Les mots

źródło: fdn.pl

źródło: fdn.pl

W ramach relaksu wakacyjnego wzięłam się za lekturę łatwą, lekką i przyjemną – „Dom w Riverton” autorstwa Kate Morton. Z przykrością stwierdzam po raz kolejny, że polskie wydawnictwa nie szanują czytelnika i albo sądzą, że błędów stylistycznych nie zauważy, albo że mu takie błędy nie przeszkadzają. Otóż ja zauważam i mi przeszkadza chociażby taki szczegół jak fakt, że podczas jednej i tej samej sceny narracja przez jeden akapit odbywa się w czasie teraźniejszym (idę, robię, widzę, itp.) a już w następnym akapicie w czasie przeszłym (powiedziała, spojrzała, poszła, itp.), przy czym w tym miejscu nie jest to zabieg celowy autorki, a zwykła niechlujność. Nie wiem ile aktualnie wynosi pensja korektora tekstu, ale zdecydowanie powinna zostać podniesiona, a czas na korektę wydłużony, bo takie błędy nie stanowią już wyjątku, ale regułę.

Mimo, że książka – utrzymana w konwencji „Pokuty” Iana McEwana – miała być zaledwie odskocznią, natknęłam się w niej na fragment, który skłonił mnie do refleksji:

„Dziecko zabiera ci kawałek serca i robi z nim co tylko zechce, ale z wnuczętami jest inaczej. Nie ma poczucia winy i odpowiedzialności, które ciąży na macierzyństwie. Droga do miłości jest wolna.”

Nie mogę powiedzieć, żeby jakaś część mnie nie zgadzała się z tym stwierdzeniem, a jednak… Myślę, że to nie do końca tak, że na dziadkach nie spoczywa odpowiedzialność. Być może (nie mam wszak doświadczenia w tym względzie) dziadkowie nie odczuwają tak wielkiej odpowiedzialności, jednak ona istnieje i nawet czasem myślę, że w pewnym sensie jest większa niż ta, która tak doskwiera rodzicom.

Rodzice są odpowiedzialni w sposób bardzo oczywisty: za zdrowie i życie dziecka, za jego sytuację materialną, edukację i poczucie bezpieczeństwa. Owszem, mają każdego dnia milion możliwości popełnienia dużych i małych błędów, ale mają też tyleż samo możliwości by te błędy naprawić.

Tymczasem dziadkowie najczęściej widują wnuki sporadycznie, więc ich słowa i czyny siłą rzeczy bardziej zapadają dzieciom w pamięć. Dobrze, gdy są to miłe wspomnienia typu: „dziadek umie rozpalić ognisko”, „babcia robi pyszne ciasto”. Niestety, przy całej swojej dobrej wierze dziadkowie (podobnie jak inne dorosłe osoby) lubią sobie upraszczać życie poprzez segregowanie i szufladkowanie. Tymczasem dzieci ze swej natury są zmienne: mają do dyspozycji cały wachlarz zachowań, z którego bardzo chętnie korzystają w zależności od dnia, sytuacji i nastroju.

Wielu rodziców także popełnia ten błąd i mówi: „Zenek to taki nasz rodzinny urwis.”, „Zdzisio jest ostatnią ciamajdą, wszystko mu z rąk leci. Za to Zbynio jest taki zdolny, prawdziwy z niego geniusz! Aż trudno uwierzyć, że są braćmi!”. Pomijam już fatalną praktykę porównywania dwóch zupełnie odrębnych ludzi (często w ich obecności), która nie służy niczemu dobremu. Rzecz w tym, że rodzice, jeśli już wypowiadają tego typu opinie, mają znacznie więcej „materiału dowodowego”. Tymczasem dziadkowie, widujący wnuki raz na jakiś czas również bardzo chcą wiedzieć i samodzielnie orzec jaki ten czy inny wnuk właściwie jest. To bardzo praktyczne podejście – pomaga postępować z dziećmi w skuteczny sposób i porządkuje świat w naszym odbiorze. A jednak dla dzieci, które chłoną wszystko jak gąbka i wierzą, że każdy dorosły mówi zawsze prawdę, takie podejście jest niezwykle krzywdzące.

Niezależnie od tego, czy mówią to rodzice, dziadkowie, czy nauczyciele (a najczęściej mówią oni jednym głosem, bo mało co sprawia dorosłym taką przyjemność jak znalezienie potwierdzenia swojej „diagnozy” u innych dorosłych), opinia otoczenia na temat dziecka kształtuje zarówno sposób, w jaki jest ono traktowane, jak i jego postrzeganie siebie – szybko stając się samospełniającą się przepowiednią. Chcąc ułatwić sobie życie, dorośli sprowadzają dzieci do pewnej roli, z której te nierzadko nie wychodzą już do końca życia. Grzeczny chłopczyk. Rozrabiara. Pani odpowiedzialna. Dominator. Maruda. Kto z nas nie spotkał ich na swojej życiowej drodze?

Można by pomyśleć, że jeśli kogoś nie obrażamy wyzwiskami, jesteśmy przecież w porządku… Nigdy nie zapomnę rzuconego mimochodem komentarza jednej z moich babć, która w obecności całej rodziny stwierdziła ze znawstwem, że mój brat to taka przylepa, a ja absolutnie, nic z tych rzeczy. Nikt nie zaprzeczył. Miałam wtedy jakieś jedenaście lat, co oznacza, że mój brat musiał mieć cztery. Będąc dorosłą osobą dostrzegam, że to czysty truizm: kilkulatki z zasady są bardziej skłonne do czułości niż nastolatki. Ale wtedy te słowa uderzyły mnie z wielką siłą i pozostały już ze mną, na wiele lat podwajając moją nieśmiałość.

Słowa mają wielką moc. Używajmy ich z rozwagą.

Dans la nuit

źródło: http://www.canalvie.com

źródło: http://www.canalvie.com

Kolejny wpis nocny. Czy to ze względu na ekscytację zbliżającym się już wielkimi krokami porodem, czy też stres przed zbliżającymi się – jakby się wydawało – jeszcze większymi krokami egzaminami końcowymi na studiach, ciągłe spanie przez całą noc zaczyna mnie przerastać. Na ironię zakrawa fakt, że dzieje się tak akurat teraz, kiedy moje pierwsze dziecko grzecznie przesypia większość nocy, a drugie – nawet jeśli nie śpi – to i tak nie jest jeszcze w stanie nikogo obudzić. A może to taka rozgrzewka przed nieprzespanymi nocami z noworodkiem? Przypominam sobie, że na końcowym etapie pierwszej ciąży też miałam podobny problem.

Swoją drogą, czytałam kiedyś artykuł, którego autor dowodził, że spanie przez całą noc jest stosunkowo nowym wynalazkiem, związanym z industrializacją społeczeństwa i potrzebą większej wydajności pracy w ciągu dnia. Podobno jeszcze kilkaset lat temu powszechnym zwyczajem było przesypianie kilku godzin po zapadnięciu zmroku, po którym następowało ożywione nocne życie towarzyskie, i znów parę godzin snu aż do świtu. Rzekomo jest to bliższe naturalnemu rytmowi naszych organizmów. Słowem – jestem bliżej natury niż mój chrapiący właśnie w najlepsze mąż, i jak zwykle leżący w poprzek łóżka synek.

Sen i bezsenność to zresztą obszar znaczących różnic kulturowych oraz obszernych prac badawczych. Dowiedziałam się ostatnio na przykład, że Japończycy wcale nie postrzegają snu jako czegoś pozytywnego. Wręcz przeciwnie, uznają go za bezsensowne marnotrawstwo cennego czasu. Ponadto, jako naród o silnym poczuciu przynależności do grupy, postrzegają sen, czynność ze swej natury indywidualną, jako powód do poczucia winy. Zresztą Japończycy wcale nie są odosobnieni w swoim upodobaniu do pozostawania w nieustannym kontakcie z innymi członkami społeczności.

W książce, którą właśnie czytam, „Jak Eskimosi ogrzewają swoje dzieci? Rodzicielskie przygody z całego świata” Mei-Ling Hopgood (polecam, chociaż polskie tłumaczenie i korekta pozostawiają nieco do życzenia – ale to staje się niestety normą wśród współcześnie wydawanych książek) autorka pisze na przykład:

„W państwach takich jak Argentyna, Hiszpania i Egipt rodziny wolą przedłużyć dzień, zjeść obiad kiedy jest chłodniej, być może ucinając sobie drzemkę w czasie gorącego dnia. U afrykańskich plemion takich jak !Kung i Efe, sen jest przerywany spotkaniami towarzyskimi, opieką nad niemowlęciem, dokładaniem do ognia i odstraszaniem drapieżników. (…) W wielu kulturach dorośli i dzieci rzadko, jeśli w ogóle śpią samotnie. Robią to w chatkach, namiotach, na matach, w zatłoczonych mieszkaniach, przytulone do rodziców, sióstr, braci, psa (kota, kur, itd.). Ludzie na przemian zasypiają i budzą się podczas rozmów przy ognisku, nocnych rytuałów religijnych, rodzinnych uroczystości.”

Taka perspektywa rzuca nowe światło na niekończące się dyskusje rodziców na forach internetowych i placach zabaw pt. „Ratunku! Moje dziecko JESZCZE nie przesypia całych nocy!” i „Spać z dzieckiem, czy od razu umieścić je w osobnym pokoju?”, oraz poradników typu „10 prostych kroków do przespanej nocy twojego dziecka”. Przy pierwszym dziecku wydawało mi się, że muszę OD RAZU znać odpowiedzi na wszystkie pytania, zdecydować się na JEDYNĄ SŁUSZNĄ opcję i KONSEKWENTNIE się jej trzymać – w przeciwnym razie wyrządzę dziecku równie wielką, co nieodwracalną, krzywdę. Teraz, nauczona doświadczeniem z naszym kochanym W., trochę zmądrzałam.

Jak można znać wszystkie odpowiedzi, robiąc coś po raz pierwszy? Błędy są nieuniknione. Na szczęście noworodki mają krótką pamięć (no, to oczywiście żart!). Można, o ile wręcz nie trzeba, wypróbować różne opcje i dopasować je do indywidualnych potrzeb swojej wyjątkowej rodziny, nie oglądając się przy tym na innych. Przecież tak często powtarzamy, że każde dziecko jest inne, a jednak oczekujemy, że w kwestii snu wszystkie będą takie same. Spodobał mi się komentarz pediatry do autorki wspomnianej książki, gdy ta zamartwiała się niestarczającą ilością snu swojej córki:

„On tylko uśmiechnął się i powiedział: – Po prostu tym razem przypadło ci dziecko, które nie śpi zbyt wiele.” i dalej: ” Musimy przestać myśleć, że istnieje tylko jeden słuszny sposób na sen. (…) Możemy stwierdzić, że chcemy aby niemowlęta spały w taki albo inny sposób, ale one wcale nie są do tego zaprojektowane. (…) Niemowlęta śpią wtedy, kiedy tego potrzebują, tyle że mogą nie chcieć robić tego wtedy, kiedy nam się wydaje, że powinny. (…) Gdybyśmy tylko mogli wyluzować i pozwolić niemowlętom być sobą, koniec końców spałyby dużo lepiej, a razem z nimi rodzice.”

Oczywiście łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Jestem nadspodziewanie spokojną osobą, ale pamiętam, że gdy byłam skrajnie zmęczona po PONAD ROKU przerywanego snu, rada typu „wyluzuj” mogłaby sprowokować mnie do wszczęcia bójki. Mimo to, niezwykle wyzwalająca jest myśl, że w obliczu ciągłego wpędzania rodziców w poczucie winy (od pierwszych dni  życia dziecko jest: za grube/ za chude/ za głośne/ za ciche/ zbyt strachliwe/ zbyt marudne, itp., itd., i to PRZEZ CIEBIE!) w porządku jest stwierdzenie, że niektóre sprawy zwyczajnie od nas nie zależą.

Tymczasem nasz mały W. kila razy obudził się z płaczem (czy to też ekscytacja zbliżającym się porodem?) i domagał się przeszukania pokoju w celu przegonienia nieistniejącego pająka, albo odbywał z nami rozmowy w stylu:

- Chcę, żeby mama tu była!

- Synku, jest bardzo późno. Pora spać.

- A jak coś tam znowu będzie chrobotać w kuchni?

- Słyszałeś jakiś hałas? – (nasłuchuję uważnie) – Nic tam nie chrobocze. Jest cisza, wszyscy śpią.

(z pełnym przekonaniem) – Chrobotało, bo chlebek chodził po zamrażarce!

Cóż rzec? Każdy ma koszmary na swoją miarę… Co nie czyni ich wcale mniej strasznymi!