też gdy Kościół daje pożywkę dla rozumu (fides et ratio!) – a to ostatnimi czasy staje się towar luksusowy z nalepką „edycja limitowana”.

Uprzedzam lojalnie – tym razem nie będzie nic o in vitro, eutanazji, ani nawet pedofilii. Tym co w rzeczywistości nas tworzy, lub niszczy, jest szara codzienność. Zwykła Msza Święta niedzielna, dowolny kościół w jednym z Polskich miast. Średnia wieku 50+. 3/4 to kobiety. Pierwsza najistotniejsza sprawa – zajęcie właściwego miejsca (a jeśli przyszło się nieco później, zajęcie miejsca w ogóle). Moi dziadkowie regularnie wychodzą do kościoła z blisko półgodzinnych wyprzedzeniem, choć mieszkają blisko, właśnie żeby zająć miejsce. Swoje miejsce. Nie za blisko, żeby nie być na widoku, nie przy drzwiach, bo tam ciągle wieje, nie obok tego mężczyzny, któremu z rzadka przytrafia się trafić w tonację pieśni, nie obok rodziny z dzieckiem, bo będzie płakać i się wiercić, itd., itp.

Gdy już znajdziemy miejsce, należy go bronić własną krwią. Najlepiej przybrać wyraz głębokiego zatopienia w modlitwie, bądź (jeśli należymy do większości = starszych pań) udawać przygłuchych. Po co mamy się cisnąć w piątkę w ławce, w której tak wygodnie jest trzem osobom? Trzeba było wcześniej przyjść, a nie się teraz przeciskać!

Powiedzmy to sobie raz jeszcze wyraźnie: w miejscu modlitwy, gdzie przychodzimy słuchać o Miłości i Dobroci, najważniejsze na początku jest wygodne posadzenie swoich własnych czterech liter. Żeby nie obarczać całą winą starowinek – nie raz widziałam już nastolatki i młodych mężczyzn rozpartych wygodnie w ławkach, kompletnie nie zauważając stojących obok kobiet z małymi dziećmi, czy osób starszych. Taka współczesna miłość bliźniego.

Osobiście będąc w pierwszych tygodniach ciąży bardzo źle się czułam, często wymiotowałam, nie mogłam długo stać, bo robiło mi się słabo – ale rzecz jasna, brzuszka jeszcze nie było widać. Po wejściu do jednego z poznańskich kościołów przed rozpoczęciem Mszy, znalazłam jedyne wolne miejsce obok kobiety wyglądającej na około 60 lat. Z dużym niezadowoleniem przepuściła mnie przed sobą, choć siedziała z brzegu i wystarczyłoby się przesunąć (pilnuj miejsca swego!). Niestety starsze panie mają upodobanie do mocnych perfum, a duże nagromadzenie starszych pań w jednym miejscu oznacza niezwykłą mieszankę owych zapachów. Po jakichś 10 minutach nabożeństwa zobaczyłam mroczki przed oczami i zrozumiałam, że za chwilę stracę przytomność, po cichu poprosiłam więc tę samą kobietę, by mnie wypuściła. Zero reakcji. Słabym głosem ponowiłam prośbę, nieco głośniej – równie dobrze mogłabym prosić by przesunął się pobliski posąg Maryi Panny (a może ona prędzej by się zlitowała?), twarz mojej sąsiadki wyrażała jednoznacznie co myśli o takich, co to się kręcą w tą i z powrotem i człowiekowi się pomodlić nie dają. Musiałam wyglądać nieciekawie, bo w końcu siedząca za nami kobieta w średnim wieku potrząsnęła jej ramieniem i rozeźlonym głosem kazała jej mnie wypuścić, co nastąpiło nie bez ociągania się, fukania i gniewnych spojrzeń. Gdy wreszcie blada jak ściana, ledwo trzymając się na nogach wyszłam na świeże powietrze, wcale nie miałam ochoty wracać do środka. Było dla mnie za duszno – dosłownie i w przenośni.

Innym razem, w innym kościele – teraz brzuszek było widać już bardzo wyraźnie – podchodzę przed Mszą do młodego mężczyzny, który na całej długości ławki rozłożył parasol. Nieśmiało pytam: „Przepraszam, czy tu wolne?”, łypnął na mnie niechętnie i wyrzucił z siebie (chyba nie ja pierwsza go o to zapytałam) „Tak, zajęte!”. Nawet nie przyszło mu do głowy, żeby w przepełnionym kościele ustąpić tego miejsca, na którym sam siedział (pozostałe pewnie trzymał dla żony/ babci/ dzieci), kobiecie w zaawansowanej ciąży. Miłujmy się jak bracia. Może jest jedynakiem?

No dobrze, powiedzmy, że udało nam się zająć z góry upatrzone pozycje. Zaczyna się pieśń na wejście, czyli solo organisty z okazjonalnym chórkiem mruczących coś pod nosem – albo i nie – wiernych. Ludzie kochani! Pieśni w kościele nie są po to, żeby organista sobie pośpiewał. Mają nie tyle stanowić miły dla ucha przerywnik w modlitwie, czy też wprowadzać nas w klimat modlitwy, co być naszą modlitwą oraz jednoczyć wspólnotę eucharystyczną. Jaka wspólnota, taka modlitwa.

Inną sprawą jest, że polski Kościół katolicki jest nieustannie pogrążony w smutku. Nawet „Wesoły nam dzień dziś nastał” bywa wykonywany w tonacjach molowych, a dla wielu duszpasterzy rok liturgiczny dzieli się na Adwent, Wielki Post, Wszystkich Świętych, oraz przygotowania do tych okresów postu, pokuty i rozmyślań nad kruchością ludzkiego żywota. Gdzie ta radość z Dobrej Nowiny? Co to za „Wesoły dzień”, w którym ludzie spuszczają nos na kwintę i narzekają na wszystko, co powstało po XVIII wieku? Kiedy widzę autentyczną radość, którą wręcz tryskają przedstawiciele młodych Kościołów protestanckich, zastanawiam się, jak to jest, że mamy tą samą Dobrą Nowinę, a nie umiemy się z niej tak samo cieszyć.

Z moich obserwacji wynika, że ludzie, którzy dopiero co z takim poświęceniem wyszli wcześniej z domu by następnie dzielnie walczyć o wygodne miejsca, z momentem rozpoczęcia Eucharystii tracą cały zapał, wyłączają wyższe funkcje życiowe i oczekują, by ich obsłużono. Niczym bezwolne zombie to wstają, to siadają, to znów klęczą, szemrząc wyuczone regułki, myśląc o czym innym. „Ciekawe co na obiad?”, „Po drodze do domu muszę jeszcze…”, „Dlaczego to tak długo się ciągnie? Mamy dzisiaj jakieś święto?”, „Ależ tamta się ubrała!” – myślę, że mniej-więcej tak przedstawiają się pobożne myśli większości wspólnoty. Ksiądz odprawi Mszę, ministranci i organista/ chór/ schola zajmą się całą resztą.

My tu gadu-gadu, (ewentualnie śpiewu-śpiewu) a tymczasem nadchodzi kazanie. Bardzo rzadko zdarza mi się usłyszeć sensowne kazanie, które miałoby przemyślany przekaz, wstęp, rozwinięcie i zakończenie, i na dodatek odnosiłoby się w sposób bezpośredni do liturgii słowa na dany dzień. Wymienione kryteria wydają się tak oczywiste, że to niemal tautologia, a jednak… Regularnie natykam się na kaznodziejów, którzy z takich lub innych powodów nie przygotowali się do kazania i:

  • opowiadają mi raz jeszcze własnymi słowami czytania oraz Ewangelię, które przed chwilą słyszałam,
  • powtarzają bezpieczne truizmy, które wszyscy słyszeli już zbyt wiele razy („niech wszyscy zgadzają się ze sobą, a będzie nadal tak jak jest”),
  • wyrzucają z siebie potok chaotycznych skojarzeń na temat liturgii słowa, które akurat przyszły im do głowy, klucząc przy tym, powracając do niektórych wątków, a inne przerywając w pół,
  • czytają gotowce z internetu, nie skąpiąc słuchaczom potknięć w odczycie.

Przygotowane kazania także bywają lepsze i gorsze, ale doceniam fakt, ze przynajmniej ksiądz potraktował słuchaczy poważnie. Fakt, że księża zostają powołani do kapłaństwa, jak również, że Duch Święty przemawia przez nich, nie zwalnia ich z obowiązku przemyślenia swojego wystąpienia, jak każdego innego mówcę. Czy chcą tego, czy nie, to jest nie tylko powołanie, ale również ich zawód. Mówi się przecież o lekarzach czy nauczycielach z powołania – czy wyobrażacie sobie, że idziecie do lekarza, a on po badaniu mówi: „Co prawda nie wiem, co Pani/Panu dolega, ale mogę bardzo dokładnie opowiedzieć jakie ma Pan/Pani objawy…”?

Jestem rozczarowana i rozeźlona całą tą sytuacją. Nie mam ochoty należeć do stada bezmyślnych owiec, które wysłuchują truizmów z ambony, mamroczą pod nosem i bezmyślnie powtarzają wyuczone gesty. Przez długi czas aktywnie udzielałam się w Oazie, pełniłam funkcję kantora i lektora, jeździłam na rekolekcje jako uczestnik i animator. Rzecz w tym, że po powrocie z rekolekcji nie ma za bardzo na czym się wesprzeć – tam piękne kazania, medytacja, ludzie, którzy wiedzą gdzie i po co przyszli, śpiew na głosy, zaangażowanie, zapał – żywa wiara – a tutaj…. Wszystko, co opisane we wcześniejszych akapitach niniejszego tekstu. Dlaczego na rekolekcjach można podnieść poprzeczkę, a na co dzień nie?

Co więcej, aktualnie dla Kościoła nie jestem grupą targetową. Słowo honoru! Wspólnoty w mojej parafii przedstawiają się następująco: schola małych dzieci, schola młodzieżowa, Oaza (młodzież), ministranci, Apostolstwo Dobrej Śmierci (sic!). Wyraźnie więc widać, że do kościoła chodzą tylko małe dzieci, młodzież oraz emeryci. Dla kobiet w ciąży miejsca brak (dosłownie i w przenośni). Znam osobiście 30-latków, którzy nadal należą do Duszpasterstwa Akademickiego, mimo, ze studia dawno już za nimi, ale chcą być aktywni w Kościele, który nie ma im nic do zaoferowania.

Jakie wnioski na koniec tych smutnych rozważań o stanie Kościoła? Nie mam zamiaru obrażać się na Boga, czy na wiarę, za to, że ludzie potrafią zniekształcić najszlachetniejszą nawet ideę. Cieszę się, że przynajmniej nie zaszło to tak daleko, jak z Koranem w interpretacji Talibów. Cieszy mnie ogromnie każdy kontakt z ludźmi żywej wiary – tak świeckimi, jak i duchownymi. Jestem w trakcie poszukiwania wspólnoty poza moją parafią, to dla mnie pilna sprawa. Czytam o duchowości i rozwijam się na miarę swoich skromnych możliwości.

Polski Kościół katolicki jest najwyraźniej zmęczony, w moim przekonaniu nie pociągnie już długo w tej formie. Z wielu stron napływają mnie wieści, że już wkrótce skończy się wiara „masowa”, że ilość przerodzi się w jakość, a Msze będą odbywać się w domach zamiast w kościołach – jak w początkach Chrześcijaństwa. Może nie zabrzmi to politycznie poprawnie, ale bardzo na to liczę. Nie jestem święta, jednak gdy coś robię, chcę robić to na 100%, a nie na pół gwizdka. Inaczej szkoda mojego czasu.

A na koniec trochę autentycznej radości w śpiewie ludzi wierzących, może ktoś się zarazi i na następnej Mszy Świętej zadziwi szare otoczenie mocnym soczystym basem?


http://www.youtube.com/watch?v=a37bBm8pXSk

Winter came!

Jaki piękny jest skrzący się w słońcu zmrożony świat! Każde źdźbło trawy, drzewo, kamień, zakrawa na dzieło sztuki (i to nie współczesnej). Kto jeszcze dziś nie był na spacerze, nie wie co traci! Tak właśnie powinna wyglądać zima! Policzki wyszczypane, dziecko dotlenione, można wracać na gorącą herbatę z cytryną i solidną porcję dobrej literatury.

A przy okazji spaceru tak sobie pomyślałam, że to dość szczególne, że bardzo uważnie przygotowujemy się do rzeczy łatwiejszych, a te trudniejsze nierzadko pozostawiamy przypadkowi. Bo jak inaczej nazwać sytuację, w której mamy kurs przedmałżeński, ale nie szkołę tworzenia udanego małżeństwa, mamy szkoły rodzenia, a nie ma szkół dobrego rodzicielstwa?

Zapytani o priorytety życiowe ludzie najczęściej odpowiadają: zdrowie, rodzina, praca. A jednak, mimo, że w zakresie kariery zawodowej szkolenia, studia podyplomowe i kursy dokształcające wyrastają jeden po drugim jak grzyby po deszczu, panuje powszechne przekonanie, że w tych najważniejszych prywatnie kwestiach – zbudowania szczęśliwego małżeństwa oraz wychowania dobrze dzieci – każdy jakoś instynktownie sobie poradzi. Zarówno rosnąca liczba rozwodów, jak i ilość rozwydrzonych dzieci (a częstokroć i rozwydrzonych dorosłych, którzy z nich wyrośli), zdają się zadawać kłam tej teorii.

Jako młodej żonie, a wkrótce także i matce, marzy mi się taka długofalowa pomoc w nowych dla mnie i niełatwych przecież rolach. Na zajęcia chodziłoby się obowiązkowo we dwoje. Możliwe byłoby przedyskutowanie indywidualnych problemów z mentorem. W grafiku znalazłoby się wiele zagadnień natury psychologicznej, takich jak ćwiczenia z komunikacji, szkolenie z asertywności, mediacje na linii małżeństwo-teściowie; ale też parę przydatnych umiejętności praktycznych, jak na przykład nauka gotowania zbilansowanych posiłków dla całej rodziny. Mi w każdym razie przydałaby się tego rodzaju pomoc.

Pozostawiona sama sobie, jako osoba dociekliwa próbowałam solidnie przygotować się do małżeństwa i jak najbardziej zgłębić teorię, nim przyjdzie mi zajmować się praktyką. Mocno rozczarowały mnie poradniki promowane przez Kościół. Różnymi słowami w ustach różnych autorów mówiły jedno i to samo: kochajcie się, a wszystko będzie dobrze. Ku mojemu zaskoczeniu, znacznie więcej wyniosłam z lektury książek profesora Lwa-Starowicza, znanego specjalisty w dziedzinie seksuologii. Bez fałszywej pruderii, ale też z dużą dozą elegancji, opisuje on wszelkie aspekty życia małżeńskiego, których Kościół najwyraźniej nie chce dostrzegać. Niedomówienia, które przeradzają się w konflikty, różnice potrzeb, rutyna, brak zrozumienia między płciami, przerzucanie uczuć na dzieci, stereotyp matki polki, słabość współczesnych mężczyzn, dominujące kobiety, itp., itd.

Lew-Starowicz ma tą ogromną przewagę nad pisarzami stricte katolickimi, że żyje bardzo mocno w teraźniejszości i nie boi się wchodzić z nią w dialog. Ponadto, może się poszczycić ogromną wiedzą zarówno teoretyczną jak i praktyczną, sypie z rękawa przykładami par, które rozpadły się z takiej, a nie innej przyczyny, radzi jak zapobiegać tego typu sytuacjom. Można z nim polemizować, można się oburzać, ale nie można pozostać obojętnym, a to już cecha dobrej debaty – w opozycji do ugrzecznionego wykładu, na którym wszyscy zgodnie kiwają głowami, ale niewiele po nim człowiekowi zostaje w głowie.

W ostatnim numerze „W drodze” znalazł się cykl artykułów poświęconych rozwodom – i tu wreszcie znalazłam godną odpowiedź Kościoła. Serdecznie polecam wszystkim narzeczonym. Może się to wydać dziwny tekst dla zakochanych, będę się jednak upierać, że potrzebny. Bohaterowie artykułów mówią wprost co zniszczyło ich związki, jakie rozterki dręczą ich na co dzień, czym jest dla nich przysięga małżeńska… Najbardziej poruszające były dla mnie wyznania małżonków porzuconych, którzy niezłomnie trwają w swoim zobowiązaniu. Uzasadniają ten fakt mówiąc, że w przysiędze nie było klauzuli „ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską, pod warunkiem, że ty też dotrzymasz swojej części przysięgi”. Dopiero w zderzeniu z taką wytrwałością i honorem można zrozumieć powagę instytucji małżeństwa, które powinno trwać „aż do śmierci”.

Może to jest właśnie właściwy klucz patrzenia na codzienne małe sprawy – może rozpoczynając trzeba mieć przed oczami finał. Patrzeć na dziecko i widzieć dorosłego, którym się stanie. Spoglądając na męża widzieć to, kim możecie przy sobie się stać – albo co możecie utracić w rozłące.

Mimo wszystko przydałby się mentor.

A na dziś piosenka meteorologiczna.

Judge not

„Niby taki wierzący, a tu popatrz…”

„Tak biega do kościółka, rączki składa, a jak przyszło co do czego…”

Tego typu komentarze wydają się dość powszechnym sposobem na wyrażenie pogardy wobec hipokryzji ludzi deklarujących się jako wierzący. Nie przeczę, że hipokryzja jest częstą przypadłością praktykujących katolików – ani częstszą, ani rzadszą niż w przypadku wszystkich innych ludzi. Zastanawia mnie jednak pewien rodzaj satysfakcji, którą zdają się czerpać wspomniani komentatorzy z porażek osób, o których mówią. Do niedawna sama ostro potępiałam potknięcia zaangażowanych religijnie znajomych, znacznie ostrzej niż niewierzących, w myśl zasady: „Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą” (Łk 12, 48).

Kiedy jedna ze znanych mi animatorek oazowych rozwiodła się ze swoim mężem, z którym poznali się i kilka lat wspólnie działali w Oazie, byłam w szoku. Jak to? Oazowa para, tacy wierzący, a tu rozwód? Nie mieściło mi się to w głowie. Rozwody były gdzieś tam, w złym, zepsutym świecie, a wiara miała być lekarstwem i ochroną przed tego typu zagrożeniami. Wkrótce potem dowiedziałam się o separacji małżeństwa kolejnej animatorki. Obie to świetne dziewczyny, wykształcone, ładne, serdeczne… i wierzące. Nie odważę się stwierdzić „głęboko wierzące” – to sprawa zbyt intymna, by posuwać się do oceny cudzych przeżyć religijnych – mogę jedynie powiedzieć, że ja je tak postrzegam. A przynajmniej postrzegałam, bo kontakt się jakoś urwał, dziewczyny zniknęły ze środowiska, w którym dotąd się wspólnie obracałyśmy. Nikt nie znajduje powodów do dumy w rozpadzie swojego związku, tym bardziej, jeśli jest to w jednoznaczny sposób sprzeczne z zasadami wyznawanymi przez otoczenie.

Dokonując retrospekcji widzę wyraźnie, że zbyt łatwo przyszło mi osądzenie postępowania tych znajomych właśnie dlatego, że są wierzące. Powód był banalny – swoim zachowaniem zniszczyły poczucie bezpieczeństwa, które sobie wytworzyłam w przekonaniu, że jeśli tylko będę wystarczająco mocno wierzyć, moje życie osobiste dobrze się ułoży. Skoro im się nie ułożyło, by nie zniszczyć swojego obrazu rzeczywistości, musiałam założyć, że za mało wierzyły. Że niby takie wierzące, a jednak…

Podobnie łatwo oceniałam ludzi, którzy przystąpili do Krucjaty Wyzwolenia Człowieka – deklarując m.in. dożywotnią abstynencję jako ofiarę w intencji wyzwolenia alkoholików z nałogu – by po paru latach odstąpić od swojego szlachetnego zamierzenia. Jak tak można? Albo decydujesz się, z pełną świadomością co to oznacza, albo wiesz, że Cię na to nie stać i się nie decydujesz. Przecież to zgorszenie! W rzeczywistości problem znów tkwił we mnie, w mojej małości. Sama nie odważyłam się na tak duże wyrzeczenie, a porażka tych, którzy je podjęli umacniała mnie w przekonaniu, że dobrze zrobiłam. Zupełnie jakby finalna decyzja mogła przekreślić nierzadko długie lata zmagania się z pokusą.

Teraz, kiedy wreszcie nieco dorosłam, jestem gotowa, żeby zapytać: „Co ja wiem o trudach innych, żeby wydawać wyrok?” i spojrzeć na bliźnich nieco łagodniej. W myśl zasady „ Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Bo takim sądem, jakim sądzicie, i was osądzą; i taką miarą, jaką wy mierzycie, wam odmierzą” (Mt 7,1-2). Wciąż od nowa muszę przypominać sobie, że Kościół to nie zgromadzenie świętych, bo inaczej nie byłoby w nim dla mnie miejsca. Kościół jest właśnie dla tych, którzy mają rozterki, którzy sobie nie radzą, którzy potrzebują pomocy Kogoś większego, niż oni sami. Może właśnie dlatego tak „biegają do kościółka i składają rączki”, że życie im się wali? Tylko jeśli tak, to kto tu jest hipokrytą?

God morning!

Dziś rano, wychodząc z rorat zauważyłam szczególną rzecz – ludzie wysypujący się z kościoła uśmiechali się do siebie, przystawali by przez chwilę porozmawiać, żartowali, życzyli sobie dobrego dnia. Już wcześniej, podczas przekazywania sobie znaku pokoju uderzyło mnie, że zgromadzenie nie straszyło się nawzajem jakże popularnym, agresywnym wyrzutem szyi w przód, ale podawano sobie ręce, patrząc przy tym w oczy. Czuło się, że rzeczywiście chodzi o pokój, a nie kilka szybkich wymachów głową. W końcu, siedząca obok nas starsza pani wracając od komunii nie chciała nam przeszkadzać w modlitwie przeciskając się przed nami do swojego miejsca w ławce i zamiast tego usiadła o jedną ławkę dalej, tym samym pozostawiając pod naszą opieką torebkę i inne drobiazgi. Spokój, radość, zaufanie.

Kiedy wyczytałam ostatnio w jednym z artykułów miesięcznika „W drodze”, że wcześniejsze poranne wstawanie stanowi remedium na wiele bolączek zabieganego współczesnego człowieka, przyznam, że nie dowierzałam autorowi. Tymczasem, choć praktykowane zaledwie od dwóch dni, wcześniejsze wstawanie już teraz daje mi wymierne korzyści. Nie wstaję bo muszę iść do pracy, ale dlatego, że chcę iść na roraty. Od samego rana robię coś, co uważam za ważne i co sprawia mi przyjemność. Uwierzcie mi, że taka mała zmiana z „muszę” na „chcę” kompletnie przeobraża początek dnia, a wraz z nim wszystko co następuje później.

Good God!

Właśnie śledzę najnowsze poczynania papieża Franciszka i jestem głęboko poruszona jego wiarą w Boga i w człowieka.

W internecie w najlepsze trwa dyskusja o tym na jakie sposoby polscy hierarchowie Kościoła nie stosują się do zaleceń papieskich. No cóż, zawsze to lepiej niż wcześniejsza dyskusja na tematy stanowiące osławioną „obsesję Kościoła”, id est, aborcji, in vitro i homoseksualizmu. Mam wrażenie, że jednak nie jest to dyskusja o tym, o czym papież miałby ochotę podyskutować. A mianowicie, nie jest to jeszcze rozmowa o istocie Kościoła. Co więcej, do udziału w tej wymianie zdań czują się w pełni uprawnione osoby, które o wierze wiedzą dokładnie tyle, ile przekazują im media publiczne. Moim celem nie jest tu obrażenie kogokolwiek, choć sama nierzadko czuję się obrażona wypowiedziami ludzi, którzy nie mają zielonego pojęcia o czym mówią. Nie mogę pojąć dlaczego ignorancji nie akceptuje się w dyskusjach o astrofizyce czy biotechnologii, natomiast do debat religijnych włącza się każdy, kto tylko ma na to ochotę. Czasem aż ciężko się powstrzymać od zapytania kiedy ktoś taki ostatnio zajrzał do Pisma Świętego albo chociaż KKK.

Wracając do meritum sprawy, czy może właściwie do MERITUM, czy w swojej nauce Jezus Chrystus koncentrował się na aborcji (jak najbardziej już wówczas praktykowanej) i homoseksualizmie (wcale wówczas nie rzadkim)? Czy bezustannie narzekał i opowiadał wszystkim jacy faryzeusze są pazerni, próżni i zepsuci? Nie tak rozumiem Ewangelię, bo co to by niby była za „Dobra Nowina”?

Zachwyca mnie prostota przekazu papieża, który każdym swoim słowem i gestem mówi: „Bóg jest Miłością. Zacznij zmiany od siebie”. Jednocześnie nie przestaje mnie zadziwiać jaka pokrętna logika kieruje odbiorcami tego przekazu, którzy słyszą jedynie: „Kościół jest zepsuty. Zróbmy na niego nagonkę”.