La berceuse

Od dnia narodzin Synka nasz dom zapełnił się wszelkiego rodzaju akcesoriami dla niemowląt. Bujaczki, huśtawki i maty edukacyjne hojnie ofiarowane przez rodzinę zapełniły nieomal całą wolną przestrzeń domową. Urządzenia te są dość proste w obsłudze, w myśl zasady „jeśli rozgryzłeś jedno, rozgryzłeś wszystkie”. Mimo to, producenci nie przewidzieli najwyraźniej opcji zmęczonego, niedospanego i zagubionego początkującego rodzica. Mała ilustracja:

Jest wieczór. Wreszcie udało mi się przechytrzyć (tak, tak – dobrze przeczytaliście – napisałam „przechytrzyć” w odniesieniu do dwumiesięcznego niemowlęcia!) W. i sprawić, żeby usnął. Wzięłam się na sposób i do ostatniego wieczornego karmienia kładę się z nim na łóżku, a kiedy przyśnie czekam jeszcze dziesięć minut aż się upewnię, że mocno zasnął. Wtedy, wstrzymując oddech, powolutku odsuwam się i wychodzę na paluszkach. Po około godzinie mogę spokojnie przełożyć dziecko do łóżeczka. Ta-da!

Właśnie udało mi się wykonać plan aż do punktu wyjścia z sypialni, kiedy nagle rozległo się gromkie „TRU-TU-TU-TU!” trąbki, po czym dołączyły do niej rytmiczne dźwięki skocznej piosenki. Znieruchomiałam, porażona strachem, że oto za chwilę usłyszę płacz. Zamiast niego usłyszałam jednak parę ostrych słów w wykonaniu Małżonka, po czym nastąpiły cztery różne przeraźliwie energetyczne melodyjki, a po nich niemniej głośne dźwięki lasu i szum morza, nim wreszcie zapadła błoga cisza.

Pełna obaw zajrzałam do sypialni – spokój i cisza. Zajrzałam do kuchni, a tam mąż w stanie przedzawałowym z niedowierzaniem wpatruje się w niewinnie wyglądające dziecięce siedzonko. Okazało się, że T. odkrył, iż w jednym z bujaczków W. pozostawiliśmy uruchomione wibracje. Usilne, gorączkowe próby ich wyłączenia stały się przyczyną powstałej kakofonii.

I niech teraz ktoś mi powie, że opieka nad dziećmi pozbawia szansy na mocne doznania…

Près des remparts de Séville

Za każdym razem, gdy idę do opery, wypatruję jej. Młodej dziewczyny, która przyszła sama. Nie wspiera się na męskim ramieniu w garniturze, nie trajkocze z grupką koleżanek. Nikt jej tu nie przywlókł na siłę, ani nie zaprosił, żeby jej zaimponować obyciem.

Przyszła, ponieważ sama tak zdecydowała. Dziś świętuje.

Jej szminka jest odrobinę zbyt czerwona. Bluzka z czarnej koronki nieznacznie prześwitująca. Wydaje jej się, że to szczyt frywolności. Zawsze przychodzi przed czasem. Szukając swojego miejsca dyskretnie gładzi koniuszkami palców miękkie, szkarłatne obicia foteli. Obserwuje nadciągających widzów i snuje o nich fantastyczne historie. Czy to sekretni kochankowie? O czym szepczą? Skąd przyszli i dokąd pójdą później? Zamyka oczy, by posłuchać jak gwar rozmów miesza się z dźwiękami strojącej się orkiestry.

Od pierwszych tonów uwertury chłonie muzykę, zupełnie jakby miała potem odtwarzać ją z pamięci – co zresztą zrobi, zaraz po wyjściu ze spektaklu. Czekając w zbitej grupce pasażerów na tramwaj, lub wracając na pieszo w szykownych, niemożliwie niewygodnych butach na obcasach, wciąż na nowo będzie słuchać we własnych myślach ulubionych fragmentów „Madame Butterfly”, „Traviaty”, „Toski” i „Carmen”.

Wchodząc na widownię szukam siebie sprzed kilku lat.

„Romans przyimkowy”

Czasem z T.

idziemy dzień codzienny święcić:

On w czarnej koszuli,

ja w czarnej sukience.

Dostojnie,

pod rękę,

pod parasolem,

pod prąd.

W świetle lamp,

w stukocie szpilek po opustoszałym bruku,

w deszczu,

w tajemnicy,

w ten osobny, własny świat.

Na koncert,

na przekór,

i na zawsze.

KPP’

2. Psyche

  • nie wstydź się!przede wszystkim nie wstydź się mówić lekarzowi o swoich dolegliwościach i obawach. Zadawaj pytania. Może to nic takiego, a może poważna sprawa – lepiej wyjść na panikarę niż później pluć sobie w brodę. Poza tym Twój spokój dobrze wpływa na dziecko, nie warto więc obciążać się niepotrzebnymi obawami i stresami.

    Nie wstydź się też brzuszka. Wiele kobiet chciałoby być na Twoim miejscu, ciesz się swoim szczęściem! Nie musisz zaraz zakładać bluzki z gołym brzuchem, czy koszulki z wielkim napisem „Będę mamą”, ale nie ma też powodu do ukrywania się ze swoim stanem (no, chyba, że akurat masz powód, ale to już inna historia).

  • wiedza – to, co nieznane, zawsze budzi obawy. Czytaj, pytaj, idź do szkoły rodzenia, rozmawiaj ze świeżo upieczonymi matkami, położnymi, lekarzem, własną mamą… Im więcej będziesz wiedziała o rozwoju swojego dziecka, ciąży i porodzie, tym łatwiej będzie Ci przejść przez ten trudny okres. Poza głębszym zrozumieniem swoich nastrojów oraz potrzeb, a co za tym idzie łatwiejszym zapanowaniem nad nimi, pozwoli Ci to również odróżnić typową przypadłość od groźnej choroby, czy rozpoznać początek porodu. Wtajemniczaj w swoje odkrycia i obawy także męża – niech czuje, że jest istotnym uczestnikiem ciąży.

  • nawiąż kontakt – co prawda, Twoje dziecko nie może jeszcze z Tobą porozmawiać, ale Ty możesz do niego mówić, pukać, głaskać po brzuszku, a nawet opowiadać bajki czy śpiewać kołysanki. Dzieci zaczynają słyszeć dźwięki spoza organizmu matki ok. 19 tygodnia życia płodowego, a do tygodnia 35 ich słuch osiąga przedział częstotliwości 100-3000 Hz (Hepper & Shahidullah, Development of fetal hearing). Wszystkie dzieci po urodzeniu bezbłędnie rozpoznają głos matki i – jeśli często słyszały go w trakcie ciąży – ojca. Nie bagatelizujcie więc roli jednostronnej rozmowy z nowym domownikiem. W moim przekonaniu nigdy nie jest za wcześnie, żeby okazać swojemu dziecku czułość.

  • wygląd – nie odkryje Ameryki, kto stwierdzi, że zadbany wygląd poprawia kobiecie nastrój (no, chyba, że nie jest to jej własny wygląd ;-)). Nie kupuj zbyt wielu ubrań ciążowych, nie przyzwyczajaj się też do nich zbytnio – przecież wkrótce planujesz powrócić do dawnego rozmiaru! Jak długo będzie to możliwe noś ubrania w swoim zwykłym rozmiarze (pod warunkiem, że nie uciskają brzuszka!). Potem możesz np. pożyczyć koszulę od męża. Jeśli jednak już coś kupujesz, niech będzie to naprawdę ładne (a nie tylko funkcjonalne) i sprawi Ci przyjemność.

    Pamiętaj o doborze odpowiedniej bielizny. Najprawdopodobniej będziesz musiała zmienić rozmiar stanika – warto kupić biustonosz dobrej firmy z mocnym, potrójnym zapięciem i na szerokich, niewżynających się w skórę ramiączkach. Majtki koniecznie wygodne i bawełniane – syntetyczne materiały sprzyjają infekcjom. Nie muszą być to produkty ze sklepów specjalnie stworzonych dla kobiet w ciąży – tam zapłacisz za to samo znacznie drożej.

    Na przyrost masy masz dość ograniczony wpływ (vidi poprzedni artykuł), masz jednak wpływ na zadbane włosy, zęby i paznokcie. Odwiedzaj kosmetyczkę, fryzjera i dentystę (potem może nie być na to czasu!). Pomaluj paznokcie, zrób sobie makijaż i ładną fryzurę. Jeśli nie masz mdłości, użyj ulubionych perfum lub pachnącego balsamu do ciała.

    W końcu – uśmiechaj się! W uśmiechu każdemu jest do twarzy :-).

  • dobre towarzystwo – Twoje podekscytowanie nową rolą jest zrozumiałe, ale spędzaj czas także z „normalnymi” ludźmi, którzy nie buszują całymi dniami w internecie w poszukiwaniu najlepszego fotelika samochodowego i nie wiedzą czym jest oksytocyna (hormon o dużym znaczeniu podczas akcji porodowej). To pomaga nabrać dystansu i nie stracić kontaktu z rzeczywistością.

  • dobra muzyka – na rozwój mózgu rzekomo dobrze wpływa muzyka Mozarta, jednak jak większość hipotez naukowych, przekonanie to ma zarówno zagorzałych zwolenników, jak i przeciwników. Jeśli nie lubisz muzyki poważnej, z pewnością nie ma sensu się katować, żeby, posługując się słowami klasyka „stymulować dziecko w główkę”. Niech to będzie coś, co sprawia Ci przyjemność – pod warunkiem, że nie jest to heavy metal, którego zmienny rytm połączony z głośnymi dźwiękami może budzić w dziecku niepokój. Warto zwrócić uwagę na dobór repertuaru, gdyż istnieje szansa, że dziecko zapamięta co słyszało w ostatnich 6 tygodniach ciąży. Te utwory mogą działać kojąco, gdy dziecko wystraszy się, lub będzie mu smutno już po narodzinach (Lecanuet, Garnier-Deferre, & Busnel, Differential fetal auditory reactiveness as a function of stimulus characteristics and state, 1989).

  • zajęcie – jeśli nie chodzisz już do pracy, może być Ci trudno zorganizować swój dzień tak, by nie mieć poczucia straconego czasu. Ucz się nowych rzeczy, fotografuj, spotykaj się ze znajomymi, poznaj lepiej swoje miasto podczas spacerów, chodź do kina i teatru. Przypominam, że w Poznaniu odbywa się aktualnie Festiwal Nauki i Sztuki, który jak co roku ma bardzo szeroka ofertę :-). Jeśli nie czujesz się na siłach wychodzić z domu, czytaj książki, uporządkuj zdjęcia, nadrób zaległości filmowe, odpisz na maile, lub stwórz bloga. A może upieczesz chleb, albo własnoręcznie wykonasz kartki świąteczne? Jedynym ograniczeniem jest Twoja własna kreatywność!

Pamiętaj, że jeśli Ty będziesz spokojna i radosna w czasie ciąży, te emocje odczuwać będzie także Twoje dziecko. Ponieważ wszystkie substancje odżywcze pobiera ono z Twojej krwi, otrzymuje niejako „gratis” adrenalinę, gdy się boisz, czy złościsz, a endorfiny gdy jesteś zadowolona. Stała ekspozycja na pierwszy z tych hormonów zwiększa prawdopodobieństwo urodzenia dziecka neurotycznego, płaczliwego i chorowitego – na drugi, spokojnego i pogodnego.

W grudniowym „Przebudźcie się” z 2000 roku można przeczytać następujący tekst:

(…) w książce Love and Its Place in Nature (Miłość i jej miejsce w naturze) zauważono, że bez miłości „dzieci umierają”. Ashley Montagu, wybitny antropolog pochodzenia brytyjskiego, oświadczył wręcz: „Dziecko niekochane bardzo się różni pod względem biochemicznym, fizjologicznym i psychicznym od dziecka darzonego miłością. To pierwsze nawet inaczej rośnie”.

W dzienniku The Toronto Star opublikowano wyniki badań prowadzące do podobnych wniosków. Czytamy tam: „Dzieci, które nie są regularnie przytulane, pieszczone lub głaskane (…) mają nienaturalnie wysoki poziom hormonów stresu”. Brak kontaktu fizycznego we wczesnym dzieciństwie „może mieć poważny i długotrwały wpływ na zdolności uczenia się i zapamiętywania”.

Natomiast w gazecie Focus wyczytałam:

Margaret Harlow i jej mąż Harry przeprowadzili na początku lat 60. okrutny eksperyment na rezusach. Rozdzielili matkę i jej nowo narodzone dziecko. Młodego rezusa umieścili w klatce, w której znajdował się druciany model małpy z butelką zawsze wypełnioną mlekiem oraz szmaciany model matki bez butelki. Mały rezus miał w ten sposób zapewnione wyżywienie, ale był pozbawiony kontaktu z matką. Naukowcy chcieli się przekonać, jak wpłynie to na rozwój młodego. Okazało się, że pierwsze miesiące życia rezus spędzał wczepiony w szmacianą „matkę”, a na drucianej kukle przebywał tylko godzinę na dobę. Gdy osiągnął dojrzałość, nie był w stanie nawiązać kontaktu z innymi rezusami. Do końca życia pozostał społecznie upośledzony. Dlatego w drugim doświadczeniu państwo Harlow pozwalali kolejnej młodej małpce 15 minut dziennie przebywać z innym małym rezusem, również oddzielonym od matki. Chociaż ta para lepiej poradziła sobie w dorosłym życiu, ich dzieciństwo było dramatyczne. Przez pierwszy miesiąc życia każda piętnastominutowa wizyta wyglądała tak samo: małpki wtulały się w siebie i trwały tak do końca widzenia. Obojgu naukowcom do dziś wypomina się niehumanitarny eksperyment, tym bardziej że na świecie żyje dużo małpich sierot, a obserwacja ich zachowania pozwala wyciągnąć identyczne wnioski: zapewnienie sierocie pożywienia i schronienia nie wystarczy. Konieczny jest bliski kontakt z innym osobnikiem, aby maleństwo prawidłowo się rozwijało. Jeśli taką prawidłowość zaobserwowano u małp, to możemy mieć pewność, że człowieka dotyczy ona w dużo większym stopniu.(
http://www.focus.pl/czlowiek/czulosc-sie-oplaca-5077
)

Pozostawiam pod rozwagę.

All’s well that starts well

Już otworzenie jednego oka wystarczyło mi, by stwierdzić ponad wszelką wątpliwość, że aura nie dopisała. Znów. Szaro buro i ponuro, co więcej, o każdej porze dnia dokładnie tak samo. W przeciwieństwie do polskich drogowców nie dałam się jednak zaskoczyć zimie i bez paniki zaczęłam wdrażać mój Stuprocentowo Skuteczny Program Antydepresyjny. Aby uniknąć nieporozumień: słowo „stuprocentowo”, znaczy tu, że moja skromna osoba stosująca się do tegoż programu nie ma jeszcze depresji. Może wkrótce doczekam się większej puli respondentów co do skuteczności metody. Gotowi? Zaczynamy!

1. DOKTOR SEN

Jak zwykle wszystko zaczyna się od solidnych przygotowań. Słowem: połóżcie się spać odpowiednio wcześnie, aby rano czuć się wyspanym. Na ogół przyjmuje się, że dorosłej osobie wystarcza 7 godzin snu, praktyka pokazuje jednak, że dla każdego „wystarczająco długo” oznacza co innego. A kiedy już zadzwoni budzik, nie ma litości. Nie ma „jeszcze tylko minutkę”, nie ustawiamy drzemki, nie zastanawiamy się nad sensownością porannego wstawania, ludzkiego istnienia ani porządku świata jako takiego. Wstajemy! Raz, raz! Jeśli należycie do tego samego typu okropnego śpiocha co ja, polecam zaraz po obudzeniu otworzyć szeroko okno sypialni i przepłukać twarz zimną wodą (nie zaszkodzi uśmiechnąć się do zapuchniętego odbicia w lustrze :)). Chęć na powrót do łóżka zdaje się maleć wprost proporcjonalnie do temperatury tegoż.

2. TRZYMAJ FORMĘ PONAD NORMĘ

Oczy mamy już jako-tako otwarte, idziemy więc za ciosem! Czas rozruszać pozostałe rozespane członki. Forma dowolna, pod warunkiem, że będą to ćwiczenia wyzwalające energię, a nie wyciszające (tak, tak, cwaniaczki, stretching na kanapie odpada). Bardzo pomaga ćwiczenie do rytmu ulubionej muzyki (obowiązkowe zawodzenie wraz z wokalistą), dziś na przykład zaczęłam dzień z przystojniakami z ZZ Top:

3. PRYSZNIC

Chyba wszyscy się zgodzimy, że to czysta przyjemność. Pobudzająco działają żele o zapachu cytrusów i nie za gorąca woda. Jeszcze niedobudzonym hardcore’om  na ratunek może przyjść już tylko woda lodowato zimna.

4. NAJWAŻNIEJSZY POSIŁEK DNIA

Czyli pożywne, lekkie i smaczne śniadanie. Pierwszy krok do sukcesu: trzeba je zjeść. Najlepiej w rozsądnym tempie i na siedząco. Do picia zielona herbata lub mate – kawa słynie co prawda z właściwości pobudzających, jednak im dłużej ktoś ją spożywa, tym słabszy efekt. Podobnie rzecz się ma z innym produktem, który „na twym chlebie co dnia da ci energii smak” – owszem, produkty bogate w węglowodany dodają energii, ale na krótką metę. Już po chwili ich konsumenci skazani są na jeszcze gorszy spadek nastroju niż przed jedzeniem. Rzecz jasna, małe odstępstwo raz na jakiś czas jeszcze nikogo nie zabiło…

5. COŚ DLA DUCHA

Znajdź przed wyjściem z domu chwilę na zajrzenie w głąb siebie. Żeby wytrwać w porannym rygorze trzeba wyznaczyć sobie cele sięgające dalej niż tylko przetrwanie poranka, stycznia, czy zimy. Pomódl się, pomedytuj, przeczytaj myśl, która Cię zainspiruje. Jeśli chcesz znaleźć w tym dniu spokój i ciszę, możesz liczyć tylko na te, które zabierzesz ze sobą z domu.

No dobrze, moi szalenie obudzeni czytelnicy, my tu gadu-gadu, a szarlotka dla męża sama się nie upiecze. Trzymajcie kciuki i miłego dnia!

So this is… an alternative

Do świąt pozostało już tylko 5 dni, co oznacza najprawdopodobniej, że wszyscy żyjący i przy okazji posiadający słuch Polacy usłyszeli już w radiu „Last Christmas”, „All I want for Christmas is you”, „So this is Christmas” i całą resztę świątecznych standardów, które większość stacji radiowych odgrzewa co roku w tym okresie. Czasem odnoszę wrażenie, że jest to trening odruchu Pawłowa – słyszysz pierwsze dźwięki i już wiesz, że zbliżają się święta, więc ruszasz do sklepu na przedświąteczne zakupy. Tak czy inaczej, odgrzewanie starych kotletów kiedyś musi się skończyć – a przynajmniej taką mam nadzieję, bo jak wiadomo, konsumpcja nieświeżej żywności ma określone konsekwencje. Tymczasem chciałabym zaproponować parę alternatywnych utworów około-świątecznych.

1. Enya – Oh come, oh come, Emmanuel. Zaczynamy delikatnie. Utwór brzmi smutno, ale są to dźwięki, od których brzmienia w głowie jeszcze długo po przesłuchaniu trudno się uwolnić.

2. Lemmy Kilmister – Run, run Rudolph. Już wspominany na łamach niniejszego bloga. Wszelki komentarz jest zbędny.

3. Bob Dylan – It must be Santa. Dylan to nazwisko, które mówi samo za siebie. Równie wart uwagi co sama piosenka jest tu również teledysk.

4. The Killers – Don’t shoot me Santa. Ku przestrodze dla niegrzecznych dzieci. I ten uroczy sweterek z choinką!

5. Y. Shukyurov – Tango Atlantico. Propozycja dla tych, którzy lubią bardziej pikantne brzmienia i może odrobinę tańca przy choince.

6. Jingle Cats – Silent Night. Czyli kolędowanie w wersji dla miłośników zwierząt (do wspólnego śpiewania z pupilem).

7. Eric Idle – F**k Christmas. Dla osób skrajnie sfrustrowanych komercyjnym charakterem świąt. Monty Python zna się na takim stanie ducha jak nikt inny na świecie.

To tylko kilka propozycji, które akurat mi wpadły do głowy. Jak widać, świąteczna oferta muzyczna jest niezwykle bogata. Dlaczego więc w kółko męczyć „Do they know it’s Christmas”? Wiedzą, wiedzą, wystarczyło powiedzieć raz!

homecoming

„Wracam do domu”, pomyślałam idąc nieśpiesznym wakacyjnym krokiem. Słońce przyjemnie grzało mi plecy. Do domu.
Jak to się zmienia! Jeszcze niedawno dom był tam, na prowincji, wśród pól i lasów. Rodzina bocianów z pobliskiego gniazda zlatywała się o świcie przed domem na śniadanie. Sarny podgryzały nam młode jabłonki w ogrodzie. Jadąc samochodem trzeba było uważać na wędrujące gromady dzików, które zawsze bardzo karnie przechodziły przez jezdnię równiutkim rzędem: dorosły (tata? mama?) dzik, w środku małe i na końcu znów dorosły. Wrzask, bo przecież nie śpiew, ptaków o wschodzie słońca był nie do wytrzymania, budzik stał w zapomnieniu zupełnie bezużyteczny. A teraz nagle dom w Poznaniu.
I to wcale nie jakiś wymuszony, wyuczony „dom”, bo gdzieś przecież trzeba wracać, ale prawdziwie przyjęty sercem, własny. Taki, w którym rano codziennie o 7.15 słychać dzwony kościoła wygrywające melodię „Kiedy ranne wstają zorze..”, a wieczorem o 21.00 „Apel jasnogórski”. Koniec końców, szykując sobie kanapki na śniadanie podśpiewuję sobie „Bądź pochwaalon Boże wielki!”. A czemu by nie miał być pochwalon, owszem, kanapki bardzo smaczne.
Sąsiedzi z góry grywają popołudniami na pianinie standardy jazzowe, a sąsiedzi z dołu mają małe dziecko i jeszcze nie za bardzo wiedzą co robić, żeby przestało płakać. Zauważyłam, że kiedy sąsiedzi z góry grają na pianinie, dziecko z dołu nigdy nie płacze. No, ale co ja tam wiem, może akurat wtedy śpi albo jest na spacerze.
Zresztą na brak dzieci narzekać nie można, w budynku obok jest przedszkole i maluchy spędzają sporą część dnia na placu zabaw, sypiąc się piaskiem, wyrywając sobie wiaderka i tłukąc się nawzajem szpadelkami na zdrowie, tuż pod moimi oknami. Nawet w naszym mieszkaniu, które właśnie urządzamy jest zostawiony pokój „dziecięcy”, bo kto wie, może już niedługo, może już wkrótce…dołączy jeszcze jeden/jedna wojownik/wojowniczka na piaskownicowym placu boju. A tak, „w naszym”, bo dom to dla mnie przede wszystkim ludzie, rodzina, a od miesiąca moją rodziną jest T. Właśnie słyszę zgrzyt jego klucza w zamku. Będziemy dzisiaj piec muffinki. Trzeba się trochę wreszcie dać zamerykanizować!

A dla Was „Sielanka o domu” Wolnej Grupy Bukowina, bo tak to właśnie wymarzyłam:

A jeśli dom będę miał,
To będzie bukowy koniecznie,
Pachnący i słoneczny.
Wieczorem usiądę – wiatr gra,
A zegar na ścianie gwarzy.
Dobrze się idzie panie zegarze,
Tik tak, tik tak, tik tak.
Świeca skwierczy i mruga przewrotnie,
Więc puszczam oko do niej,
Dobry humor dziś pani ma, / x2

ref.
Szukam, szukania mi trzeba,
Domu gitarą i piórem,
A góry nade mną jak niebo,
A niebo nade mną jak góry.

Gdy głosy usłyszę u drzwi
Czyjekolwiek, wejdźcie, poproszę
Jestem zbieraczem głosów,
A dom mój bardzo lubi, gdy
Śmiech ściany mu rozjaśnia
I gędźby lubi pieśni,
Wpadnijcie na parę chwil
Kiedy los was zawiedzie w te strony,
Bo dom mój otworem stoi
Dla takich jak wy, /x2

Zaproszę dzień i noc,
Zaproszę cztery wiatry.
Dla wszystkich drzwi otwarte,
Ktoś poda pierwszy ton,
Zagramy na góry koncert.
Buków porą pachnącą
Nasiąkną ściany grą,
A zmęczonym wędrownikom
Odpocząć pozwolą muzyką,
Bo taki będzie mój dom /x3