La bonté

Uśmiecham się do ludzi, mówię "Dzień dobry", ustępuję miejsca w tramwaju, i otwieram drzwi kobietom.

Uśmiecham się do ludzi, mówię „Dzień dobry”, ustępuję miejsca w tramwaju, i otwieram drzwi kobietom.

Doświadczyłam wczoraj ludzkiej dobroci. Myślę, że trzeba o tym pisać i mówić, bo tak wiele pisze się (tak, również ja piszę…) o tym co złe, a tak rzadko o tym, co dobre. Może po prostu łatwiej jest piętnować, punktować, wypominać, a może dobroć uznajemy zbyt łatwo za normę? Oriana Fallaci w swojej kontrowersyjnej książce „List do nienarodzonego dziecka” przedstawia ciekawe spostrzeżenie: każdy człowiek od momentu narodzin potrafi płakać. Płacze z zimna, ze strachu, z głodu, z niewygody. W zasadzie u początku życia jest to nasz jedyny sposób komunikacji ze światem. Natomiast śmiechu trzeba się nauczyć. Za to jak wielką radością dla rodziców jest pierwszy głośny śmiech ich dziecka!

Mam problem z wyżynającym się zębem (tym razem własnym), ósemką, która uparcie pcha się w górę w miejscu, w którym dalej już wypchnąć się nie da (swoisty szklany sufit ;-)), i w zawiązku z tym mam nawracające stany zapalne tegoż miejsca. W planach jest usunięcie uparciucha, ale póki karmię piersią wolę się wstrzymać z tą decyzją. Od czasu do czasu jednak ból staje się nie do zniesienia i potrzebuję wówczas drobnego zabiegu dentystycznego, który przynosi mi doraźną ulgę. Właśnie wczoraj nastąpiła eskalacja bólu, która skutecznie utrudniała mi bycie wyrozumiałą mamą, taką, co to po raz setny z rzędu powtarza, że pieczołowicie przygotowany zdrowy obiadek należy zjeść, a nie rozrzucać po wszystkich powierzchniach płaskich kuchni.

Nie wytrzymałam. Zapakowałam młodego do wózka i poszłam do pobliskiego dentysty. Stomatolog bez żadnego problemu znalazł dla mnie parą minut, nie wyraził też najmniejszego zdziwienia faktem, że wyraziłam pragnienie aby Synek mógł obserwować z wózka jak siedzę na fotelu dentystycznym (w nowym otoczeniu lepiej nie znikać mu z pola widzenia, tyle zdążyłam już się nauczyć). Lekarz sprawnie się mną zajął, a W. podarował plastikowe kubeczki do zabawy. Na koniec odmówił przyjęcia zapłaty, pomógł mi wyprowadzić wózek, uśmiechnął się serdecznie i życzył nam miłego dnia.

Poczułam się jakbym znalazła się w innym wymiarze. Jakbym niespodziewanie wskoczyła na wyższy poziom człowieczeństwa. A więc tak się da. Można bezinteresownie pomóc obcej osobie, zrezygnować z własnego interesu, poświęcić odrobinę bezcennego czasu i nie nazywać tego od razu działalnością charytatywną. Bez rozgłosu, bez zadęcia. Zwyczajna (?) dobroć. Jak to dobrze.

WZW

Szczepienia plasują się na drugiej pozycji na liście moich osobistych rodzicielskich koszmarów. Patrzę w ufne oczy mojego rozkosznego maluszka i czuję się jak skończona zdrajczyni zabierając go z pełną premedytacją w miejsce, w którym dowiaduje się czym jest ból. Zarazem sama przeżywam katusze przytrzymując nieruchomo do wkłucia jego miękkie, delikatne ciałko i patrząc jak na jego twarzy maluje się zdziwienie przemieszane z cierpieniem – nie rozumie co się dzieje, dlaczego go kłują, ani dlaczego ja go nie bronię.

Już poprzedniego wieczoru nie myślę o niczym innym. Zdaję sobie jednak sprawę, że moje emocje przenoszą się na dziecko, więc za wszelką cenę narzucam sobie spokój. Do punktu szczepień docieram spocona i przesadnie radosna („Popatrz jaka ładna zabawka kochanie! Zaraz przyjdzie pani doktor i zobaczy jakim jesteś silnym, dużym chłopcem…”).

A potem następuje ten rozpaczliwy płacz, zarezerwowany wyłącznie dla szczepienia. Wolałabym sama dać się pokłuć niż na to patrzeć…

A jednak chodzimy na szczepienia, bo pierwszą pozycję na liście moich rodzicielskich koszmarów zajmuje choroba dziecka. Mimo to, nie mogę pozbyć się myśli, że musi istnieć inny, bezbolesny sposób na szczepienie. Gdyby tak szczepionki podawano w formie czekolady – które dziecko bałoby się lekarza?

En fin de compte

pediatria Minęła dłuższa chwila nim przez gęstą mgłę zmęczenia dotarł do mnie sens słów tej energicznej, młodej kobiety.

- Zostanie… w szpitalu? Ale jak to?

- W wynikach badań krwi pojawiła się pewna nieprawidłowość. Ma podwyższony poziom CRP. To takie białko, którego stężenie wzrasta pod wpływem zakażenia. Może to być też efekt stresu poporodowego, ale ponieważ poród trwał tak długo, a wody odeszły wcześniej, musimy się upewnić.

Pediatra beznamiętnym tonem wyrzucała z siebie precyzyjne medyczne dane niczym karabin maszynowy. Poczułam na twarzy uderzenie gorąca. „A kto zdecydował, że poród ma trwać tak długo, mimo, że odeszły wody?! Kto zostawił mnie na całą noc w sali, żeby sam mógł się spokojnie wyspać?!” – miałam ochotę krzyknąć. Tymczasem lekarka kontynuowała:

- Prawidłowy poziom wynosi do 5 mg/l. Pierwszego dnia pani syn miał 18, a dzisiaj rano 10,6, czyli tendencja jest spadkowa, ale mamy taką zasadę, że nie wypuszczamy dziecka jeśli przekroczony jest próg 5.

Zakręciło mi się w głowie. 18! Ponad trzykrotnie przekroczony dopuszczalny poziom. I nikt mi nic nie powiedział. Po prostu przychodzili, pobierali krew do badań, a ja zakładałam, że to standardowa procedura, że wszystkim dzieciom pobiera się krew kilkakrotnie. Porażał mnie kamienny spokój na twarzy mojej rozmówczyni. Z zimną krwią obwieszczała mi, że oto mam zostawić samego w szpitalu dwudniowego noworodka. Potok słów płynął dalej na tle płaczu W., którego wreszcie skończyli badać studenci. Teraz zbili się w ciasną grupę za lekarką i obserwowali rozwój wydarzeń.

- Ale… nie mogę zostać z nim? Przecież on się dopiero urodził…

Na ostatnim słowie załamał mi się głos. W oczach stanęły mi łzy. Przygryzłam wargę, zła na siebie. Teraz muszę być opanowana. Teraz muszę mieć spokojny umysł, żeby opanować sytuację. Jestem matką. To ja muszę wiedzieć co robić. Mimo moich usilnych starań łzy nadal napływały mi do oczu. Odwróciłam wzrok.

- Niech pani płacze! Tutaj kobiety płaczą czy są dobre wieści, czy złe wieści. Hormony, baby blues i tak dalej. Pani już dostała wypis, kolejne kobiety czekają na miejsca, więc nie może pani zostać. On będzie leżał na pediatrii.

Poczułam się upokorzona. Za nic jednak nie mogłam już pohamować strumienia łez. Mój maleńki syneczek, tak kruchy, tak bezbronny, ufający w pełni, że zapewnię mu wszystko co niezbędne, miał zostać sam w wielkim obcym szpitalu, gdzie miał się nim zajmować Bóg wie kto i Bóg wie jak. Zależy na kogo się trafi. Jeszcze kilka minut wcześniej nie doświadczałam baby bluesa nawet w najmniejszym stopniu. Ale pediatra nie mogła o tym wiedzieć. Przecież widziała mnie pierwszy raz w życiu na oczy.

- Ale… ja go karmię piersią – próbowałam powołać się na jakiś logiczny argument, który przemówiłby do tej, jak się zdawało, pozbawionej uczuć kobiety. Czy chciała zaimponować swoim studentom? Pokazać jak się przemawia do emocjonalnie niestabilnych kobiet po porodzie?

- Tak. Odciągnie pani sobie pokarm w nocy. Najlepiej tak o 24:00 i o 3:00. Tutaj dostanie mieszankę. O, chyba żyłka pani pękła w oku. A nie, zdawało mi się.

Popatrzyłam na nią jak na UFO. Jaka żyłka? Jakie oko? Czy ona sobie ze mnie kpi? Poczułam się wystawiona na widok publiczny, zupełnie jakby mojego układu nerwowego nie okrywała skóra. Wreszcie kobieta się zlitowała i przed wyjściem stwierdziła rzeczowo:

- Może jeszcze mu to CRP spadnie do 5. Mało prawdopodobne, ale może. Powtórzymy badania wieczorem, wtedy wyszłaby pani po osiemnastej zamiast jak wszyscy o pierwszej. Ale lepiej się nastawić, że wyjdzie pani sama.

Tymczasem wydzwaniała do mnie rodzina i przyjaciele, dopytując czy już jesteśmy w domu, czy dziś wychodzimy. Nie mogłam znieść tych rozmów, w których musiałam panując nad głosem oznajmiać, że jeszcze nic nie wiadomo, że może. Próbowałam przekonać samą siebie, że tak będzie. Przecież w ciągu jednego dnia stężenie spadło o 8 jednostek. Z pewnością mogło spaść o kolejnych 6!

Usiłowałam coś wskórać u ginekologów i położnych. Ku mojemu przerażeniu okazało się, że skoro mam wypis, muszę się wynieść z sali. Na pediatrii mogę przebywać maksymalnie do 22:00, a następnego dnia przyjść o 8:00. Nie, nie ma pomieszczeń ani łóżek do spania dla rodziców chorych dzieci. Nie można wynająć jakiejś sali. I nie, nie mogę koczować na korytarzu. W oczach położnych widziałam współczucie.

- Taki jest regulamin. Nie ma możliwości lokalowych. Mieszka pani blisko? No, to głowa do góry! Jutro, najpóźniej pojutrze maluch wyjdzie do domu. Ja wiem, że by się tak chciało – razem przyszliście, razem wychodzicie. Ale zdrowie jest ważniejsze.

Pojutrze?! To mi nawet do głowy nie przyszło. DWIE samotne noce w szpitalu?! Czy mało się naczytałam o budowaniu więzi i zaufania podczas pierwszych dni życia dziecka? Jeśli nikt nie reaguje na jego płacz, dziecko nabiera przekonania, że jego działania (wołanie o pomoc) są nieskuteczne, staje się nieufne i zamknięte w sobie. Skąd pewność, że obcy ludzie, którzy mają pełne ręce roboty, zajmą się moim dzieckiem za każdym razem, gdy będzie płakać?

Nie wskórawszy nic, wróciłam do pokoju, w którym moja współlokatorka kończyła pakowanie swoich rzeczy przed wyjściem. Położyłam się ze śpiącym synkiem przytulonym do siebie i wpatrując się w jego spokojną, niczego nieświadomą twarzyczkę, znów się rozbeczałam jak mała dziewczynka.

W którejś z książek na temat macierzyństwa natrafiłam na hipotezę według której przez pierwsze pół roku po porodzie nie ma czegoś takiego jak „matka i dziecko” – dwie odrębne jednostki. Jest „matkodziecko” – w pełni zjednoczona we wzajemnych potrzebach i oddziaływaniach, nierozłączna istota. Nigdy nie sądziłam, że tak mocno odczuję jakąkolwiek hipotezę na własnej skórze.

W rozmowie telefonicznej T. próbował mnie uspokoić. Poczekamy na najnowsze wyniki. Wszystko będzie dobrze. O.K.? O.K. Za pięć minut napisałam do niego rozpaczliwego SMS-a: „Przyjedź, zrób coś, może Ciebie wysłuchają. Mnie nie traktują poważnie, bo nie mogę przestać płakać!”. Przyjechał. Potem czekał jeszcze dwie godziny pod drzwiami, bo nie zaczęły się jeszcze godziny wizyt. Chciał, żebym poszła mu otworzyć drzwi.

-Ale.. Nie mogę, tak nie wolno… – stwierdziłam tylko spolegliwie. Dopiero później uświadomiłam sobie jak bardzo weszłam w rolę pacjenta. Wystarczyło założyć piżamę i parę razy zostać obcesowo potraktowanym przez ludzi w białych kitlach, żeby moje poczucie własnej wartości zmalało do zera. Oni wiedzą, Oni się znają, a mi nie wolno, ja mam słuchać i się stosować.

W końcu zadzwoniła moja mama, oświadczyła, że wszyscy, z którymi rozmawiała o mojej sytuacji są absolutnie oburzeni, że tak być nie może, i że mogę przecież sama wypisać dziecko.

- To tak można?

- To przecież TWOJE dziecko!

To, jakże proste, rozwiązanie w ogóle nie przyszło mi do skołatanej głowy. Moja transformacja została zakończona. Zniknęła gdzieś moja osobowość. Stałam się pacjentką.

- A jeśli coś mu się stanie?

- Mówiłaś, że jest tendencja spadkowa?

- No, tak…

- To zabieraj go do domu! Teraz nic nie wpłynie na niego gorzej niż rozłąka z Tobą, nie wiadomo jaka mieszanka, i nie wiadomo jaka opieka. I nie stresuj się, bo Ci się jeszcze zatrzyma laktacja, i wtedy dopiero będzie problem!

Mama nie byłaby sobą, gdyby nie dodała tego ostatniego zdania. Mimo to, najwyraźniej właśnie te słowa potrzebowałam usłyszeć. Wreszcie zobaczyłam światełko w tunelu. Poczułam jak z jakiegoś ciemnego kąta umysłu powoli gramoli się na światło dzienne moja tożsamość.

Ustaliliśmy z T. przez telefon, że jeśli po wieczornym badaniu poziom CRP znów będzie niższy, zabieramy W. ze szpitala. Kiedy wreszcie zaczęły się godziny wizyt, mąż mocno mnie przytulił. Natychmiast wróciła moja siła i pewność, że podejmujemy słuszną decyzję.

Wynik był dopiero przed 19-tą. 5,9. I pediatra naturalnie chciała, żeby W. został w szpitalu, bo to jest przecież powyżej normy. Podziękowaliśmy bardzo i zabraliśmy Synka do domu.

Następnego dnia rano podjechaliśmy do laboratorium, żeby powtórzyć badanie. Poziom CRP: 3,9 mg/l .

Maternité, partie III

2009 WROCLAW N/Z  FOT. KRZYSZTOF GUTKOWSKI / AGENCJA GAZETA

Kiedy W. zabrano do umycia i zbadania, po raz pierwszy usłyszałam jego płacz. Chociaż może lepszym określeniem byłoby popiskiwanie – przepełnione niezrozumieniem dlaczego nagle nie czuje znajomego ciepła mojego ciała, nie słyszy bicia mojego serca. W tym momencie zrozumiałam, że już zawsze na ten dźwięk bezradności mojego dziecka będę czuć w sercu ukłucie, które ponagli mnie by o każdej porze dnia i nocy pędzić na ratunek.

Jeszcze tylko łyżeczkowanie częściowo przyklejonego łożyska, zszywanie i już mogłam z powrotem tulić swojego Malucha. Położna przystawiła mi go do piersi i zawołała do sali męża, który zdążył obdzwonić całą rodzinę, a teraz co minutę dopytywał czy już może wejść. Kiedy T. do nas podszedł dostrzegłam w jego oczach nowy wyraz, ulgę przemieszaną z nieomal nabożnym szacunkiem do mnie jako kobiety, jako matki jego dziecka. Te chwile wspólnego zachwytu nad maleńkimi rączkami, uroczą twarzyczką i ogromnymi oczkami Synka były tylko nasze. Rozpierała nas duma i radość. Staliśmy się rodziną.

Następne dwa dni wspominam jak stan pomiędzy snem a jawą, co w zasadzie niewiele odbiega od prawdy, bo kiedy tylko miałam szansę próbowałam się zdrzemnąć. Moje ciało po raz kolejny zmieniło się w niekontrolowany sposób, tak, że trudno było mi rozpoznać siebie w biuściastej, opuchniętej istocie z obwisłym brzuchem, którą okazjonalnie widywałam w łazienkowym lustrze.

Synek spał na wózku tuż obok mojego łóżka, co stało się dla mnie źródłem ogromnej radości ale i ogromnego strachu. Długie godziny spędzałam na wpatrywaniu się w niego, nieodmiennie dochodząc do wniosku, że jest absolutnie w każdym calu idealny, i nie mogąc wprost nadziwić się, że taki kompletny człowiek o wadze 3380 g jeszcze przed chwilą mieścił się w moim wnętrzu. Z drugiej strony z pełną siłą porażała mnie odpowiedzialność za jego zdrowie i życie. Nagle musiałam w błyskawicznym tempie opanować przewijanie, karmienie i trzymanie wiotkiego, ruchliwego ciałka w bezpieczny sposób. A wszystko to przy obolałym ciele, które sprawiało wrażenie obcego i za nic nie chciało współpracować przy siadaniu, wstawaniu, chodzeniu, ani żadnej innej czynności, która wiązała się z najmniejszą zmianą pozycji. A co jeśli się zakrztusi, albo nagle przestanie oddychać, kiedy akurat będę spała? A co jeśli coś mu będzie dolegać, a ja tego nie zauważę na czas? Tym podobne pytania dręczyły mnie nieustannie.

Leżałam na sali z cztery lata młodszą od siebie, miłą dziewczyną, która właśnie urodziła swoje trzecie dziecko. Zgodnie uznałyśmy, że szpital ma na wyposażeniu bardzo ładne wanny.

-Korzystałaś z niej?

-Nie. A Ty?

-Też nie.

Potem śmiałyśmy się, że pewnie nie są nawet podłączone do rur hydraulicznych.

Nocą przez uchylone okno docierały do nas krzyki rodzących kobiet oraz polecenia wydawane im przez personel. Początkowo sądziłam, że tylko mi się zdaje, że może moje własne, śniące mi się wciąż, wspomnienia są tak żywe, że prześladują mnie nawet na jawie. Uspokoiłam się dopiero, gdy współlokatorka przyznała, że też je słyszy.

Jeśli po porodzie miałam w sobie jeszcze jakieś resztki wstydliwości, zostały one doszczętnie wykorzenione podczas reszty pobytu w szpitalu. Co jakiś czas ktoś zaglądał, żeby sprawdzić jak goją się nasze szwy, jak przebiega laktacja (koleżanka została oceniona jako „tryskająca” zdrowiem, przy mnie położna tylko mruknęła coś pod nosem i dopisała mi na karcie podawanie trzy razy dziennie tabletek ziołowych wzmagających laktację) i karmienie piersią. Chociaż zawsze byłam bardzo nieśmiała, w pewnym momencie przestało na mnie robić wrażenie, że kolejna obca osoba obmacuje i ściska moje piersi, czy ogląda moje krocze przy drugiej pacjentce i otwartych drzwiach na korytarz. Same odwracałyśmy wzrok podczas badań – to była jedyna prywatność jaką mogłyśmy sobie nawzajem ofiarować.

Podczas porannego obchodu jeden z lekarzy rzucił do mojej współlokatorki „Trzecia donoszona ciąża. Właściwa osoba na właściwym miejscu.”, a pozostali pokiwali z aprobatą głowami. Gdy podeszli do mnie zapadła niezręczna cisza. No tak, 26 lat, dopiero pierwsze dziecko, a na domiar złego słaba laktacja. O czym tu gadać?

Odrębną kwestię stanowiły badania dzieci. Odbywały się one bez uprzedzenia, o najróżniejszych porach dnia, zupełnie niezależnie od tego czy dziecko akurat zaczęło jeść, czy też właśnie zasnęło po trzech godzinach usypiania. Nagle ktoś wchodził do sali, obwieszczał swoje przybycie jakimś rzeczownikiem, np. „Przesiewowe badanie słuchu.” – i zabierał dzieci. Albo, co gorsza, nakłuwał piętkę słodko śpiącego noworodka, wyduszał parę kropel krwi, po czym wychodził zostawiając nas z wrzeszczącymi wniebogłosy maluchami, które należało od początku karmić i uspokajać.

Jedna z położnych, widząc mojego śpiącego na plecach Synka kazała mi koniecznie układać go na boku, żeby się nie zachłysnął. Wzięłam sobie jej słowa do serca. Dopiero znacznie później okazało się, że W. ma niezasklepioną jedną panewkę stawu biodrowego i absolutnie nie wolno układać go na boku.

Inna położna, zapytana czy mam podnosić dziecko po karmieniu do odbicia stwierdziła, że nie ma takiej potrzeby, bo po mleku matki dzieciom się nie odbija. Na skutek tej informacji drugiej nocy w szpitalu przez 4 godziny usiłowałam uciszyć wrzeszczącego z bólu malucha. Karmiłam go wiele razy sądząc, że jest głodny – i oczywiście tylko pogarszałam sytuację. Nieprzyzwyczajone do karmienia piersi bolały mnie już okropnie. W końcu uznałam, że najwidoczniej musi być nadal głodny – niemałą rolę w podjęciu tej decyzji odegrała też mina kobiety, która po sprawdzeniu laktacji zapisała mi tabletki – i poszłam po sztuczną mieszankę. Po jedzeniu oczywiście podniosłam dziecko do odbicia i wreszcie spokojnie zasnęło, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że było wygłodniałe. Niewiele brakowało, żebym w tym momencie przeszła na sztuczne karmienie. Na szczęście nazajutrz pojawiła się kolejna położna, która w życzliwej rozmowie przekonała mnie, żeby się nie poddawać. Do teraz karmię wyłącznie piersią.

Wreszcie nadszedł upragniony dzień wypisu. Podczas porannego obchodu zapewniono nas obie, że tego dnia wyjdziemy do domu. W sali zapanowała atmosfera święta, zaczęłyśmy się pakować, choć do wypisów zostało jeszcze wiele godzin. Nie upłynęła nawet połowa tego czasu, gdy przyszła lekarka pediatra wraz z trzema studentami, z których każdy po kolei przeprowadzał dokładnie te same badania na drącym się jak nieboskie stworzenie W. (wiadomo, trzeba ćwiczyć) i oświadczyła z całą stanowczością, że ja mogę iść do domu, ale dziecko zostanie w szpitalu.

CDN…

Maternité, partie II

7:00

Wreszcie nadeszła dzienna zmiana, a wraz z nią oksytocyna. Skurcze stały się po niej częstsze i bardziej dotkliwe, ale rozwarcie nadal stało w miejscu. Tak, jak dotąd nie interesował się mną żaden lekarz, tak teraz miałam ich w nadmiarze. Nieustannie ktoś przychodził przeprowadzić mi badania wewnętrzne, potęgując moje cierpienie. Nie przejmowano się przy tym zbytnio zamykaniem drzwi do sali, do których byłam skierowana nogami, więc każda przechodząca korytarzem osoba mogła obserwować postęp porodu.

Kilka razy przychodził niezwykle pewny siebie młody, szczupły mężczyzna w okularach, za każdym razem wnosząc ze sobą aurę wyższości. Podczas jego badania było mi szczególnie nieprzyjemnie. Byłam już bardzo zmęczona, brakowało mi sił na tak pilnie ćwiczone oddychanie przeponowe. „No, jak tak pani będzie oddychać, to to może potrwać jeszcze do jutra!” – rzucił lekarz tonem osoby, która osobiście wydała na świat siedmioraczki, po czym wzięła prysznic i zabrała je na piknik. Miałam ochotę zawyć. Byłam wściekła, obolała i przerażona. Oto utknęłam nieznośnym stanie „przejściowym”, który okazywał się nie mieć końca, a wszyscy wokół lepiej ode mnie wiedzieli co i jak mam robić. Zdążyłam już zwątpić czy moje dziecko kiedykolwiek zechce wyjść na zewnątrz. Chciałam uciec, zniknąć, zasnąć – cokolwiek, byleby choć przez chwilę nie znajdować się we własnej skórze.

Podłączono mnie do KTG właściwie na stałe, bo raz pojawiła się jakaś nieprawidłowość w wykresie pulsu dziecka – być może po prostu przesunął się czujnik, ale ostrożności nigdy dość. Tym samym zostałam pozbawiona możliwości ulżenia sobie poprzez chodzenie, lub przyjmowanie dogodnych dla mnie pozycji. Zamiast tego musiałam wciąż leżeć na boku i dopraszać się, aby pozwolono mi skorzystać z toalety. „Może za 15 minut”, odpowiadano mi. W tych okolicznościach 15 minut stanowiło wyrok na całą wieczność.

10:00

Zaczęłam wymiotować, choć nie bardzo miałam czym. „O, dobry znak!” zdecydowała położna, która akurat do nas zajrzała. Trudno było mi podzielać jej entuzjazm.

Już nie mogłam wytrzymać w mojej pozycji na boku. Mąż wyprosił u jednej z położnych, by zmieniła mi ułożenie fotela z leżącej na półsiedzącą – była to kwestia zaledwie zmiany kąta nachylenia oparcia, a mi bardzo to pomogło. Zaczęła przy tym rozprawiać jak to nie ma żadnego problemu, bo one nie wiedziały, że ja chcę usiąść w fotelu, myślały, że chcę zejść, a mi nie wolno, bo muszę być podłączona do KTG, a tak to można – bla, bla, bla. Wpatrywałam się z wysiłkiem w jej ruchliwą twarz, odliczając kolejne skurcze i marząc, żeby się wreszcie zamknęła. Nie minęło pięć minut od kiedy wyszła za drzwi, do sali weszła inna położna i położyła mnie z powrotem, oświadczając, że mają słaby odczyt z KTG, więc muszę leżeć. Tak… W kwestii przyjmowania dowolnej pozycji to by było na tyle.

Znów błagałam, żeby pozwolono mi skorzystać z toalety, ale nikt nie przywiązywał do tego większej wagi. W rezultacie, gdy właściwa akcja porodowa wreszcie się zaczęła musiałam przejść cewnikowanie – procedurę równie nieprzyjemną co ryzykowną (jako kolejną drogę możliwego zakażenia).

12:00

Zaproponowano mi znieczulenie. „Tak!” – wykrzyknęłam nagle ożywiona, choć wcześniej zakładałam, że poród będzie naturalny. Dlaczego sama na to nie wpadłam? Teraz wreszcie skończy się moja udręka – pomyślałam. „Patrz Kochanie, podają mi narkotyki w ciąży” – rzuciłam do mojego oszołomionego całą sytuacją męża. Dolargan na niektóre osoby działa z dużą siłą, na inne wcale. Niestety okazało się, że należę do tej drugiej grupy.

Tymczasem poród zaczął rozkręcać się na dobre, miałam jeden potężny skurcz za kolejnym potężnym skurczem i zataczałam dookoła niewidzącymi oczami podczas gdy położna i mąż oddychali wraz ze mną w rytmie uf-uf-uf-uf… Chociaż w moim wykonaniu brzmiało to bardziej jak „fu! fu! fu! fu!”, co miało odpędzić skurcz, jak jakiegoś nieposłusznego psa. W pewnym momencie wlepiłam w T. błagalny wzrok i zapytałam jeszcze bardziej błagalnym tonem: „A może zrobimy cesarskie cięcie?”. T. zrobił zmartwioną minę i stwierdził, że skoro dziecko jest w kanale rodnym, to już na to za późno.

Uf-uf-uf! Dyktowała tempo położna. „JUŻ-NIE-DAM-RA-DY!” wyskandowałam niby oszalała cheerleaderka gdzieś z dna mojej rozpaczy. „Oddychaj, ODDYCHAJ!!! Męczysz dziecko!”. Na te słowa karnie powróciłam do rytmu moich płaczliwych „fu! fu! fu!”. „Jak wytrzymasz ten skurcz, to powiem Ci coś fajnego” – oświadczył mój mąż, a ja poczułam się jak krnąbrne dziecko namawiane, by usiadło na fotelu u dentysty. Mimo wszystko wytrzymałam, wpatrując się w jego wydmuchujące rytmicznie powietrze usta. Po chwili oznajmił triumfalnie: „Robi Ci się wklęsły pępek.”

13:00

Zaczęła się aktywna faza porodu. Wreszcie mogłam zrobić coś oprócz oddychania. Zgodnie z naszą umową T. wyszedł z sali – nie chciałam, żeby oglądał mnie w takim stanie.

Rodzenie dziecka to niewątpliwie najdziwniejsze uczucie jakiego w życiu doznałam. Brak mi słów by opisać to oddzielanie się, stawanie się dwoma odrębnymi istotami. Na szczęście, choć bardzo boli, parcie jest o wiele krótsze, a przez to łatwiejsze do zniesienia niż długie godziny poprzedzających je skurczów. Teraz wiadomo już było, że dziecko rzeczywiście za chwilę będzie w moich ramionach. Jeszcze tylko ostatni wysiłek. Długość trwania reszty porodu zależała wyłącznie ode mnie. Mogłam też wreszcie krzyknąć, wyrzucić z siebie całą irytację i ból. Zebrałam się w sobie i…

13.10

Syn!” – wykrzyknęła położna, niczym w starych filmach (potem miałam się dowiedzieć, że T. usłyszał ten okrzyk z korytarza i zaczął wariować ze szczęścia). Położyła W. na mojej klatce piersiowej, a ja obejmowałam go jak mój największy skarb; dotykałam gorączkowo jego drobnego ciałka niedowierzającymi dłońmi, jakby był jedynym ludzkim dzieckiem na naszej planecie. Wyrzucałam z siebie jakieś słowa powitania, które bardziej przypominały jęki niż ludzką mowę, a już na pewno nie przypominały przemowy powitalnej jaką układałam sobie wcześniej na tą okazję. To nie miało znaczenia, ważne było, żeby mnie usłyszał, żeby wiedział, że jestem z nim. Dopóki leżeliśmy tak razem, zmęczeni, trzymający się siebie kurczowo jak dwoje ocalałych z jakiejś wielkiej katastrofy, nawet nie zakwilił. Podano mi nożyczki, przecięłam więc pępowinę nieuważnym gestem, zupełnie jakby to była jakaś obca substancja, niemająca nic wspólnego z moim własnym ciałem. „Nareszcie jest po wszystkim!” – przemknęło mi przez myśl. Jakże się myliłam!

CDN… 

Maternité

birth640

Wydawać by się mogło, że w ponad miesiąc po porodzie powinnam już uporać się z tym przeżyciem. Przecież teraz trzymam w ramionach mojego cudownego Synka, a endorfiny wydzielające się tuż po narodzinach dziecka rzekomo wymazują wszelkie złe wspomnienia z głowy matki. Może z moimi endorfinami jest coś nie tak, bo niestety wszystko pamiętam. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że mogło być o wiele gorzej. Ale wciąż powracają pytania: czy mogło być inaczej? czy mogłam jakoś wpłynąć na to, aby było lepiej? Zażartowałam sobie kiedyś, że może opiszę Wam tamte wydarzenia w ramach autoterapii posttraumatycznej – prawdę mówiąc nie sądziłam wówczas, że kiedykolwiek do tego dojdzie. Teraz, pisząc te słowa, rzeczywiście liczę na to, że może wreszcie opuszczą mnie wspomnienia z pobytu w szpitalu.

3.06

21:00

Po intensywnym dniu, pełnym spotkań ze znajomymi, którzy dopytywali kiedy mam termin („15.06, ale mi się zdaje, że będzie wcześniej” – odpowiadałam), ułożyłam się wygodnie pod kocykiem i już-już czułam nadchodzący sen, kiedy nagle poczułam także coś innego. Coś dziwnego, czego nie czułam nigdy wcześniej. Błoga senność opuściła mnie w jednej chwili – wody mi odeszły!

Zaczęliśmy biegać z T. po całym mieszkaniu zbierając potrzebne rzeczy, śmiejąc się i równocześnie nie mogąc uwierzyć, że ta upragniona chwila wreszcie nadeszła. Ponieważ wiedzieliśmy, że, ze względu na ryzyko zakażenia, poród powinien odbyć się w 6 godzin od odejścia wód, czym prędzej ruszyliśmy do szpitala. Jeszcze po drodze zaczęły się pierwsze skurcze.

22:00

Na miejscu powitała nas dokładnie ta sama ekipa co równy tydzień wcześniej podczas naszego „fałszywego alarmu”. Nawet nie musieliśmy niczego podpisywać, bo nadal mieli zachowane dokumenty z tamtej wizyty – wystarczyło zmienić datę. Po wstępnych badaniach T. otrzymał specjalny strój – swoją drogą, to dość ciekawe, że on musiał się przebrać, podczas gdy ja mogłam zostać w swojej koszuli nocnej, no ale jakoś trzeba przecież uzasadnić opłatę za pobyt ojca na sali, a tak płaci za wypożyczenie stroju… – i ruszyliśmy do „sali lawendowej”. Pomieszczenie zostało bardzo ładnie urządzone, gdyby nie specjalne łóżko ginekologiczne i KTG byłoby tam całkiem przytulnie. W przyległej łazience stała ogromna wanna, która ponownie rozbudziła moje uśpione nadzieje na poród w wodzie. Uświadomiono mnie jednak, że mogę sobie siedzieć w wannie i przyjmować jaką pozycję chcę… Ale tylko do czasu skurczów partych, kiedy to muszę się położyć z nogami do góry. To po co to całe zamieszanie wokół „powrotu do natury”? Przecież co do istoty porodu nic nie uległo zmianie! Tylko sala ładniejsza…

Zajęły się nami trzy sympatyczne, młode położne, z których dwie okazały się studentkami. W moim planie porodu zaznaczałam co prawda, że nie życzę sobie obecności studentów, ale najwyraźniej nie miało to większego znaczenia. Zresztą dość szybko przekonałam się, że studentki są tam najbardziej przyjaznymi osobami – jeszcze się przejmują, jeszcze im zależy. Na dzień dobry założono mi wenflon, choć tego też sobie nie życzyłam. Słowem, plan porodu można śmiało sobie darować. Szpital wie lepiej niż ty, czego chcesz i co dla ciebie dobre. Po raz pierwszy podłączono mi KTG na godzinę i poinformowano, że badanie będzie powtarzane co dwie godziny i za każdym następnym razem będzie trwało pół godziny.

24:00

Siedzenie na piłce, podnoszenie wysoko kolan, przykucanie, i tak w kółko, a gdzieś pomiędzy głębokie oddechy podczas coraz mocniejszych i coraz częstszych skurczów. Sądziłam, że wszystko zmierza w dobrym kierunku, miałam w sobie wiele nadziei i radości, że już wkrótce zobaczę swojego Maluszka. T. podtrzymywał mój dobry nastrój żartami, masował mi plecy, przynosił wodę. Podczas badania okazało się jednak, że rozwarcie zatrzymało się na 2,5 cm, zaledwie o 0,5 cm więcej niż przy przyjęciu. Do narodzin dziecka potrzeba 10 cm. Ból stawał się coraz większy. Robiłam dobrą minę do złej gry, co ku mojemu przerażeniu zostało za każdym razem odnotowane w karcie porodu jako „dobrze znosi ból”. Zapytałam czy mogę wejść do wanny. „Do wanny można dopiero przy 5 cm rozwarcia” – usłyszałam w odpowiedzi.

3:00

Ból podczas powtarzających się co 5-6 minut skurczów stawał się już trudny do wytrzymania. Minęło już sześć godzin od odejścia wód, zapytaliśmy więc o możliwość przyśpieszenia porodu przez podanie oksytocyny. To, co nam powiedziały położne, ścięło nas z nóg. Oficjalnie czekaliśmy aż poród „rozkręci się” w sposób naturalny. Nieoficjalnie, lekarz pełniący nocny dyżur chciał się wyspać i zaplanował podanie oksytocyny na 7:00, kiedy przydzie dzienna zmiana. Aby zapewnić dziecku bezpieczeństwo KTG miało być robione co godzinę zamiast co dwie. W praktyce oznaczało to, że przez większość czasu leżałam unieruchomiona na boku, czując się niczym wieloryb wyrzucony na brzeg oceanu – całkiem dosłownie, bo podczas skurczów zaczynało już brakować mi tchu.

Polecono mi, żeby spróbowała spać między skurczami, aby zbierać siły do porodu. Próbowaliście kiedyś spać między powtarzającymi się co 5 minut spazmami bólu? Ja próbowałam. To gorsze niż nie spać wcale. Za każdym razem gdy tylko zmęczenie zwyciężało i zaczynałam przysypiać, otrzeźwiało mnie mocne szarpnięcie w dole brzucha. Po godzinie takiej męczarni dałam sobie spokój. Masaż pleców przestał pomagać, a zaczął irytować.

5:00

Kiedy rozwarcie osiągnęło magiczne 5 cm, nie pozwolono mi wejść do wanny, bo musiałam być stale monitorowana przez KTG.

6:00

Byłam już bardzo zmęczona i głodna (jadłam lekką kolację o 17:00, a w szpitalu zabroniono mi jeść) kiedy jedna z moich nieplanowanych studentek przyszła znów podłączyć KTG. Zapytała, czy mam plan porodu. „Tak” odpowiedziałam, czując jak nadchodzi kolejny duży skurcz (teraz już co 3 minuty). „Chce Pani go omówić?”. Spojrzałam na nią z niedowierzaniem. „Nie!” – wyrzuciłam przez zaciśnięte z bólu zęby.

CDN…

La patience

Będąc w ciąży zrozumiałam, że gdy lekarz mówi – tak jak powiedział dziś, tydzień temu, jak również trzy tygodnie temu -  „w każdej chwili”, to oznacza rzeczywiście w KAŻDEJ chwili. Czyli równie dobrze teraz, jak za godzinę, czy za tydzień. Nigdy nie byłam szczególnie cierpliwą osobą, ku wiecznej zgryzocie mojej mamy. Tymczasem ciąża jest dla mnie ogromną lekcją cierpliwości i pokory. Gdy dysponuje się ciałem o przesuniętym środku ciężkości oraz dość ograniczonym polu manewrów, już tak proste czynności jak wstawanie, kładzenie się we względnie wygodnej pozycji (by po 5 minutach wstać do toalety i po powrocie ponownie szukać względnie wygodnej pozycji, etc., etc.), czy zakładanie skarpetek, stanowi nie lada trening cierpliwości.

Myślę, że ten szczególny czas dziewięciu miesięcy przed porodem mówi bardzo wiele o macierzyństwie. Matka wciąż na coś czeka. Na pierwszy ząbek. Pierwszy krok. Pierwsze słowo. Po jej głowie nieustannie kołacze się jakieś „kiedy?”. Kiedy spadnie gorączka? Kiedy pójdzie do szkoły? Kiedy wreszcie zmądrzeje? Kiedy mnie odwiedzi?

Może zachęcać, grozić, prosić i tłumaczyć, ale w ostatecznym rozrachunku przede wszystkim musi czekać. Doprawdy nie mam pojęcia jak te heroiczne kobiety to robią! Ze swojej strony wypróbowałam już wszystkie naturalne przyśpieszacze porodu – i nic. Teraz pozostała mi już tylko przemiana w heroiczną Matkę Polkę.

L’hôpital

Na filmach sprawa wygląda prosto. Kobieta przez całą ciążę funkcjonuje całkiem zwyczajnie, czasem coś ją zaboli, ale w ogólnym rozrachunku nic wielkiego się nie dzieje do dnia porodu. Wtedy to nagle i niespodziewanie zaczyna skręcać się w spazmach bólu, pędzi do szpitala, gdzie już po chwili krzyczy wniebogłosy, a po kolejnej tuli do piersi noworodka. Może gdzieś tam istnieją kobiety, które wymigały się tak lekko. Ja do nich z pewnością nie należę.

Od ostatniego wpisu wciąż czuję się jakby ktoś przejechał po mnie walcem, i to jakieś 150 razy. Dużym walcem. W zasadzie to największym pioruńskim walcem jaki ludzkość kiedykolwiek stworzyła.

Wtedy, w nocy, byłam przekonana, że coś się dzieje. Może niekoniecznie poród, ale niewątpliwie coś niepokojącego, skoro brzuszek miałam przez kilka godzin napięty, niezależnie od pozycji niemiłosiernie bolały mnie kręgosłup i podbrzusze, a przy każdym mocniejszym – jak sądziłam – skurczu, dziecko reagowało silnym wierzganiem i ruchami ku dołowi. Wytrzymałam pięć godzin. W końcu, po gorącym prysznicu (wybaczcie drodzy sąsiedzi, tak, to ja hałasowałam w nocy), chodzeniu w kółko, siedzeniu na piłce do ćwiczeń oraz licznych próbach zaśnięcia (z kilkukrotnym budzeniem męża gdzieś pomiędzy tymi czynnościami), postanowiłam: jedziemy do szpitala!

Tam KTG wykazało, jak to ujęła dyżurująca pani doktor, „spięcia brzucha”, oraz skurcze przepowiadające, którym daleko jeszcze do skurczów właściwych, po czym zaspanym głosem zapytała, co mnie właściwie skłoniło do przyjazdu do szpitala. „A wie Pani, słyszałam, że brakuje Wam tu rozrywek, więc wstałam bladym świtem i przyjechałam!” – cisnęło mi się na usta. Zamiast tego, spokojnie, po raz kolejny, opisałam wszystkie swoje dolegliwości. Ginekolog, dziewczyna w moim wieku, lub nieznacznie starsza, przetarła po raz kolejny oczy, wzruszyła ramionami i wpatrując się tępo w monitor komputera, po raz trzeci z rzędu zapytała kiedy mam następną wizytę u mojego lekarza.

No cóż, z pewnością wyjazd nie poszedł na marne. Przede wszystkim uspokoiłam się, bo z naszą, ponad trzykilową już, Latoroślą wszystko w najlepszym porządku. Ponadto, teraz już wiem jak wygląda procedura przyjęcia do szpitala (Na dzień dobry stos formularzy! Plan porodu można śmiało wyrzucić do kosza, bo i tak aby zostać przyjętym trzeba wyrazić zgodę na wszystkie zabiegi, które szpital uzna za stosowne, lub poszukać innego szpitala, który zapewne ma swoje formularze…). Wiem też, że nie warto rodzić pod koniec dyżuru. I wiem jeszcze jedno: jeśli to są tylko „spięcia”, to nawet nie chcę sobie wyobrażać jak czuje się kobieta podczas właściwego porodu.

Na chwilę obecną sytuacja przedstawia się więc następująco: szpital już był, dolegliwości cały czas są, a dziecko nadal w brzuchu.

À suivre…

Doctor, doctor what is wrong with me?

Wczorajsza wizyta u lekarza. Dzwonię o 8.00 do rejestracji czynnej od 8.00. Zajęte. Dzwonię nieustannie, aż w końcu dodzwaniam się o 8.10.

- Oj, właśnie przed chwilą wydałam ostatni numerek – stwierdza ze źle skrywaną satysfakcją Pani Recepcjonistka. – A co dolega?

- W zasadzie to tylko przeziębienie, ale jestem w ciąży i zależało mi na konsultacji z lekarzem -  zrobiłam to. Użyłam słowa-klucza. Po drugiej stronie linii zapada niezręczna cisza.

- Proszę chwilę poczekać, zapytam Panią Doktor, czy Panią przyjmie – jakieś szmery, a po chwili dobiega mnie stłumiony głos – Jakaś pani dzwoni, żeby się zarejestrować, nie mam już numerków, ale pani mówi, że jest w ciąży – na co drugi głos, z oddali – O, jak w ciąży, to trzeba przyjąć. – Dziewczyny, pamiętajcie, podczas ciąży lekarz ma obowiązek Was przyjąć!

- Dobrze, proszę przyjść po jedenastej i się przypomnieć w recepcji.

                                                                                                                            

Za pięć jedenasta w poczekalni istne tłumy. Starsze panie w swetrach i beretach w tym samym kolorze, przeraźliwie chudy i długi na wszystkie strony wyrostek, starszy pan sprawiający wrażenie zagubionego w rzeczywistości, jego opiekunka (żona?), przysypiający mężczyzna w średnim wieku, drugi, młodszy z wielkim plastrem na czole. Wszyscy sprawiają wrażenie dobrze wrośniętych w swoje stanowiska. Przeglądają ulotki, oglądają czubki swoich butów i paznokcie (u rąk, rzecz jasna). Co chwilę odzywa się dźwięk telefonu, stanowiący nieudolną kopię motywu z „Jeziora Łabędziego” kompletnie ignorowany. Podobnie jak ja. Po standardowym „Dzień dobry”, pielęgniarka nadal siedzi do mnie tyłem wklepując dane do komputera, nim nie uzna, że może poświęcić mi chwilę. Gdy się przedstawiam, Pani Recepcjonistka wykrzykuje:

- Kto ma numer 12? – Zgłasza się jakaś staruszka. – To Pani będzie za tą panią. A po Pani tamten pan – dodaje nieco głośniej, dając do zrozumienia mężczyźnie z plastrem, że o nim teraz mowa.

Przycupnęłam sobie w korytarzu, bo w poczekalni nie było już miejsca. Zaczęłam przeglądać ulotki.

                                                                                                                            

Prawie godzinę później, gdy pani z numerem dwanaście weszła do gabinetu, miałam już miejsce w poczekalni i właśnie kontemplowałam prawość mojego prawego buta w odróżnieniu od lewości lewego. Korytarz oraz przyległe włości za to zaludniały się kolejką do rejestracji popołudniowej. Nagle wchodzi kobieta w średnim wieku z mocnym makijażem, okryta obfitą konfekcją i od progu rzuca podstępnie:

- Jaki numer teraz wszedł? – My na to, niechętnie porzucając swoje pasjonujące zajęcia, zgodnym chórem oświadczyliśmy, że nie wiemy, niech zapyta w recepcji. Pani Recepcjonistka również ją zbyła. Nowo przybyła jednak nie z tych, które dadzą się zbyć.

- No -potupuje nogą – to który numer?

Zagubiony staruszek, przywołany tak gwałtownie do rzeczywistości na to:

- To Pani nie wie jaki ma numer? (Z odrobiną nadziei w głosie, że nie tylko on zapomina)

- Ja dobrze wiem, proszę pana jaki mam numer. Już ja dobrze wiem. Dlatego się pytam jaki teraz wszedł.

-Łohoho! Łohoho! – Obudził się drzemiący mężczyzna w średnim wieku. Po czym teatralnym szeptem dodał do swojej sąsiadki – A wie Pani jak się nazywa kobieta, która wszystko wie? WIE-DŹMA!

Sąsiadka śmieje się półgębkiem, niepewna, czy tak wypada. Natrętna kobieta nie daje za wygraną. Atakuje mężczyznę z plastrem, bo ten akurat siedzi najbliżej drzwi gabinetu:

- Pan, jaki pan ma numer?

- Ja jestem spoza kolejki. – Trafiony, zatopiony! Szok, oburzenie, zdumienie!!! Na to wszystko zza swojej lady odzywa się ze stoickim spokojem Pani Recepcjonistka:

- Pan musi być przyjęty, bo ma wypis ze szpitala.

W końcu, nieśmiało, jedna ze staruszek postanawia zakończyć polubownie całą sprawę.

- Teraz weszła chyba pani z dwunastką, potem jest ta Pani – wskazuje na mnie – to Pani ma pewnie trzynaście? – Zawiesza głos.

- Nie, ja też jestem spoza kolejki. – Oświadczam krótko. Dosłownie czuję zbiorowe, niedowierzające wsysanie powietrza, niczym lokalne tornado przetaczające się po pomieszczeniu. Jak mówiłam, mimo końcówki czwartego miesiąca nie widać po mnie tak bardzo ciąży. Ale nie mam zamiaru tłumaczyć się z tego poczekalni pełnej obcych ludzi. Staruszka próbuje jeszcze raz złagodzić sytuację:

- Pani ma numer 13? – Powtarza z naciskiem, znacząco.

- Nie, powiedziałam, że jestem spoza kolejki. – Oficjalnie stałam się wrogą jednostką. Nikt już nie spogląda na mnie jak na współtowarzysza cierpień, teraz jestem już tylko bezczelna.

I pomyśleć, że kiedyś sądziłam, że Kafka przerysowuje rzeczywistość.

Here to serve

Piątek…piątek. Czy potrzeba więcej słów? Właśnie mam za sobą serię rytmicznych wymachów głową do rytmu „Swanee River Rock” Ray’a Charlesa z tej okazji. Teraz jestem rozczochrana i gotowa by zająć się sprawami wagi światłosekundowej.

Muszę przyznać, że pani z recepcji używająca TSKNNWW (dzięki A., zgrabnie to ujęłaś) przelała jedynie czarę goryczy Wiadomym Pytaniem (w skrócie WP). Tak naprawdę byłam bowiem w przychodni 3 (słownie: trzy) razy nim udało mi się zastać lekarza. Frustruje mnie fakt, że w stanie ciągłego rozdrażnienia, płaczliwości, przewrażliwienia na zapachy i skłonności do wymiotów muszę wykazać znacznie więcej spokoju, cierpliwości oraz opanowania wobec ludzi, którzy teoretycznie są tu po to, by pomóc MI (czy ktoś zwrócił uwagę na paradoks nazwy „SŁUŻBA zdrowia”?).

Za pierwszym razem okazało się, że Pan Doktor zmienił dni przyjęć. Zdarza się. Sprawdziłam na rozpisce – m.in. pierwszy i trzeci piątek miesiąca. A że trzeci piątek wypadał nazajutrz, pomyślałam, że przyjdę własnie tego dnia. Przychodzę, a pani w recepcji bardzo zdziwiona, przecież dziś Pan Doktor nie przyjmuje. Pierwszego piątku przypadło święto, więc całość grafiku przesunęła się o tydzień – czy to nie OCZYWISTE? Równie oczywiste jak brak jakiejkolwiek informacji dla pacjentek na ten temat. Poradzono mi, żebym sobie – uwaga, uwaga – POLICZYŁA. Na moje wyjaśnienia, że jakkolwiek bym nie liczyła to trzeci piątek przypada własnie na ten, a nie inny dzień, zniecierpliwiona moją głupotą pani recepcjonistka powtórzyła jedynie poirytowanym głosem: „To trzeba było po…(myśleć)…liczyć!”. Tyle w ramach przeprosin za brak informacji i za to, że powstrzymując torsje po raz drugi przeszłam drogę w miejsce pełne wirusów i zarazków zupełnie na darmo. Że pierwszy piątek mógł zwyczajnie wypaść z grafiku a trzeci pozostać na swoim miejscu, nikomu myślącemu przecież nie przyszłoby do głowy! Zwłaszcza jeśli ten ktoś był w przychodni poprzedniego dnia, czytał NOWY grafik, rozmawiał z recepcjonistką i nie usłyszał ani słówka o jakiejkolwiek spodziewanej zmianie.

Do trzech razy sztuka – pomyślałam w duchu, powoli tracąc nadzieję, że zdołam zastać Pana Doktora w pracy. Przyszłam, zarejestrowałam się, odczekałam swoje 40 minut w kolejce, wchodzę – oh yeah! I jakież jest moje zdziwienie gdy ten sam Pan Doktor, który miesiąc temu zlecił mi badania krwi i moczu standardowo przewidziane dla kobiet oczekujących dziecka zaczął od pytania: „Kiedy była ostatnia miesiączka?”. Nieco zaskoczona odpowiedziałam, że trzy miesiące temu. Chwila konsternacji, a potem „To jest ciąża?”. No raczej. Chyba, że ostatnio mierzyliśmy nie pęcherzyk ciążowy a pęcherz moczowy i coś mi się przesłyszało.

„A to trzeba założyć kartę ciąży! Zapraszam z powrotem do recepcji!”.

„Ja myślałam, że to Pan Doktor…”

„A gdzie! To trzeba powiedzieć, że pani jest w ciąży, bo nikt się nie domyśli!” – Na sztywnych nogach ruszyłam w stronę drzwi.

„Proszę wziąć jeszcze rzeczy, w tym czasie to ja ze dwie pacjentki przyjmę!”

Nikt jednak nie powiedział mi o tym ani podczas poprzedniej wizyty, bezpośrednio po której mogłabym przecież założyć kartę, ani dziś gdy przyszłam się zarejestrować. Przecież wyniki przeciwciał na różyczkę leżące na biurku pani recepcjonistki musiały poczekać specjalnie na mnie by włożyć je do mojej dokumentacji! Zrezygnowana usiadłam w recepcji, choć jak zwykle nikt nie powiedział „proszę usiąść”. Najwyraźniej przeszkodziłam recepcjonistce w posiłku. Przeżuła, oblizała palce i zabrała się za wypisywanie brązowej ze starości kartki. Była to owa jakże istotna Karta Ciąży. Dostałam następnie serię pytań, m.in. takie kwiatki:

„To jest pani pierwsza ciąża?”

„Tak.”

A za trzy minuty: „Rodziła pani już?” – Oj, korciło, żeby powiedzieć „Tak, trzy razy.”, korciło!

Badanie ograniczyło się do pomiaru ciśnienia. Było dość wysokie – ciekawe dlaczego? Wszystkie pozostałe informacje miały pochodzić li i jedynie z wywiadu. Włącznie z takim pytaniem:

„Żylaki? Obrzęki?”

Może się mylę, ale takie rzeczy można dość łatwo sprawdzić jeśli pacjent się rozbierze. Nie wszyscy muszą dysponować wiedzą potrzebną do stwierdzenia tego typu objawów chorobowych, mogą one też wystąpić w mało widocznym miejscu. Pani recepcjonistka była bardzo zniesmaczona faktem, że nie znałam swojej wagi i musiała poczekać aż zdejmę buty i się zważę. „Następnym razem proszę się zważyć w domu!” – rzuciła krótko. Zaiste, musiałam jej przerwać smakowity posiłek. Nie próbowałam już nawet wyjaśniać, że nie posiadam w domu wagi. Mechanicznie odpowiadałam na ponawiane w kółko pytania i zastanawiałam się na czym tak właściwie polega polityka prorodzinna naszego kraju.

Gdy ta katorga wreszcie się skończyła pani recepcjonistka kazała mi wrócić po kartę kiedy będę wchodzić do Pana Doktora, bo ona musi jeszcze coś przepisać. Wychodzę, a tu akurat drzwi się otwierają i już moja kolej. Mówię do kobiety, która szykuje się do wejścia, że teraz moja kolej, tylko muszę wziąć kartę. Wracam z kartą – drzwi zamknięte, pacjentka w środku. Druga do mnie, niby życzliwie, ale zadziornie: „To czemu pani od razu nie wzięła karty?” „Bo pani recepcjonistka miała coś przepisać”. Recepcjonistka wypada od siebie „Teraz pani kolej, czemu pani nie weszła?!” W tym momencie straciłam cierpliwość i wyrzuciłam z siebie: „Przecież nie będę ludzi wyganiać!”. Ale nie słyszała chyba, bo już z rozmachem weszła do gabinetu, rzuciła na stół stertę papierów oraz parę cierpkich słów i tamta pacjentka wyszła, oburzona, naturalnie na mnie.

Czas na konkluzję. Miesiąc w miesiąc państwo zdziera ze mnie – chcę czy nie chcę – składki zdrowotne. Idę do lekarza, a tam zastaję kompletny brak zainteresowania, brak profesjonalizmu, brak zwykłego ludzkiego podejścia czy istotnych dla mnie informacji, po czym jestem traktowana jak półinteligentka ponieważ tych informacji nie posiadam. Jeśli chcę być traktowana po ludzku to albo trzeba mieć szczęście, albo… No, jak myślicie?… Zgadliście – zapłacić! Nie spotkałam jeszcze niemiłego lekarza praktykującego prywatnie.

Wiecie, łykałam kwas foliowy jeszcze zanim zaszłam w ciążę, tak na wszelki wypadek. Brany w ciągu pierwszych 3 miesięcy ciąży zmniejsza ryzyko wystąpienia u dziecka bezmózgowia oraz rozszczepu kręgosłupa o 70%. Lekarz ani się nie zająknął, że powinnam suplementować ten rzadko występujący w żywności składnik. Co więcej, o tym, że powinnam się upomnieć o zaświadczenie, że byłam pod opieką lekarską przed 10-tym tygodniem ciąży (inaczej nie dostaniemy becikowego) dowiedziałam się przypadkowo od znajomej z małym dzieckiem. „Ale dlaczego nikt mi tego nie powiedział? Czy nie powinno się wydawać takich zaświadczeń automatycznie?”. Koleżanka skomentowała krótko, z uczuciem: „Bo to są ku**sy.” Czasem chciałabym tak z siebie wyrzucić kwiecistą wiązankę, która w pełni wyraziłaby moje odczucia. Tymczasem zmieniam lekarza. Tyle mojego buntu.

A teraz coś na odprężenie. Machamy głowami, Panie i Panowie!