L’inspiration pour un printemps

Ostatnio sporo było z mojej strony narzekania, więc dziś coś bardziej pozytywnego: inspiracja wiosenna. Słońce już coraz śmielej wychodzi zza chmur, Wielkanoc za pasem (to już za 2 tygodnie! Czy tylko ja wchodzę do sklepu i nagle ze zdziwieniem stwierdzam, że zamiast przez armię Świętych Mikołajów jestem otoczona przez stado Zajęcy Wielkanocnych?), więc czas najwyższy powitać wiosnę z całym rozmachem. Nasza rodzina zaczęła sezon ogrodniczy!

W. ma dziadka, który jest zapalonym działkowcem – z czego wszyscy ogromnie się cieszymy, zwłaszcza latem podczas zbiorów truskawek i malin! Poprosiliśmy więc go o przywiezienie nam kawałka działki do miasta. Całkiem dosłownie. Dostaliśmy torbę żyznej ziemi, nasiona i duuużo cierpliwości. Wspaniale było patrzeć jak nasz maluch, z pomocą dziadka, z zapałem tworzy własny ogródek warzywny. Przeglądałam zdjęcia zrobione przy tej okazji: dziadek jak czarodziej z rękami wyciągniętymi nad doniczkami, a W. z miną pełną koncentracji wiernie kopiuje każdy jego gest.

Nasz ogródek - dzień pierwszy.

Nasz ogródek – dzień pierwszy.

DSC_0264

Pierwsze nieśmiałe kiełki sprawiły nam nie lada radość!

W naszym parapetowym ogródku znalazły się sałata, rzodkiewka, groszek i cebula (zasadzona na szczypiorek). Od kilku tygodni codziennie rano obserwujemy czy coś się zmieniło, a W. pod naszym okiem regularnie sam podlewa „ogródek”. Nie spodziewaliśmy się wielkich rezultatów, chodziło bardziej o zabawę i zrozumienie, że o rośliny trzeba dbać, że do życia potrzebują wody, że z nasionka wyrasta roślina, itp. Tymczasem mogę z dumą ogłosić, że dzisiaj do śniadania jedliśmy wyhodowany przez synka szczypiorek, a pozostałe rośliny też wyglądają obiecująco. Wkrótce rozsadzamy flance sałaty!

Muszę przyznać, że przy tej okazji dziadek zyskał sobie u wnuka nowe pokłady szacunku i W. często go wspomina jako autorytet w dziedzinie ogrodnictwa.

Już niedługo wszędzie wokół się zazieleni i wszyscy spojrzymy na świat łaskawszym okiem. A tymczasem wspomóżmy się filmikiem ;-)

La liberté!

w-_czym_do_spaniaWczoraj wieczorem, gdy nasz Maluch już zasnął, zostawiłam go z Tatą i wybrałam się na dwudziestominutowy spacer. Natychmiast po przekroczeniu drzwi domu ogarnęła mnie fala euforii, porównywalna chyba tylko z tą , jaką czuje dziecko wypuszczone na dwór po raz pierwszy bez nadzoru dorosłych. Do woli chodziłam po wysokich krawężnikach, schodach i wszelkich wertepach. Wolne od wózka ręce włożyłam najpierw do kieszeni, a po chwili zaczęłam energicznie nimi wymachiwać, bo dziwacznie się czułam mając je znów do własnej dyspozycji. Uzmysłowiłam sobie nagle, że od narodzin W. ani razu nie miałam dla siebie tyle czasu w samotności. Nie musiałam myśleć o kolejnej zmianie pieluchy, karmieniu, nie nasłuchiwałam płaczu ani gaworzenia, a wieczorne odgłosy miasta wydały mi się doskonałą ciszą… Wręcz fizycznie czułam jak oczyszcza się mój umysł. A gdy do reszty już odurzyła mnie swoboda, wyobraziłam sobie nagle mojego maleńkiego Synka śpiącego, dokładnie tak, jak go zostawiłam w łóżeczku: ciepłe pulchne rączki rozrzucone w górze, różowe policzki, słodka minka, głęboki, spokojny oddech i nieporównywalny z niczym innym, piękny zapach niemowlęcia. Zapragnęłam go przytulić. A może już się zbudził i płacze, a mnie tam nie ma? Wykonałam natychmiastowy w tył zwrot i popędziłam co sił do domu.

La promenade

159108_dziecko_wozek_wiklinowy

Młoda mama bardzo szybko poznaje na nowo topografię swojego najbliższego otoczenia. Gdzie są dziurawe chodniki, gdzie wysoki krawężnik, gdzie strome schody, gdzie pokoje do karmienia i łazienki z przewijakiem, a gdzie sklepy, w których odległości między regałami są zbyt wąskie nawet dla spacerówki, że o gondoli nie wspomnę (nigdy nie zrozumiem zostawiania przed wejściem do sklepu wózka z dzieckiem w środku – przecież każdy może podejść i z nim odjechać, nim ktokolwiek się zorientuje!).

Zarazem, poruszanie się po mieście z dzieckiem pozwala odkryć pokłady życzliwości w przypadkowo napotkanych ludziach.

Poszliśmy z W. na spacer nad Maltę. Pamiętałam niejasno, że w miejscu, w którym planowałam zejść na ścieżkę wokół jeziora, są podjazdy dla wózków. Kiedy jednak znaleźliśmy się przy schodach, okazało się, że podjazdy projektował ktoś, kto z pewnością nigdy nie musiał z nich korzystać. Stromo, to mało powiedziane. Oczyma wyobraźni już widziałam rozpędzony wózek, ze mną powiewającą u poręczy, wpadający wprost na znajdującą się poniżej betonową ścianę. Właśnie zabierałam się za obmyślanie alternatywnej trasy, gdy nabiegł młody chłopak ze słuchawkami w uszach. Uśmiechnął się szeroko i zaproponował pomoc. „Tak, proszę!” – wyrzuciłam z siebie, nieomal dodając: „Mój Wybawco!”. We dwójkę jako-tako udało nam się sprowadzić wózek. Na koniec życzyliśmy sobie miłego dnia. 

Innym razem podeszliśmy do przejścia dla pieszych na trzypasmowej w tym miejscu ulicy (dwa pasy w jedną stronę, jeden w przeciwną). Z jednej strony nadjeżdżał elegancki samochód osobowy (nie znam się na markach, ale był bardzo ładny i czerwony :-D) oraz autobus. Kierowca autobusu na nasz widok zaczął zwalniać, ale kierowca samochodu osobowego nie wykazywał najmniejszej ochoty do przepuszczenia pieszych. Powoli, wykorzystując „prawo silniejszego” autobus wyprzedził osobowy, po czym zatrzymał się dla nas przed pasami, zmuszając do tego samego jadące za nim auto.

I jeszcze jedna scena, tym razem anty-stereotypowa: przechodziliśmy nieopodal wypasionego (nie lubię tego słowa, jednak żadne inne nie oddaje w tym miejscu istoty rzeczy) czarnego BMW, ze wszystkimi bajerami jakie możecie sobie wyobrazić i dwoma młodymi chłopakami w środku. Opuszczone maksymalnie szyby ukazywały skrzętnie wygolone głowy kierowcy i pasażera, które to z wyraźnym upodobaniem bujały się do rytmu basu płynącego z ryczących hip-hopem głośników. Nagle, gdy byłam już całkiem blisko, padło jakieś zdanie okraszone kilkoma paniami lekkich obyczajów i nagle… Muzyka ucichła. Gdy tylko znaleźliśmy się kilka kroków za samochodem, melodia (?) popłynęła znów z wcześniejszą intensywnością.

Małe dzieci rzeczywiście są nadzieją dla tego zwariowanego świata.

La canicule de la ville

Upał. A że kobiecie na finiszu ciąży zawsze jest gorąco, to upał podwójny. (Uwielbiam oglądać reakcje ludzi, którym zdradzam z emfazą, że właściwie to według lekarza poród może już być w KAŻDYM momencie. Prawie każdy słysząc te słowa cofa się o pół kroku i obrzuca mój brzuch podejrzliwym spojrzeniem, jakby zaraz miał wybuchnąć.)

Przymierzam letnią sukienkę ciążową numer jeden – pięknie, całkiem jakbym narzuciła na plecy prześcieradło rozpościerające się swobodnymi fałdami od ramion po kolana. Sukienka nie-do-końca-ciążowa numer dwa podejrzanie opornie zapięła się w zamku, ale za to efekt końcowy nie przypominał żadnego elementu pościeli sypialnianej. Dobre i to.

Wbrew moim najlepszym staraniom Potomek nie dał się przekonać, że na świecie jest dziś wyjątkowo pięknie i warto byłoby się urodzić, żeby zobaczyć taki dzień. Uparciuch po tacie, oczywiście. No trudno, idziemy na spacer w wersji 2 w 1.

Na Starym Rynku zalewa mnie fala światła i dźwięków. Uliczni muzycy przekrzykują się z muzyką płynącą z lokali, przewodnicy turystyczni oprowadzają swoje różnojęzyczne stadka, w kawiarniach brzęk filiżanek miesza się z ożywionymi dyskusjami po polsku, angielsku, francusku i romsku. Przez cienkie podeszwy sandałków wyczuwam pod stopami rozgrzane kamienie bruku. Z otwartych drzwi restauracji kusi przyjemny chłód klimatyzacji. Mieszanina zapachów uderza do głowy. Nagrzane słońcem stare mury, gofry z bitą śmietaną, kawa, lody włoskie, papierosy, przepocone koszulki, gnijące śmieci i ciężkie, korzenne perfumy mijającej mnie elegantki, łączą się w charakterystyczny zapach lata w mieście.

Zanurzam się w cieniste zacisze jednej z bocznych uliczek. Od słonecznej strony drogi nadchodzi kobieta z małym chłopcem, który opowiada coś z wielkim przejęciem. Światło gra w jego złotych włosach. Nagle malec spostrzega unoszone wiatrem pyłki topoli i, przerywając opowieść w pół, rusza w pogoń pokrzykując radośnie. Nim się miniemy kobieta spogląda na mój brzuch i przesyła mi pokrzepiający uśmiech.

Wychodzę pośród kramów z owocami, warzywami, kwiatami i… W zasadzie – czego tu nie ma! Feeria barw zapiera dech w piersiach. Przekupki przedrzeźniają się nawzajem i nawołują klientów, z charakterystyczną hardością oznajmując przypadkowym przechodniom „Dla pani będzie…?”. Nic. Dziś przyszłam tylko nasycić oczy. Chociaż w zasadzie, skoro już tu jestem…

Ocierając z policzka lepki sok smakowitej nektarynki dochodzę do wniosku, że w dni takie jak dziś łatwo przypomnieć sobie za co pokochałam to miasto. Poznań.

RRRrrrr!!!

RRRRRRRR!!!! rrrrrrrrrRRRRRRRRrrrrrrrrRRRRRR! Rozbrzmiewała od punkt ósmej jakaś piekielna machina, która ma naprawić zepsutą ubikację w budynku, w którym pracuję. A w zasadzie pracujemy, bo ja robię swoje, machina swoje, i tak sobie sprawdzamy kto dłużej wytrzyma.

Wróciłam do domu w nadziei na odrobinę ciszy, a tu akurat…Remont chodnika tuż pod moimi oknami. WrrrrrWrrrrWWWWWWWrrrrRRRrrrrWWWWWwwrrr! Śpiewało jakieś bardziej litościwe urządzenie, po którym następowało tępe, wwiercające się w mózg ŁUP! ŁUP! ŁUP! Po kilku minutach byłam już bliska rzucania przedmiotami z balkonu, byleby tylko zatrzymać tą kakofonię. Po godzinie dałam za wygraną i z rosnącym bólem głowy poszłam na zakupy. Nie miałam zielonego pojęcia w co się pakuję.

Kiedy przekroczy się pewien punkt ekspozycji na dźwięki, właściwą linię działania stanowi: zaopatrzenie się w stopery, wciśnięcie się w najdalszy kąt mieszkania oraz nakrycie głowy poduszką. Teraz to wiem. Niestety postąpiłam inaczej. Kara przyszła szybko.

Szzzzzu! Szu! Szu! – Mijały mnie samochody na ulicy. Puk, puk, puk, puk, puk – stukały obcasy kobiet. W sklepie lodówki brzęczały, klimatyzacja warczała na klientów, płakały dzieci i chichotały nastolatki, a wszystko to przy wtórze jednostajnego PIP! PIP! czytników kodów kreskowych przy kasie.

AAAAAAAAAggggHHHHHHhhhhhh!!!!!!!! – krzyczała moja głowa.

Wróciłam do domu. Dzielny budowniczy chodnika, który właśnie składał sprzęt, przytrzymał mi drzwi kiedy wchodziłam z torbami zakupów. Powiedziałam „Dziękuję”, ale tak naprawdę chciałam przez to powiedzieć: „Dziękuję Panu bardzo, Panie Złoty, że Pan już stąd sobie idzie!”. Weszłam do mieszkania. Nic nie usłyszałam. To był najpiękniejszy dźwięk tego dnia.

Dzisiaj piosenki nie będzie.

homecoming

„Wracam do domu”, pomyślałam idąc nieśpiesznym wakacyjnym krokiem. Słońce przyjemnie grzało mi plecy. Do domu.
Jak to się zmienia! Jeszcze niedawno dom był tam, na prowincji, wśród pól i lasów. Rodzina bocianów z pobliskiego gniazda zlatywała się o świcie przed domem na śniadanie. Sarny podgryzały nam młode jabłonki w ogrodzie. Jadąc samochodem trzeba było uważać na wędrujące gromady dzików, które zawsze bardzo karnie przechodziły przez jezdnię równiutkim rzędem: dorosły (tata? mama?) dzik, w środku małe i na końcu znów dorosły. Wrzask, bo przecież nie śpiew, ptaków o wschodzie słońca był nie do wytrzymania, budzik stał w zapomnieniu zupełnie bezużyteczny. A teraz nagle dom w Poznaniu.
I to wcale nie jakiś wymuszony, wyuczony „dom”, bo gdzieś przecież trzeba wracać, ale prawdziwie przyjęty sercem, własny. Taki, w którym rano codziennie o 7.15 słychać dzwony kościoła wygrywające melodię „Kiedy ranne wstają zorze..”, a wieczorem o 21.00 „Apel jasnogórski”. Koniec końców, szykując sobie kanapki na śniadanie podśpiewuję sobie „Bądź pochwaalon Boże wielki!”. A czemu by nie miał być pochwalon, owszem, kanapki bardzo smaczne.
Sąsiedzi z góry grywają popołudniami na pianinie standardy jazzowe, a sąsiedzi z dołu mają małe dziecko i jeszcze nie za bardzo wiedzą co robić, żeby przestało płakać. Zauważyłam, że kiedy sąsiedzi z góry grają na pianinie, dziecko z dołu nigdy nie płacze. No, ale co ja tam wiem, może akurat wtedy śpi albo jest na spacerze.
Zresztą na brak dzieci narzekać nie można, w budynku obok jest przedszkole i maluchy spędzają sporą część dnia na placu zabaw, sypiąc się piaskiem, wyrywając sobie wiaderka i tłukąc się nawzajem szpadelkami na zdrowie, tuż pod moimi oknami. Nawet w naszym mieszkaniu, które właśnie urządzamy jest zostawiony pokój „dziecięcy”, bo kto wie, może już niedługo, może już wkrótce…dołączy jeszcze jeden/jedna wojownik/wojowniczka na piaskownicowym placu boju. A tak, „w naszym”, bo dom to dla mnie przede wszystkim ludzie, rodzina, a od miesiąca moją rodziną jest T. Właśnie słyszę zgrzyt jego klucza w zamku. Będziemy dzisiaj piec muffinki. Trzeba się trochę wreszcie dać zamerykanizować!

A dla Was „Sielanka o domu” Wolnej Grupy Bukowina, bo tak to właśnie wymarzyłam:

A jeśli dom będę miał,
To będzie bukowy koniecznie,
Pachnący i słoneczny.
Wieczorem usiądę – wiatr gra,
A zegar na ścianie gwarzy.
Dobrze się idzie panie zegarze,
Tik tak, tik tak, tik tak.
Świeca skwierczy i mruga przewrotnie,
Więc puszczam oko do niej,
Dobry humor dziś pani ma, / x2

ref.
Szukam, szukania mi trzeba,
Domu gitarą i piórem,
A góry nade mną jak niebo,
A niebo nade mną jak góry.

Gdy głosy usłyszę u drzwi
Czyjekolwiek, wejdźcie, poproszę
Jestem zbieraczem głosów,
A dom mój bardzo lubi, gdy
Śmiech ściany mu rozjaśnia
I gędźby lubi pieśni,
Wpadnijcie na parę chwil
Kiedy los was zawiedzie w te strony,
Bo dom mój otworem stoi
Dla takich jak wy, /x2

Zaproszę dzień i noc,
Zaproszę cztery wiatry.
Dla wszystkich drzwi otwarte,
Ktoś poda pierwszy ton,
Zagramy na góry koncert.
Buków porą pachnącą
Nasiąkną ściany grą,
A zmęczonym wędrownikom
Odpocząć pozwolą muzyką,
Bo taki będzie mój dom /x3