L’amour

W sobotni poranek leżałam ukryta pod kołdrą i próbowałam wykrzesać z siebie energię do wstania z łóżka i zmierzenia się z całym dniem zajęć na uczelni. Nie szło mi rewelacyjnie. Pod koniec ciąży trudno mi się wyspać, a moje próby podniesienia się z pozycji leżącej do złudzenia przypominają widok przewróconego na plecy żuka, który wywija nóżkami równie rozpaczliwie, co bezskutecznie. Nagle usłyszałam w okolicy moich rąk, które jako jedyne wystawały spod kołdry, radosny głosik mojego pierworodnego:

- A czyje to małe, kochane rączki? Gdzie jest moja mamusia?

Uśmiechnęłam się pod nosem, rozpoznając echo swoich własnych słów. Już po chwili synek kokosił się w pościeli między mną a mężem, przy czym jak zwykle jakimś cudem zajmował więcej przestrzeni niż my oboje razem wzięci. Kiedy już solidnie nas skopał, westchnął z ukontentowaniem, przerzucił pulchną, ciepłą rączkę przez moją szyję i oznajmił:

- Lubię się przytulać do mamy, bo mama jest moja ulubiona!

Ścisnęło mnie w gardle. Nie co dzień w końcu słyszy się tak poruszające wyznanie miłości.

- Ja też lubię się do Ciebie przytulać. Jesteś moim ulubionym chłopczykiem. – Odpowiedziałam z powagą, mając świadomość, że już wkrótce nie będę mogła tak mówić, bo w naszym domu pojawi się drugi, równie wyjątkowy, chłopczyk.

Bonne nuit

Po ostatnim wpisie dostałam wiele pytań od zaniepokojonej rodziny i znajomych na temat moich problemów ze snem, więc czym prędzej uspokajam: wszystko jest w porządku. Szczerze mówiąc, kiedy pomyślę o ciążach wielu znanych mi kobiet, jest wręcz rewelacyjnie! Żadnych żylaków, obrzęków, migren, problemów żołądkowych, problemów skórnych, boleści – jest naprawdę wspaniale. Czasem tylko bolą mnie plecy i czasem nie mogę spać w środku nocy, ale to doprawdy niska cena za cud nowego życia!

A skoro rozpoczęłam już temat spania, który jest mi zresztą bardzo bliski, postanowiłam polecić Wam nasze ulubione książeczki do czytania przed snem.

1. Jörg Mühle „Śpij króliczku”, wyd. Dwie Siostry, twarde strony, mały format – w sam raz do dziecięcych rączek

IMG_20170425_192128Przez dłuższy czas był to nasz absolutny numer jeden, czytany co najmniej dwa razy każdego wieczoru. Bohaterem książeczki jest mały króliczek, któremu należy pomóc ułożyć się do snu poprzez proste czynności takie jak „poprawienie” poduszki, „okrycie” kołderką, czy „zgaszenie” światła. Bardzo sympatyczna lektura angażująca dziecko w proces czytania.

2. Sam McBratney „Nawet nie wiesz jak bardzo cię kocham”, wyd. Egmont, miękkie strony, duży format – w sam raz do pokazywania ilustracji w czasie czytania

IMG_20170425_192149Ta pięknie ilustrowana i miła w dotyku książka z 1994 roku od razu wpadła mi w oko. Duży Zając przekomarza się przed snem z Małym Zajączkiem kto kogo bardziej kocha, w prostych słowach ujmując ważne uczucia. Uwaga: ma działanie silnie łzawiące!

3. Przemysław Wechterowicz i Emilia Dziubak „Proszę mnie przytulić”, wyd. Ezop, miękkie strony, duży format – w sam raz do pokazywania ilustracji w czasie czytania

IMG_20170425_191927Mały niedźwiadek i tata niedźwiedź wyruszają na wyprawę przez las, aby przytulić każde napotkane zwierzę – bez względu na jego gatunek, wiek, czy osobowość – i w ten sposób dawać innym radość. Podoba mi się, że autorzy poważnie potraktowali najmłodszych odbiorców i pojawiają się tu słowa, których ze świecą by szukać we współczesnej literaturze dziecięcej, takie jak: wrzosowy miód, piruet, ekscentryczny, wzruszenie, pogrążona w lekturze, konsumpcja, ochoczo, poufałość, oszołomienie, itp. Książka zdobyła Nagrodę Literacką Miasta Stołecznego Warszawy 2014 i została wpisana do Katalogu Białych Kruków 2014.

4. Astrid Desbordes i Pauline Martin „Miłość”, wyd. Entliczek, miękkie strony, duży format – w sam raz do pokazywania ilustracji w czasie czytania

IMG_20170425_192139Mały Archibald (przyznaję, niezbyt popularne imię dla bohatera książeczki dla dzieci!) kładąc się spać, zadaje mamie bardzo ważne pytanie: „Powiedz, mamo, czy będziesz mnie kochać całe życie?” a mama rozwiewa jego wątpliwości, opowiadając w rozczulający i przystępny dla maluchów sposób o rodzicielskiej miłości. Tę pozycję chyba ja lubię nawet bardziej niż mój synek ;-) .

5. zbiór opowiadań różnych autorów „With lots of love at bedtime”, wyd. Little Tiger Press, miękkie strony, duży format – w sam raz do pokazywania ilustracji w czasie czytania

IMG_20170425_191944Pięknie wydana książka anglojęzyczna z uroczymi ilustracjami zawiera cztery opowiadania:

  • o potworach mieszkających pod łóżkiem (które okazują się wcale nie być straszne),
  • o małym kotku szukającym wygodnego miejsca na sen,
  • o psie, który podzielił się swoim ulubionym pluszakiem z młodszymi,
  • o małej myszce i czuwającej nad jej snem mamie.

Aż chce się brać ją w ręce i oglądać! Zobaczcie sami:

IMG_20170425_192043IMG_20170425_192112Życzę wszystkim Wam, i sobie także, dobrych snów!

Le message

Od ponad dwóch tygodni wprowadzamy Synkowi do diety zupki warzywne. W związku z tym codziennie około milion razy wygłaszam kwestię:

„Synku, nie wkładaj rączek do buzi. Teraz jemy. Otwórz buźkę… No, popatrz, tak jak mama AAAAAAaaaaMMMmmm, PIĘKNIE. I jeszcze raz AAAAaaa… Ale nie wkładamy teraz śliniaczka do buzi, tylko łyżeczkę. O tak, właśnie tak.. Proszę oddać mamusi łyżeczkę. No, oddaj. Tak, dziękuję… Ale nie, nie NIE, nie wkładaj TERAZ rączek do buzi!”.

Zaczynam się zastanawiać czy ewentualne karmienie dziecka całe życie piersią byłoby takim złym pomysłem.

Tymczasem nie daje mi spokoju myśl poddana mi przez Agni, że cały mój wysiłek włożony w proces wychowania (poczynając od nauki jedzenia a na wartościach skończywszy) można równie dobrze sobie darować, bo pewnego pięknego dnia dziecko się zakocha i stanie się innym człowiekiem „jakby je ktoś podmienił”. Oczywiście pragnę dla mojego dziecka szczęścia wiążącego się z pokochaniem drugiej osoby z wzajemnością. Nikt nie wmówi mi jednak, że zakochanie jest tożsame z pożądaniem. Można pożądać nie kochając (tzw. seks bez zobowiązań – swoisty oksymoron, bo nie można wymieniać z kimś płynów ustrojowych i oczekiwać braku jakichkolwiek konsekwencji). Można kochać nie pożądając (miłość platoniczna, miłość rodzicielska, itp.). Wreszcie, można kochać i pożądać… Nie oznacza to jednak jeszcze, że to pożądanie natychmiast należy zrealizować. Nikomu jeszcze nic się nie stało dlatego, że powstrzymał się od współżycia. Natomiast wiele tragedii – takich jak AIDS, niechciane ciąże, zdrady, itp. – wiąże się z brakiem wstrzemięźliwości.

Czy rzeczywiście nie jestem w stanie w żaden sposób ukształtować mojego własnego dziecka pod względem seksualności?

Zastanawiam się, co chciałabym mu przekazać na ten temat. I jak mądrze to przekazać, żeby nie zrazić, nie wzbudzić niezdrowej ciekawości, a jednocześnie przekonująco wytłumaczyć? Kiedy zaczynać takie rozmowy? Czy z synem powinien porozmawiać ojciec „jak mężczyzna z mężczyzną”? Czy może raczej powinien być to temat jak każdy inny, poruszany od niechcenia przy niedzielnym obiedzie?

Na pewno chciałabym mu powiedzieć, że współżycie jest dobre. Może być piękne i wspaniałe. Nawet najwspanialszą rzecz można jednak zepsuć, jeśli nieumiejętnie się z niej korzysta.

Przede wszystkim, wbrew temu co można by wywnioskować z mediów, seks to nie jest taka gimnastyka we dwoje ani sposób na zabicie czasu w nudne popołudnie. To jest najbardziej intymne zbliżenie do jakiego może dojść między dwojgiem ludzi. Powinno być wyrazem miłości. Nie powinno więc do niego dochodzić byle jak, z byle kim, ani byle gdzie. Naturalnie jest to fizycznie możliwe do zrealizowania, ale nie należy wówczas oczekiwać, że będzie to cudowne przeżycie. Jak ze wszystkim, pierwszy raz może być tylko jeden, więc lepiej dobrze się zastanowić, nim się na niego zdecyduje. Czy naprawdę takie wspomnienie tego wydarzenia chcesz w sobie nosić do końca życia?

Myślę, że najważniejszy element spośród tych wymienionych przeze mnie „jak, gdzie i z kim” to właśnie ta druga osoba. Dla mnie na pytanie „z kim?” istnieje tylko jedna dobra odpowiedź: „z miłością Twojego życia”. Tylko wtedy tak wielka bliskość, taka czułość ma sens. Inaczej to jest zwykłe oszustwo. Twoje ciało krzyczy „jestem tylko Twój, kocham Cię, podziwiam Cię, chcę być z Tobą!” a twoje serce milczy. Ujmując to najprościej jak można: jeśli ta dziewczyna nie jest dość dobra, żeby wziąć z nią ślub, to nie jest też dość dobra, żeby iść z nią na całość. Zapytaj siebie czy chcesz mieć dzieci z tą osobą (co jest realną konsekwencją seksu, nawet przy najlepszej antykoncepcji). Czy chcesz spędzić z nią resztę życia. A jeśli odpowiedź brzmi „tak”, to nie ma się z czym śpieszyć, bo reszta życia to zazwyczaj dość długi okres czasu.

Co warte zaznaczenia, można nawet w najlepszej wierze, pomylić się co do swoich uczuć. Teraz sądzę, że to jest miłość mojego życia, a jednak za parę miesięcy się rozstajemy. Co wówczas zaoferujesz tej jedynej, kiedy już ją spotkasz? Jak mawia pewna znana mi wspaniała dziewczyna „przechodzonego, to ja nie chcę”. I ma rację. Większość ludzi pragnie takiej wyłączności: ja tylko dla Ciebie, Ty tylko dla mnie. Nie jest to jakieś naiwne marzenie. Tak powinno być. Tak może być. Nie jest łatwo w tym zwariowanym świecie, ale da się. A wtedy masz coś naprawdę wyjątkowego, czego mogą jedynie pozazdrościć ci wszyscy macho z dziesiątkami „zaliczonych” dziewczyn na koncie.

L’anniversaire

gorgeous newborn baby sleeping

Kilka dni temu świętowaliśmy z T. pierwszą rocznicę ślubu. Nie do wiary jak szybko minął ten czas. Odczucia z dnia ślubu – nadziei, obawy, podekscytowania, szczęścia – są w mojej pamięci tak żywe, a zarazem wydają się należeć do zupełnie innego życia, oddalonego o całe eony od naszej współczesności. Tamta naiwna dziewczyna w nowych butach do tańca skoczyła na główkę na głębokie wody dorosłości i zniknęła.

Teraz jest nas już troje. W. towarzyszy nam po tej stronie brzucha zaledwie od 1,5 miesiąca, a już nie potrafię sobie wyobrazić życia bez niego. Nie chcę sobie wyobrażać.

Obserwuję mojego kochanego T., jak stoi w drzwiach sypialni i z czułością wpatruje się w rozkosznie śpiącego w łóżeczku synka. Podchodzę i obejmuję męża w pasie.

- A więc tak wygląda nasza miłość – szepczę mu do ucha.

-Jest piękny.

-Jest cudowny.

W. porusza się niespokojnie przez sen i wydaje z siebie jęcząco-mruczące gardłowe dźwięki, które nauczyliśmy się już rozpoznawać jako wyraz zniecierpliwienia. T. uśmiecha się łobuzersko i mówi:

-Chodźmy, bo zaraz nasza miłość się obudzi.

Le mariage

malzenstwo

We Francji Narodowy Fundusz Zdrowia refunduje zabiegi korekcji biustu oraz stymulacji mięśni Kegla po ciąży. Odbywa się to w ramach przeciwdziałania narastającej lawinowo w tym kraju fali rozwodów. Na podstawie statystyk ustalono, że do rozwodów dochodzi często po narodzinach dziecka, z czego wysnuto wniosek, że przyczyną braku zadowolenia małżonków są zmiany zachodzące w kobiecym ciele po ciąży (sic!).

Z rozmów małżeńskich:

- Naprawdę TERAZ Ci się podobam?

- Nie. Ty mi się podobasz ZAWSZE. Podobałaś mi się w trakcie ciąży, podobałaś mi się przed ciążą, i teraz też mi się podobasz.

- Jak to jest możliwe?

- Bo Cię kocham.

Le secret

It's a boy!

It’s a boy!

Witam serdecznie po dłuższej przerwie wszystkich cierpliwych, a tych niecierpliwych, którzy już dopytują o kolejny wpis, witam z jeszcze większą serdecznością. W końcu mając takich czytelników nie miałam wyjścia i musiałam po świątecznym lenistwie zasiąść do klawiatury.

No, może przejechanie 600 km i odwiedzenie większości rodziny w ciągu pięciu dni w 35-tym tygodniu ciąży (blisko, blisko, coraz bliżej!) nie do końca podpada pod moją kategorię lenienia się, ale taki już los tych, którzy na studia wybrali się daleko od domu. W rezultacie na balkonie suszę właśnie całe góry ślicznych dziecięcych ubranek od Zająca (różowe od mamy, bo brzuszek mam okrągły a nie spiczasty; niebieskie od teściowej, bo urodę zachowałam; babcia dyplomatycznie postawiła na uniseks), a mój kochany mąż masuje mi obolałe plecy.

Z dumą donoszę, że właśnie dziś, wraz z zakupem paru ostatnich drobiazgów w aptece, osiągnęlismy stan gotowości Czapajewa. O ile nic nam nie umnknęło, mamy cały niezbędny ekwipunek do zaopiekowania się małym bezradnym szkrabem, który budząc mnie o piątej rano potężnym kopniakiem w żołądek nie wydaje się wcale ani taki mały, ani taki bezradny. Koniec końców, jeszcze się nie urodził/a, a już bez reszty zawładnął/ęła naszymi sercami, że o sercach naszych rodziców i dziadków nie wspomnę.

Swoją drogą, wiele osób dziwi się, że w czasach tak rozwiniętej technologii, wchodząc w dziewiąty miesiąc ciąży, nie znamy płci dziecka. Gdy wyjaśniamy, że to nasz własny wybór, zdziwienie jeszcze wzrasta. Niektórzy nawet nie wierzą, że nie wiemy „kto jest w środku” i sugerują, że chcemy zachować tę wiedzę dla siebie. Czy nie jesteśmy ciekawi? Ależ umieramy z ciekawości! Wiele wieczornych rozmów poświęciliśmy dywagacjom czy to on właśnie kopnął, czy też ona kopła… Tylko sprawdzam waszą koncentrację – czy kopnęła, naturalnie. Mimo to, w naszym wspólnym odczuciu, tak właśnie jest właściwie.

Cud nowego życia spowija głęboka tajemnica. Jak dochodzi do zapłodnienia (i nie mam tu na myśli opisu procesu, ale jego wyjaśnienie)? Dlaczego spośród tylu starających się par, akurat nam się udało? Do kogo dziecko będzie podobne? Jaki będzie miało temperament? Jakie talenty? Nawet najlepszy ultrasonograf nie wskaże odpowiedzi na te pytania. Przez dziewięć miesięcy dziecko żyje w ukryciu, szykując swoją wielką niespodziankę. Zdecydowaliśmy pozwolić mu zachować swoje tajemnice do czasu, gdy spotkamy się po tej stronie brzucha.

Jest to pewien problem techniczny, ponieważ zdecydowana większość producentów artykułów dziecięcych nie przygotowała się na taką możliwość. W przedbiegach odpadły różowe wózki, kaftaniki z koronkami, czapeczki z kokardkami, oraz niebieskie śpioszki z napisem „It’s a boy!”. Z drugiej strony, słyszeliśmy już historie rodziców, którzy po uprzednim sprawdzeniu płci stworzyli potomkowi cały różowy świat, tylko po to, by po porodzie przekonać się, że lekarz wprowadził ich w błąd, i oto w koronkach oraz kokardkach będą tulić synka. Co, poza pewnym skrępowaniem podczas prezentacji zdjęć z dzieciństwa, nie pociąga za sobą i tak większych konsekwencji, bo w końcu noworodkowi kompletnie wszystko jedno jakiego koloru są przemioty, które obsikuje/ na które ulewa.

Tak czy inaczej, równie mocno będziemy kochać syna jak i córkę – a gwoli ścisłości, równie mocno już kochamy. Boże Narodzenie, a następnie Wielkanoc, ze wszystkimi rozmowami na temat nowego życia, odrodzenia, zaufania, rodzicielskiej miłości Boga, i w końcu tajemnicy, w kontekście ciąży nabierają zupełnie nowego wymiaru.

PCC

Przez dłuższy czas zastanawiałam się czy taki wpis może przynieść więcej szkody czy pożytku, ale ostatecznie doszłam do wniosku, że zdrowa samokrytyka jest wskazana we wszelkich instytucjach i wspólnotach, również w Kościele. Póki co, na szerszym forum najczęściej stykam się z peanami pochwalnymi ze strony wierzących praktykujących (ci sami ludzie psioczą na to i owo ale wyłącznie we własnym gronie) i wybiórczą, często słabo umotywowaną krytyką ze strony niewierzących (którzy w istocie nierzadko chcieliby wierzyć w coś, a nie potrafią). Od razu chciałabym się zdeklarować jako wierząca praktykująca katoliczka, która jednak poza karmieniem duchowości lubi też gdy Kościół daje pożywkę dla rozumu (fides et ratio!) – a to ostatnimi czasy staje się towar luksusowy z nalepką „edycja limitowana”.

Uprzedzam lojalnie – tym razem nie będzie nic o in vitro, eutanazji, ani nawet pedofilii. Tym co w rzeczywistości nas tworzy, lub niszczy, jest szara codzienność. Zwykła Msza Święta niedzielna, dowolny kościół w jednym z Polskich miast. Średnia wieku 50+. 3/4 to kobiety. Pierwsza najistotniejsza sprawa – zajęcie właściwego miejsca (a jeśli przyszło się nieco później, zajęcie miejsca w ogóle). Moi dziadkowie regularnie wychodzą do kościoła z blisko półgodzinnych wyprzedzeniem, choć mieszkają blisko, właśnie żeby zająć miejsce. Swoje miejsce. Nie za blisko, żeby nie być na widoku, nie przy drzwiach, bo tam ciągle wieje, nie obok tego mężczyzny, któremu z rzadka przytrafia się trafić w tonację pieśni, nie obok rodziny z dzieckiem, bo będzie płakać i się wiercić, itd., itp.

Gdy już znajdziemy miejsce, należy go bronić własną krwią. Najlepiej przybrać wyraz głębokiego zatopienia w modlitwie, bądź (jeśli należymy do większości = starszych pań) udawać przygłuchych. Po co mamy się cisnąć w piątkę w ławce, w której tak wygodnie jest trzem osobom? Trzeba było wcześniej przyjść, a nie się teraz przeciskać!

Powiedzmy to sobie raz jeszcze wyraźnie: w miejscu modlitwy, gdzie przychodzimy słuchać o Miłości i Dobroci, najważniejsze na początku jest wygodne posadzenie swoich własnych czterech liter. Żeby nie obarczać całą winą starowinek – nie raz widziałam już nastolatki i młodych mężczyzn rozpartych wygodnie w ławkach, kompletnie nie zauważając stojących obok kobiet z małymi dziećmi, czy osób starszych. Taka współczesna miłość bliźniego.

Osobiście będąc w pierwszych tygodniach ciąży bardzo źle się czułam, często wymiotowałam, nie mogłam długo stać, bo robiło mi się słabo – ale rzecz jasna, brzuszka jeszcze nie było widać. Po wejściu do jednego z poznańskich kościołów przed rozpoczęciem Mszy, znalazłam jedyne wolne miejsce obok kobiety wyglądającej na około 60 lat. Z dużym niezadowoleniem przepuściła mnie przed sobą, choć siedziała z brzegu i wystarczyłoby się przesunąć (pilnuj miejsca swego!). Niestety starsze panie mają upodobanie do mocnych perfum, a duże nagromadzenie starszych pań w jednym miejscu oznacza niezwykłą mieszankę owych zapachów. Po jakichś 10 minutach nabożeństwa zobaczyłam mroczki przed oczami i zrozumiałam, że za chwilę stracę przytomność, po cichu poprosiłam więc tę samą kobietę, by mnie wypuściła. Zero reakcji. Słabym głosem ponowiłam prośbę, nieco głośniej – równie dobrze mogłabym prosić by przesunął się pobliski posąg Maryi Panny (a może ona prędzej by się zlitowała?), twarz mojej sąsiadki wyrażała jednoznacznie co myśli o takich, co to się kręcą w tą i z powrotem i człowiekowi się pomodlić nie dają. Musiałam wyglądać nieciekawie, bo w końcu siedząca za nami kobieta w średnim wieku potrząsnęła jej ramieniem i rozeźlonym głosem kazała jej mnie wypuścić, co nastąpiło nie bez ociągania się, fukania i gniewnych spojrzeń. Gdy wreszcie blada jak ściana, ledwo trzymając się na nogach wyszłam na świeże powietrze, wcale nie miałam ochoty wracać do środka. Było dla mnie za duszno – dosłownie i w przenośni.

Innym razem, w innym kościele – teraz brzuszek było widać już bardzo wyraźnie – podchodzę przed Mszą do młodego mężczyzny, który na całej długości ławki rozłożył parasol. Nieśmiało pytam: „Przepraszam, czy tu wolne?”, łypnął na mnie niechętnie i wyrzucił z siebie (chyba nie ja pierwsza go o to zapytałam) „Tak, zajęte!”. Nawet nie przyszło mu do głowy, żeby w przepełnionym kościele ustąpić tego miejsca, na którym sam siedział (pozostałe pewnie trzymał dla żony/ babci/ dzieci), kobiecie w zaawansowanej ciąży. Miłujmy się jak bracia. Może jest jedynakiem?

No dobrze, powiedzmy, że udało nam się zająć z góry upatrzone pozycje. Zaczyna się pieśń na wejście, czyli solo organisty z okazjonalnym chórkiem mruczących coś pod nosem – albo i nie – wiernych. Ludzie kochani! Pieśni w kościele nie są po to, żeby organista sobie pośpiewał. Mają nie tyle stanowić miły dla ucha przerywnik w modlitwie, czy też wprowadzać nas w klimat modlitwy, co być naszą modlitwą oraz jednoczyć wspólnotę eucharystyczną. Jaka wspólnota, taka modlitwa.

Inną sprawą jest, że polski Kościół katolicki jest nieustannie pogrążony w smutku. Nawet „Wesoły nam dzień dziś nastał” bywa wykonywany w tonacjach molowych, a dla wielu duszpasterzy rok liturgiczny dzieli się na Adwent, Wielki Post, Wszystkich Świętych, oraz przygotowania do tych okresów postu, pokuty i rozmyślań nad kruchością ludzkiego żywota. Gdzie ta radość z Dobrej Nowiny? Co to za „Wesoły dzień”, w którym ludzie spuszczają nos na kwintę i narzekają na wszystko, co powstało po XVIII wieku? Kiedy widzę autentyczną radość, którą wręcz tryskają przedstawiciele młodych Kościołów protestanckich, zastanawiam się, jak to jest, że mamy tą samą Dobrą Nowinę, a nie umiemy się z niej tak samo cieszyć.

Z moich obserwacji wynika, że ludzie, którzy dopiero co z takim poświęceniem wyszli wcześniej z domu by następnie dzielnie walczyć o wygodne miejsca, z momentem rozpoczęcia Eucharystii tracą cały zapał, wyłączają wyższe funkcje życiowe i oczekują, by ich obsłużono. Niczym bezwolne zombie to wstają, to siadają, to znów klęczą, szemrząc wyuczone regułki, myśląc o czym innym. „Ciekawe co na obiad?”, „Po drodze do domu muszę jeszcze…”, „Dlaczego to tak długo się ciągnie? Mamy dzisiaj jakieś święto?”, „Ależ tamta się ubrała!” – myślę, że mniej-więcej tak przedstawiają się pobożne myśli większości wspólnoty. Ksiądz odprawi Mszę, ministranci i organista/ chór/ schola zajmą się całą resztą.

My tu gadu-gadu, (ewentualnie śpiewu-śpiewu) a tymczasem nadchodzi kazanie. Bardzo rzadko zdarza mi się usłyszeć sensowne kazanie, które miałoby przemyślany przekaz, wstęp, rozwinięcie i zakończenie, i na dodatek odnosiłoby się w sposób bezpośredni do liturgii słowa na dany dzień. Wymienione kryteria wydają się tak oczywiste, że to niemal tautologia, a jednak… Regularnie natykam się na kaznodziejów, którzy z takich lub innych powodów nie przygotowali się do kazania i:

  • opowiadają mi raz jeszcze własnymi słowami czytania oraz Ewangelię, które przed chwilą słyszałam,
  • powtarzają bezpieczne truizmy, które wszyscy słyszeli już zbyt wiele razy („niech wszyscy zgadzają się ze sobą, a będzie nadal tak jak jest”),
  • wyrzucają z siebie potok chaotycznych skojarzeń na temat liturgii słowa, które akurat przyszły im do głowy, klucząc przy tym, powracając do niektórych wątków, a inne przerywając w pół,
  • czytają gotowce z internetu, nie skąpiąc słuchaczom potknięć w odczycie.

Przygotowane kazania także bywają lepsze i gorsze, ale doceniam fakt, ze przynajmniej ksiądz potraktował słuchaczy poważnie. Fakt, że księża zostają powołani do kapłaństwa, jak również, że Duch Święty przemawia przez nich, nie zwalnia ich z obowiązku przemyślenia swojego wystąpienia, jak każdego innego mówcę. Czy chcą tego, czy nie, to jest nie tylko powołanie, ale również ich zawód. Mówi się przecież o lekarzach czy nauczycielach z powołania – czy wyobrażacie sobie, że idziecie do lekarza, a on po badaniu mówi: „Co prawda nie wiem, co Pani/Panu dolega, ale mogę bardzo dokładnie opowiedzieć jakie ma Pan/Pani objawy…”?

Jestem rozczarowana i rozeźlona całą tą sytuacją. Nie mam ochoty należeć do stada bezmyślnych owiec, które wysłuchują truizmów z ambony, mamroczą pod nosem i bezmyślnie powtarzają wyuczone gesty. Przez długi czas aktywnie udzielałam się w Oazie, pełniłam funkcję kantora i lektora, jeździłam na rekolekcje jako uczestnik i animator. Rzecz w tym, że po powrocie z rekolekcji nie ma za bardzo na czym się wesprzeć – tam piękne kazania, medytacja, ludzie, którzy wiedzą gdzie i po co przyszli, śpiew na głosy, zaangażowanie, zapał – żywa wiara – a tutaj…. Wszystko, co opisane we wcześniejszych akapitach niniejszego tekstu. Dlaczego na rekolekcjach można podnieść poprzeczkę, a na co dzień nie?

Co więcej, aktualnie dla Kościoła nie jestem grupą targetową. Słowo honoru! Wspólnoty w mojej parafii przedstawiają się następująco: schola małych dzieci, schola młodzieżowa, Oaza (młodzież), ministranci, Apostolstwo Dobrej Śmierci (sic!). Wyraźnie więc widać, że do kościoła chodzą tylko małe dzieci, młodzież oraz emeryci. Dla kobiet w ciąży miejsca brak (dosłownie i w przenośni). Znam osobiście 30-latków, którzy nadal należą do Duszpasterstwa Akademickiego, mimo, ze studia dawno już za nimi, ale chcą być aktywni w Kościele, który nie ma im nic do zaoferowania.

Jakie wnioski na koniec tych smutnych rozważań o stanie Kościoła? Nie mam zamiaru obrażać się na Boga, czy na wiarę, za to, że ludzie potrafią zniekształcić najszlachetniejszą nawet ideę. Cieszę się, że przynajmniej nie zaszło to tak daleko, jak z Koranem w interpretacji Talibów. Cieszy mnie ogromnie każdy kontakt z ludźmi żywej wiary – tak świeckimi, jak i duchownymi. Jestem w trakcie poszukiwania wspólnoty poza moją parafią, to dla mnie pilna sprawa. Czytam o duchowości i rozwijam się na miarę swoich skromnych możliwości.

Polski Kościół katolicki jest najwyraźniej zmęczony, w moim przekonaniu nie pociągnie już długo w tej formie. Z wielu stron napływają mnie wieści, że już wkrótce skończy się wiara „masowa”, że ilość przerodzi się w jakość, a Msze będą odbywać się w domach zamiast w kościołach – jak w początkach Chrześcijaństwa. Może nie zabrzmi to politycznie poprawnie, ale bardzo na to liczę. Nie jestem święta, jednak gdy coś robię, chcę robić to na 100%, a nie na pół gwizdka. Inaczej szkoda mojego czasu.

A na koniec trochę autentycznej radości w śpiewie ludzi wierzących, może ktoś się zarazi i na następnej Mszy Świętej zadziwi szare otoczenie mocnym soczystym basem?


http://www.youtube.com/watch?v=a37bBm8pXSk

Both sides now

Spędzamy z T. i szwagierką weekend u teściów. Szwagierka w dalszej części tego bloga będzie zwana A., ponieważ:

1. za często tu się pojawia, żeby za każdym razem nazywać ją przydługim mianem szwagierki,

2. szwagierka nie brzmi jakoś specjalnie sympatycznie, a A. to bardzo sympatyczna osoba a zarazem najbliższa siostry istota jaką na tym świecie posiadam.

Dochodzę do przekonania, że połączenie w akcie małżeństwa dwóch rodzin to ogromne błogosławieństwo. Pomyślcie tylko: podwójne domowe obiadki, dodatkowe rodzeństwo, z którym można się wygłupiać i przedrzeźniać, dwa razy więcej urodzin i imienin, dwa razy więcej pretekstów do spotkań rodzinnych i, ma się rozumieć, dwa razy więcej śmiechu oraz rozmów o życiu i śmierci (niekoniecznie w tej akurat kolejności)!

Wybrałyśmy się dziś z A. do jej kuzynki, która mieszka nieopodal z mężem, dwójką przeuroczych synków, psem oraz rybkami. Nie sposób wręcz uwierzyć ile miłości mieści się w ich malutkim mieszkanku. Od pierwszego momentu gdy weszłam do tego domu poczułam się wciągnięta w sam środek ich życia, zupełnie jakbyśmy byli starymi przyjaciółmi. Starszy synek zaanektował moje kolana, młodszy co jakiś czas przybiegał zaprezentować którąś z zabawek, a gospodarze ze swadą opowiadali historie pełne życia i radości. Jak bardzo tego potrzebowałam! Jak bardzo potrzeba takich ludzi i takich domów!

Teraz siedzę sobie i piję gorące kakao w gigantycznym kubku przyrządzone specjalnie na moją prośbę przez tatę T. i jest mi dobrze. Niech żyje weekend! Niech żyje rodzina!

Coming back to you

Powroty”

moja dłoń w Twoich dłoniach

jest w domu

bezpieczna, uśpiona

jak człowiek, który po całym dniu

krążenia i szukania

prób, czekania i dreptania

przymyka oczy w głębokim fotelu

(dla T., który jest lekiem na całe zło – ode mnie)