une question de vie ou de mort

Catherine Black: Przemijanie

Catherine Black: Przemijanie

Rozmawiałam niedawno z mamą przez telefon.

-Wiesz, podwoziliśmy niedawno Tę-Starszą-Panią-Którą-Znasz i powiedziała nam, że ma duży ubytek słuchu, i że bardzo jej z tym ciężko, bo nie słyszy już śpiewu ptaków. Pamiętasz jak ona uwielbiała słuchać śpiewu ptaków! A teraz nic.

Innym razem jedziemy samochodem, a tu nagle korek. Zastanawiamy się z Tatą: „Skąd tu korek? W takim miejscu? Czy to jakiś wypadek?”. A tu się okazuje, że jakaś staruszka przechodziła z balkonikiem przez przejście dla pieszych w takim tempie, że zatrzymała kompletnie ruch w obie strony. Starość jest straszna…

-Yyyyy… Nie wiem co na to odpowiedzieć – tyle jestem w stanie wymyślić na poczekaniu. Przecież nie powiem „Ależ skąd, starość jest super! Nie trzeba chodzić do pracy, można bawić się z wnukami i realizować swoje hobby!”. Starość to starość. Podobnie jak młodość, ma swoje blaski i cienie. Tyle, że patrząc z perspektywy czasu minione chwile utrwalają się w naszej pamięci jako wspaniałe, a obecne zmagania zawsze wydają się najcięższymi z jakimi przyszło nam się zetknąć.

Na niekorzyść starości dodatkowo działa fakt, że nie da się ukryć, iż wiąże się ona ze stopniową, acz nieodwołalną, utratą. Sił witalnych. Zdrowia. Urody. Mobilności. Apetytu. Jest to droga w jedną stronę i wszyscy wiedzą jaki jest ostatni przystanek na tej trasie. Aczkolwiek umierają przecież także młodzi, a nawet dzieci. Śmiem więc podejrzewać – bo przecież niewiele mi w tej kwestii jeszcze wiadomo – że główny problem stanowi świadomość. Nie tyle świadomość tego, że koniec nadejdzie, co świadomość tego ile mieliśmy ( i czego być może wówczas nie umieliśmy docenić), a co teraz na naszych oczach, kawałek po kawałku, zanika.

Tymczasem od czasu ciąży ze zgrozą przyglądam się zmianom zachodzącym w moim własnym ciele (jeśli mam akurat czas, a szczęśliwie nie ma go wiele!). Mimo, że straciłam wszystkie ciążowe kilogramy z nawiązką, brzuch uparcie nie chce być tak jędrny jak dawniej. Cerze z pewnością nie służą wszystkie nieprzespane noce (ach, pierwsze zmarszczki!). Stan piersi po ponad roku kamienia litościwie przemilczę. I tak sobie myślę, że to jest właśnie to: powolne, stopniowe oswajanie z umieraniem.

***

W nocy, leżąc w łóżku przed snem, przytulam się do męża i pytam:

-Boisz się starości?

-Nie.

-Ale przecież będziesz wtedy brzydki i niedołężny.

-No i co z tego? Ale będę z Tobą.

-Ale ja też będę brzydka i niedołężna.

-No to razem będziemy piękni.

-Nie mam pojęcia w jaki sposób doszedłeś do takiego wniosku.

-To proste. Efekt synergii.

Zamykam oczy. Zanim zasnę, z całych sił staram się wierzyć w efekt synergii.

Les chaussettes (9)

gI_63906_super heroNowy Rok rozpoczęty, a my powracamy do starego dobrego cyklu o mężu. Obiecałam piętnaście wpisów, i zamierzam dotrzymać słowa. Przed nami jeszcze dziewięć tekstów inspirowanych życiem mężowskim, a pierwszy z nich poświęcę sprawie niebagatelnej wagi, to jest mężowskim skarpetom.

Nie wiem, czy jest to regułą, ale mój Mąż zdaje się posiadać wyłącznie skarpety w różnych odcieniach szarości oraz czerni, co zdecydowanie utrudnia ich segregowanie po upraniu. Co więcej, jak nie bez zdziwienia przekonałam się po ślubie, istnieje więcej kategorii skarpet męskich, niż damskich. Moje skarpetki albo nadają się do noszenia, albo są już dziurawe i trzeba je wyrzucić. Skarpetki Męża dzielą się zaś na dobre, dziurawe i „na donoszenie”, przy czym ta ostatnia grupa jest na tyle obszerna, że całkowicie niweluje grupę drugą. Każda próba przekonania szanownego Małżonka o konieczności pozbycia się którychś skarpet kończyła się fiaskiem. Ostrzejsze postawienie sprawy przyniosło rezultat, z którego nikt nigdy nie jest zadowolony: kompromis. A mianowicie, Mąż wyrzuca jedną dziurawą skarpetkę, ale zachowuje drugą od pary, nieco tylko przecież przetartą. Następnie w sposób ostentacyjny dobiera najbardziej jasną z szarych skarpet w parę z najciemniejszą z czarnych, twierdząc, że to ja go zmuszam do tak drastycznych kroków. Dla wszelkiej jasności dodam, że w naszym mieszkaniu znajduje się cała szuflada wypełniona oryginalnie zapakowanymi nowymi męskimi skarpetami.

Czy kiedyś będzie mi dane zrozumieć mężczyzn?

Mystérieuse (12)

W tym roku zrobiliśmy sobie z Mężem wspólny prezent na mikołajki – kilka płyt winylowych, w tym wyborny album Beatlesów – nieco wcześniej. Jednak aby tradycji stało się zadość, umieściłam pewien drobiazg w jednej z jego skarpetek na samym wierzchu szuflady. Jak mi się zdawało nie dało się jej przeoczyć. A jednak minął dzień, potem dwa, a tu nic. W końcu postanowiłam dać T. delikatną wskazówkę i tuż przed rytualnym wspólnym przełożeniem naszego śpiącego dziecka na noc do łóżeczka (którego punkt obowiązkowy stanowi zachwycanie się jaki Synek jest duży i piękny) zapytałam, czy może zaglądał ostatnio do tejże szuflady i co tam znalazł. Mąż stropił się nieco, że zadaje mu się tak dziwaczne pytania, po czym stwierdził ostrożnie:

- Skarpetki?

- I nic więcej?

Mąż pomyślał dłuższą chwilę i zauważywszy, że stąpa po grząskim gruncie rzekł, jeszcze ostrożniej:

- Chustki do nosa?

- I to wszystko?

- Nooo… tak, tam nic więcej nie ma.

- Na pewno? – zapytałam niewinnie. Teraz wreszcie w oku mężowskim pojawił się szelmowski błysk. Chwycił za latarkę i dalejże przekopywać szufladę, robiąc przy tym taki raban na jaki stać tylko ojca usiłującego nie zbudzić śpiącego niemowlęcia. Minutę później wyrzucił już całą zawartość szuflady, nic nie znalazł i zaczął mnie podejrzewać o podstęp.

- Teraz to już będziesz musiał porozwijać wszystkie skarpety, żeby to znaleźć. Ale może jutro rano…

Na te słowa, Mąż oznajmił, że ta sprawa nie może czekać, zagarnął zamaszystym ruchem kopiec skarpet w ramiona i opuścił pokój. Po chwili wrócił ze zwycięską miną dzierżąc w ręce, niby statuetkę Oscara, małego czekoladowego mikołajka.

A mi przyszło do głowy, że odrobina tajemniczości potrafi zdziałać prawdziwe cuda.

Mon mari et moi (14)

Wczoraj sporo rozmyślałam o postulatach mojego Męża i doszłam do wniosku, że… Są one jak najbardziej uzasadnione. Na początku znajomości wyrażanie uczuć jest tak spontaniczne i naturalne, że nieprawdopodobieństwem wydaje się żeby kiedykolwiek miało być inaczej. Oto on, ten jeden, jedyny, najwspanialszy mężczyzna zawrócił mi w głowie i nie mogę myśleć o niczym innym. Zdarzało mi się pisać ody do jego oczu, dłoni, ramion!

Z czasem uczucie ewoluuje i zmienia się. Nie, z pewnością nie przemija, o tym jestem przekonana. Jednak niemożliwe byłoby pozostawanie wciąż na najwyższym poziomie fascynacji, wciąż odczuwając emocje w najsilniejszym natężeniu – tego nikt nie mógłby wytrzymać nie tracąc przy tym zmysłów. Zostaliśmy małżeństwem. Pamiętam jaką przyjemność sprawiało mi wymawianie słów „mój mąż” przez pierwszych kilka miesięcy. Obawiam się, że wręcz nadużywałam tego wyrażenia, odmieniając je przez wszystkie przypadki, niezależnie od tematu rozmowy. On był całym moim światem, moją ostoją i punktem odniesienia. Z nim dzieliłam się przeżyciami dnia, jak i najbardziej osobistymi przemyśleniami. Jemu okazywałam całą swoją czułość.

Znajoma powiedziała mi kiedyś, że małżeństwa z dłuższym stażem można poznać po tym, że na imprezach nie siedzą obok siebie. Nasz staż jest widać dość krótki, bo nadal siadamy obok siebie, tęsknimy za sobą, trzymamy się za ręce na spacerze, nadal chcemy spędzać razem czas. Dość dziwne wydaje mi się, że miłość nastoletnia, pierwsze zauroczenie i młode pary cieszą się stosunkowo dużym zainteresowaniem, natomiast gdy ludzie zwiążą się na całe życie, znajdują się w pewnym stopniu na towarzyskim aucie. Można ich odwiedzić, mogą spotykać się z innymi małżeństwami, ale zapraszanie ich na imprezy (jak to dotąd bywało) przestaje być dobrym pomysłem. Podobnie w sieci można znaleźć mnóstwo stron opiewających uroki zakochania i miłości, ale miłością małżeńską zachwycają się już tylko portale katolickie. Całkiem jakbyśmy z zakochanej pary po ślubie stawali się nagle dwuosobowym zakonem.

Od kiedy pojawiło się dziecko nasz związek ponownie uległ transformacji. Synek zużywa do cna pokłady mojej energii, cierpliwości (zwłaszcza cierpliwości!) i czułości. Przez cały dzień z utęsknieniem czekam na powrót Męża z pracy, ale kiedy wreszcie przychodzi, jestem już zwyczajnie zmęczona. Nim Synek zaśnie, sama jestem gotowa zasnąć na siedząco. Z drugiej strony, rozmowy o zakupie pieluch oraz zastąpienie standardowego „Cześć kochanie!” przez „Była kupa?” z pewnością nie przyczyniają się do wzrostu poziomu romantyczności w związku.

Ktoś kiedyś powiedział, że podróże kształcą, ale tylko wykształconych. Ze swojej strony dodałabym, że dziecko zbliża tych, którzy już są ze sobą bardzo blisko i potrafią o tą bliskość dbać. Żyjąc ze sobą małżonkowie mają okazję obserwować się w sytuacjach, do jakich nigdy w życiu ci sami ludzie nie dopuściliby w okresie narzeczeństwa. Podejrzewam, że publiczne czyszczenie zębów nicią dentystyczną, włosy w nieładzie, maseczka na twarzy i rozdeptane kapcie odpowiadają za więcej rozwodów niż kłamstwo i zdrada.

Jakieś pomysły na podtrzymanie miłosnego ognia w małżeństwie z małym dzieckiem? Zaczynam od pisania o Mężu na blogu. Kto wie, dokąd nas ta droga zaprowadzi?

Encore une fois

Ze względu na zainteresowanie, które wzbudził ostatni wpis postanowiłam ponownie odnieść się do tematyki lekkiego podejścia do spraw seksu, ze szczególnym naciskiem na coraz bardziej powszechne zjawisko konkubinatu oraz społecze przyzwolenie na nie. Cieszy mnie polemika na poziomie – szczególne podziękowania dla olenqui i Kary – dzięki niej mam okazję przemyśleć swoje stanowisko i uświadomić sobie pewne rzeczy na nowo, jaśniej. Niestety miejsce na komentarze jest ograniczone, a i nie wszyscy czytelnicy zaglądają do komentarzy. Stąd, niektóre myśli mogą się powtórzyć. Jestem głęboko przekonana, że właśnie ludzie młodzi, zwłaszcza rodzice wychowujący kolejne pokolenia, powinni dyskutować o wartościach. Zupełnie inny wydźwięĸ w tym kontekście mają słowa księdza (który często ma jedynie wiedzę podręcznikową) czy starszej pani w berecie z wiadomego materiału (która okres wielkich namiętności raczej ma już za sobą), a inny wypowiedź osób młodych i zakochanych.

Jestem praktykującą katoliczką i mój punkt widzenia jest nierozerwalnie powiązany z moim światopoglądem. Sądzę, że warto podkreślić, że katolikiem nie zostaje się po to, żeby być MIŁYM i wszystkich wokół głaskać po głowach (ewentualnie zbierać cięgi i grzecznie się uśmiechać). To jest religia miłości, owszem, ale miłości mądrej, która WYMAGA od siebie i od innych.

Dla pełnej jasności: nie twierdzę, że małżeństwo jest jedyną drogą do szczęścia ani gwarantem odpowiedzialnego zachowania drugiej połówki. Oczywiście, że istnieją nieudane małżeństwa oraz udane związki bez ślubu. Jestem jednak przekonana, że świadomie zawarte małżeństwo ma większe szanse na szczęśliwy, trwały związek, a wyjątki potwierdzają regułę.

Mimo moich osobistych przekonań na potrzeby tej dyskusji mówiąc o małżeństwie mam na myśli osoby, które zawarły ślub konkordatowy, kościelny, lub cywilny, ponieważ, jak słusznie zauważyła olenqa, nie wszyscy są wierzący. Co prawda oficjalnie ok. 95% Polaków to katolicy, ale praktykuje już tylko ok. 40% (dane GUS). Ponadto rozwodnicy nie mogą wziąć ponownie ślubu kościelnego, nic nie stoi jednak na przeszkodzie, aby wzięli ślub cywilny z nowym wybrankiem/ wybranką. Dlaczego tego nie robią? Czy powoduje nimi obawa przed ponownym zranieniem i przechodzeniem przez piekło rozwodu? Jeśli tak, to po co znów wchodzić w związek? Trudno mi się w tym połapać.

Spotkałam się już z takim stwierdzeniem: „nie jestem gotowy na poważny związek”. W takim razie wykreśl słowo „poważny”. Ty nie jesteś gotowy na żaden związek, bo drugiego człowieka nie można traktować jak zabawki. To JEST poważna sprawa. Idź do kina albo do kawiarni, ale nie do łóżka, gdzie może (u osób płodnych zawsze istnieje taka szansa) począć się kolejny człowiek od początku uwikłany w jakąś niejasną sytuację.

Inne tłumaczenie: jest ok, ale jak trafię na kogoś lepszego, to się rozstaniemy. Ta osoba jest jak gdyby poczekalnią na jakąś lepszą przyszłość. Czy ktokolwiek chciałby świadomie znaleźć się w takiej sytuacji?

Jeszcze inna postawa: my się sprawdzamy. Co dokładnie sprawdzacie? Jeśli kogoś kocham, to podejmuję ryzyko: „Kocham Cię i chcę spędzić z Tobą resztę życia, chcę dla Ciebie tego co najlepsze, oddaję Ci wszystko co mam”. Natomiast tutaj mamy podejście: „Kocham siebie i chcę dla siebie tego, co najlepsze. Jeśli się nadajesz, to może Cię zatrzymam, a jak nie, no to trudno.”

Najdziwniejsze jest to, że tego typu relacji najzacieklej bronią tkwiące w nich kobiety. Dla mężczyzny taki układ jest szalenie wygodny, przyznaję. Ale kobieta ma mnóstwo do stracenia, ryzykuje całą swoją przyszłość.

Jednak zjawiskiem, które budzi mój szczególny niepokój jest konkubinat czy… Jak to w ogóle nazwać?… Rozwiązłość (mam tu na myśli serię krótkotrwałych związków, lub przygodnych relacji, o podłożu seksualnym) wśród ludzi młodych, nastolatków i studentów dopiero wkraczających w świat dorosłości. Młodzież zawsze stanowiła surowego krytyka błędów dorosłych, wytykała hipokryzję, wskazywała ideały. Większość powstań i rewolucji opierała się właśnie na wierze młodych, że ten świat można uczynić lepszym. Że TRZEBA uczynić go lepszym. Tymczasem obecnie w moim odczuciu mnóstwo młodych przejawia cynizm, znudzenie i kieruje się głównie własną wygodą.

Szczególnie boli mnie ogromna hipokryzja, pewna labilność poglądów, którą nieraz już obserwowałam. Młody, zaangażowany w Kościele człowiek wyjeżdża na studia do dużego miasta po czym… Zrywa z Kościołem i zamieszkuje ze swoją sympatią (a potem może i następną, i następną – kto wie? Coraz dalej od Kościoła). Rodzice niby protestują, niby się nie zgadzają, ale tak naprawdę czują się bezsilni wobec swoich własnych dzieci, którym przecież jeszcze niedawno podcierali tyłki i nosy. Gdyby jeszcze przyczyną tej zmiany były jakieś wątpliwości duchowe, rozterki – można by dyskutować, przekonywać. Ale jak dyskutować z pożądaniem, z namiętnością? W wielu domach o takich sprawach wcale się nie rozmawia. Matki i ojcowie, którzy niejedno już przeszli, czują się zawstydzeni postępowaniem małolatów, które ledwo dostały dowód osobisty (albo i nawet nie), a już chcą koniecznie również zostać matkami i ojcami.

Temat jak widać jest bardzo obszerny i mam jeszcze wiele przemyśleń, którymi podzielę się z Wami w najbliższym czasie. Tymczasem zachęcam do dalszej dyskusji!

Le monde bizarre

W związku ze zbliżającym się Dniem Matki natknęłam się ostatnio na serię artykułów poświęconych aborcji oraz bezdzietności z wyboru. Jakkolwiek nielogiczne może się wydawać takie połączenie, podejrzewam, że należało się tego spodziewać. Łzawe sceny miłości macierzyńskiej nigdy nie sprzedadzą się tak dobrze, jak kij wsadzony w mrowisko. Poza tym, potencjał macierzyńskiej czułości już dawno został wyciśnięty do ostatniej kropli (łez) przez reklamy P&G. Jako kobieta w zaawansowanej ciąży poczułam się niejako wywołana do tablicy.

Do niedawna sądziłam, że na temat aborcji powiedziano już wszystko co warto i czego nie warto powiedzieć, a jednak… W osłupienie wprawił mnie fakt, że istnieją kobiety, które filmują własny zabieg aborcji, po czym opatrują go komentarzem i umieszczają w sieci, tak jak Emily Letts. Autorka, a zarazem główna bohaterka parominutowego filmu twierdzi, że nagrała go w celu oddemonizowania w oczach kobiet całej procedury, która może odbyć się w przyjaznych, higienicznych warunkach. Nazywa swoje przeżycia „pozytywnym doświadczeniem aborcji” i już doczekała się naśladowczyń.

Z pewnością Emily Letts nie przypomina naszej rodzimej propagatorki aborcji, niesławnej pani Bratkowskiej. Nie ma w niej za grosz agresji, napastliwości czy demonstracyjnego obnoszenia się ze swoją decyzją. Jest za to przestraszona młoda dziewczyna o delikatnej urodzie, która przyznaje, że nie czuje się gotowa na zostanie matką i bardzo się stara przekonać widza, że w jej postanowieniu, by wobec tego „rozwiązać problem” poprzez aborcję nie ma nic złego. Tak bardzo, że można by podejrzewać, że najbardziej chciałaby przekonać samą siebie.

Obejrzenie nagrania wywołało we mnie głęboki smutek. Naturalnie rozumiem, że ludzie kierują się w życiu rozmaitymi wartościami, i mają do tego pełne prawo. Zastanawia mnie jednak jak to możliwe, że w XXI wieku aborcja uważana jest przez wiele, rzekomo postępowych, osób nieomal za środek antykoncepcyjny na równi z prezerwatywą czy kuracją hormonalną. I jeszcze te same nowoczesne osoby będą podnosić argument, że przecież aborcję ludzkość stosowała już w starożytności!

Zastanówmy się przez chwilę, czym różni się przeciętny człowiek współczesny od starożytnego. Wiemy skąd biorą się dzieci, mamy dostęp do ogromnej wiedzy medycznej na temat funkcjonowania naszych organizmów, w tym płodności. W każdym sklepie przy kasie można kupić prezerwatywę, bez problemu można też dobrać u lekarza odpowiednie dla siebie środki hormonalne, a nawet definitywnie się wykastrować bez narażania zdrowia i życia. Osobiście nie popieram żadnej z tych metod, jednak są one dla mnie o wiele bardziej zrozumiałe w przypadku postępowych, wykształconych ludzi (za jakich zwolennicy aborcji chcieliby uchodzić) niż nieodpowiedzialny seks, a następnie zabicie własnego dziecka w celu uniknięcia konsekwencji.

Stąd mój ogromny szacunek dla ludzi, którzy mają odwagę powiedzieć otwarcie „byłbym złym ojcem/ byłabym złą matką”, „nie planuję mieć dzieci” i spełniają się w innych dziedzinach życia, dbając równocześnie, by nie doszło do poczęcia. Wiedzą czego chcą, wiedzą czego nie chcą, planują swoje życie w sposób przemyślany i odpowiedzialny, a nade wszystko nie zabijają poczętych dzieci, nie porzucają ich w śmietniku po narodzinach, ani nie unieszczęśliwiają ich przez całe życie powtarzaniem: „gdyby nie ty mógłbym tyle osiągnąć”… Inną kwestią jest, że jeśli taka para zawiera związek małżeński w Kościele Katolickim jest on zwyczajnie nieważny, ponieważ jednym z warunków ważności zawarcia małżeństwa katolickiego jest otwartość na potomstwo, które może się pojawić.

Wiele myślałam nad obecnymi problemami społecznymi związanymi z rodzicielstwem.

Z jednej strony aborcja, z drugiej in vitro,

porzucające lub zabijające własne noworodki matki, i pary homoseksualne domagające się prawa do adopcji,

bezdzietni z wyboru, i bezdzietni z powodów ekonomicznych czy zdrowotnych,

patologiczne rodziny alkoholików z dwunastką dzieci, których nie ma w co ubrać ani czym nakarmić, i rozkapryszeni, aspołeczni jedynacy.

Możemy całymi dniami przerzucać się argumentami na temat wyższości jednego podejścia wobec innego, i robimy to. Mam jednak nieodparte wrażenie, że jest to droga donikąd. Tym, co się liczy w ostatecznym rozrachunku jest dla mnie fakt, że pośród dyskutantów nie ma ani jednaj osoby, która nie chciałaby usłyszeć od własnych rodziców:

„Nie byłeś żadną wpadką. Byłeś owocem prawdziwej miłości. Od samego początku Cię chcieliśmy. Czekaliśmy z nadzieją i niecierpliwością na ciążę, a potem na Twoje narodziny. Otaczaliśmy Cię miłością. Urządzaliśmy dziecięcy pokoik, wyszukiwaliśmy ulubione bajki z własnego dzieciństwa, i z radością obserwowaliśmy Twoje ruchy, kiedy jeszcze byłeś w brzuchu. Wyobrażaliśmy sobie jaki będziesz. Jesteś dla nas wyjątkowy. Kochamy Cię od kiedy byłeś tylko kilkoma komórkami i nigdy nie przestaniemy Cię kochać. Bo po to są rodzice.”

En réalité?

W związku z pojawieniem się w polskich kinach filmu „Transcendencja” o naukowcu, który przed śmiercią przenosi swoją jaźń do cyberprzestrzeni, chciałabym dziś napisać kilka słów o społecznym aspekcie postępu technologicznego. Przed galą oskarową pisałam o filmie „Ona”, ale temat interakcji ze sztuczną inteligencją jest rzecz jasna znacznie starszy. Była już chociażby mroczna wizja z „Matrixa” (1999), w którym maszyny całkowicie przejęły kontrolę nad światem (polecam gorąco „Animatrix”, który stanowi prequel do wydarzeń z „Matrixa” w wersji anime!), czy „Simone” (2002), gdzie w wersji nieco bardziej humorystycznej Al Pacino, w roli reżysera zdesperowanego fanaberiami kolejnych gwiazd, tworzy sztuczną aktorkę, istniejącą jedynie na ekranie. Wszystko idzie dobrze, dopóki popularność tytułowej Simone nie wzrasta tak bardzo, że widzowie pragną się z nią spotkać, a gdy jest to z oczywistych względów niemożliwe, zaczynają podejrzewać reżysera o wykorzystywanie, zniewolenie, a nawet zamordowanie swej idolki.

Pomysły tego typu pojawiały się w książkach i filmach od dawien dawna. Tym, co się zmieniło jest coraz większe prawdopodobieństwo ziszczenia się któregoś ze scenariuszy w rzeczywistości. Poznajcie Aiko Trung, dzieło, a zarazem legalną żonę Kanadyjczyka japońskiego pochodzenia Le Trunga, który w 2007 roku stworzył kobiecego androida z silikonu i mikroprocesorów.

aiko_01Filigranowa Aiko mierzy 152 cm, przy wadze 32 kg., a jej nieskazitelnie gładkie ciało i twarz reagują na dotyk. Sam autor/ mąż opisuje ją w następujący sposób: „Potrafi czytać na głos gazetę, pamięta moje ulubione drinki, wykonuje podstawowe prace kuchenne”. Ponadto zna matematykę, potrafi czytać mapę, oraz sama wysłać formularze podatkowe. Nigdy się nie zestarzeje, nie przytyje, a w swoich poczynaniach w pełni kieruje się logiką. Czyż nie jest to opis kobiety idealnej?

No cóż, póki co cieniem na szczęściu pary (?) kładzie się fakt, że Aiko może się poruszać wyłącznie na wózku inwalidzkim, nie czuje zapachu ani smaku, a jej poziom konwersacji jest porównywalny z reprezentowanym przez większość pięciolatków (aczkolwiek pan Trung nie uskarża się w wywiadach na to ostatnie). Mimo to, wciąż pracuje nad udoskonaleniem żony i rokrocznie inwestuje znaczne sumy w rozwój jej umiejętności.

Biorąc pod uwagę znaczną rozbieżność w ilości mężczyzn i kobiet, na niekorzyść tych ostatnich, w Chinach oraz Indiach, a także możliwość realizacji męskich fantazji, które nie mają prawa bytu w świecie ludzkim – jak chociażby poślubienie androida o wyglądzie idolki z wielkiego ekranu, czy nastolatki – może się okazać, że popyt na tego typu innowacje będzie znaczny, gdy cena produkcji spadnie. Póki co koszt jednego fembota waha się między 15 a 17.000 $.

Tymczasem można uznać kontrowersyjne zachowanie Le Trunga za odosobniony przypadek. Tego samego nie można za to powiedzieć o fenomenie Hatsune Miku, japońskiej gwiazdy pop, która istnieje wyłącznie w świecie wirtualnym – co nie przeszkadza jej mieć rzeszy oddanych fanów. Już sama liczba 2,012,020 polubień na FB świadczy o skali zjawiska. Cała tajemnica to głos z syntezatora i program, który pozwala śpiewać do różnych melodii i z różną ekspresją, m.in.: „Miękki (łagodny, delikatny głos), Słodki (dziecięcy), Ciemny (dojrzały), Żywy (wesoły), Stabilny (głośny i czysty) oraz Lekki (łagodny, „niebiańsko brzmiący”)” (wikipedia). Dodajcie do tego wizerunek postaci z anime w przykrótkiej spódniczce i voilà! Gwiazda gotowa!

Od roku 2010 Hatsune Miku daje koncerty. Naprawdę! Pojawia się w postaci hologramu pośród żywych muzyków, a tłumy szaleją. Sprzedanie 10 000 biletów w cenie 3780 jenów na jej koncerty w Tokio zajmuje zaledwie parę godzin. Nie mam wątpliwości, że mamy tu do czynienia z ważną przemianą społeczno-kulturalną. Moje spore wątpliwości budzi zaś jakość muzyki „wykonywanej” przez program. Zresztą, przekonajcie się sami. Oto nagranie z koncertu gwiazdy.

Dokąd to wszystko zmierza? Czy to ja zwariowałam, sądząc, że nie warto wydawać majątku na oglądanie „występu” programu komputerowego, czy jednak dzieje się coś niepokojącego? Odpowiedź pozostawiam Wam. A na deser Hatsune Miku zaśpiewa po polsku w nagraniu stworzonym dla Polskiego Muzeum Etnograficznego.

Mon Amour

Dokładnie 30 lat temu na świat przyszedł mój kochany T. I mimo, że spośród tych 30 lat ja znam go zaledwie od 2,5 roku, nie wyobrażam sobie życia bez niego.

Bez jego delikatnych dłoni, które głaszczą mnie po włosach, i robią pyszne kanapki.

Bez jego silnych ramion, które przygarniają mnie w trudnych chwilach, i noszą ciężkie zakupy.

Bez jego szczerego, chłopięcego uśmiechu.

Bez jego mądrych, dobrych oczu.

Bez jego głupich dowcipów, które zawsze mnie rozśmieszają.

Bez jego zamartwiania się problemami całego świata, i to z pięcioletnim wyprzedzeniem.

Bez jego ciepłej, sennej obecności w łóżku, kiedy nagle budzę się wystraszona w środku nocy.

Kochany T., dom jest tam, gdzie Ty. Dlatego w dniu urodzin dedykuję Ci Caledonię, mimo, że jesteś o wiele przystojniejszy niż Gerard Butler.

Winter came!

Jaki piękny jest skrzący się w słońcu zmrożony świat! Każde źdźbło trawy, drzewo, kamień, zakrawa na dzieło sztuki (i to nie współczesnej). Kto jeszcze dziś nie był na spacerze, nie wie co traci! Tak właśnie powinna wyglądać zima! Policzki wyszczypane, dziecko dotlenione, można wracać na gorącą herbatę z cytryną i solidną porcję dobrej literatury.

A przy okazji spaceru tak sobie pomyślałam, że to dość szczególne, że bardzo uważnie przygotowujemy się do rzeczy łatwiejszych, a te trudniejsze nierzadko pozostawiamy przypadkowi. Bo jak inaczej nazwać sytuację, w której mamy kurs przedmałżeński, ale nie szkołę tworzenia udanego małżeństwa, mamy szkoły rodzenia, a nie ma szkół dobrego rodzicielstwa?

Zapytani o priorytety życiowe ludzie najczęściej odpowiadają: zdrowie, rodzina, praca. A jednak, mimo, że w zakresie kariery zawodowej szkolenia, studia podyplomowe i kursy dokształcające wyrastają jeden po drugim jak grzyby po deszczu, panuje powszechne przekonanie, że w tych najważniejszych prywatnie kwestiach – zbudowania szczęśliwego małżeństwa oraz wychowania dobrze dzieci – każdy jakoś instynktownie sobie poradzi. Zarówno rosnąca liczba rozwodów, jak i ilość rozwydrzonych dzieci (a częstokroć i rozwydrzonych dorosłych, którzy z nich wyrośli), zdają się zadawać kłam tej teorii.

Jako młodej żonie, a wkrótce także i matce, marzy mi się taka długofalowa pomoc w nowych dla mnie i niełatwych przecież rolach. Na zajęcia chodziłoby się obowiązkowo we dwoje. Możliwe byłoby przedyskutowanie indywidualnych problemów z mentorem. W grafiku znalazłoby się wiele zagadnień natury psychologicznej, takich jak ćwiczenia z komunikacji, szkolenie z asertywności, mediacje na linii małżeństwo-teściowie; ale też parę przydatnych umiejętności praktycznych, jak na przykład nauka gotowania zbilansowanych posiłków dla całej rodziny. Mi w każdym razie przydałaby się tego rodzaju pomoc.

Pozostawiona sama sobie, jako osoba dociekliwa próbowałam solidnie przygotować się do małżeństwa i jak najbardziej zgłębić teorię, nim przyjdzie mi zajmować się praktyką. Mocno rozczarowały mnie poradniki promowane przez Kościół. Różnymi słowami w ustach różnych autorów mówiły jedno i to samo: kochajcie się, a wszystko będzie dobrze. Ku mojemu zaskoczeniu, znacznie więcej wyniosłam z lektury książek profesora Lwa-Starowicza, znanego specjalisty w dziedzinie seksuologii. Bez fałszywej pruderii, ale też z dużą dozą elegancji, opisuje on wszelkie aspekty życia małżeńskiego, których Kościół najwyraźniej nie chce dostrzegać. Niedomówienia, które przeradzają się w konflikty, różnice potrzeb, rutyna, brak zrozumienia między płciami, przerzucanie uczuć na dzieci, stereotyp matki polki, słabość współczesnych mężczyzn, dominujące kobiety, itp., itd.

Lew-Starowicz ma tą ogromną przewagę nad pisarzami stricte katolickimi, że żyje bardzo mocno w teraźniejszości i nie boi się wchodzić z nią w dialog. Ponadto, może się poszczycić ogromną wiedzą zarówno teoretyczną jak i praktyczną, sypie z rękawa przykładami par, które rozpadły się z takiej, a nie innej przyczyny, radzi jak zapobiegać tego typu sytuacjom. Można z nim polemizować, można się oburzać, ale nie można pozostać obojętnym, a to już cecha dobrej debaty – w opozycji do ugrzecznionego wykładu, na którym wszyscy zgodnie kiwają głowami, ale niewiele po nim człowiekowi zostaje w głowie.

W ostatnim numerze „W drodze” znalazł się cykl artykułów poświęconych rozwodom – i tu wreszcie znalazłam godną odpowiedź Kościoła. Serdecznie polecam wszystkim narzeczonym. Może się to wydać dziwny tekst dla zakochanych, będę się jednak upierać, że potrzebny. Bohaterowie artykułów mówią wprost co zniszczyło ich związki, jakie rozterki dręczą ich na co dzień, czym jest dla nich przysięga małżeńska… Najbardziej poruszające były dla mnie wyznania małżonków porzuconych, którzy niezłomnie trwają w swoim zobowiązaniu. Uzasadniają ten fakt mówiąc, że w przysiędze nie było klauzuli „ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską, pod warunkiem, że ty też dotrzymasz swojej części przysięgi”. Dopiero w zderzeniu z taką wytrwałością i honorem można zrozumieć powagę instytucji małżeństwa, które powinno trwać „aż do śmierci”.

Może to jest właśnie właściwy klucz patrzenia na codzienne małe sprawy – może rozpoczynając trzeba mieć przed oczami finał. Patrzeć na dziecko i widzieć dorosłego, którym się stanie. Spoglądając na męża widzieć to, kim możecie przy sobie się stać – albo co możecie utracić w rozłące.

Mimo wszystko przydałby się mentor.

A na dziś piosenka meteorologiczna.

togetherness II

Wczoraj właśnie minęły trzy miesiące od dnia mojego ślubu z T. Nie tak dawno brałam udział w żarliwej dyskusji na temat „dlaczego mężczyźni nie chcą się żenić” a zaraz potem „dlaczego lepiej żyć w konkubinacie niż w małżeństwie” na innych blogach. Koleżanki ostrzegały, że „małżeństwo to szaleństwo”, że tyle wokół rozwodów, że człowiek może się zmienić… W związku z powyższym przyszło mi do głowy pytanie, co też się zmieniło w moim życiu od czasu zawarcia związku małżeńskiego. Co tak dramatycznie odmieniło moją sytuację życiową, że rosnąca grupa młodych ludzi nie rozważa nawet podjęcia kroków zmierzających w tym kierunku?

Naturalnie można mi zarzucić brak doświadczenia w omawianej kwestii – czymże są 3 miesiące wobec całego życia? Jednak w przeciwieństwie do wielu moich rówieśników decyzję tą mam już za sobą, podjęłam ją świadomie i z pełną determinacją wytrwania w złożonej przysiędze, a to już może stanowić o znacznej różnicy doświadczeń. Ponadto Ci, którzy mnie znają, wiedzą aż nazbyt dobrze, że brak doświadczenia jeszcze nigdy nie przeszkodził mi w wyrażeniu swojej opinii.

Zmieniło się bardzo wiele. Zamieszkaliśmy razem, a co za tym idzie, zaczęliśmy dzielić się obowiązkami domowymi, planować wspólne wydatki, wspólnie gotować i wspólnie sypiać. Czasem ja piorę jego skarpetki, czasem on pierze moje. Tworzymy rodzinę. Dom, do którego chciałoby się wracać jak najszybciej, i do którego chcielibyśmy zapraszać przyjaciół oraz rodzinę.

Zaczęliśmy brać pod uwagę swoje plany przy podejmowaniu decyzji. Nim poszłam na kolejne studia podyplomowe przedyskutowaliśmy najpierw czy damy radę nie widywać się przez dwa dni w tygodniu i zrezygnować z pieniędzy, które mogłabym w tym czasie zarobić. Bierzemy za siebie odpowiedzialność. Jeśli mój mąż coś obiecał, zrobię wszystko, żeby umożliwić mu wywiązanie się z tej obietnicy i wiem, że on postąpiłby tak samo wobec mnie. Ufamy sobie we wszystkim, mamy wspólne konto.

Właśnie zapytałam T. co dla niego się zmieniło, a on, jak to on rzucił krótko „Jest po prostu lepiej”, a po chwili zastanowienia dodał „Moje życie jest Twoim życiem”, i ta definicja najbardziej przypadła mi do gustu. Im dłużej piszę, tym bardziej przekonuję się, że z małżeństwem jest trochę tak, jak z wiarą –  jak powiedział ksiądz Peyramale: „Wierzący nie potrzebują żadnych wyjaśnień; wyjaśniać niewierzącym jest rzeczą niemożliwą.”

„Wyznanie”

kocham Twoje kapcie

porzucone zawsze jak bloki startowe

z których wprost wyskoczyłeś i pobiegłeś w świat.

kocham Twoje okruszki

które nie istnieją w Twoim świecie

tylko w moim.

kocham Twój dzbanek do herbaty

na którym kompletnie nie robi wrażenia

ile razy go szoruję.

dotykam czule czajnika

woda po Twojej porannej herbacie

jeszcze ciepła.