Faire la java

źródło: https://memesuper.com

źródło: https://memesuper.com

Co za deszczowa pogoda! Mam nadzieję, że komuś przydała się moja inspiracja z wyjściem do palmiarni :-) My dzisiaj zaliczyliśmy konkurs skoków przez kałuże, ale że nie samym matkowaniem żyje człowiek, teraz coś z zupełnie innej beczki.

Od prawie dwóch lat jestem – jak to się profesjonalnie nazywa – słuchaczem studiów podyplomowych, chociaż lubię się uważać za studentkę, bo od samego słuchania egzaminów się nie zdaje ;-) . Zwłaszcza ten drugi rok jest dla mnie trudny, ze względu na ciążę, która rozpoczęła się niemal równocześnie z rokiem akademickim. Zajęcia odbywają się prawie w każdy weekend (do wakacji mam jeszcze 2 wolne: Wielkanoc i długi weekend majowy, ale tylko dlatego, że go wcześniej odpracowaliśmy!).

W związku z tym, nie raz, i nie dwa, przechodziłam ciężkie chwile, wstając w kolejną sobotę rano z porannymi mdłościami. Albo w kolejny piątek, przygotowując się do zajęć ze świadomością, że moje koleżanki-mamy szykują się na rodzinne wycieczki, wspólne pieczenie ciasteczek, wizytę rodziców, czy babski wypad do centrum miasta. A jednak, pomimo wszystkich niewygód i niedogodności, zachęcam wszystkie mamy do studiowania i rozwijania swoich pasji. Śpieszę z wyjaśnieniem dlaczego.

Dumna mama dumnych dzieci

Nie chcę być tyko dumną mamą swoich dzieci. Chcę, żeby także dzieci mogły być dumne ze mnie. Pragnę imponować im swoją wiedzą i umiejętnościami nie tylko gdy mają rok, dwa czy trzy lata – umówmy się, to nie aż takie trudne – ale także jako nastolatkom (czy to w ogóle możliwe?), a potem dorosłym ludziom. Dzieci stanowią niesamowitą inspirację i motywację do rozwoju, a tylko rozwijający się rodzic może zainspirować i zmotywować swoje dzieci – koło się zamyka. Czy może raczej: spirala się nakręca. Koniec końców, po to wychowuje się dzieci, żeby w końcu opuściły dom rodzinny – a co wtedy ze mną?

Więcej znaczy…więcej

Moje zdolności organizacji pracy znacząco wzrosły od kiedy muszę żonglować większą liczbą obowiązków. Stałam się mistrzynią wykrawania i wykorzystywania najkrótszych odcinków czasu: W. wchodzi do klubu malucha i – czas, start! – cała godzina na sprawdzanie notatek z ostatnich zajęć i powtórkę materiału. Akurat ładnie się bawi i nie potrzebuje mojego udziału? Jest z tatą? Sami-wiecie-czym się zajmuję. Ma drzemkę? No dobra, przyznaję, w trzecim trymestrze ciąży nie daję rady i drzemkę akurat mamy razem :-D . A jeśli nie zdążę popracować w ciągu dnia, zawsze pozostaje wieczór (i noc), albo chociaż leżąc już w łóżku, mogę posłuchać przed zaśnięciem nagrań wykładów z internetu.

Odrębną kwestią jest fakt, że dzięki mojemu „podwójnemu życiu” staję się lepszą mamą. Zazwyczaj hołduję zasadzie, że mniej znaczy więcej. W tym przypadku jest jednak odwrotnie. Podczas nauki zyskuję dystans do spraw domowych i mogę zatęsknić za synkiem i życiem domowym. Z drugiej strony moja rodzina ma okazję docenić moją codzienną mrówczą pracę, kiedy zostaje pozbawiona jej efektów i musi radzić sobie sama.

Szersze horyzonty

Jestem pełna podziwu dla kobiet (a właściwie przy obecnym, stale rosnącym równouprawnieniu, powinnam pewnie napisać: osób), które z radością pozostają w domu i poświęcają się dla dobra swojej rodziny. Jednocześnie mam świadomość, że ja i wiele innych osób tak nie potrafi – potrzebują tego równie nieokreślonego, co absolutnie niezbędnego „czegoś jeszcze”. Wartością płynącą ze studiów, prócz samej nauki oczywiście, jest poznawanie interesujących ludzi, którzy nie mówią nieustannie o dzieciach (sic!) i możliwość poszerzenia swojej wiedzy z wielu różnych dziedzin, niekoniecznie stricte związanych ze studiami.

Ostatnio właśnie z grupą takich energicznych, błyskotliwych towarzyszy wybrałam się do knajpy świętować swoje urodziny. Cudownie było znów zobaczyć centrum Poznania po zmroku! Poczuć tę rozluźnioną atmosferę sobotniego wieczoru w pubie z przyjaciółmi (naturalnie w moim przypadku tylko przy soczku, nie wpłynęło to jednak w najmniejszym stopniu na moje poczucie upojenia chwilą)!

Co prawda musiałam stanowić dość egzotyczny widok, bo choć szukając odpowiedniego miejsca odwiedziliśmy kilka zatłoczonych lokali, nigdzie nie spotkałam innej kobiety w zaawansowanej ciąży. W jednym z barów, zaraz przy wejściu, kolega nawet oświadczył, że wychodzimy, bo od samych oparów moje dziecko dostanie FAS ;-) . Moim zdaniem warto wychodzić w ciąży do ludzi, bo po porodzie staje się to na dłuższy czas znacznie trudniejsze, o ile nie niemożliwe.

Z drugiej strony, w naszej paczce byłam nie tylko jedyną ciężarną, i jedyną mamą, ale także jedyną mężatką – może więc jest w tym coś więcej i należę do mniejszości w społeczeństwie, zepchniętej na kanapowy margines? Dziewczyny, nie dajcie się! Ciąża to nie choroba, a macierzyństwo to nie koniec życia towarzyskiego! Nałóżcie na twarz barwy wojenne i noc jest Wasza! A że kondycja już nie ta, co na studiach, i będzie to trzeba odespać… Co to ja pisałam o drzemce?

PS Szukając ilustracji do tego wpisu,przeglądałam w google obrazy do haseł: „pregnant and happy” (same ciężarne na tle natury), „active pregnant” (ciężarne biegną na tle natury) i „pregnant night out” (jakiś koszmar, spocone ciężarne w zbyt obcisłych sukienkach z za dużymi dekoltami). Poddałam się. Może społeczeństwo jednak chce nas na kanapowym (lub leśnym) marginesie?

matko-mózg jest w stanie udźwignąć więcej, ale nie potrafi przestać się zamartwiać o dziecko/ dzieci

matko-mózg jest w stanie udźwignąć więcej, ale nie potrafi przestać się zamartwiać o dziecko/ dzieci

Nareszcie mam czas, żeby napisać parę słów. Jak również wyspać się, poczytać i nadrobić zaległości w kontaktach towarzyskich. Stało się tak za sprawą… Wizyty w szpitalu. Od razu uspokajam, nic nagłego mnie tu nie sprowadziło. Mam od dłuższego czasu pewne problemy zdrowotne, które wymagają dokładnego zdiagnozowania. Stąd mój mały urlop.

Chciałabym w tym miejscu wyrazić podziw dla ciężkiej pracy pielęgniarek, które w niemożliwych godzinach służą pomocą i opieką, nie tracąc przy tym nic ze swojej radości życia. Ich uśmiech i poczucie humoru stanowią jedyną ochronę przed lękiem oraz smutkiem, które tak łatwo mogłyby się wkraść w szpitalną codzienność.

Następna w kolejce pod względem zapracowania chyba jestem ja, bo w przeciwieństwie do większości pacjentów zabrałam ze sobą laptopa oraz całą górę notatek na studia. Mam sporo rzeczy do zrobienia, to prawda, ale już dawno nie miałam do tego tak dobrych warunków. Cisza, spokój, nikt nie płacze, nikt się nie domaga wzięcia na kolana właśnie TERAZ. I wiecie co? Z każdym dniem ta cisza zaczyna być coraz bardziej uciążliwa

Chyba nie umiem już siedzieć spokojnie w jednym miejscu i robić tylko jednej rzeczy na raz. A mając możliwość WRESZCIE porozmawiać na inne tematy – czy to na oddziale, czy na studiach – zazwyczaj wchodzę w dyskusję na temat dzieci i ich wychowania. Czy mój mózg uległ nieodwracalnej przemianie w matko-mózg? Muszę poprosić o tomografię komputerową.

J’aime ça !

1693485_6_8e39_le-bouton-j-aime-de-facebook_0c59f350029cc401197754e00fdd79ac

Ostatnimi czasy powróciłam do nauki, ponieważ planuję podejść do egzaminu na studia podyplomowe. Nie jest łatwo pogodzić naukę z pełnowymiarową opieką nad synkiem, przeczuwam jednak, że akurat w moim przypadku znacznie trudniej byłoby nie godzić tej opieki z niczym innym. Połączenie powtarzalności wykonywanych przy małym dziecku czynności z iście syzyfową pracą gospodyni domowej bywa nużące, o ile nie znajdzie się dla niego żadna przeciwwaga.

W rezultacie swojej decyzji, znajduję się w permanentnym stanie deficytu czasowego, ale za to mam tę swoją własną przestrzeń, która jest tylko moja. (Może warto w tym miejscu zaznaczyć, że w świecie szczątkowej intymności, będącym udziałem rodziców niemowląt, jest to nie lada wyczyn.) Początkowo zdobywanie wspomnianej przestrzeni wiązało się z ciągłym poczuciem straty oraz nieustającymi wyrzutami sumienia: a to, że za mało czasu poświęcam synkowi (bo wieczorami zostaje sam z tatą, a ja idę się uczyć); to znów, że za mało angażuję się w naukę (bo po całym dniu wypełniania obowiązków domowych padam już na twarz). Sytuacja zmusiła mnie jednak do przyjęcia postawy zdroworozsądkowej i dawania z siebie tyle, ile akurat mam do zaoferowania. Świat się nie zawalił, wnioskuję więc, że to właściwe podejście.

Jedna z moich babć stwierdziła w rozmowie ze mną, że „ja to się umorduję” samodzielnie zajmując się synkiem, z dala od rodziny. Przyjęłam te słowa jako wyraz życzliwej troski, którym zapewne były. Rzeczywiście i rodzice i teściowie mieszkają na tyle daleko, że pomoc dziadków w opiece nad dzieckiem jest wykluczona. Taka sytuacja nie jest pozbawiona zalet ;-) . Tak czy inaczej, nigdy nie powiedziałabym, że odczuwam swoje macierzyństwo jako mękę. Przez większość czasu jest wręcz całkiem przyjemnie, bywa rewelacyjnie, bywa i trudno. Ale mordęga? Zdecydowanie nie! Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że im lepiej znamy się z W., tym bardziej lubię z nim przebywać.

Podobne zdziwienie spotkało mnie, kiedy podekscytowana swoimi osiągnięciami relacjonowałam niedawnej studentce, że już prawie kończę przerabiać jeden podręcznik, a potem czeka mnie następny. „Znam ten ból!” – rzuciła. Wiem, że chciała się ze mną zsolidaryzować… Tyle tylko, że ja „tego” bólu wcale nie czułam. Czuję dumę, że już tyle zrobiłam, żeby przybliżyć się do realizacji swojego celu. Z tego, że wytrwałam, przezwyciężyłam własne lenistwo oraz strach przed podjęciem wyzwania. Lubię widzieć postępy w swojej pracy (czego nie da mi umycie sterty brudnych naczyń, które dosłownie za chwilę znów staną się stertą brudnych naczyń), lubię poczucie, że się rozwijam.

Przyszło mi do głowy, że bardzo często nieświadomie kształtujemy słowami własną rzeczywistość na znacznie trudniejszą do zniesienia, niż jest. Zaharowujemy się, tyramy, urabiamy sobie ręce po łokcie, wypruwamy sobie żyły, jesteśmy zaganiani, zarobieni, gnamy jak dziki Rex (no dobrze, to ostatnie sformułowanie nie weszło jeszcze do użytku publicznego, posługuje się nim mój mąż) … Zamiast zwyczajnie pracować.

Koniec końców, potwierdziłam w doświadczeniu na żywym organizmie, że odpowiedzią na zmęczenie jednego rodzaju, rzeczywiście jest zmęczyć się w zupełnie inny sposób. Po intensywnej sesji naukowej tęsknię do wygłupów na dywanie z synkiem, a po całym dniu zmieniania pieluch i biegania po placu zabaw wzdycham do ciszy i książek. Innymi słowy, podejrzewam, że znalazłam złotą receptę na to, jak się NIE umordować, NIE umęczyć i NIE zajechać. Trzeba polubić to, co się robi. I wbrew mojej awersji do FB, pozwolę sobie napisać znamienne słowa:

LUBIĘ TO!

Manuel de l’anglais

1367Kiedy byłam mała, jedynych obcokrajowców spotykałam w podręczniku do nauki języka angielskiego. Do tej pory pamiętam znamienną kwestię „Hi, my name is Sue!”, która wprowadza nową bohaterkę – dziewczynkę o skórze w odcieniu czekolady i z wielkim afro na głowie.

Tymczasem w zeszły weekend naszą rodzinę odwiedził mój osobisty brat, a zarazem reprezentant braci studenckiej, wraz ze swoim egzotycznym kolegą z Indii. W. zaniemówił, mimo, że ostatnio buzia mu się prawie nie zamyka. Właściwie nawet mu się nie dziwię – w jego wieku nie słyszałam nawet wierszyka o „Murzynku Bambo” (który, swoją drogą jest już podobno niepoprawny politycznie), a co dopiero mówić o spotkaniu z gościem z innego kontynentu.

Kiedy wygłupialiśmy się przy kawie i ciastkach myślałam o tym, że w domowych warunkach, przy wspólnym stole, kiedy odwiedzają nas znajomi z innych krajów jest najlepszy moment na naukę tolerancji i angielskiego. Inaczej obcokrajowcy pozostają obcymi, a angielski – przedmiotem szkolnym.

Kiedy goście już poszli, pomyślałam o mojej dobrej koleżance ze studiów, pochodzącej z Niemiec. I o drugiej, którą poznałam w pracy, a która pochodzi z Indonezji. O kuzynach mieszkających w Anglii i Niemczech, o koledze pracującym w Brukseli. I przyszła mi do głowy pewna myśl: żyjemy w podręczniku do nauki angielskiego.

A l’école

Jestem dzisiaj bardzo zapracowaną i szalenie ważną personą! Nie mam czasu na głupoty! Jak doszło do tej drastycznej przemiany?

Otóż… Zabrałam się za pewne zlecenie natury naukowej. Nie mogę Wam zdradzić szczegółów, dość, że czuję się jakbym ponownie musiała wydobyć z głębin pustki umysłowej pracę magisterską pełną mądrych słów oraz teorii, o których nie chce się czytać nawet recenzentom.

Po nocach śni mi się, że przychodzę do szkoły nieprzygotowana, a tam czekają mnie same sprawdziany. Za dnia w lustrze wita mnie udręczona twarz z wytrzeszczem oczu w kolorze karmazynu, oraz pulsującą skronią. Co do towarzystwa zaś, otacza mnie dywan książek, dokumentów i notatek pozaznaczanych fluorescencyjnymi pisakami we wszystkich kolorach tęczy, i komputer, który zdaje się pracować w rytmie „napisz-coś-no-dalej-co-tak-wolno”.

Najgorsze, że każdy element składowy mojej pracy okazuje się kopalnią kolejnych elementów, i to kopanią bez dna. Najgorsze – i najlepsze zarazem, bo to wszystko niezwykle interesujące. A jednak pojawia się problem natury technicznej, tj. zakopuję się w szczegółach, zapominam o myśli przewodniej, a nawet zapominam o co mi tak właściwie chodziło w moich własnych notatkach sprzed kilku dni.

Zaczynam się zastanawiać, czy to aby był dobry pomysł: powracać do kariery akademickiej po dwuletniej przerwie akurat u progu macierzyństwa… Z drugiej strony, lepsze to, niż bezproduktywne zastanawianie się kiedy potomek zechce łaskawie opuścić dogodne stanowisko z głową wspartą o mój pęcherz (co bym za długo bez przerwy przed ekranem wspomnianego komputera nie siedziała) a nogami fikającymi radośnie gdzieś w okolicach żołądka. Aj, aj, aj! Latorośli moja kochana, miej litość dla starej matki!

No i znowu kopnięcie. Cóż…przynajmniej wiem, że ma cela i ironiczne poczucie humoru.

Tymczasem piosenka dla wszystkich kobiet w ciąży:

Winter came!

Jaki piękny jest skrzący się w słońcu zmrożony świat! Każde źdźbło trawy, drzewo, kamień, zakrawa na dzieło sztuki (i to nie współczesnej). Kto jeszcze dziś nie był na spacerze, nie wie co traci! Tak właśnie powinna wyglądać zima! Policzki wyszczypane, dziecko dotlenione, można wracać na gorącą herbatę z cytryną i solidną porcję dobrej literatury.

A przy okazji spaceru tak sobie pomyślałam, że to dość szczególne, że bardzo uważnie przygotowujemy się do rzeczy łatwiejszych, a te trudniejsze nierzadko pozostawiamy przypadkowi. Bo jak inaczej nazwać sytuację, w której mamy kurs przedmałżeński, ale nie szkołę tworzenia udanego małżeństwa, mamy szkoły rodzenia, a nie ma szkół dobrego rodzicielstwa?

Zapytani o priorytety życiowe ludzie najczęściej odpowiadają: zdrowie, rodzina, praca. A jednak, mimo, że w zakresie kariery zawodowej szkolenia, studia podyplomowe i kursy dokształcające wyrastają jeden po drugim jak grzyby po deszczu, panuje powszechne przekonanie, że w tych najważniejszych prywatnie kwestiach – zbudowania szczęśliwego małżeństwa oraz wychowania dobrze dzieci – każdy jakoś instynktownie sobie poradzi. Zarówno rosnąca liczba rozwodów, jak i ilość rozwydrzonych dzieci (a częstokroć i rozwydrzonych dorosłych, którzy z nich wyrośli), zdają się zadawać kłam tej teorii.

Jako młodej żonie, a wkrótce także i matce, marzy mi się taka długofalowa pomoc w nowych dla mnie i niełatwych przecież rolach. Na zajęcia chodziłoby się obowiązkowo we dwoje. Możliwe byłoby przedyskutowanie indywidualnych problemów z mentorem. W grafiku znalazłoby się wiele zagadnień natury psychologicznej, takich jak ćwiczenia z komunikacji, szkolenie z asertywności, mediacje na linii małżeństwo-teściowie; ale też parę przydatnych umiejętności praktycznych, jak na przykład nauka gotowania zbilansowanych posiłków dla całej rodziny. Mi w każdym razie przydałaby się tego rodzaju pomoc.

Pozostawiona sama sobie, jako osoba dociekliwa próbowałam solidnie przygotować się do małżeństwa i jak najbardziej zgłębić teorię, nim przyjdzie mi zajmować się praktyką. Mocno rozczarowały mnie poradniki promowane przez Kościół. Różnymi słowami w ustach różnych autorów mówiły jedno i to samo: kochajcie się, a wszystko będzie dobrze. Ku mojemu zaskoczeniu, znacznie więcej wyniosłam z lektury książek profesora Lwa-Starowicza, znanego specjalisty w dziedzinie seksuologii. Bez fałszywej pruderii, ale też z dużą dozą elegancji, opisuje on wszelkie aspekty życia małżeńskiego, których Kościół najwyraźniej nie chce dostrzegać. Niedomówienia, które przeradzają się w konflikty, różnice potrzeb, rutyna, brak zrozumienia między płciami, przerzucanie uczuć na dzieci, stereotyp matki polki, słabość współczesnych mężczyzn, dominujące kobiety, itp., itd.

Lew-Starowicz ma tą ogromną przewagę nad pisarzami stricte katolickimi, że żyje bardzo mocno w teraźniejszości i nie boi się wchodzić z nią w dialog. Ponadto, może się poszczycić ogromną wiedzą zarówno teoretyczną jak i praktyczną, sypie z rękawa przykładami par, które rozpadły się z takiej, a nie innej przyczyny, radzi jak zapobiegać tego typu sytuacjom. Można z nim polemizować, można się oburzać, ale nie można pozostać obojętnym, a to już cecha dobrej debaty – w opozycji do ugrzecznionego wykładu, na którym wszyscy zgodnie kiwają głowami, ale niewiele po nim człowiekowi zostaje w głowie.

W ostatnim numerze „W drodze” znalazł się cykl artykułów poświęconych rozwodom – i tu wreszcie znalazłam godną odpowiedź Kościoła. Serdecznie polecam wszystkim narzeczonym. Może się to wydać dziwny tekst dla zakochanych, będę się jednak upierać, że potrzebny. Bohaterowie artykułów mówią wprost co zniszczyło ich związki, jakie rozterki dręczą ich na co dzień, czym jest dla nich przysięga małżeńska… Najbardziej poruszające były dla mnie wyznania małżonków porzuconych, którzy niezłomnie trwają w swoim zobowiązaniu. Uzasadniają ten fakt mówiąc, że w przysiędze nie było klauzuli „ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską, pod warunkiem, że ty też dotrzymasz swojej części przysięgi”. Dopiero w zderzeniu z taką wytrwałością i honorem można zrozumieć powagę instytucji małżeństwa, które powinno trwać „aż do śmierci”.

Może to jest właśnie właściwy klucz patrzenia na codzienne małe sprawy – może rozpoczynając trzeba mieć przed oczami finał. Patrzeć na dziecko i widzieć dorosłego, którym się stanie. Spoglądając na męża widzieć to, kim możecie przy sobie się stać – albo co możecie utracić w rozłące.

Mimo wszystko przydałby się mentor.

A na dziś piosenka meteorologiczna.