Ça ne sera rien!

Nasz trzyletni synek już od progu wołał dziś do wracającego z pracy taty:

- Tato, pobaw się ze mną!

- Dobrze synku, muszę się najpierw przebrać w domowe ubrania.

Kilka minut później, gdy usiedliśmy z mężem przy kawie, mały W. ponowił prośbę.

- Tato, pobaw się ze mną!

- Chwileczkę, dopiero wróciłem z pracy. Daj mi chwilę odpocząć…

- Tato, chodź do mojego pokoju i się ze mną pobaw! – Powtarzał raz po raz W. ponaglającym tonem, kiedy nagle nasz niemowlak zaczął płakać, więc mąż wziął go na ręce. Starszy synek stanął na środku kuchni, załamał ręce teatralnym gestem i oświadczył:

- No i nici z zabawy!

Le rire

Po całym dniu zmagań z dwójką maluchów nadciąga wreszcie wieczór. Nasz przedszkolak, o ile nic się nie wydarzy, zostaje spacyfikowany aż do 6:00 następnego dnia, zaś noworodek… Cóż, powiedzmy, tymczasowo spacyfikowany. Może na pół godziny, a może nawet na dwie? Pomarzyć zawsze można.

Leżymy z mężem w łóżku i śmiejemy się do rozpuku z dowcipów w rodzaju tych, które się opowiada na koniec dobrej imprezy, kiedy nikomu już nie przeszkadza, że same w sobie są raczej średnio zabawne. Nie możemy robić hałasu, bo obok śpi maluszek – tym bardziej więc chce nam się śmiać. Jak wtedy, kiedy jest się dzieckiem w kościele, i im bardziej potępiające spojrzenia posyłają nam starsze panie ze swoich ławek, tym bardziej nie można opanować wybuchu wesołości. Chichoczemy jak opętani i ocieramy łzy z policzków.

Jesteśmy wykończeni, ale szczęśliwi.

La célébration

Ubiegła sobota, około 9:00. Łóżko. Leżę sparaliżowana strachem i uświadamiam sobie, że to dzień ostatnich egzaminów ustnych.

ja: Boję się. Nigdzie nie idę. Przecież ja nic nie umiem. Wszystko się teraz wyda. Wyśmieją mnie. Rozczarują się. Nie mam siły. Jest za gorąco. Nie nadaję się do tego. Nie mam po co w ogóle iść!

mąż: Dałaś radę dwa lata chodzić na tą uczelnię. Dostałaś się do wymagającej grupy.

ja: I byłam w niej najgorsza!

mąż: Lepiej być najgorszym wśród najlepszych, niż najlepszym wśród najgorszych. Poza tym jesteś w dziewiątym miesiącu ciąży. W tym semestrze nie opuściłaś ani jednych zajęć. Dużo się nauczyłaś?

ja (niechętnie): Dużo…

mąż: Sama widzisz! Ty już swój sukces osiągnęłaś! Dzisiejszy dzień to tylko… Przypieczętowanie tego. Jak zdasz – to świetnie, jak nie – to nic się nie stanie. Dla mnie jesteś najlepsza i będę z Ciebie dumny. Nie ważne jak Ci pójdzie.  Po prostu idź tam, zrób to i wracaj do domu.

***

Zdałam wszystkie egzaminy ustne jako jedyna z grupy. Bardzo dziękuję za wszystkie dobre życzenia i wsparcie psychiczne, które otrzymałam. Chciałabym jednak zaznaczyć, że jest to sukces zespołowy. Nigdy nie udałoby mi się tego osiągnąć gdyby nie mój kochany mąż, który robił mi śniadania na uczelnię, podwoził mnie na zajęcia, zajmował się w weekendy naszym synkiem, ani razu nie narzekał na moją ciągłą naukę i brak czasu, motywował mnie, a na ostatni egzamin niemal wypchnął mnie siłą z domu.

Zaczynamy wakacje!

études post diplôme

Woman With Baby Working From Home

Praktycznie każdy weekend spędzam na uczelni, w tygodniu zajmuję się synkiem, domem – i nauką, oczywiście. Jak wyglądają studia podyplomowe w wydaniu „młoda mama”?

Codziennie kąpiemy W. wspólnie z mężem o 19.00. Sobota wieczór, padnięta po całym dniu na uczelni pędzę na przystanek tramwajowy – niestety tylko po to, żeby zobaczyć mój odjeżdżający tramwaj. Rzut oka na zegarek upewnia mnie, że tego dnia nie zdążę już zobaczyć się ze swoim dzieckiem. Dzwonię do T.

-Hej, nie zdążę dojechać na kąpiel. Daj mi W. do słuchawki.

-MaMa! MaMa!

-Cześć kochanie, mama wróci dzisiaj późno, więc tata położy Cię spać. Bądź grzeczny i śpij dobrze.

-Ho! Ham! Sie!

-Ja też Cię kocham, Maluszku. Bardzo za Tobą tęsknię. Zobaczymy się jutro rano.

-Ho! Ham! Sie!

-Kocham Cię, kocham. Papa!

-PaPa!

Następnego dnia rano wychodzę z domu z ciężkim sercem przy akompaniamencie płaczu synka, który dopiero się obudził, a już musiał się ze mną pożegnać. Oby te studia były tego warte.

la matinée

tumblr_mau7j5NQrL1qzvsqto1_500

Noc po egzaminie: intensywne ząbkowanie.

Ranek po egzaminie wyglądał następująco:

-Nie mam siły. Ty go weź na nocniczek, a ja zaraz też wstanę.

Około pół godziny później z kuchni zaczynają do mnie dobiegać dźwięki przygotowań do śniadania.

-W., idź zawołać mamę na śniadanie.

Drep, drep, drep.

W. wchodzi do sypialni. Podchodzi z jednego krańca łóżka i łapie mnie za duży palec u nogi. Poruszam lekko palcem, co wywołuje serię chichotów. Synek przechodzi na drugi kraniec łóżka i ciągnie mnie za włosy. Odkrywa fragment kołdry. Odwracam głowę w jego kierunku i zostaję obsypana buziakami, a następnie W. pociera swoim nosem o mój (nowa umiejętność: „noski-eskimoski”!). Pomimo zmęczenia muszę przyznać, że dla tej chwili było warto słuchać tych wszystkich wrzasków w nocy. Otwieram jedno oko.

-MaMa! MaMa! – Skanduje moje uradowane dziecię. -Hand! Hand!

Posłusznie podaję mu rękę, za którą już po chwili prowadzi mnie do słonecznej kuchni. Kolejny poranek dodany do listy moich światłosekund.

c’est pourquoi

Po upalnym dniu ze zbuntowanym, zapuszczającym zęby trzonowe, lekko przeziębionym synkiem… Po dniu zajmowania się domem i gotowania… Po nauce do egzaminów wstępnych na studia w każdej wolnej chwili… Przychodzi taki moment, kiedy myślę sobie: a może by tak zrobić chociaż jedną z miliona zaległych spraw?

Po czym wzruszam ramionami, sięgam po „Listy niezapomniane” Shauna Ushera (polecam gorąco!) i opieram się wygodnie o mojego zaczytanego męża. Który, obejmując mnie, natychmiast zasłania mi pole widzenia swoim tomiszczem fantastyki. Które ja z kolei zasłaniam swoją książką. Te przepychanki (oraz przeplatane wybuchami śmiechu ustalenia kto-ma-sobie-zrobić-co z którą kończyną) trwają jeszcze przez chwilę, nim oboje nie wsiąkniemy na dobre w lekturę. Następnie okazuje się, ze pora jest już nieprzyzwoicie późna i, o ile chciałabym następnego ranka być w stanie otworzyć przynajmniej jedno oko, wypadałoby iść spać.

Jeśli więc ktokolwiek chciałby zapytać mnie dlaczego nie zrobiłam jeszcze X, gdzie X = dowolna rzecz, którą obiecałam/ powinnam/ mogłabym zrobić, to odpowiedź brzmi: DLATEGO.

I wiecie co? DLA TEGO było warto.

l’Église catholique

Dyskutowaliśmy dziś z mężem o naszym Kościele, a była to dyskusja niewesoła.

Nie potrafimy zrozumieć zaangażowania wielu polskich księży w politykę, a w szczególności publicznego popierania konkretnej partii (której – każdy łatwo się domyśli). Taka sytuacja nie przynosi korzyści ani politykom, którzy używając Kościoła jako karty przetargowej tracą niezależność, ani Kościołowi, który traci wiarygodność.

Przeraża nas zamiatanie pod dywan przypadków łamania prawa przez księży, przenoszenie z jednej parafii do innej przestępców, którzy zgodnie z prawem powinni zostać osądzeni za swoje czyny. Historie księży alkoholików, czy księży posiadających kochanki i/ lub dzieci – co zazwyczaj szybko staje się tajemnicą poliszynela – są bulwersujące i budzą niesmak. Jest to jednak kwestia sumienia tych osób, nikt nie może nikomu odgórnie zakazać grzeszyć, czy być hipokrytą. Tymczasem jeśli w grę wchodzą karalne wykroczenia, to ukrywanie takiego faktu jest równoznaczne z dawaniem przestępcy jasnego sygnału, że jest bezkarny i może ponownie postąpić w ten sam sposób. Jest to więc nie tylko niemoralne, ale i niebezpieczne.

Martwi nas fakt, że do głosu w mediach dochodzą najczęściej księża o skrajnie konserwatywnych poglądach, kompletnie nie znający realiów życia zwykłych ludzi, zamknięci na dialog, nierzadko przepełnieni gniewem i przekonaniem o własnej nieomylności. Zarazem księża mający do powiedzenia coś, czego chętnie byśmy posłuchali są przez hierarchów Kościoła eliminowani z dyskusji medialnych. Traktuje się ich jak potencjalne zagrożenie, mają więc zamilknąć – bo logicznych kontrargumentów dla ich wypowiedzi brak. W rezultacie praktykujący katolicy są często postrzegani jako ciemnogród. Czy można się dziwić, skoro episkopat sam zadbał o taki wizerunek?

W końcu, zadziwia nas z jaką częstotliwością słyszymy w różnych kościołach jak księża dosłownie sypią cytatami z Jana Pawła II, nie zająknąwszy się nawet na tematy poruszane przez aktualnie urzędującego papieża. Z całym szacunkiem, Jan Paweł II mówił pięknie i sensownie, ale to były JEGO kazania przeznaczone dla konkretnych ludzi w konkretnym czasie i miejscu. Jeśli ktoś ma ochotę, znajdzie sobie bez problemu jedną z jego licznych książek lub nagranie ORYGINALNEJ wypowiedzi. Obecnie świat, a w nim Kościół, mierzy się z zupełnie innymi wyzwaniami. W naszym odczuciu papież Franciszek żyje mocno tu i teraz, odnosi się do największych bolączek NASZYCH czasów. Szkoda, że jego słowa nie podobają się polskim hierarchom. Nam się podobają. Podoba nam się pomysł na Kościół otwarty na człowieka, a nie koncentrujący się wiecznie na jego grzechach. Podoba nam się pomysł na przejrzystość materialną Kościoła. Podoba nam się chrześcijaństwo radości, a nie wiecznego postu i umartwienia (przynajmniej dla wiernych).

Jesteśmy praktykującymi katolikami – z przekonania, nie z tradycji. Oboje skończyliśmy studia, interesujemy się kulturą i nauką. Dlaczego trwamy w Kościele katolickim? Ponieważ wierzymy. Nie w księży, nie w episkopat, i nie w Jana Pawła II (och, czy napisanie takich słów w Polsce to aby nie bluźnierstwo?). Wierzymy w Boga i w jego wszechmoc wobec zła i głupoty, gdziekolwiek by się one nie manifestowały.

le matin

Świta. Początek dnia zwiastuje wiercenie się W., który płakał w nocy i wylądował w naszym łóżku. Po chwili odczuwam dotkliwe dźgnięcia w oko; w odruchu obronnym odwracam głowę w przeciwną stronę.

- MaMa, MaMa!! – W ten mniej-więcej sposób nasza latorośl akcentuje słowa. W odpowiedzi wydaję z siebie cichy jęk i chowam głowę pod kołdrę. Następnie słyszę triumfalny chichot niemowlaka, który właśnie stanął na nogach i puka smoczkiem w wezgłowie rodzicielskiego łoża. Puk-puk, Puk-puk, Puk-puk…Puk, Puk, Puk!

-BAM!!! – Otwieram jedno oko.

-Smoczek Ci spadł za łóżko? – Odpowiadam synkowi, zupełnie jakby przed chwilą osobiście mi to zakomunikował pełnym zdaniem podwójnie złożonym.

-BAM!! – Potwierdza W. i dla podkreślenia swojej wypowiedzi wskazuje dramatycznym gestem w kierunku podłogi.

-Nie martw się, tata Ci go wyjmie.

-TaTa! – Woła W. z niemałym zdumieniem konstatując obecność w łóżku trzeciej osoby (dlaczego, dlaczego to zawsze matka stanowi obiekt porannych tortur?!) i radośnie dźga rodziciela pulchnym paluszkiem w sam środek nosa.

-Hmmmhyhy? – Odpowiada z całą elokwencją na jaką go stać o tak wczesnej porze T.

-TaTa! TaTa! BAM!! – Cierpliwie tłumaczy syn.

-Trzeba wyjąć smoczek spod łóżka – oświadczam niewinnie w przestrzeń poprzez niewielką szczelinę w kołdrze. Małżonek dzielnie zwleka się z łóżka, by już po chwili pod nie zanurkować. Rozlega się seria różnorodnych dźwięków sugerujących niemały wysiłek, po czym zapada cisza.

-Zasnąłeś? – Pytam na wszelki wypadek.

-Nie, ale chyba najlepiej by było gdyby on sam to wyciągnął. – Wymieniamy z W. spojrzenia pełne niedowierzania.

-Chyba żartujesz!

-No dobra…yyy… Jest! – Spod łóżka wyłania się ręka wzniesiona w zwycięskim geście, dzierżąca w dłoni smoczek. Przy pomocy licznych gestów i pisków W. domaga się natychmiastowego zwrotu swojej zguby.

-Chcesz zobaczyć? No dobrze, proszę, tylko się trochę okurzył więc nie wkładaj go do buzi.

Ostatniemu słowu męża towarzyszy smakowite mlaśnięcie sygnalizujące, że synek właśnie włożył smoczek do ust. T. wykonuje klasyczny rodzicielski gest machnięcia ręką i pada ponownie na swoją 1/3 łóżka, a ja ukryta skrzętnie pod kołdrą trzęsę się ze śmiechu.

Lubię takie poranki.

j’ai besoin de toi

„Wsi spokojna, wsi wesoła…”.

Dziś rano krążyłam po domu rodziców w poszukiwaniu zasięgu, z wstukanym w komórce tekstem, który uparcie nie chciał się wysłać. Za mną, krok w krok, człapał W. Zdziwionej naszym małym pochodem mamie rzuciłam w locie, że muszę odpisać na SMS od męża. Ledwo wypowiedziałam te słowa, kiedy uświadomiłam sobie, że właśnie tego wyrażenia użyłam: „muszę odpisać” – a przecież jeszcze nic do mnie nie doszło. Mamy z T. taką niepisaną umowę, że codziennie rano wysyłamy sobie wiadomość na dobry początek dnia.

Niespodziewanie dla samej siebie pomyślałam, że takie graniczące z pewnością przekonanie o czyimś zaangażowaniu przypomina relację człowiek – Bóg. To, że nie jest się w stanie odebrać czyjejś wiadomości, nie oznacza wcale,  że po drugiej stronie nikt nie nadaje. Uśmiechnęłam się do tej myśli.

Kiedy wreszcie udało mi się znaleźć zasięg, wysłałam SMS, a kilka sekund później odebrałam zaległą wiadomość od męża.