La force

To się dzieje zawsze kiedy słyszę jakiś jednostajny szum tła. Pracujący wentylator. Brzęczenie radia.

I nagle jestem prawie pewna, że słyszę płacz mojego dziecka. Chociaż tak wiele razy już tego doświadczałam i wiem, że na 98% dziecko wcale nie płacze, niepokój zawsze jest ten sam. A potem płacz dziecka przeradza się w inny dźwięk.

W zwierzęce wycie z bólu rodzących kobiet, które słyszałam na porodówce. Ba, które sama z siebie wydawałam, choć zapomniałam już, że umiem wydawać takie dźwięki. Po pierwszym porodzie też prześladował mnie ten krzyk, który niesie się przez okna aż do sal, w których śpią pacjentki z urodzonymi już dziećmi. Rozdzierający krzyk, przepełniony siłą i cierpieniem, niczym zniekształcony jakąś złośliwą mocą okrzyk rozkoszy wydawany przy poczęciu dzieci, które teraz przychodzą na świat. Oczywiście wiem, że wcale go nie słyszę,że za kilka tygodni znów o nim zapomnę i przestanie mnie prześladować. A jednocześnie przecież jest prawdziwy, rozlega się nieustannie w różnych miejscach na ziemi, zwiastując nowe życie.

Jest w nas element zwierzęcy, który przez większość życia spychamy do podświadomości, ignorujemy, próbujemy okiełznać, stłumić. Podczas porodu właśnie ta część nas dochodzi do głosu. Pierwotna i przerażająca, ale też czyniąca nas potężniejszymi niż kiedykolwiek mogłybyśmy przypuszczać.

Vive l’art!

vqGWbxJd

Kiedyś moja bliska znajoma, która z wykształcenia jest psychologiem, w następujący sposób opisała różnicę między wychowaniem w społeczeństwie amerykańskim, a wychowaniem w społeczeństwie polskim:

„Jeśli dziecko w Stanach narysuje różowego słonia, nauczyciel powie: ‚Świetnie, jaki piękny słoń!’. Jeśli dziecko w Polsce narysuje różowego słonia, nauczyciel powie: ‚Słonie nie są różowe tylko szare.’”

Ten opis natychmiast przyszedł mi do głowy, kiedy podczas zajęć w klubie malucha prowadząca skomentowała rysunek jednej z dziewczynek: „A dlaczego zamalowałaś chłopca całego na czarno? Gdyby to był niedźwiedź, to mógłby się schować za krzakami, ale przecież ten chłopiec płynie łódką i tam nie ma krzaków!”. Innym razem ta sama osoba na widok czerwono-pomarańczowego bałwana na rysunku stwierdziła, że ten bałwan na pewno napił się soku marchewkowego, bo przecież bałwany są białe.

Nie chodzi tu o napiętnowanie konkretnego człowieka, bo wierzę, że jej intencje były jak najlepsze. Tak została wychowana, przyjmuje takie podejście jako naturalne. Jednak zbyt często dorośli wychodzą z założenia, że dzieci należy poprawiać – także w momencie swobodnej zabawy – że ingerencja i ocena dorosłego jest tu w ogóle potrzebna. Garść uznawanych powszechnie za oczywiste przykładów, pierwszych z brzegu:

Słońce ma być żółte, chmurki niebieskie, trawa zielona. Postacie nie powinny wisieć w powietrzu, trzeba im narysować jakąś podłogę. Nie wolno wyjeżdżać za linie. Odrysowywanie szablonów zanim dziecko nauczy się samodzielnie rysować to świetny pomysł. Na rysunku powinny być zachowane odpowiednie proporcje. Dziecko należy zapytać co przedstawia jego rysunek (rysunek ZAWSZE ma coś przedstawiać), a następnie pochwalić.

A teraz, w ramach ilustracji, bezcenne dzieła kilku uznanych na całym świecie artystów:

PicassoGuernica

Pablo Picasso, „Guernica”

Salvador-Dali-Kuszenie-św.-Antoniego-1946-r. (1)

Salwador Dali, „Kuszenie św. Antoniego”

marc-chagall-ja-i-wies

Marc Chagall, „Ja i wieś”

No.-5-1948-de-Jackson-Pollock-thumb-800x475-49647

Jackson Pollock, „Nr 5″

The_Scream-277x350

Edvard Munch, „Krzyk”

Piet_Mondrian_-_Composition_No._III,_with_red,_blue,_yellow_and_black,_1929

Piet Mondrian, „Kompozycja nr III. Czerwony, niebieski, żółty i czarny”

Czy wyobrażacie sobie, żeby ktoś powiedział do Picassa: „Oooo, bardzo ładnie. A może następnym razem spróbujesz użyć więcej kolorów? I postarasz się, żeby wszystkie postacie miały wszystkie części ciała?”?

Dziecko rysuje, bo ta czynność sprawia mu przyjemność. Nie stara się (i nie musi!) odwzorować rzeczywistości, a rysunek może być zbiorem kresek i kółek. Wszelkie komentarze ze strony dorosłych – jak to w zabawie – psują przyjemność z nieskrępowanej formy wyrażania siebie. Jak byście się czuli tańcząc do ulubionej piosenki w pustym pokoju, gdyby nagle okazało się, że ktoś Was obserwuje i na koniec stwierdza: „Bardzo ładnie, ale mógłbyś jeszcze trochę popracować nad pracą rąk!”?

Drodzy rodzice i nauczyciele: my i tak mamy nad dziećmi ogromną przewagę! Nie musimy na każdym kroku jej podkreślać. A swoją drogą, kiedy ostatnio SAMI coś namalowaliście (odrysowywanie od szablonu się nie liczy!), że wchodzicie w rolę ekspertów?

Wszystkim zainteresowanym nieskrępowaną zabawą malarską polecam serdecznie książkę Arno Sterna „Odkrywanie śladu”, w której można przeczytać m.in.:

„To, co indywidualne dla danego dziecka, zostaje poddane nieuzasadnionej ocenie, a z drugiej strony to, co zostało mu wpojone, jest mu obce. Nie ma się zatem co dziwić, że zniechęcone i zrezygnowane dziecko poddaje się władzy dorosłego, posłusznie wykonuje polecenia, a potem żywi nadzieję na dobrą ocenę. To, co cenne, zostało w nim zniszczone i w konsekwencji zanika.”

i dalej:

„Dzisiaj nawet już małe dzieci stoją beznamiętnie przed kartką papieru i nie wiedzą jak sensownie zacząć. Jest to widok bardzo przygnębiający. Przyzwyczajone do wykonywania poleceń, analizują czy czynność jest warta nagrody. Zamiast wszystkie doświadczenia, liczne spotkania i ciągłe badanie świata, tak przecież typowe dla dzieciństwa, zamienić w zabawę i przeżyć na nowo na przestrzeni kartki, tworząc konkretną ilustrację, zastanawiają się nad wpojonymi im pojęciami teoretycznymi z lekcji wychowania przez sztukę. Rysują serię kilku figur geometrycznych i myślą, że w ten sposób stworzyły dzieło sztuki.”

A few remarks on the art of confrontation

 

W życiu każdego, nawet nadspodziewanie opanowanego człowieka zdarzają się sytuacje, w których musi zmierzyć się z osobą o odmiennym stanowisku, nierzadko obdarzoną bardziej wybuchowym temperamentem. Jak trafnie ujęła niegdyś sedno sprawy moja dobra znajoma: „Jestem niezwykle spokojną osobą, dopóki ktoś mnie nie zdenerwuje”. W świetle moich ostatnich doświadczeń chciałabym się podzielić kilkoma przemyśleniami. Z góry chciałabym zaznaczyć, że podziwiam wszystkie osoby, które potrafią omawiać kwestie sporne w sposób wysoce kulturalny oraz bez unoszenia się. Niestety sama nadal szlifuję tę trudną sztukę.

Co ciekawe, w retrospektywie okazuje się zazwyczaj, że to wcale nie punkt zapalny dyskusji stanowił meritum sprawy. W istocie jest to zaledwie pretekst, lub kropla, która przelała czarę goryczy. Znamienne, że w trakcie rozgorączkowanej argumentacji udostępniamy oponentowi znacznie więcej informacji niż byśmy sobie życzyli, a zarazem nierzadko znacznie więcej niż on sam chciałby o nas wiedzieć. Wszelkie zdania zaczynające się od „zawsze”, „oczywiście”, „nigdy”, „normalnie” wskazują na głębokie przekonania oraz wartości, które wcale nie muszą stanowić prawd uniwersalnych, a jedynie takimi się wydawać temu, kto je głosi. Można wówczas łatwo się przekonać co stanowi dla rozmówcy prawdziwą wartość.

Ponadto, wszelkie zarzuty kierowane pod adresem drugiej strony świadczą wcale nie o stronie atakowanej, ale o sposobie postrzegania świata atakującego – mierzymy innych własną miarą, spodziewamy się zachowań oraz sposobu rozumowania, które sami jesteśmy sobie w stanie logicznie wytłumaczyć. „Ach tak, – pomyśli kobieta chorobliwie zazdrosna – Uśmiechnęła się do niego chcąc nawiązać flirt!”, „Wcale nie – powie kobieta przekonana o własnych deficytach intelektualnych – Uśmiechnęła się do niego znacząco, jakby chciała powiedzieć: ona i tak nic nie rozumie z naszej rozmowy!”, na co początkująca gospodyni domowa: „Tak naprawdę wcale się nie uśmiechnęła, tylko skrzywiła próbując mojej sałatki, ale próbowała zamaskować ten fakt uśmiechem”.

Dodatkowe źródło informacji stanowią reakcje emocjonalne rozmówcy. Czy zastanawia się nad tym co i do kogo mówi, czy waży słowa, czy też wyrzuca z siebie ciąg słów niczym karabin maszynowy: szybko, dużo, głośno i pozostawia z przeciwnika krwawą miazgę. Obserwując różnych ludzi, także tych piastujących stanowiska wymagające częstych konfrontacji, odnoszę wrażenie, że zdecydowany prym wiedzie ta druga technika. O ile jest dość spektakularna, chociażby w polityce, w życiu prywatnym może sprowadzić się do palenia za sobą mostów.

Jeśli się już z kimś kłócę, to najprawdopodobniej jest to dla mnie osoba na tyle ważna, że uważam za zasadne poświęcić czas i energię na przekonanie jej do swoich racji. (Wyjątek stanowią tu osoby kłócące się – aż się ciśnie na usta określenie „wykłócające się” –  dla sportu z każdym i w każdych możliwych okolicznościach.) I jeśli taką ważną dla nas osobę zmasakrujemy na dzień dobry z broni pokroju bazooka, to choćbyśmy potem nawet wybaczyli sobie, poklepali się po plecach i postanowili zostać najlepszymi kumplami, blizny pozostaną (oby tylko blizny, a nie pourywane kończyny).

Brak mi momentu ciszy i zastanowienia w dyskusjach. Tak jakby to był wyścig kto powie szybciej, więcej, kto zakrzyczy oponenta. W takiej atmosferze zupełnie zapominam o tym, że mogę chociażby na parę sekund zamilknąć, pozwolić tej drugiej osobie usłyszeć co właściwie przed chwilą powiedziała, i może odrobinę się zreflektować. Brak czasu na wyciszenie, zastanowienie się, czy rzeczywiście chcę kontynuować tą rozmowę, czy warto. Muszę przecież odpowiedzieć NATYCHMIAST, najlepiej równo z ostatnią sylabą wypowiedzianą przez drugą stronę, wytknąć wszystkie słabe punkty argumentacji, po czym przejść do własnych argumentów nim ktoś mi nie przerwie.

Słów raz wypowiedzianych nie da się wycofać, żadne gesty przyjaźni ich nie wymażą. „Skoro coś powiedziałeś, to znaczy, że tak pomyślałeś. A skoro pomyślałeś raz, to bardzo prawdopodobne, że cały czas tak uważasz, tylko o tym nie mówisz” – taka rysa wystarczy by rozluźnić najbardziej nawet zacieśnione więzy.

Myślę, że kto potrzebuje spokoju, musi ten spokój nosić w sobie i sięgać do jego pokładów w trudnych sytuacjach. Okazuje się, że najlepszą odpowiedzią na ostrzał z bazooki nie jest wyciągnięcie armaty, ale jasne stwierdzenie: „Słuchaj, mierzysz do mnie z bazooki. Myślałam że mieliśmy tylko porozmawiać”.

Może wreszcie się nauczyłam, że tylko wtedy mogę być rzeczywiście dumna z wyniku dowolnej wymiany zdań, jeśli dla drobnego „zwycięstwa” nie posunę się do działań, których potem byłoby mi wstyd przed samą sobą.