Sacrebleu!

Dzielę się z Wami cytatem, który mnie dzisiaj ubawił:

„(…) Rozumiesz, co to oznacza?

Nie odpowiadała.

-Że przelatuje nad nami klucz wyjątkowo ogromnych bydlaków i każdemu z nich akurat wyjątkowo chce się srać – dopowiedział. – I że całe to gówno spadnie na nasze głowy.

Podniósł się i znów podszedł do książek. Wyciągnął pierwszą lepszą, spojrzał na okładkę, a potem odłożył wolumen na miejsce. Odwrócił się do Seydy.

-Kurwa mać – skwitował.

Trudno było polemizować z tą oceną sytuacji.”

Remigiusz Mróz, „Wotum nieufności”

Un livre

Cytat na dziś:

„Człowiek w trakcie lektury jest niezgłębioną tajemnicą. Jest tutaj i nie ma go. Jego powłoka materialna znajduje się w sąsiedztwie mojej, ale jego dusz uleciała nie wiadomo dokąd. Ściśle rzecz biorąc, ten człowiek trzyma w rękach klucz do swej tajemnicy. Jeszcze ściślej: trzyma w rękach okno, którym uleciała jego dusza. Aby się dowiedzieć, dokąd uleciała jego dusza, trzeba się dobrać do jego książki.”

Michel Tournier

L’éducation

W związku ze zbliżającym się wielkimi krokami przyjściem na świat drugiego dziecka w naszej rodzinie, postanowiłam douczyć się w dziedzinie rodzicielstwa. W zasadzie rodzicielstwo to temat, który można zgłębiać całe życie, i moim zdaniem, będąc zaangażowanym rodzicem, tak właśnie należałoby robić.

Swoją drogą, to ciekawe ile godzin i lat poświęcamy na opanowanie, często zupełnie później nieprzydatnej, wiedzy i umiejętności z najróżniejszych dziedzin, a jak niewiele uwagi poświęca się w procesie edukacji kształceniu mądrych, odpowiedzialnych rodziców. Zupełnie jakbyśmy rodzili się wszyscy uzdolnieni do wzięcia na siebie całkowitej odpowiedzialności za bezbronną istotę o ogromnych potrzebach.

źródło: czytam.pl

źródło: czytam.pl

Ale wracając do meritum: czytam właśnie rewelacyjną książkę duetu Adele Faber i Elaine Mazlish (tak, to autorki bestselera „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły.”): „Rodzeństwo bez rywalizacji”. Wcześniej zapoznałam się jednak z poradnikiem osadzonym w typowo polskich realiach, „Zgodne rodzeństwo. Jak wspierać dzieci w budowaniu trwałej więzi” autorstwa małżeństwa, Natalii i Krzysztofa Minge. Pozycja ta reklamowana jest jako „Poradnik, który będzie dla ciebie wsparciem w sytuacjach, w których nawet święty straciłby cierpliwość”. No cóż, ja cierpliwość traciłam podczas czytania tych suchych teorii naszpikowanych błędami stylistycznymi, gramatycznymi i literówkami. Po rodzicach trójki dzieci spodziewałam się większego nacisku na własną praktykę. A te zdania wielokrotnie złożone, w których nikt nie panuje już nad podmiotem i w końcu z rodzica zmienia się on w dziecko lub na odwrót! O ile w tłumaczeniu jestem skłonna przypisać winę za takie wpadki tłumaczowi, ewentualnie korekcie, to przy autorach polskich, którzy na dodatek mają jeszcze na koncie kilka innych poradników, bardzo mnie taka niekompetencja drażni.

Dodajmy do tego wpływy religijne w tekście, który rości sobie prawa do ideologicznej neutralności (Drodzy Państwo! W języku psychologii nigdzie nie znajdzie się tak częstego użycia słowa „latorośl” w odniesieniu do dzieci! A ksiądz, wbrew Państwa radzie, jest akurat ostatnią osobą, do której udam się po pomoc w kwestiach wychowawczych – brak mu wiarygodności, bo albo nie ma własnych dzieci, albo kiepski z niego duszpasterz!) – a otrzymujemy dość ciężkostrawną mieszankę.

źródło: czytam.pl

źródło: czytam.pl

Po tej lekturze z tym większą przyjemnością sięgnęłam po „Rodzeństwo bez rywalizacji”, książkę popartą nie niekończącą się listą bibliografii, ale setkami autentycznych przykładów pozyskanych przez autorki w trakcie wielu lat prowadzenia warsztatów dla rodziców zmagających się z problemami wychowawczymi. Przejrzysty układ treści, przyjazny język, otwartość na inność, brak oceniania – zdecydowanie na plus. Wpadek stylistycznych oczywiście też się nie dało uniknąć (konia z rzędem temu, kto mi wskaże współcześnie wydaną książkę z porządnie zrobioną korektą!), ale jak już wspomniałam, najprawdopodobniej to wina tłumaczenia, a nie oryginału.

W odniesieniu do oczekiwania na drugie dziecko natknęłam się w tym właśnie poradniku na niezwykle obrazowe porównanie uczuć pierwszego dziecka do… A zresztą, przeczytajcie sami:

„Wyobraź sobie, że twój małżonek obejmuje cię ramieniem i mówi: „Skarbie, tak bardzo cię kocham i jesteś taka cudowna, że zdecydowałem się na drugą żonę, podobną do ciebie”.

Kiedy w końcu pojawia się druga żona, zauważasz, że jest bardzo młoda i niezwykle urocza. Gdy wychodzicie gdzieś we trójkę, ludzie uprzejmie się z tobą witają, ale wychwalają pod niebiosa nowo przybyłą: „Czyż nie jest zachwycająca? Witaj, kochanie! Jesteś nadzwyczajna!”. Potem zwracają się do ciebie z pytaniem: „Jak ci się podoba nowa żona?”.

Nowa żona musi się w coś ubrać. Mąż szpera w twojej szafie, zabiera twoje swetry i spodnie i daje tamtej. Kiedy się sprzeciwiasz, zauważa, że te rzeczy są już na ciebie za ciasne, ponieważ trochę przytyłaś, a na tamtą będą pasowały jak ulał.

Nowa żona szybko nabiera pewności siebie. Z każdym dniem wydaje się bardziej bystra i coraz lepiej się na wszystkim zna. Któregoś popołudnia, kiedy z wysiłkiem zgłębiasz instrukcję obsługi nowego komputera, który kupił ci mąż, tamta wpada do pokoju i mówi: „O, mogę spróbować? Wiem jak to zrobić”.

Nie pozwalasz jej, więc biegnie z płaczem do twojego męża. Chwilę potem wraca z nim, na policzkach ma ślady łez. Mąż obejmuje ją ramieniem i pyta ciebie: „Dlaczego nie pozwalasz jej spróbować? Co ci szkodzi? Dlaczego nie potrafisz się dzielić?”.

Gdy pewnego dnia wchodzisz do pokoju, twój mąż i nowa żona leżą razem w łóżku. On ją łaskocze, ona się śmieje. Nagle dzwoni telefon, mąż odbiera. Po chwili mówi, że wzywają go pilne sprawy i natychmiast musi wyjść. Prosi, żebyś została w domu z nową żoną i dopilnowała, żeby tamta dobrze się czuła.”

Prawda, że przytoczone sytuacje zupełnie zmieniają perspektywę?

c’est pourquoi

Po upalnym dniu ze zbuntowanym, zapuszczającym zęby trzonowe, lekko przeziębionym synkiem… Po dniu zajmowania się domem i gotowania… Po nauce do egzaminów wstępnych na studia w każdej wolnej chwili… Przychodzi taki moment, kiedy myślę sobie: a może by tak zrobić chociaż jedną z miliona zaległych spraw?

Po czym wzruszam ramionami, sięgam po „Listy niezapomniane” Shauna Ushera (polecam gorąco!) i opieram się wygodnie o mojego zaczytanego męża. Który, obejmując mnie, natychmiast zasłania mi pole widzenia swoim tomiszczem fantastyki. Które ja z kolei zasłaniam swoją książką. Te przepychanki (oraz przeplatane wybuchami śmiechu ustalenia kto-ma-sobie-zrobić-co z którą kończyną) trwają jeszcze przez chwilę, nim oboje nie wsiąkniemy na dobre w lekturę. Następnie okazuje się, ze pora jest już nieprzyzwoicie późna i, o ile chciałabym następnego ranka być w stanie otworzyć przynajmniej jedno oko, wypadałoby iść spać.

Jeśli więc ktokolwiek chciałby zapytać mnie dlaczego nie zrobiłam jeszcze X, gdzie X = dowolna rzecz, którą obiecałam/ powinnam/ mogłabym zrobić, to odpowiedź brzmi: DLATEGO.

I wiecie co? DLA TEGO było warto.

Les règles du jeu

tata-rzadzi-b-iext7867461Właśnie skończyłam czytać książkę Andrew Clovera „Tata rządzi, czyli 63 zasady szczęśliwego ojca”. W zasadzie jest to książka napisana z myślą o ojcach i właśnie dla mojej drugiej połówki została zakupiona… Ale z mężczyznami jest trochę jak z dziećmi: zanim im coś dasz, przetestuj to i upewnij się, że ewentualne konsekwencje nie będą dla ciebie szkodliwe. Poza tym jest to pierwsza książka roszcząca sobie prawo do tytułu poradnika rodzicielskiego (przynajmniej z nazwy) autorstwa ojca, na jaką udało mi się trafić. Zazwyczaj tego typu teksty tworzą matki, lekarki, lub nianie. Silnie sfeminizowane grono. Chociażby z tego powodu uznałam, że warto zapoznać się z odmiennym punktem widzenia.

Czekał mnie niemały szok kulturowy – i to nie dlatego, że autor jest mężczyzną, ani też dlatego, że jest Anglikiem (a przynajmniej nie bezpośrednio). Ów ojciec i mąż (choć ten drugi tytuł przypadł mu w udziale dopiero po drugim dziecku, i dopiero po oświadczynach w wykonaniu swojej piękniejszej połówki), udzielający wskazówek na temat opiekowania się dziećmi, pije, pali, zażywa narkotyki i otwarcie fantazjuje o matkach koleżanek swoich córek. Jeśli tak rzeczywiście wygląda jego życie, to tym, co najbardziej rzuca się w nim w oczy, jest właśnie brak jakichkolwiek zasad.

Aktor uważa, że jest tak biedny, że musi przystać na występy nago, rzekoma bieda nie przeszkadza mu jednak zdecydować się na trójkę dzieci w krótkich odstępach czasu (ani nadal zażywać narkotyków, które przecież nie są ani darmowe, ani niezbędne do życia). Pośród jego rad znajdują się takie perełki jak: unikaj wszystkiego tak długo, jak się da; nie ćpaj codziennie wieczorem (zrób to za dnia); nie uprawiaj seksu z nieznajomymi (ludzie, którzy są rozwiąźli, mając trzydzieści lat, byli zazwyczaj brzydcy jako nastolatkowie).

By oddać książce sprawiedliwość należy przyznać, że „Tata rządzi” jest także zapisem wielkiej miłości do dzieci, oraz bardzo trafnych spostrzeżeń na temat życia z nimi, w tym: kiedy obok przejeżdża pociąg, musisz mu pomachać; kiedy dojdziesz do ostatniego schodka, musisz zeskoczyć; jeśli masz to szczęście, że znajdziesz łazienkę, w której światło zapala się pociągnięciem sznureczka, musisz go pociągnąć tak ze dwieście lub trzysta razy; jeśli chcesz się naprawdę dobrze bawić, najlepiej namaluj sobie na twarzy mordkę tygrysa.

Pozostaje mi jednak pewien niesmak po takim połączeniu treści. Cóż… Domyślam się, że rynek książkowy rządzi się swoimi 63 zasadami.

Et que?

i-know-youre-busy-but

Jako świeżo upieczona mama otrzymałam w prezencie od kuzyna tegoroczną nowość wydawniczą: „I co my z tego MAMY?” duetu Dominika Figurska i Agata Puścikowska. Pierwsza z pań jest podobno znaną aktorką (piszę „podobno”, ponieważ osobiście zupełnie jej nie kojarzę, podobnie jak większości aktualnych celebrytów), druga – dziennikarką, a obie łączy fakt, że posiadają po piątce dzieci (własnych, polskich, nieadoptowanych, czyli inaczej niż gwiazdy zachodnie). Książka stanowi zbiór rozmów o macierzyństwie, wychowaniu, rodzinie, kobiecości i wierze.

Zwłaszcza ten ostatni aspekt wart jest podkreślenia, bo choć w moim odczuciu zakrada się tu odrobina nadgorliwości (obie autorki nazwały najmłodsze dziecko imionami Jan Paweł), to otwarte mówienie o wierze katolickiej stanowi rzadko spotykany fenomen, zwłaszcza w kręgach artystycznych. Społeczeństwo się laicyzuje, rodzina przeżywa kryzys, a tu książka dwóch eleganckich kobiet, które zarówno pracują jak i wychowują liczne gromadki dzieci, od czasu do czasu jeżdżąc z mężami na wspólne rekolekcje. Pięknie!

Bardzo przyjemny oddech od medialnej nagonki na Kościół oraz zażartych dyskusji o aborcji i eutanazji. W tym tekście nie ma rozważań czy przyjąć dziecko – a przecież nie tak łatwo wychowywać ich pięcioro, nawet przy dobrych zarobkach! – ale jak najlepiej je przyjąć i wychować na dobrych ludzi, nie zatracając przy tym siebie.

Kto, podobnie jak ja przed lekturą, liczy na cudowne recepty zaprawionych w boju wielodzietnych, ten się przeliczy. Figurska i Puścikowska nie pozostawiają złudzeń: potrzeba mnóstwo ciężkiej pracy, samozaparcia, rewelacyjnej organizacji czasu i rezygnacji z wielu osobistych pragnień. Bynajmniej nie umniejsza to radości z macierzyństwa – raczej ściąga je na ziemię, odczarowuje z błękitno-różowych magazynów dla mam.

A jakie są „porady wesołej brygady” (tytuł jednego z rozdziałów)?

„1. Jesteś mądrą, dobrą kobietą i matką. Uwierz w to.

2. Masz prawo popełniać błędy, bo ludzie popełniają błędy.

3. Kochaj siebie, I szanuj siebie.

4. Nie udawaj kogoś, kim nie jesteś.

5. Nie bój się walczyć o swoje, o swoją rodzinę i małżeństwo.

6. Działaj zgodnie z własnym rozumem, z intuicją. Tylko ty przecież znasz swoją rodzinę najlepiej.

7. I nie daj sobie wmówić, że jesteś gorsza, bo nie dorównujesz jakiemuś ideałowi. Tylko Świętą Rodzinę można starać się naśladować. Zawsze z dobrym skutkiem dla matki, ojca i dzieci.”

A na koniec jeszcze jedna rada, która przebija miejscami przez tekst książki, choć nie zostaje wyrażona w tych słowach:

Zadbana, zdrowa kobieta to szczęśliwa kobieta. A szczęśliwa kobieta to dobra żona i matka. Zadbaj więc o siebie – dla dobra swojej rodziny!

La formation

Czytając książkę autorstwa H. Clouda i J. Townsenda „Sztuka mówienia NIE” natknęłam się na informację, że już wkrótce nasz rozkoszny bobas zacznie dobitnie wyrażać własne zdanie i oczekiwać jego respektowania. Wielu rodziców ignoruje ten pierwszy przejaw budowania osobowości dziecka i wykorzystuje swoją przewagę fizyczną do wymuszania posłuszeństwa. Przeraziło mnie, że tak szybko nadszedł moment zakończenia naszego harmonijnego związku jako „matkodziecka”, istoty wiedzionej tymi samymi pragnieniami, które dość łatwo zaspokoić (spać, jeść, tulić). Jako mama po raz pierwszy, postanowiłam przygotować się przynajmniej teoretycznie na czekające nas, rodziców, zadanie. Może Wam też się te wskazówki przydadzą.

Zasady wychowania do odpowiedzialności:

1) Ponoszenie konsekwencji własnych działań wzmacnia poczucie odpowiedzialności i kontroli nad własnym życiem.

2) Konsekwencje muszą być dostosowane do wieku.

3) Konsekwencje muszą być proporcjonalne do wykroczenia.

4) Sens egzekwowania granic polega na budowaniu u dziecka wewnętrznej motywacji (robię tak, bo uważam to za słuszne, a nie dlatego, że mama mi kazała).

I. Faza oddzielenia i indywidualizacji:

ja to nie mama → ja to kto?

1. Faza wylęgania / dyferencjacji 5-10 m-c ż.

  • odkrywanie

  • dotykanie

  • smakowanie

  • podejmowanie ryzyka

  • ja ≠ mama

rola rodzica – wspieranie, asystowanie, zachęcanie do próbowania nowych rzeczy, ochrona przed niebezpieczeństwami

2. Faza ćwiczeń 10-18 m-c ż.

  • nauka chodzenia

  • początki mówienia

  • śmiałość

  • inicjatywa

  • poczucie wszechmocy

  • testowanie swoich możliwości

rola rodzica – wytyczenie granic zapewniających bezpieczeństwo, wyrażanie uznania, aprobata

3. Faza powrotu 18 m-c ż.-3 r.ż.

  • świadomość własnych ograniczeń

  • poczucie odrębności

  • poczucie własności (mój, mnie)

  • potrzeba decydowania o sobie

rola rodzica – uczenie wyrażania swoich emocji i potrzeb, uważne słuchanie, branie pod uwagę zdania dziecka, tłumaczenie swoich decyzji, konsekwencja

II. Faza identyfikacji płciowej 3-5 r.ż.

  • utożsamienie się i współzawodnictwo z rodzicem tej samej płci

  • pragnienie poślubienia rodzica płci odmiennej

rola rodzica – delikatne ale stanowcze wyjaśnienie, że to współmałżonek jest dla niego najważniejszy, zaspokajanie ciekawości dziecka dotyczącej różnic między płciami

III. Okres utajenia / wytężonej pracy 6-11 r.ż.

  • ostatnie lata prawdziwego dzieciństwa

  • nawiązywanie kontaktów rówieśniczych

  • nauka celowego działania (edukacja szkolna)

rola rodzica – uczenie planowania, konsekwentnego dążenia do celu, odsuwania spełnienia pragnień w czasie

IV. Wiek młodzieńczy 11-18 r.ż.

  • dojrzewanie płciowe

  • wypracowanie sobie autonomii w stosunku do otoczenia

  • wstępne ukierunkowanie zawodowe

  • pierwsze związki z osobami przeciwnej płci

  • ustalanie własnej hierarchii wartości

  • wytyczanie granic w relacjach z ludźmi

rola rodzica – uznanie w dziecku osoby równoprawnej i niezależnej, sprawowanie władzy wywieranie wpływu, zwiększanie zakresu wolności i odpowiedzialności dziecka, negocjowanie ograniczeń, przygotowanie do wyzwań dorosłości, wskazywanie autorytetów, inspirowanie, pozwalanie na ponoszenie naturalnych konsekwencji działań dziecka przez nie samo (a nie branie ich na siebie)

A żeby nie było za poważnie, na koniec o wychowaniu z przymrużeniem oka :-)

L’affirmation de la vie

01Jestem właśnie po lekturze dwóch przesiąkniętych optymizmem książek Reginy Brett, kobiety, która w dzieciństwie była molestowana, a w dorosłości samotnie wychowywała córkę, zachrowała na raka i straciła obie piersi. Przyznacie, pozytywne nastawienie u osoby po takich przejściach robi wrażenie. „Bóg nigdy nie mruga” oraz „Jesteś cudem” to zbiór przemyśleń i opowieści z życia wziętych dotyczących szczęścia, nadziei i dobrego życia. Nieco naiwne, czasem niedopracowane teksty i tak osiągają swój cel: wzruszają, dodają otuchy, inspirują.

Pozwoliłam sobie stworzyć zestawienie tytułów niektórych rozdziałów oraz cytatów z obu książek, tak, by powstała motywująca strona A4 do wydrukowania i powieszenia na lodówce, lub w innym widocznym miejscu. Mam nadzieję, że Wam się spodoba i doda uśmiechu do Waszej codzienności :)

Życie jest niesprawiedliwe, ale i tak jest dobre.

Zacznij tam, gdzie jesteś.

Zajmij się tym, co możliwe.

Wyolbrzymiaj dobro.

Przychodź wcześniej.

Przygotuj się ponad miarę, a potem daj się ponieść.

Wszyscy robimy to samo. Różnica polega na tym, jak to robimy.

Daj z siebie wszystko i nie zadręczaj się. Może jest jeszcze za wcześnie na ocenę.

_____________________________

Nie traktuj ludzi tak, jak sam chcesz być traktowany, tylko tak, jak oni chcą być traktowani.

Każdy jest Twoim uczniem albo nauczycielem. A większość z ludzi występuje w obu tych rolach.

Zazdrość to strata czasu. Masz już wszystko, czego naprawdę potrzebujesz.

Pocieszaj chorych. Bądź tym, kto zostanie, gdy wszyscy inni się ulotnią.

Wyciągaj rękę na zgodę jak najszybciej, póki nie jest jeszcze za późno.

_____________________________

Nie traktuj siebie tak poważnie. Nikt poza tobą tego nie robi.

Życie jest za krótkie, żeby się nad sobą użalać. Zajmij się życiem albo zajmij się umieraniem.

Nieważne jak się czujesz: wstań, ubierz się i przyjdź, gdzie trzeba.

_____________________________

Zapal świece, śpij w lepszej pościeli, włóż elegancką bieliznę. Nie czekaj na specjalną okazję – wystarczającą okazją jest dzisiejszy dzień.

Nikt oprócz ciebie nie odpowiada za twoje szczęście. Jesteś menedżerem własnej radości.

Pozbądź się wszystkiego, co nie jest pożyteczne, piękne, lub radosne.

_____________________________

To, o czym myślisz, staje się prawdą.

Kto o nic nie prosi, niczego nie dostaje.

Mierz wyżej.

Zostaw po sobie dziedzictwo, którego nie zatrze czas.

Jeśli się dziś obudziłeś, to Bóg jeszcze z Tobą nie skończył.

_____________________________

„Znajdź swój rytm i idź jak burza.”

„Naprzód najważniejsze!”

„(Twoje imię), zasługujesz na dobrobyt!”

„Jeśli próbujesz być kimś innym, poniesiesz porażkę. Świat już ma taką osobę. Teraz potrzebuje ciebie.”

„Okoliczności życiowe odpowiadają za 10% naszego poczucia szczęścia (…). Za kolejne 50% odpowiada genetyka. A reszta zależy wyłącznie od ciebie. Więc może pośiwięć się w 100% tym 40%?”

„To dobrze, że jest trudno. Poradzisz sobie z trudnościami.”

„Wszystko JEST dobrze.”

„Po prostu oddychaj.”

„To nie jest niemożliwe. To po prostu życie.”

„Gdyby miało być inaczej, to byłoby inaczej.”

„Nauczyłam się, że ludzie upadają, ale zwycięzcy się podnoszą, a złoci medaliści po prostu podnoszą się szybciej.”

„Nie ma czegoś takiego jak „nie”. Znajdź sposób aby to „nie” zamieniło się w „tak”.”

„Żyj, (Twoje imię), żyj, (Twoje imię), żyj i nie trać czasu!”

„Jeśli przestrzegasz wszystkich zasad, omija cię cała zabawa.”

„Kiedy uwolnisz się od marzeń o przeszłości, możesz zacząć zmieniać swoją teraźniejszość i stworzyć dla siebie lepszą przyszłość.”

La phrase

Karmiąc bez ustanku mojego głodomora nauczyłam się jednocześnie wykonywać wiele innych czynności. Pisać bloga, jeść śniadanie, dzwonić do mamy… Ale najchętniej przenoszę się w świat książek. Od narodzin W. przeczytałam ich chyba więcej niż przez cały okres ciąży. A gdy tak czytam, nachodzą mnie takie myśli:

Pierwsze zdanie książki przypomina nagłówek w gazecie. Często decyduje o tym, czy czytelnik decyduje się na zakup w księgarni; czy kontynuuje lekturę, czy też ze zniecierpliwieniem ją odkłada.

Istnieją takie zdania, które sprawiają nieomal fizyczną przyjemność. Krągłe, zgrabne, chciałoby się rzec – apetyczne. Ładnie się prezentują na papierze, dobrze brzmią wypowiedziane na głos. Następujące po sobie słowa zdają się w naturalny sposób logicznie z siebie wynikać, jakby powstały właśnie w tym celu, aby stanąć obok siebie.

Zdania te zupełnie nie sprawiają wrażenia, żeby ktoś nad nimi pracował. Wręcz przeciwnie: lekkość stylu sugeruje raczej, że spłynęły z pióra w gotowej formie. Mają w sobie pewien rodzaj elegancji, zupełnie obcy większości współczesnych pisarzy, którzy, na podobieństwo twórców tabloidów, piszą aby szokować. Myślę, nie bez przykrości, że elegancja jako taka w sferze publicznej jest obecnie w zaniku.

Dla mnie takim zdaniem jest na przykład otwierające książkę Sarah Challis „Turning for home”, stanowiącej rodzaj „Pollyanny” w wersji dla dorosłych:

„Maeve Dlaney found herself twenty-six years old and with exactly thirty-five pounds to her name.”

[W wolnym tłumaczeniu: „Maeve Dlaney znalazła się w punkcie, w którym miała 26 lat i dokładnie 35 funtów oszczędności”]. Czytając te słowa, w myślach słyszę dystyngowany głos podstarzałego speakera BBC, i wprost nie mogę się oprzeć dalszej lekturze. Inny przykład:

„Dzień, w którym nic nie miało się odbyć tak samo jak dawniej w życiu Raimunda Gregoriusa, zaczął się tak, jak niezliczone inne dni.” („Nocny pociąg do Lizbony”, Pascal Mercier)

Ale, rzecz jasna, o gustach się nie dyskutuje. Chętnie dowiem się o innych ulubionych wstępach do historii…

The dark side of the Moon

Są takie myśli, których matka nie może wyrazić na głos bez ryzyka oskarżeń o bycie złą matką. Dobrej matce takie myśli nie mają nawet prawa powstać w głowie. Na przykład?

„Tęsknię za swoim dawnym życiem.”

„Fizjologia jest głęboko niesprawiedliwa. Mój mąż też został rodzicem, ale to na mnie spada cała najgorsza część rodzicielstwa: ciąża, poród, połóg, karmienie piesią całymi godzinami o każdej porze dnia i nocy. To moje ciało wciąż się zmienia w sposób, który jest dla mnie trudny do zaakceptowania. To moja kariera zawodowa stoi pod znakiem zapytania. Czuję się sfrustrowana i rozzłoszczona tą sytuacją. Toczy się tyle wzniosłych dyskusji o równouprawnieniu, a wystarczy urodzić dziecko, aby je wszystkie unieważnić.”

„Jestem znudzona. Każdy mój dzień wygląda dokładnie tak samo. Wyjście do osiedlowego sklepu urasta do rangi wielkiego wydarzenia. Moje życie towarzyskie umarło z nudów. Co gorsza, nijak nie da się go wskrzesić. Cieszę się na wizytę znajomych, ale gdy tylko czas spotkania przekroczy 30 minut zaczynam się zastanawiać czy nie lepiej było wykorzystać wolne chwile na odespanie nocy albo zrobienie prania. Wiem, że gdy wyjdą, będę musiała rzucić się na wszystko naraz, z płaczącym niemowlęciem na ręku na dokładkę. Zawczasu zaczynam w myślach układać listę rzeczy do zrobienia.”

„Czuję się nieadekwatna w swojej roli. Muszę znać odpowiedzi na wiele pytań, nie wiedząc gdzie ich szukać. Poradniki na niewiele się zdają w konfrontacji z żywym dzieckiem. Czy nie jest mu za zimno? A może za gorąco? Niewygodnie mu w ubranku? Jest głodne? Boli je brzuszek? Nudzi mu się? Czuje się samotne? Jak do diaska rozpoznać te różne rodzaje płaczu?! Czy dobrze trzymam/ przewijam/ karmię? Czy nie przeoczyłam czegoś ważnego? Podobno powinien mi to powiedzieć instynkt macierzyński. Mąż patrzy na mnie jak na wyrocznię. A ja nie mam zielonego pojęcia!”

Takie – choć nie w tych samych słowach – i podobne myśli przewijają się przez książkę Rachel Cusk „Praca na całe życie. O początkach macierzyństwa”. Nic dziwnego, że owa publikacja spotkała się z surową krytyką. Głównie ze strony młodych matek. No bo jak to! Niemowlęta są szalenie atrakcyjnymi towarzyszami dla dorosłych kobiet, a każdy spędzony z nimi dzień jest pełen przygód. Ponadto Cusk nie nadaje się na matkę i jest nieczułą egoistką.

Przyznam, że również miałam mieszane uczucia podczas tej lektury. Momentami zastanawiałam się, czy autorka rzetelnie przygotowała się do nowej roli (na przykład gdy opisuje ogrom swojego zaskoczenia, już po porodzie, koniecznością nocnego karmienia – sądziłam, że to powszechna wiedza). Czasem zdawało mi się, że za bardzo koncentruje się na własnych przeżyciach, a za mało próbuje nawiązać kontakt ze swoim dzieckiem. Nota bene pisarka uważa dziecko za pozbawione jasno określonej osobowości aż do czasu, gdy zaczyna ono mówić, z czym absolutnie nie mogę się zgodzić. Najgorsze są jednak te momenty, w których – z poczuciem winy – odnajduję własne, nieco mniej wzniosłe, odczucia dotyczące macierzyństwa. Autorka pisze na przykład:

„Mój głód świata był nienasycony, zachłanny, wyrażał tęsknotę za jakimś utraconym, przedmacierzyńskim „ja” i za wolnością, z której owo „ja” może umiało korzystać, a którą może roztrwoniło.”

„Urodzenie dziecka nie tylko oddziela kobietę od mężczyzny – oddziela ją także od własnego „ja”, głęboko zmieniając jej pojęcie o tym, co to znaczy żyć. W jej ciele żył przez pewien czas inny człowiek, a po wyjściu na świat żyje w jurysdykcji jej świadomości. Przebywając z nim, kobieta nie jest sobą; oddzielona od niego, także nie jest sobą – dlatego równie trudno jest dzieci zostawiać, jak z nimi przebywać.”

„Kiedy wychodzę z córką na spacer, widzę na ulicach młode kobiety, piękne i beztroskie, i żal za utraconym „ja” ściska mi serce. Przenoszę wzrok na córkę. która śpi w spacerówce – ciemna firana rzęs tworzy na jej bladej skórze dwa łuki. Uderza we mnie podmuch przeciwnego wiatru miłości. Przez jakiś czas tkwię w takim właśnie stanie, rzucana to tu, to tam, i kręcę się w kółko jak oszalały, rozgorączkowany kurek na dachu, usiłujący znaleźć północ.”

Co istotne, a wręcz najistotniejsze, mimo tego, co chcieliby zasugerować zacięci krytycy książki, Rachel Cusk ani razu nie wspomina, że nie kocha córki, albo, że żałuje jej urodzenia. Przeciwnie, wielokrotnie podkreśla, że bardzo kocha swoje dziecko, ale jest to miłość trudna.

„Praca na całe życie…” stanowi odważne, wnikliwe studium psychiki autorki po urodzeniu dziecka. Z pewnością nie jest to cukierkowa, różowo-błękitna wizja promowana przez kolorowe czasopisma dla kobiet. Nie jest to również opis przeżyć każdej młodej matki, raczej bardzo osobiste zwierzenie. Sądzę, że to niezwykle ważna książka, ponieważ ukazuje złożoność doświadczenia macierzyństwa. Owszem, koncentruje się na jego ciemnych stronach. Ale zamiast atakować owo jednostronne, mroczne, podejście, należałoby zapytać skąd ono się wzięło. Może stanowi niezbędną przeciwwagę dla tych wszystkich tekstów rozpływających się nad „maluśkimi skarpeteczkami” i „uroczymi komplecikami z kokardeczkami”? A może pozwala normalnym kobietom, które oprócz wszechogarniającej radości i miłości odczuwają czasem także zmęczenie, frustrację, zniecierpliwienie i złość, uwierzyć, że ich sposób na bycie matką nie odbiega od normy aż tak bardzo, jak mogłoby się wydawać? Jedno jest pewne: książka Cusk prowokuje do niezależnego myślenia – a takich pozycji nigdy za wiele.