La laideur

Luźne przemyślenia w związku z dzisiejszą, kolejną już miesięcznicą (czemu nie ma jeszcze tygodniówek i codziennic? Co za niedopatrzenie!). Pogrubienia moje:

„Atak Al-Kaidy zjednoczył Amerykanów. A u nas? No, wiadomo, Smoleńsk podzielił to, co jeszcze było do podzielenia. Zaczyna się wielki spektakl, więc najpierw pochówek na Wawelu, z królami i Piłsudskim. Za dużo? Nie, za mało, trzeba krwi, więc narada dworu i decyzja. Samolot strącili takim czy innym sposobem Putin i KGB. A współpracował z nimi podporządkowany Rosji rząd agenturalny, pseudopolski. Tusk i Komorowski. Nienawidzili prezydenta i jego partii politycznej, nadarzyła się okazja. Kiedy na miejscu katastrofy Putin objął Tuska, to Tusk mu dziękował za zbrodniczą przysługę. ‚Już ustalali przebieg śledztwa’ – to mówi w telewizji polska posłanka. Brak dowodów, ale się znajdą. Towarzysz Werfel, propagandzista KC PZPR mawiał: ‚Ja rzucam myśl, a wy go łapcie’. To zresztą sprawa wiary, nie wiedzy. A Polacy, jak wiadomo, irracjonalni są. Z tym, żeby znaleźć tych, co uwierzą, nie było kłopotu. Smutny, biedny, skołowany tłum, szukający sensu, nadziei i odwetu za smutne, biedne życie, znalazł cel. Od dawna szukał winnych, to mu pokazano. Jest zbrodnia, są zbrodniarze. Trzeba ukarać. Lud pod krzyżem jest szczęśliwy, bo czuje się nareszcie potrzebny. Można to zrozumieć.”

(Janusz Głowcaki, „Przyszłem, czyli jak pisałem scenariusz o Lechu Wałęsie dla Andrzeja Wajdy”)

„Kaczyński rzucił dobre populistyczne rzeczy, na przykład 500 plus, teraz próbuje z mieszkaniami plus. Choć jeszcze z zamkami kazimierzowskimi plus, estetyka plus, literaturą plus.

Wcześniej dał ludziom coś bardzo ważnego – dał możliwość wiary w zamach. Dał prawo, żeby mogli głośno mówić, że to był spisek przeciwko prezydentowi, i nie wstydzić się tego. Dał prawo, żeby mogli bać się innych i nie ukrywać tego. I żeby nie musieli się wstydzić, że nie chcą tu obcych, uchodźców. Tak Kaczyński dzieli naród i wygrywa.”

(Lech Wałęsa w wywiadzie udzielonym Agnieszce Kublik dla „Gazety Wyborczej” 8-9.07.2017)

Partia rządząca, do pewnego stopnia pospołu z opozycją, nie przeczę, wyciągnęła z ludzi coś bardzo brzydkiego i pozwoliła temu – dotychczas wstydliwemu czemuś – ukazać się w pełnym świetle. Smucą mnie dwa fakty: że w ludziach coś takiego w ogóle było, i że nieprędko z powrotem się schowa.

La politique

pinokio2

 

Kiedy byłam młodsza miałam ten komfort, że nie interesowałam się polityką. Z domu wyniosłam ogólne przeświadczenie, że nikt przyzwoity nie pracuje jako polityk i na tym w zasadzie opierała się cała moja Wiedza o Społeczeństwie. Mówi się, że ludzie nie interesują się polityką, dopóki polityka nie zainteresuje się nimi. Wobec tego grupa osób niezainteresowanych tym tematem musiała ostatnio znacząco zmaleć. Projekt ustawy antyaborcyjnej, przekuty następnie w ustawę „Za życiem”, 500+, pomysły Ministra Ochrony (?!) Środowiska oraz reforma edukacyjna dotykają w sposób bezpośredni ogromnych grup społecznych. Dziś usłyszałam w radiu, że na 31 marca zaplanowano ogólnopolski strajk nauczycieli i nie mogę się nie odnieść do tej informacji.

Edukacja to wyjątkowo ciekawy temat, na który każdy ma jakąś opinię i bardzo chętnie ją wyraża. Może jest tak dlatego, że prawie każdy z nas w pewnym momencie swojego życia uczęszczał do szkoły, albo właśnie ma dziecko czy wnuka w wieku szkolnym. Sama nie jestem pod tym względem wyjątkiem, a nawet wypowiadam się na te tematy ze szczególnym upodobaniem. Śpieszę z wyjaśnieniem. W starożytnej Grecji istniało takie przekleństwo: „Obyś cudze dzieci uczył!” i z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że to właśnie przekleństwo ciąży na mojej rodzinie. Moja prababcia, dziadek i oboje rodzice to z zawodu nauczyciele. Sama przez całe dzieciństwo słyszałam w domu: „Żebyś tylko nie została nauczycielką!”. W związku z tym, przy pierwszej nadarzającej się okazji zajęłam się oczywiście nauczaniem. Sądzę więc, że mimo że nie pracuję obecnie w zawodzie, mam dość obszerną wiedzę na temat funkcjonowania systemu edukacji w Polsce.

Pierwsze, co rzuca się w oczy to fakt, że nauczyciele nie cieszą się tak powszechnym szacunkiem jak np. lekarze czy prawnicy. Nie mają też tak wysokich pensji. Dla wielu osób jest to naturalny stan rzeczy, warto jednak podkreślić, że to właśnie nauczyciele uczą i wychowują kolejne pokolenia i to w ich rękach spoczywa tzw. przyszłość narodu, także przyszłych lekarzy, prawników, ich dzieci oraz wnuków. W krajach, w których poziom edukacji jest najwyższy na świecie – takich jak Finlandia czy kraje Azjatyckie – zawód nauczyciela jest niezwykle prestiżowy i dobrze płatny. Wiąże się to również z bardzo trudnymi studiami pedagogicznymi, podczas gdy u nas często jest to kierunek ostatniego wyboru („w razie gdybym się nigdzie indziej nie dostał”), ale to w zasadzie temat na osobny artykuł. Na domiar złego, przy każdej zmianie rządu następuje reforma edukacji. Nie był więc zaskoczeniem fakt, że gdy drugiego dnia wakacji 2016 ogłoszono plan kompletnej rewolucji w systemie oświaty, nauczyciele nie byli zachwyceni.

Jednak większość z nich przebywała na urlopie, a nie było jeszcze żadnego dokumentu, do którego można by było się odnieść. Na to, by dowiedzieć się, co tak właściwie przygotowało Ministerstwo Edukacji Narodowej z minister Anną Zalewską na czele, musieliśmy czekać aż do 27 października 2016. Planowane zmiany obejmują przede wszystkim:

1) powrót do ośmioklasowych szkół podstawowych, czteroklasowych szkół licealnych i pięcioklasowych techników,

2) wygaszanie gimnazjów przez następne 3 lata, poczynając od 1 września 2017.

Tym samym, tegoroczni uczniowie pierwszych klas gimnazjum byliby ostatnimi uczęszczającymi do tych placówek. Ostatni etap wygaszania miałby przypaść na wrzesień 2020.

W praktyce oznacza to ni mniej ni więcej, tylko całkowite odwrócenie reformy systemu oświaty z 1999 roku, która wprowadziła gimnazja. Co ciekawe Związek Nauczycielstwa Polskiego strajkował zarówno w roku 1999, jak i teraz. Dlaczego?

I. Gdy rząd Jerzego Buzka planował wprowadzić gimnazja, nie było odpowiedniej infrastruktury. Przez 18 lat od wprowadzenia reformy przy znaczącym nakładzie finansowym powstało wiele nowoczesnych, świetnie wyposażonych budynków gimnazjalnych. Przyczyniły się do tego także dotacje z Unii Europejskiej, które działają w taki sposób, że aby nie trzeba było zwracać pieniędzy inwestycja musi spełniać swoją rolę przez odpowiedni czas. Nowa reforma oznacza więc stratę pieniędzy:

- które samorządy zainwestowały w zbudowanie gimnazjów,

- które rząd będzie musiał oddać UE,

- które samorządy ponownie wydadzą na przystosowanie budynków gimnazjalnych na potrzeby szkół podstawowych (na sam ten cel przeznaczonych jest w budżecie 300 mln zł, o pozostałych dwóch pani minister milczy).

Koszt całkowity reformy (włącznie z napisaniem i wdrożeniem nowej podstawy programowej, nowych podręczników, itp.) ma wynieść 900 mln zł, plus 168 tys. rezerwy budżetowej rocznie. Czy kraj z deficytem budżetowym na rekordowym poziomie niemal 60 mld zł może sobie na taką ekstrawagancję pozwolić? Mam wątpliwości.

Tymczasem minister edukacji otrzymała już teraz 7,5 tys. premii oraz drugie tyle w nagrodę za „zaangażowanie w przygotowanie reformy systemu edukacji ze zmianą ustroju szkolnego oraz zmianą w organizacji i funkcjonowaniu szkół i placówek oświatowych”.

II. Obawy nauczycieli z 1999 roku dotyczyły także zamykania małych wiejskich podstawówek na rzecz miejskich molochów. Jak się okazało, mieli rację. Na wsiach nie było dość dzieci, by opłacało się utrzymywać tam sześcioklasowe szkółki z klasami po 10-14 osób.

III. Przy wprowadzaniu gimnazjów uzasadniano tę potrzebę koniecznością zmodernizowania polskiej szkoły tak, by dorastała do nowoczesnych zachodnich standardów. Wiązało się to także ze współpracą między szkołami oraz faktem, że coraz więcej polskich rodzin wyjeżdżało za granicę i potrzebny był system umożliwiający dzieciom kontynuację nauki w dowolnym kraju europejskim. Co ciekawe, ten sam argument podnosi się przy obecnej reformie: polska szkoła ma być (jeszcze?) bardziej nowoczesna. Jedyne kraje, w których nadal obowiązuje ośmioklasowa podstawówka to Rosja i Ukraina. Nie są to kraje słynące z nowoczesności.

IV. Kolejnym argumentem za powstaniem gimnazjum było oddzielenie najmłodszych dzieci od nastolatków. W moim odczuciu było to słuszne: 7-latek w zderzeniu (dosłownie i w przenośni) na korytarzu z 14-latkiem ma niewielkie szanse. Teraz MEN twierdzi, że gimnazjum to wylęgarnia wszelkiego zła, gdzie kwitnie przemoc i wulgarność. Twierdzi… I nie ma na to żadnego poparcia, poza paroma ekscesami wyciąganymi raz po raz niczym as z rękawa. Natomiast zgodnie z najnowszymi badaniami przeprowadzonymi przez Instytut Badań Edukacyjnych w 2015 roku, do przypadków przemocy fizycznej i słownej częściej dochodzi w szkołach podstawowych.

Co więcej, dorastanie to trudny etap w życiu człowieka. Nastolatki chcą się popisać, sprawdzają granice, hormony buzują. Czas ten pozostanie równie trudny dla ucznia podstawówki, jak trudny był dla ucznia gimnazjum, zmieni się wyłącznie nazwa. Na dodatek teraz te nastolatki spotkają na korytarzu nieporadne maluchy z pierwszej klasy. Czy tylko mi wyobraźnia podpowiada czarne scenariusze?

V. Zabieramy się do zmiany systemu, który działa. Zgodnie z najnowszymi wynikami Programu Międzynarodowej Oceny Umiejętności Uczniów PISA (ang. Programme for International Student Assessment), który bada kompetencje 15-latków (3 klasa gimnazjum) z 72 krajów w zakresie czytania ze zrozumieniem, matematyki i nauk przyrodniczych, w 2012 roku Polska znalazła się w pierwszej dziesiątce. MEN uważa, że gimnazja uczą słabo. Badań potwierdzających tę tezę ponownie brak.

VI. Zarówno w 1999 istniała, jak i teraz istnieje, uzasadniona obawa nauczycieli o utratę pracy. Wówczas nauczyciele zamykanych wiejskich szkół podstawowych musieli przekwalifikować się i zacząć uczyć w miejskich gimnazjach, albo zmienić pracę.

Obecnie pani minister odniosła się do kwestii zwolnień w wywiadzie z 8 października 2016 twierdząc, że żaden nauczyciel nie straci pracy. Po czym, w innym wywiadzie, 17 października doprecyzowała, że nie dotyczy to nauczycieli zatrudnionych na czas określony. Przy tym tempie zmian zdania nie dziwię się obawom nauczycieli. Że już nie wspomnę o znamiennych słowach pani minister Zalewskiej w wywiadzie sprzed 7 lat: „(…) co rząd, to zmiana koncepcji. To jest drugi błąd. Jeśli my polskiej oświaty nie potraktujemy jako priorytetu, gdzie prace mają być kontynuowane niezależnie od tego, czy ktoś jest z jednej czy drugiej strony sceny politycznej, to nigdy nie osiągniemy sukcesu”. Nic dodać, nic ująć.

VII. Moje ulubione zostawiłam na koniec: „Naród się tego domaga”. To tak cudownie nieprecyzyjne, a zarazem nośne hasło! Jeśli przez „naród” rozumiemy wyborców PiS, będzie to jakieś 30% Polaków. Co czyni pozostałe 70%… No właśnie, kim? Zresztą, nie powinno mnie to właściwie dziwić, skoro sam Jarosław Kaczyński stwierdził, że mniejszość nie może przecież rządzić większością. A jednak, panie prezesie, a jednak…

19.11.2016 w Warszawie odbył się protest przeciwko reformie. Uczestniczyli w nim nauczyciele, ale także rodzice i uczniowie. Według organizatorów 50 tys. osób. Według policji 15 tys. Ciekawe jak różnice ideologiczne przekładają się na różnice w – tak niby obiektywnej – matematyce.

Czy potrzebujemy takiej reformy edukacji? Czy nas na nią stać? I czy kogoś to obchodzi?

l’Église catholique

Dyskutowaliśmy dziś z mężem o naszym Kościele, a była to dyskusja niewesoła.

Nie potrafimy zrozumieć zaangażowania wielu polskich księży w politykę, a w szczególności publicznego popierania konkretnej partii (której – każdy łatwo się domyśli). Taka sytuacja nie przynosi korzyści ani politykom, którzy używając Kościoła jako karty przetargowej tracą niezależność, ani Kościołowi, który traci wiarygodność.

Przeraża nas zamiatanie pod dywan przypadków łamania prawa przez księży, przenoszenie z jednej parafii do innej przestępców, którzy zgodnie z prawem powinni zostać osądzeni za swoje czyny. Historie księży alkoholików, czy księży posiadających kochanki i/ lub dzieci – co zazwyczaj szybko staje się tajemnicą poliszynela – są bulwersujące i budzą niesmak. Jest to jednak kwestia sumienia tych osób, nikt nie może nikomu odgórnie zakazać grzeszyć, czy być hipokrytą. Tymczasem jeśli w grę wchodzą karalne wykroczenia, to ukrywanie takiego faktu jest równoznaczne z dawaniem przestępcy jasnego sygnału, że jest bezkarny i może ponownie postąpić w ten sam sposób. Jest to więc nie tylko niemoralne, ale i niebezpieczne.

Martwi nas fakt, że do głosu w mediach dochodzą najczęściej księża o skrajnie konserwatywnych poglądach, kompletnie nie znający realiów życia zwykłych ludzi, zamknięci na dialog, nierzadko przepełnieni gniewem i przekonaniem o własnej nieomylności. Zarazem księża mający do powiedzenia coś, czego chętnie byśmy posłuchali są przez hierarchów Kościoła eliminowani z dyskusji medialnych. Traktuje się ich jak potencjalne zagrożenie, mają więc zamilknąć – bo logicznych kontrargumentów dla ich wypowiedzi brak. W rezultacie praktykujący katolicy są często postrzegani jako ciemnogród. Czy można się dziwić, skoro episkopat sam zadbał o taki wizerunek?

W końcu, zadziwia nas z jaką częstotliwością słyszymy w różnych kościołach jak księża dosłownie sypią cytatami z Jana Pawła II, nie zająknąwszy się nawet na tematy poruszane przez aktualnie urzędującego papieża. Z całym szacunkiem, Jan Paweł II mówił pięknie i sensownie, ale to były JEGO kazania przeznaczone dla konkretnych ludzi w konkretnym czasie i miejscu. Jeśli ktoś ma ochotę, znajdzie sobie bez problemu jedną z jego licznych książek lub nagranie ORYGINALNEJ wypowiedzi. Obecnie świat, a w nim Kościół, mierzy się z zupełnie innymi wyzwaniami. W naszym odczuciu papież Franciszek żyje mocno tu i teraz, odnosi się do największych bolączek NASZYCH czasów. Szkoda, że jego słowa nie podobają się polskim hierarchom. Nam się podobają. Podoba nam się pomysł na Kościół otwarty na człowieka, a nie koncentrujący się wiecznie na jego grzechach. Podoba nam się pomysł na przejrzystość materialną Kościoła. Podoba nam się chrześcijaństwo radości, a nie wiecznego postu i umartwienia (przynajmniej dla wiernych).

Jesteśmy praktykującymi katolikami – z przekonania, nie z tradycji. Oboje skończyliśmy studia, interesujemy się kulturą i nauką. Dlaczego trwamy w Kościele katolickim? Ponieważ wierzymy. Nie w księży, nie w episkopat, i nie w Jana Pawła II (och, czy napisanie takich słów w Polsce to aby nie bluźnierstwo?). Wierzymy w Boga i w jego wszechmoc wobec zła i głupoty, gdziekolwiek by się one nie manifestowały.

Les élections

Jeśli spotkacie na ulicy kogoś, kto ma dwumetrową głowę, dumne spojrzenie skierowane gdzieś w dal, oraz łagodny uśmiech błąkający się na ustach, wiedzcie, że spoglądacie na kandydata do rady miasta. Poznań zaroił się pasującymi do powyższego opisu fotografiami osób płci obojga, opatrzonych imieniem i nazwiskiem, ewentualnie (acz niekoniecznie) hasłem wyborczym (w stylu: „nr 1 na liście wyborczej!”). Jest to swoisty Facebook uliczny – obce osoby podają się za moich znajomych i na dodatek domagają się lajkowania swoich brzydkich zdjęć.

Ktoś może powiedzieć, że to przecież nie wybory Miss Universe – i słusznie. Członek rady miasta powinien być elokwentny, wykształcony, skuteczny, a także powinien reprezentować interesy swoich wyborców. Odpowiednia prezencja jest istotna, lecz z pewnością nie najistotniejsza. Dlaczego w takim razie w dokonaniu wyboru ma być pomocne gigantyczne zdjęcie en face?

Może jest to subtelna gra specjalistów od wizażu? Inteligenci zagłosują na kandydatów w okularach, feministki na kobietę w ostrym makijażu. Zwolennicy lewicy wybiorą kandydata z kciukiem w górze, zwolennicy prawicy – tego z wąsem i srogo nastroszonymi brwiami. Młodzi oddadzą głos na młodych, starzy na starych, a licealiści na tego, kto ma najśmieszniej brzmiące nazwisko.

Jak uwierzyć, że kandydatów różni od siebie cokolwiek prócz twarzy, skoro nie silą się na oryginalność nawet w tak banalnej sprawie jak kampania wyborcza? Nieomal widzę to potulne stadko ustawione w kolejce do tego samego fotografa, który następnie taśmowo przygotował wszystkie banery.

A wystarczyłoby przecież napisać czarną czcionką na białym tle:

ZAGŁOSUJCIE NA MNIE TO OBNIŻĘ CENY BILETÓW MPK O 50% I ZAKOŃCZĘ REMONT RONDA KAPONIERA.

I niech ktoś powie, że by nie poparł takiego kandydata! Z drugiej strony jedno z najlepszych (a zarazem najuczciwszych) haseł wyborczych o jakim słyszałam brzmiało: „Nikt nie da wam tyle, ile ja wam naobiecuję”. To może już lepiej nie obiecywać, tylko zrobić sweetfocię?

Le commentaire

kura domowaPo przeczytaniu komentarza ~Alice do poprzedniego wpisu, natychmiast zaczęłam jej odpisywać. Szybko okazało się jednak, że moja wypowiedź przekroczyła rozmiary dopuszczalne w komentarzach i zdecydowałam, że jej przemyślane uwagi zasługują na wyczerpującą odpowiedź w postaci dzisiejszego wpisu.

~Alice, bardzo się cieszę, że tak poważnie podeszłaś do tematu. Widzisz, mój blog służy realizacji pewnych celów, między innymi skłaniania czytelników do niezależnego myślenia oraz dyskusji. Dlatego z przyjemnością odniosę się do Twoich (nieco hejtowych i jadowitych) uwag.

Czy zauważyłaś jak łatwo przyszło Ci obrzucić mnie błotem, ponieważ jestem kobietą, która realizuje się w domu jako żona i matka? Czy nie jest dziwne, że to, co od lat uznawano za naturalne, obecnie staje się przedmiotem drwin (ciemnogród itp.), a to, co w sposób oczywisty naturalne nie jest, czyli mężczyzna, który udaje kobietę z brodą, jest uważane za godne poparcia i ochrony?

Z uwagą przeczytałam polecane przez Ciebie artykuły. Przedstawiają one tylko jedną stronę debaty, i to tę szerzej promowaną w mediach. Padają tu słowa o tendencyjnym traktowaniu feministek przez pryzmat pani Bratkowskiej, za to nie przeszkadza to nikomu za wiarygodnego reprezentanta strony konserwatywnej uznawać kontrowersyjnej postaci księdza Oko…

Ponadto, nacisk w obu wywiadach położono na politykę równouprawnienia, która po pierwsze NIE JEST równoznaczna z gender mainstreamingiem, po drugie nie jest przedmiotem ataków konserwatystów (utożsamianych z Kościołem Katolickim, co również jest myśleniem stereotypowym). Mimo to, pozwolę sobie odnieść się do wypowiedzi, które przytoczyłaś.

„A ludzie mają płeć. I w związku z tym mają również różne role społeczne” i tu się z panią Limanowską zgadzamy.

Zauważ, że od początku komentarza zwracam się do Ciebie w formie żeńskiej. Jako swój nick podałaś imię żeńskie, a ja automatycznie zakwalifikowałam Cię jako kobietę. Zgodnie z teorią gender jest to krzywdzące, bo może – tak jak Conchita Wurst (dosł. Muszelka Kiełbasa, bardzo subtelne, czyż nie?) jesteś mężczyzną, który lepiej się czuje pod kobiecym imieniem. No dobrze, to jak powinnam się do Ciebie zwracać, aby zachować ową absurdalną poprawność polityczną? Jakieś sugestie?

Z potrzebą równouprawnienia, jak już wspomniałam nikt się nie kłóci. Zgadzam się również, że „Trzeba cały czas myśleć”. A myślę na przykład – dlaczego te wywiady są takie ugrzecznione? Dlaczego nie padają w nich pytania o homoseksualistów, transwestytów, aborcję? Czy ma to jakiś związek z tym, że oba pochodzą z „Gazety Wyborczej”, skłaniającej się ku poglądom lewicowym?

„Ojcowie zajmują się dziećmi, wychodzą na place zabaw, prowadzą wózki. Zupełnie inaczej było w poprzednim pokoleniu.” No cóż, to już zwyczajnie nieprawda. Mój tata z „poprzedniego pokolenia” był na urlopie tacierzyńskim (choć nikt tego tak wtedy nie nazywał)… W moim domu rodzinnym, jak i w tym obecnym, podział obowiązków nigdy nie był problemem. Oboje z mężem gotujemy, zmywamy, sprzątamy itp. Nie przeszkadza nam to być przeciwnikami – nie tyle teorii gender, która również ma swoje mankamenty – co sposobu jej wykorzystywania w polityce.

Czym w takim razie różni się gender od polityki równouprawnienia i dlaczego wzbudza takie kontrowersje?

Przede wszystkim tym, że obejmuje tzw. „osoby LGTB”, o których tak efemerycznie napomyka Barbara Limanowska – lesbijki, gejów, osoby biseksualne oraz transgenderyczne, czyli mniejszości, które bardzo chcą decydować o losach większości. Jest to ściśle związane ze zmieniającymi się koncepcjami męskości i kobiecości, o których wspomina również prof. Siemieńska.

Tu zahaczamy o „postanowienia traktatu amsterdamskiego z 1997 r., czyli wprowadzenie gender mainstreamingu jako strategii politycznej obowiązującej państwa członkowskie”, podczas gdy wielu Polakom – w tym nam – taka strategia zwyczajnie nie odpowiada ze względu na światopogląd.

Zachęcam do przeczytania innej mojej wypowiedzi na ten temat tutaj.

A co do Eurowizji… Dawno już przestałam się łudzić, że jest to konkurs muzyczny, a nie konkurs na największe show, na coś co zadziwi, zaskoczy, zapadnie w pamięć. Conchita jak najbardziej pod tę kategorię podchodzi. Mimo, że śpiewa dobrze, jeśli ktoś upierałby się, że było to powodem jego wygranej, byłby szalenie naiwny. Podobnie jak ktoś, kto utrzymywałby, że reprezentantki Rosji chłodne przyjęcie ze strony widowni spotkało ze względu na słaby wokal…

Pozdrawiam,

Dumna Kura Domowa.

L’Ukraine

Stalin-Putin

Przyszło mi ostatnio na myśl, że polityczna zawierucha na Ukrainie trwa, a ja tu sobie w najlepsze opisuję blaski i cienie życia rodzinnego w składzie 2 + (1). Początkowo wzdragałam się przed wypowiedzią na ten temat, ponieważ w kwestii polityki najnowszej uważam się za kompletnego laika, a zatem osobę nieuprawnioną do udziału w dyskusji.

Są takie tematy – czyż nie? – na które ni z tego, ni z owego, każdy musi mieć natychmiast wyrobione zdanie, niezależnie od ilości, a nade wszystko jakości, danych, którymi dysponuje. Katastrofa Smoleńska, in vitro, pedofilia wśród księży, legalizacja związków homoseksualnych – to zaledwie wstęp do długiej listy zagadnień, na których temat trzeba koniecznie zająć jasno określone stanowisko po jednej lub drugiej stronie barykady, a następnie bronić go własną krwią. Niestety akurat te naglące sprawy rzadko kiedy (czy kiedykolwiek?) są proste i jasne, a zrozumienie ich złożoności wymaga czasu oraz cierpliwości, tych dwóch magicznych słów na „C”, których w naszym języku tak bardzo brak.

W związku z powyższym, postanowiłam ukazać jakąś część szerszej perspektywy, którą udało mi się uchwycić podczas lektury zadziwiająco aktualnej  książki z 1960 roku „Życie i los” Wasilija Grossmana. Według „The Wall Street Journal” jest to „Jedno z najcięższych oskarżeń systemu radzieckiego, jakie kiedykolwiek sformułowano”. Cóż z tego, może ktoś powiedzieć, skoro system radziecki przeminął bezpowrotnie? System być może tak, mentalność z pewnością nie.

Już we wstępie czytelnik dowiaduje się, że maszynopis powieści Grossmana, czekający przez 20 lat w ukryciu na publikację, został przekazany KGB wraz z donosem nie przez kogo innego, jak przez Wadima Kożewnikowa – autora ulubionej młodzieńczej lektury Władimira Putina, „Tarcza i miecz”, w której „temat wojny służył apologii ‚organów’” (Adam Pomorski, Przedmowa). O ile nazwisko Kożewnikow nie jest szczególnie rozpoznawalne wśród współczesnych, Putin z pewnością brzmi znajomo.

Po tym – jak zapewne nie omieszkają mi co niektórzy wypomnieć – przydługim wstępie, pozwalam sobie oddać głos osobie, która tę właśnie mentalność poznała dogłębnie – samemu Grossmanowi.

„Powstał nowy typ więźniów politycznych, stworzony przez narodowy socjalizm – zbrodniarze, którzy nie popełnili żadnej zbrodni.”

„Sofia Osipowna nawet się zdziwiła – ledwie kilka dni wystarczyło, żeby przebyć drogę powrotną: od człowieka do brudnego, nieszczęsnego, pozbawionego imienia i wolności bydlęcia, a przecież droga do człowieka trwała miliony lat.”

„Jedną z najbardziej zdumiewających cech natury ludzkiej, odkrytą w owym czasie, okazała się potulność. Były wypadki, ze do miejsca egzekucji ustawiały się ogromne kolejki, ofiary zaś same pilnowały w nich porządku.”

„Gdyby Kaltluft miał odpowiadać przed sądem niebieskim, to usprawiedliwiając się, szczerze opowiedziałby sędziemu, jak los kazał mu zostać katem, który uśmiercił pięćset dziewięćdziesiąt tysięcy ludzi. Czyż mógł przeciwstawić się takim potęgom jak wojna światowa, potężny ruch narodowy, nieubłagana partia, przymus państwowy? Kto potrafi sam wybierać drogę? On jest tylko człowiekiem, osobiście wolałby mieszkać w ojcowskim domu. Nie on szedł, to jego popychano, to los prowadził go za rękę. Tak samo albo bardzo podobnie usprawiedliwialiby się przed Bogiem ci, których Kaltluft posyłał do pracy, a także ci, którzy posłali do pracy Kaltlufta.”

„Rozstrzygały się losy jeńców niemieckich, którzy mieli zostać zesłani na Syberię. Rozstrzygały się losy jeńców radzieckich, którzy po uwolnieniu z hitlerowskich obozów mieli z woli Stalina trafić tam, gdzie Niemcy, na Syberię.”

„Teraz nie hamował się i przy Nadii mówił, że nie sposób czytać lizusowskich listów-peanów na cześć „wielkiego nauczyciela, najlepszego przyjaciela sportowców, mądrego ojca, potężnego koryfeusza nauki, olśniewającego geniusza”, który na dodatek do tego wszystkiego jest jeszcze i skromny, i wrażliwy, i dobry, i czuły. Człowiek ma wrażenie, że Stalin i orze, i wytapia stal, i karmi łyżeczką dzieci w żłobkach, i strzela z karabinu maszynowego, a robotnicy, żołnierze, studenci i uczeni tylko się za niego modlą, bo gdyby zabrakło Stalina, cały wielki naród wkrótce wyginąłby, jak nierozumne bydło.”

„Władza nad światem zawsze spoczywa w rękach ludzi ograniczonych, za to z niezachwianym poczuciem własnej słuszności.”

„-Ta skandaliczna publikacja (…) została przedrukowana w „New York Timesie”, naturalnie wywołując oburzenie wśród inteligencji radzieckiej.

-Oczywiście, nie mogło być inaczej – przytaknął Kowczenko, patrząc Sztrumowi w oczy morderczo uprzejmym wzrokiem. Spojrzenie jego piwnych oczu było tak przyjazne, że Wiktor Pawłowicz nie wypowiedział myśli, która w sposób naturalny zrodziła się w jego głowie: ‚Jak radziecka inteligencja mogła się oburzyć, skoro w życiu nie widziała „New York Timesa”?”

Opasłe tomisko Grossmana zdecydowanie warte jest i czasu i cierpliwości, ponieważ, sięgając po banał,  historia lubi się powtarzać. Na pociechę autor oferuje parę okruchów nadziei, takich jak słowa:

„(…) ale przecież człowiek myślący nie może sobie zabronić myślenia.”