Faire la java

źródło: https://memesuper.com

źródło: https://memesuper.com

Co za deszczowa pogoda! Mam nadzieję, że komuś przydała się moja inspiracja z wyjściem do palmiarni :-) My dzisiaj zaliczyliśmy konkurs skoków przez kałuże, ale że nie samym matkowaniem żyje człowiek, teraz coś z zupełnie innej beczki.

Od prawie dwóch lat jestem – jak to się profesjonalnie nazywa – słuchaczem studiów podyplomowych, chociaż lubię się uważać za studentkę, bo od samego słuchania egzaminów się nie zdaje ;-) . Zwłaszcza ten drugi rok jest dla mnie trudny, ze względu na ciążę, która rozpoczęła się niemal równocześnie z rokiem akademickim. Zajęcia odbywają się prawie w każdy weekend (do wakacji mam jeszcze 2 wolne: Wielkanoc i długi weekend majowy, ale tylko dlatego, że go wcześniej odpracowaliśmy!).

W związku z tym, nie raz, i nie dwa, przechodziłam ciężkie chwile, wstając w kolejną sobotę rano z porannymi mdłościami. Albo w kolejny piątek, przygotowując się do zajęć ze świadomością, że moje koleżanki-mamy szykują się na rodzinne wycieczki, wspólne pieczenie ciasteczek, wizytę rodziców, czy babski wypad do centrum miasta. A jednak, pomimo wszystkich niewygód i niedogodności, zachęcam wszystkie mamy do studiowania i rozwijania swoich pasji. Śpieszę z wyjaśnieniem dlaczego.

Dumna mama dumnych dzieci

Nie chcę być tyko dumną mamą swoich dzieci. Chcę, żeby także dzieci mogły być dumne ze mnie. Pragnę imponować im swoją wiedzą i umiejętnościami nie tylko gdy mają rok, dwa czy trzy lata – umówmy się, to nie aż takie trudne – ale także jako nastolatkom (czy to w ogóle możliwe?), a potem dorosłym ludziom. Dzieci stanowią niesamowitą inspirację i motywację do rozwoju, a tylko rozwijający się rodzic może zainspirować i zmotywować swoje dzieci – koło się zamyka. Czy może raczej: spirala się nakręca. Koniec końców, po to wychowuje się dzieci, żeby w końcu opuściły dom rodzinny – a co wtedy ze mną?

Więcej znaczy…więcej

Moje zdolności organizacji pracy znacząco wzrosły od kiedy muszę żonglować większą liczbą obowiązków. Stałam się mistrzynią wykrawania i wykorzystywania najkrótszych odcinków czasu: W. wchodzi do klubu malucha i – czas, start! – cała godzina na sprawdzanie notatek z ostatnich zajęć i powtórkę materiału. Akurat ładnie się bawi i nie potrzebuje mojego udziału? Jest z tatą? Sami-wiecie-czym się zajmuję. Ma drzemkę? No dobra, przyznaję, w trzecim trymestrze ciąży nie daję rady i drzemkę akurat mamy razem :-D . A jeśli nie zdążę popracować w ciągu dnia, zawsze pozostaje wieczór (i noc), albo chociaż leżąc już w łóżku, mogę posłuchać przed zaśnięciem nagrań wykładów z internetu.

Odrębną kwestią jest fakt, że dzięki mojemu „podwójnemu życiu” staję się lepszą mamą. Zazwyczaj hołduję zasadzie, że mniej znaczy więcej. W tym przypadku jest jednak odwrotnie. Podczas nauki zyskuję dystans do spraw domowych i mogę zatęsknić za synkiem i życiem domowym. Z drugiej strony moja rodzina ma okazję docenić moją codzienną mrówczą pracę, kiedy zostaje pozbawiona jej efektów i musi radzić sobie sama.

Szersze horyzonty

Jestem pełna podziwu dla kobiet (a właściwie przy obecnym, stale rosnącym równouprawnieniu, powinnam pewnie napisać: osób), które z radością pozostają w domu i poświęcają się dla dobra swojej rodziny. Jednocześnie mam świadomość, że ja i wiele innych osób tak nie potrafi – potrzebują tego równie nieokreślonego, co absolutnie niezbędnego „czegoś jeszcze”. Wartością płynącą ze studiów, prócz samej nauki oczywiście, jest poznawanie interesujących ludzi, którzy nie mówią nieustannie o dzieciach (sic!) i możliwość poszerzenia swojej wiedzy z wielu różnych dziedzin, niekoniecznie stricte związanych ze studiami.

Ostatnio właśnie z grupą takich energicznych, błyskotliwych towarzyszy wybrałam się do knajpy świętować swoje urodziny. Cudownie było znów zobaczyć centrum Poznania po zmroku! Poczuć tę rozluźnioną atmosferę sobotniego wieczoru w pubie z przyjaciółmi (naturalnie w moim przypadku tylko przy soczku, nie wpłynęło to jednak w najmniejszym stopniu na moje poczucie upojenia chwilą)!

Co prawda musiałam stanowić dość egzotyczny widok, bo choć szukając odpowiedniego miejsca odwiedziliśmy kilka zatłoczonych lokali, nigdzie nie spotkałam innej kobiety w zaawansowanej ciąży. W jednym z barów, zaraz przy wejściu, kolega nawet oświadczył, że wychodzimy, bo od samych oparów moje dziecko dostanie FAS ;-) . Moim zdaniem warto wychodzić w ciąży do ludzi, bo po porodzie staje się to na dłuższy czas znacznie trudniejsze, o ile nie niemożliwe.

Z drugiej strony, w naszej paczce byłam nie tylko jedyną ciężarną, i jedyną mamą, ale także jedyną mężatką – może więc jest w tym coś więcej i należę do mniejszości w społeczeństwie, zepchniętej na kanapowy margines? Dziewczyny, nie dajcie się! Ciąża to nie choroba, a macierzyństwo to nie koniec życia towarzyskiego! Nałóżcie na twarz barwy wojenne i noc jest Wasza! A że kondycja już nie ta, co na studiach, i będzie to trzeba odespać… Co to ja pisałam o drzemce?

PS Szukając ilustracji do tego wpisu,przeglądałam w google obrazy do haseł: „pregnant and happy” (same ciężarne na tle natury), „active pregnant” (ciężarne biegną na tle natury) i „pregnant night out” (jakiś koszmar, spocone ciężarne w zbyt obcisłych sukienkach z za dużymi dekoltami). Poddałam się. Może społeczeństwo jednak chce nas na kanapowym (lub leśnym) marginesie?

un désir

Przyszła mi dziś do głowy myśl, że istnieją jednak pewne okoliczności, w których można mówić o „zrobieniu sobie dziecka”. Mowa o in vitro, chociaż tutaj przyczepiłabym się dla odmiany do słowa „sobie”, bo przecież w procedurze, poza samymi rodzicami, uczestniczy cały sztab wykwalifikowanych specjalistów. À propos, spotkałam niedawno na placu zabaw panią z córeczką, która urodziła się w rezultacie in vitro. Zresztą, najprawdopodobniej spotkałam takich dzieci więcej, tylko ta kobieta akurat mi o tym otwarcie powiedziała.

Dla pełnej jasności: to nie jest kolejny głos w dyskusji o regulacji narodzin. Ten wpis nazwałabym prywatnymi przemyśleniami o ludzkich pragnieniach i o tym, że czasem się spełniają.

Dziewczynka śliczna, filigranowa trzylatka, z kręconymi włoskami i inteligentnym spojrzeniem dużych, błyszczących oczu. Mama na oko około 40-45 lat, wykształcona i uprzejma, ale niedbale ubrana, z fryzurą w nieładzie; sprawiała wrażenie wyczerpanej oraz zniechęconej.

Opowiadała o tym, jak trudno znaleźć pracę po urlopie macierzyńskim, kiedy rozmowę kwalifikacyjną przeprowadza ktoś o połowę młodszy a na dodatek nie mający doświadczenia rodzicielstwa (godziny pracy przedszkoli, częste choroby, niemożność zostawania po godzinach, itp.). Wyraziła rozczarowanie rozbieżnością między macierzyństwem z ulotek dla przyszłych mam (czyste, grzeczne dziecko + zadbana mama wyszczerzona w uśmiechu), a macierzyństwem prawdziwym. Stwierdziła, że jej życie towarzyskie znacznie ucierpiało na zaistniałej sytuacji. Najogólniej rzecz ujmując, początkowy entuzjazm związany z pragnieniem potomka znacznie ostygł.

Przez chwilę nieomal poczułam jak w powietrzu zawisło pytanie: „Czy było warto?”. Nie odważyłam się go zadać. Czy ktokolwiek ma prawo?

Czasami widujemy się podczas spacerów. Pani nieodmiennie uprzejma, córeczka śliczna i zadbana. Tylko nie widziałam jeszcze, żeby któraś z nich beztrosko się uśmiechała.

Casta Diva

„Projekt matka” Małgorzaty Łukowiak zakończony – momentami tekst dla mnie kompletnie niezrozumiały; np. początkowe założenie autorki, że nie chce mieć dzieci „bo nie”, potem być może jeszcze trudniejsza do zrozumienia zmiana zdania, że chce i to nie jedno, a trójkę. Czasem doświadczenie ciąży i macierzyństwa Łukowiak jest dla mnie zupełnie obce, czasem tak bardzo bliskie, że aż się sobie dziwię, że mogłam  o tym czy innym odczuciu zapomnieć (np. bunt wobec traktowania matek jako istot półinteligentnych, które wszystko potrzebują mieć na obrazku – patrz dowolna gazeta dla młodych mam). A najbardziej wdzięczna jestem za zamieszczony na końcu książki postulat o indywidualne przeżywanie własnego macierzyństwa i brak zbędnych porównań, pouczeń, czy krytyki pod adresem tych matek, które mają inny plan wychowawczy niż my same. Bo nie ma JEDYNEGO SŁUSZNEGO SPOSOBU BYCIA MATKĄ, tak jak nie ma jedynego sposobu na bycie człowiekiem. Niby oczywiste, a jednak… Nie zawsze.

Aktualnie zajadam się mozzarellą z pomidorami i bazylią, do tego świeży chlebek własnego wypieku i smakowita „Callas. Zbyt dumna, zbyt krucha” Alfonso Signoriniego. Chyba łyknę w jeden wieczór. A później posłucham płyty winylowej z najsłynniejszymi ariami śpiewaczki.

Popatrzcie, jaka była niesamowita. Zaczęła śpiewać Casta Diva ze swojej ukochanej Normy zanim w ogóle otworzyła usta. Śpiewa całą sobą. Piękne.

la tempête

Nocna burza zrobiła nam sporą wyrwę we śnie. GRZMOT! GROM! W. obudził się z płaczem i długo nie mógł zasnąć. Gdy tylko przymykał oczy, znów rozlegały się burzowe pomruki. T. oczywiście wszystko przespał snem sprawiedliwego.

Rano obudziło mnie pacnięcie w nos – synek przyłożył mi do twarzy skarpety, z chichotem uciechy pokrzykując „Fuj, fuj, fuj!”. „Dzień dobry synku” wychrypiałam w odpowiedzi. Gardło nie wytrzymało jakiegoś miliona zmian z pory suchej na deszczową na przestrzeni kilku ostatnich dni. Nie mam do niego żalu. Za to głowie wirującej gdzieś pod sufitem byłabym niezmiernie wdzięczna za powrót na właściwe miejsce.

Gdy tylko zlokalizowałam głowę, zapragnęłam odstawić ją tam, skąd przyszła. W. wyprodukował przez noc obfitą wysypkę niewiadomego pochodzenia. Ząbkowanie? Potówki? Uczulenie? Ale na co? Pokora, pokora. Macierzyństwo uczy mnie jej jak nikt. Ilekroć wydaje mi się, że mam wszystko pod kontrolą, pojawia się coś takiego. I bądź mądry, pisz wiersze.

Potem dzień rozkręcił się szybko, samoistnie i nie pytając nikogo o zdanie. „Zalało nam piwnicę. I winda nie działa” – poinformował mnie z słuchawki telefonu rześki głos męża. „Jak wczoraj podczas deszczu wstawiałeś pranie do domu, zamoczyłeś panele” – nie pozostałam dłużna w przekazywaniu radosnych wieści. Następnie było ząbkowanie, marudzenie, wywrotki przy pchaczu, szloch, wreszcie feralne odkrycie, że wczoraj podczas spaceru zgubiliśmy buta. I to nie byle jakiego buta – jednego z pary pierwszych bucików W. Co to ja mówiłam o pokorze?

Pociechą na dziś są dla mnie słowa Lamy Ole Nydahl:

„Prawdziwy rozwój wydarza się poza strefą komfortu”.

Rozwijam się jak oszalała. I albo mi się wydaje, albo W. właśnie zaczął kaszleć przez sen. Niech ten dzień się wreszcie skończy.

L’échange

20-Stylish-Celebrity-MomsZ okazji nadchodzącego wiadomego konkursu zaczęłam pilniej śledzić blogi innych (nie ma to jak wybrać się na przeszpiegi do konkurencji) i przy okazji natknęłam się na tekst „mamy w trampkach” na temat stereotypu, według którego stając się rodzicem trzeba zrezygnować z szeroko rozumianego życia społeczno-kulturalnego. Autorka posiłkując się osobistym przykładem dowodzi, że samozaparcie wespół z dobrymi chęciami wystarczy w zupełności aby połączyć opiekę nad niemowlęciem z intensywnym życiem towarzyskim, podróżami, czy wyjściami do kina. Im dłużej czytałam słowa tej nierezygnującej, jak się zdaje, z niczego kobiety, która potrafi czerpać najlepsze z macierzyństwa i własnego życia, zaczęłam się zastanawiać, czy to ona ma wyjątkowo spokojne dziecko, czy to ja nie potrafię sobie wszystkiego zorganizować jak należy.

Od ośmiu (już!) miesięcy nie byłam w kinie, na koncercie ani imprezie (chyba, że urodziny babci liczymy jako imprezę?). Jedyne podróże jakie udało nam się odbyć we trójkę obejmowały wizyty u rodziców, mieszkających odpowiednio 100 i 250 km od Poznania. I nie były to najszczęśliwsze chwile mojego macierzyństwa. Cóż zrobić, przewijanie na tylnym siedzeniu samochodu, między fotelikiem a wanienką nie należy do moich ulubionych rozrywek. Pomyślałam sobie jednak, że nadeszła pora aby wziąć się w garść, pociecha ma już 10,5 kg, osiem miesięcy (bez kilku dni) i czas wreszcie powrócić do świata żywych. Będę mamą, ale także spełnioną kobietą. Tak, przecież potrafię! Poczułam to wyraźnie. Mama w trampkach stała się moją inspiracją.

Okazja nadarzyła się niebawem. Wyjechaliśmy na weekend z Synkiem. Podczas podróży w jedną stronę nasze słodkie dzieciątko nie wiedzieć czemu (nowy fotelik? zmęczenie? ząbkowanie? gubiliśmy się w domysłach) dostawało ataku krzyku i płaczu za każdym razem gdy tylko zostawało umieszczone w foteliku. W rezultacie wysłuchaliśmy około godzinnego koncertu wycia, nasze próby uspokojenia młodego-wrzeszczącego spełzły na niczym, mój nowo odzyskany optymizm ulotnił się niczym kamfora i w połowie drogi zaczęliśmy poważnie rozważać powrót do domu. Nie poddaliśmy się jednak, Synek wywrzeszczawszy się należycie zasnął kamiennym snem i udało nam się dotrzeć do celu podróży bez dalszych komplikacji.

Droga powrotna zapowiadała się znakomicie. Dziecię zasnęło już na samym początku wyjazdu, my gwarzyliśmy półgłosem, istna sielanka, aż tu nagle… Maluch pokasłuje, krztusi się i ni stąd ni zowąd zaczyna gwałtownie wymiotować. Byliśmy akurat na drodze szybkiego ruchu, więc nagły postój był wyjątkowo ryzykowny, ale co robić? Mąż włączył światła awaryjne, stanął na poboczu, a ja w tym czasie drżącymi rękami uwolniłam W. od fotelika i pochyliłam go, aby ułatwić mu oczyszczenie dróg oddechowych. Gdy niebezpieczeństwo minęło, rozejrzałam się po pobojowisku: fotelik, ubrania Małego i moje, siedzenie samochodowe – oto ofiary marchewki, która powróciła aby się mścić za zjedzenie jej na obiad. Wyczyściłam Synka na ile to było możliwe, zapięłam go ponownie w foteliku i ruszyliśmy w dalszą drogę… Tylko po to, żeby za pięć minut powtórzyć całą sekwencję. I za dziesięć. Jak i za dwadzieścia. Suma summarum spędziliśmy w trasie nadliczbowe pół godziny próbując opanować fale mdłości tak, aby nie dać się jednocześnie zdmuchnąć z drogi mijającym nas tirom. I znów domysły: czy to choroba lokomocyjna? zbyt szybka jazda? zbyt peny brzuszek? wirus? ząbkowanie? (ząbkowanie w życiu rodzica jest niczym toczeń w serii „Dr House”: zawsze je podejrzewasz, ale nigdy nie możesz go dowieść).

Gdy moje pobladłe Dziecko zasnęło ponownie ze zmęczenia, Mąż pędził w kierunku domu, a ja co chwilę sprawdzałam, czy Synek na pewno się nie dławi, na pewno nie traci przytomności i na pewno oddycha – doznałam olśnienia. Ani „mama w trampkach” nie ma nad wyraz spokojnego dziecka, ani ja nie jestem fatalną organizatorką. Ja po prostu wcale nie chcę podróżować, wychodzić, czy uspołeczniać się. Przez całe osiem miesięcy mylnie sądziłam, że brak mi wszystkich tych rzeczy, tymczasem aktualnie przeżywam absolutnie wyjątkowy czas w życiu moim i mojego dziecka. Czas na ciszę i spokój, na czytanie bajeczek, spacery z wózkiem, przytulanki i kołysanki. Czas, który nigdy się już nie powtórzy. Czy gdy ten czas przeminie, na świecie będą jeszcze miejsca, filmy i koncerty warte zobaczenia? Ludzie warci poznania? Podejrzewam, że tak. Podejrzewam, że mam rację.

Ostatnimi czasy świat celebrytów zaroił się matkami, które żyją na pełnych obrotach, odżywiają się ekologicznie, udzielają się społecznie, są zawsze piękne i pachnące, i z uporem godnym lepszej sprawy dowodzą, że macierzyństwo niczego w życiu nie zmienia. Tyle tylko, że stoi za nimi sztab opiekunek do dzieci, osobistych trenerów, wizażystów, sprzątaczek, szoferów i kucharek. Jak się nad tym zastanowić, to można i do czterdziestki udawać nastolatkę (chyba, że masz na imię Madonna, wtedy do sześćdziesiątki). Można ciągle biec bez tchu, opierać się zmianom i prasować zmarszczki. Tylko, na Boga, po co, po co, po co?

Et que?

i-know-youre-busy-but

Jako świeżo upieczona mama otrzymałam w prezencie od kuzyna tegoroczną nowość wydawniczą: „I co my z tego MAMY?” duetu Dominika Figurska i Agata Puścikowska. Pierwsza z pań jest podobno znaną aktorką (piszę „podobno”, ponieważ osobiście zupełnie jej nie kojarzę, podobnie jak większości aktualnych celebrytów), druga – dziennikarką, a obie łączy fakt, że posiadają po piątce dzieci (własnych, polskich, nieadoptowanych, czyli inaczej niż gwiazdy zachodnie). Książka stanowi zbiór rozmów o macierzyństwie, wychowaniu, rodzinie, kobiecości i wierze.

Zwłaszcza ten ostatni aspekt wart jest podkreślenia, bo choć w moim odczuciu zakrada się tu odrobina nadgorliwości (obie autorki nazwały najmłodsze dziecko imionami Jan Paweł), to otwarte mówienie o wierze katolickiej stanowi rzadko spotykany fenomen, zwłaszcza w kręgach artystycznych. Społeczeństwo się laicyzuje, rodzina przeżywa kryzys, a tu książka dwóch eleganckich kobiet, które zarówno pracują jak i wychowują liczne gromadki dzieci, od czasu do czasu jeżdżąc z mężami na wspólne rekolekcje. Pięknie!

Bardzo przyjemny oddech od medialnej nagonki na Kościół oraz zażartych dyskusji o aborcji i eutanazji. W tym tekście nie ma rozważań czy przyjąć dziecko – a przecież nie tak łatwo wychowywać ich pięcioro, nawet przy dobrych zarobkach! – ale jak najlepiej je przyjąć i wychować na dobrych ludzi, nie zatracając przy tym siebie.

Kto, podobnie jak ja przed lekturą, liczy na cudowne recepty zaprawionych w boju wielodzietnych, ten się przeliczy. Figurska i Puścikowska nie pozostawiają złudzeń: potrzeba mnóstwo ciężkiej pracy, samozaparcia, rewelacyjnej organizacji czasu i rezygnacji z wielu osobistych pragnień. Bynajmniej nie umniejsza to radości z macierzyństwa – raczej ściąga je na ziemię, odczarowuje z błękitno-różowych magazynów dla mam.

A jakie są „porady wesołej brygady” (tytuł jednego z rozdziałów)?

„1. Jesteś mądrą, dobrą kobietą i matką. Uwierz w to.

2. Masz prawo popełniać błędy, bo ludzie popełniają błędy.

3. Kochaj siebie, I szanuj siebie.

4. Nie udawaj kogoś, kim nie jesteś.

5. Nie bój się walczyć o swoje, o swoją rodzinę i małżeństwo.

6. Działaj zgodnie z własnym rozumem, z intuicją. Tylko ty przecież znasz swoją rodzinę najlepiej.

7. I nie daj sobie wmówić, że jesteś gorsza, bo nie dorównujesz jakiemuś ideałowi. Tylko Świętą Rodzinę można starać się naśladować. Zawsze z dobrym skutkiem dla matki, ojca i dzieci.”

A na koniec jeszcze jedna rada, która przebija miejscami przez tekst książki, choć nie zostaje wyrażona w tych słowach:

Zadbana, zdrowa kobieta to szczęśliwa kobieta. A szczęśliwa kobieta to dobra żona i matka. Zadbaj więc o siebie – dla dobra swojej rodziny!

La liberté!

w-_czym_do_spaniaWczoraj wieczorem, gdy nasz Maluch już zasnął, zostawiłam go z Tatą i wybrałam się na dwudziestominutowy spacer. Natychmiast po przekroczeniu drzwi domu ogarnęła mnie fala euforii, porównywalna chyba tylko z tą , jaką czuje dziecko wypuszczone na dwór po raz pierwszy bez nadzoru dorosłych. Do woli chodziłam po wysokich krawężnikach, schodach i wszelkich wertepach. Wolne od wózka ręce włożyłam najpierw do kieszeni, a po chwili zaczęłam energicznie nimi wymachiwać, bo dziwacznie się czułam mając je znów do własnej dyspozycji. Uzmysłowiłam sobie nagle, że od narodzin W. ani razu nie miałam dla siebie tyle czasu w samotności. Nie musiałam myśleć o kolejnej zmianie pieluchy, karmieniu, nie nasłuchiwałam płaczu ani gaworzenia, a wieczorne odgłosy miasta wydały mi się doskonałą ciszą… Wręcz fizycznie czułam jak oczyszcza się mój umysł. A gdy do reszty już odurzyła mnie swoboda, wyobraziłam sobie nagle mojego maleńkiego Synka śpiącego, dokładnie tak, jak go zostawiłam w łóżeczku: ciepłe pulchne rączki rozrzucone w górze, różowe policzki, słodka minka, głęboki, spokojny oddech i nieporównywalny z niczym innym, piękny zapach niemowlęcia. Zapragnęłam go przytulić. A może już się zbudził i płacze, a mnie tam nie ma? Wykonałam natychmiastowy w tył zwrot i popędziłam co sił do domu.

La brouette

dziecko-jesien-liscie-taczka-ARTICLE_V-20168

Kiedy myślę o mojej codzienności przychodzi mi do głowy taki dowcip, który kiedyś usłyszałam:

Kierownik nadzoruje plac budowy i widzi, że jeden z murarzy biega w tą i z powrotem z pustą taczką.

-Co pan wyprawia? – pyta zdziwiony.

-Panie kierowniku, taki zap****ol, że nie ma nawet kiedy załadować!

Kiedy więc ktoś z najbliższych pyta mnie jak się mam, odpowiadam tylko „nie ma kiedy taczki załadować!” – i wszyscy wiedzą o co chodzi.

The dark side of the Moon

Są takie myśli, których matka nie może wyrazić na głos bez ryzyka oskarżeń o bycie złą matką. Dobrej matce takie myśli nie mają nawet prawa powstać w głowie. Na przykład?

„Tęsknię za swoim dawnym życiem.”

„Fizjologia jest głęboko niesprawiedliwa. Mój mąż też został rodzicem, ale to na mnie spada cała najgorsza część rodzicielstwa: ciąża, poród, połóg, karmienie piesią całymi godzinami o każdej porze dnia i nocy. To moje ciało wciąż się zmienia w sposób, który jest dla mnie trudny do zaakceptowania. To moja kariera zawodowa stoi pod znakiem zapytania. Czuję się sfrustrowana i rozzłoszczona tą sytuacją. Toczy się tyle wzniosłych dyskusji o równouprawnieniu, a wystarczy urodzić dziecko, aby je wszystkie unieważnić.”

„Jestem znudzona. Każdy mój dzień wygląda dokładnie tak samo. Wyjście do osiedlowego sklepu urasta do rangi wielkiego wydarzenia. Moje życie towarzyskie umarło z nudów. Co gorsza, nijak nie da się go wskrzesić. Cieszę się na wizytę znajomych, ale gdy tylko czas spotkania przekroczy 30 minut zaczynam się zastanawiać czy nie lepiej było wykorzystać wolne chwile na odespanie nocy albo zrobienie prania. Wiem, że gdy wyjdą, będę musiała rzucić się na wszystko naraz, z płaczącym niemowlęciem na ręku na dokładkę. Zawczasu zaczynam w myślach układać listę rzeczy do zrobienia.”

„Czuję się nieadekwatna w swojej roli. Muszę znać odpowiedzi na wiele pytań, nie wiedząc gdzie ich szukać. Poradniki na niewiele się zdają w konfrontacji z żywym dzieckiem. Czy nie jest mu za zimno? A może za gorąco? Niewygodnie mu w ubranku? Jest głodne? Boli je brzuszek? Nudzi mu się? Czuje się samotne? Jak do diaska rozpoznać te różne rodzaje płaczu?! Czy dobrze trzymam/ przewijam/ karmię? Czy nie przeoczyłam czegoś ważnego? Podobno powinien mi to powiedzieć instynkt macierzyński. Mąż patrzy na mnie jak na wyrocznię. A ja nie mam zielonego pojęcia!”

Takie – choć nie w tych samych słowach – i podobne myśli przewijają się przez książkę Rachel Cusk „Praca na całe życie. O początkach macierzyństwa”. Nic dziwnego, że owa publikacja spotkała się z surową krytyką. Głównie ze strony młodych matek. No bo jak to! Niemowlęta są szalenie atrakcyjnymi towarzyszami dla dorosłych kobiet, a każdy spędzony z nimi dzień jest pełen przygód. Ponadto Cusk nie nadaje się na matkę i jest nieczułą egoistką.

Przyznam, że również miałam mieszane uczucia podczas tej lektury. Momentami zastanawiałam się, czy autorka rzetelnie przygotowała się do nowej roli (na przykład gdy opisuje ogrom swojego zaskoczenia, już po porodzie, koniecznością nocnego karmienia – sądziłam, że to powszechna wiedza). Czasem zdawało mi się, że za bardzo koncentruje się na własnych przeżyciach, a za mało próbuje nawiązać kontakt ze swoim dzieckiem. Nota bene pisarka uważa dziecko za pozbawione jasno określonej osobowości aż do czasu, gdy zaczyna ono mówić, z czym absolutnie nie mogę się zgodzić. Najgorsze są jednak te momenty, w których – z poczuciem winy – odnajduję własne, nieco mniej wzniosłe, odczucia dotyczące macierzyństwa. Autorka pisze na przykład:

„Mój głód świata był nienasycony, zachłanny, wyrażał tęsknotę za jakimś utraconym, przedmacierzyńskim „ja” i za wolnością, z której owo „ja” może umiało korzystać, a którą może roztrwoniło.”

„Urodzenie dziecka nie tylko oddziela kobietę od mężczyzny – oddziela ją także od własnego „ja”, głęboko zmieniając jej pojęcie o tym, co to znaczy żyć. W jej ciele żył przez pewien czas inny człowiek, a po wyjściu na świat żyje w jurysdykcji jej świadomości. Przebywając z nim, kobieta nie jest sobą; oddzielona od niego, także nie jest sobą – dlatego równie trudno jest dzieci zostawiać, jak z nimi przebywać.”

„Kiedy wychodzę z córką na spacer, widzę na ulicach młode kobiety, piękne i beztroskie, i żal za utraconym „ja” ściska mi serce. Przenoszę wzrok na córkę. która śpi w spacerówce – ciemna firana rzęs tworzy na jej bladej skórze dwa łuki. Uderza we mnie podmuch przeciwnego wiatru miłości. Przez jakiś czas tkwię w takim właśnie stanie, rzucana to tu, to tam, i kręcę się w kółko jak oszalały, rozgorączkowany kurek na dachu, usiłujący znaleźć północ.”

Co istotne, a wręcz najistotniejsze, mimo tego, co chcieliby zasugerować zacięci krytycy książki, Rachel Cusk ani razu nie wspomina, że nie kocha córki, albo, że żałuje jej urodzenia. Przeciwnie, wielokrotnie podkreśla, że bardzo kocha swoje dziecko, ale jest to miłość trudna.

„Praca na całe życie…” stanowi odważne, wnikliwe studium psychiki autorki po urodzeniu dziecka. Z pewnością nie jest to cukierkowa, różowo-błękitna wizja promowana przez kolorowe czasopisma dla kobiet. Nie jest to również opis przeżyć każdej młodej matki, raczej bardzo osobiste zwierzenie. Sądzę, że to niezwykle ważna książka, ponieważ ukazuje złożoność doświadczenia macierzyństwa. Owszem, koncentruje się na jego ciemnych stronach. Ale zamiast atakować owo jednostronne, mroczne, podejście, należałoby zapytać skąd ono się wzięło. Może stanowi niezbędną przeciwwagę dla tych wszystkich tekstów rozpływających się nad „maluśkimi skarpeteczkami” i „uroczymi komplecikami z kokardeczkami”? A może pozwala normalnym kobietom, które oprócz wszechogarniającej radości i miłości odczuwają czasem także zmęczenie, frustrację, zniecierpliwienie i złość, uwierzyć, że ich sposób na bycie matką nie odbiega od normy aż tak bardzo, jak mogłoby się wydawać? Jedno jest pewne: książka Cusk prowokuje do niezależnego myślenia – a takich pozycji nigdy za wiele.

La nuit

images

Noc. Pora strachu, duchów, maratonów filmowych, szalonych imprez… i pora karmienia. A dokładniej trzy, w porywach do pięciu pór karmienia – przynajmniej w naszym wypadku. No, chyba, że akurat W. nie może zasnąć. Wtedy noc przechodzi w zasadzie w jedną niekończącą się porę naprzemiennego karmienia, przewijania i noszenia. A że Synek waży już ponad 7 kg, jest co nosić.

Dość szybko zauważam, że nocą czas płynie inaczej. Po raz kolejny wyrwany ze snu organizm usiłuje nawiązać kontakt z rzeczywistością, i po raz kolejny ponosi porażkę. Zaspane powieki nie chcą się rozkleić. Czy to już jutro, czy jeszcze wczoraj? Wskazówki zegarka rozmazują się i tańczą przed półprzytomnymi oczami. Spoglądam i jest 24:00. Po chwili jest już 3:05. Myślę, że teraz to już z pewnością noszę W. co najmniej od dwudziestu minut – gdy sprawdzam upłynęły zaledwie dwie. Przemierzam mieszkanie wzdłuż i wszerz, czekając aż mu się w końcu odbije i będziemy mogli wracać do łóżek. Wyglądam przez okno. Widzę księżyc w nowiu. Wyglądam ponownie – jest pełnia.

Podczas tych samotnych godzin czuwania, przemierzając całe kilometry i (z pewnością!) wydeptując ścieżki na podłodze pogrążonych w mroku pokoi przytulam do siebie ciepłe, bezwładne ciałko dziecka. Czasem krzyczy wniebogłosy i się wyrywa. Innym razem oddycha miarowo na moją szyję, działając silniej niż jakikolwiek środek usypiający. Myślę sobie, że chyba już mu się odbiło, pewnie nie usłyszałam. Zasnął tak mocno, i chyba nawet mu się coś śni, bo się uśmiecha. Odkładam go do łóżeczka najdelikatniej jak potrafię. Kiedy tylko jego ciało styka się z materacem, natychmiast szeroko otwiera oczy i patrzy na mnie z wyrzutem, zupełnie trzeźwym spojrzeniem.

Zaczynamy od początku. Znów przewijanie. Znów karmienie. Znów noszenie. Patrzę na blok naprzeciwko, szukam jasnych okien jak iskierek nadziei. Nie tylko ja nie śpię. Przez te prawie dwa miesiące poznałam już mapę rozmieszczenia nocnych marków w okolicy. Może też mają małe dzieci? – zastanawiam się. Może lubią siedzieć do późna. Cierpią na bezsenność. Prowadzą ożywione życie towarzyskie i odwiedzają ich znajomi. Czytają wciągającą powieść, od której nie mogą się oderwać. Zakuwają po nocach do poprawki egzaminu. A może zwyczajnie zapomnieli zgasić światło. Nawet jeśli, i tak te zapalone światła dodają mi otuchy.

Czasem Synek zasypia natychmiast, i ja również mogę się wyspać. Choć, rzecz jasna, jest to zupełnie inne „wyspanie”, niż to, którego doświadczałam kiedyś. Po pełnych czterech godzinach niezakłóconego snu kręci mi się w głowie i muszę przez dłuższą chwilę zastanawiać się gdzie właściwie jestem.

Kiedy w swobodnej rozmowie szwagierka wspomniała lekko o przespaniu ciągiem ośmiu godzin, osłupiałam. Podczas gdy rozmowa potoczyła się dalej swoim torem, mój mózg nadal rozważał tą koncepcję. Osiem godzin… bez przerwy… Nie, w tym zdaniu musi kryć się jakiś błąd logiczny.

Parę minut po czwartej, po którymś karmieniu z kolei, odkładam wreszcie synka i wychodzę na balkon. Miasto leży u moich stóp. Ta chwila ciszy, zawieszenia między nocą a dniem, należy tylko do mnie. Moi dwaj mężczyźni chrapią w najlepsze w sypialni, zupełnie nieświadomi mojego małego zwycięstwa. Przetrwałam kolejną noc. Świętuję ten fakt sam na sam z Poznaniem i z kubkiem herbaty. Powietrze niesie jeszcze przyjemny chłód poranka, który wkrótce zmieni się w nieznośny upał. Nad dachami wschodzi słońce i odbija się w szybach budynków pomarańczowym blaskiem. Oddycham głęboko, pociągam ostatni łyk mocnej herbaty. Potem wślizguję się cichutko do łóżka i liczę jeszcze na jakąś godzinkę snu.