Le sourire

Wczesny ranek. Śnię. Śnią mi się studia. Czegoś nie umiem. To jakaś oczywista umiejętność niezbędna na moim kierunku i wszyscy się ze mnie wyśmiewają. Zniecierpliwiony wykładowca czyni mi złośliwe uwagi. Odpowiadam, że nie rozumiem o co chodzi. „Jeśli pani nie rozumie, to w ogóle nie powinno pani tu być!” – wykrzykuje rozzłoszczony profesor. I nagle rzeczywiście mnie tam nie ma.

Znów ktoś się ze mnie śmieje, a ja uświadamiam sobie, że mam nałożonego pampersa…

Gdzieś na granicy między jawą i snem czuję nagle uporczywe poszturchiwanie. Odsuwam się, ale poszturchiwanie jeszcze się wzmaga. Daję za wygraną i unoszę zaspane powieki.

Przed sobą dostrzegam wpatrzone we mnie ogromne, błękitne oczy, osadzone w maleńkiej, uroczej twarzyczce. Poniżej, maleńkie rączki i nóżki wymachują energicznie na wszystkie strony. A pisząc „na wszystkie strony” mam na myśli przede wszystkim „w kierunku moich ramion, piersi i brzucha”. Konstatuję, że znów zasnęłam przy karmieniu, a Młody załapał się na kilka godzin snu w naszym małżeńskim łożu, do którego tak bardzo chcieliśmy go nie przyzwyczajać.

„A co to, już się wyspałeś?” – wydobywam z siebie zachrypnięte powitanie. Na dźwięk mojego głosu nóżki i rączki nieruchomieją, a twarzyczka cała się rozpromienia w rozbrajającym uśmiechu. „Gu!” oświadcza dumnie mój Synek. I możecie powtarzać bezustannie, że to tylko nic nie znaczące ćwiczenia mimiki, próba zmanipulowania dorosłych do zajęcia się nim, lub nierozumne naśladownictwo. W moim sercu i tak wzbiera fala miłości i dumy. Synek uśmiecha się do mnie. Co za wspaniały początek dnia!

Już po chwili nachylamy się nad rozanielonym W. razem z mężem. „Gu!” powtarza maluch raz po raz. „Gu!” odpowiadamy mu zgodnym chórem, po czym wymieniamy rozbawione spojrzenia i śmiejemy się w głos – z samych siebie, i ze szczęścia.

Wam też życzę pełnego radości dnia :)