La maternité

lovely-baby

Tak już potrafi nasz mały geniusz! Przez całą minutę albo i półtorej!

Wpisy w soboty nie leżą w moim zwyczaju, ponieważ zawsze wychodziłam z założenia, że weekend jest dla rodziny. Ostatnimi czasy jednak wszystkie dni zlewają mi się w jeden niekończący się maraton karmienia, przewijania i mycia naszego Synka, który na dodatek obdarza nas przy tych wszystkich czynnościach spojrzeniem pełnym wyrzutu, zupełnie jakby chciał powiedzieć „Tam do diaska! Trafili mi się kompletni amatorzy!”. Uznałam więc, że tych moich parę minut sam na sam z komputerem dobrze nam wszystkim zrobi.

Macierzyństwo daje mi wiele radości, jego pierwsze dni przypominają  jednak niepokojąco błądzenie po omacku. Wciąż mam poczucie, że coś robię źle, że o czymś zapomniałam, czegoś nie dopilnowałam i to się w przyszłości zemści na moim dziecku. W nocy zrywam się na najlżejszy szmer. Za dnia, kiedy W. śpi, ciągle sprawdzam czy aby na pewno oddycha, czy na pewno nie ma zimnych stópek, czy nie nakrył sobie głowy kocykiem… Zdradzę Wam mój sekret. W środku nocy, kiedy jestem już bardzo zmęczona, a mój mały głodomór po dwóch półgodzinnych karmieniach z 10 minutową przerwą pomiędzy nadal domaga się piersi, daję mu smoczka – i czuję się wtedy jak najgorsza matka na świecie.

Kiedy wstaje dzień, nocne strachy znikają. Dzieciątko rozwija się pięknie, dziś gdy położyłam go na chwilkę na brzuszku, po raz pierwszy zdołał unieść i utrzymać główkę 45 stopni nad łóżkiem! Oniemiała, zawołałam T., po czym zaczęliśmy jedno przez drugie wychwalać Maluszka pod niebiosa, oraz uznaliśmy zgodnie, że jest absolutnym geniuszem już w dziesiątej dobie życia. Mój mąż stwierdził, że rozwijając się w takim tempie, wkrótce W. oświadczy nam głosem pełnym patosu: „Matko, Ojcze, wyprowadzam się!”. To ja go teraz szybko pójdę przytulić, tak na wszelki wypadek, gdyby zaraz chciał dorosnąć.

Mon fils

„Z dniem dzisiejszym W. wkroczył swoimi maleńkimi stópkami w świat biurokracji – dzięki swojemu niestrudzonemu Tacie nasz Synek ma już akt urodzenia, meldunek, oraz oczekuje na numer PESEL. Nasz Synek o milionie imion: Kociątko, Maluszek, Słoneczko, Kochanie, Małpeczka, Kaczorek, Myszeczka, Skarb, Żabka – to tylko niektóre z nich, zmiennych jak jego mimika i nastroje. Dla Państwa pozostanie zaś obywatelem W.W.”

Powyższe słowa miały być wstępem do wczorajszego wpisu, niestety nie pamiętam już o czym miał on być. Mały Szkrab zarządził porę obiadową i myśl uciekła. Wiedzcie jednak, że się nie obijam i cały czas staram się rejestrować wszystkie wrażenia, którymi chciałabym się później z Wami podzielić.

Aktualnie żyję w stanie swoistego letargu, nic nie wiem o świecie i, prawdę powiedziawszy, nic mnie ten świat nie obchodzi. Dosypiam kiedy mogę, więc przez większość czasu wyglądam jak zapuchnięte zombie z rozczochranymi włosami. Najważniejsze jednak, że w ogóle mogę się w miarę swobodnie poruszać i nosić W. w swoich ramionach, co stanowi OGROMNĄ zasługę mojej Teściowej. Nie dość, że zapełniła mi lodówkę zdrową żywnością, to jeszcze zorganizowała konsultację z szanowanym ginekologiem, który umożliwił mi takie prozaiczne czynności jak wstawanie, schylanie się, stanie prosto, a nawet siadanie bez wycia z bólu.

Szczerze powiedziawszy, nastawiałam się na trudny poród – wiadomo, pierworódki mają najtrudniej. Jednak w toku przygotowań do przyjścia dziecka na świat ani razu nie przyszło mi do głowy jak będzie właściwie wyglądał ten cały „połóg”. Nie chcę nikogo straszyć, każdy organizm jest inny. O swoim nauczyłam się tyle: nie śmiać się, nie kaszleć i, na Boga, ABSOLUTNIE POD ŻADNYM POZOREM nie kichać!

Dostałam najsilniejsze leki przeciwbólowe dostępne dla kobiet karmiących piersią – a one umożliwiły mi sięgnięcie po mój najlepszy lek przeciwbólowy na świecie – trzymanie w ramionach mojego pięknego Dzieciątka. Bo, chociaż nie jest łatwo, trzymając na rękach to ciepłe, bezbronne i ufne Maleństwo nie żałuję ani jednego trudnego dnia ciąży czy połogu.

T. wspiera mnie na każdym kroku, naprawdę nie wyobrażam sobie jak samotne matki radzą sobie w takich sytuacjach. Mój cudowny Mąż codziennie dowodzi, że moje przeczucia co do jego predyspozycji do zostania dobrym tatą, były jak najbardziej słuszne. Sprząta, pierze, gotuje, załatwia sprawy urzędowe, przewija i nosi Syna śpiewając mu przy tym z wielkim zapałem „Jesteśmy jagódki” – uwielbiam ich wtedy obserwować. Moi dwaj najważniejsi mężczyźni w życiu dogadują się coraz lepiej, a ja, teraz, gdy już nie muszę płakać z bólu, zachowuję łzy na bardziej podniosłe okazje. Takie jak słuchanie tej piosenki:

Mon Dieu!

Jestem z powrotem cała (no… powiedzmy) i zdrowa, a co najważniejsze, z najpiękniejszym, najcudowniejszym i najbardziej przeuroczym synkiem na świecie. Wyrażenie „łatwo nie było”, którym raczył się posłużyć szlachetny Małżonek, to czysty eufemizm, ale jednocześnie bez mrugnięcia okiem mogę zapewnić, że było warto.

Tymczasem czuję się jakbym wróciła z jakiejś innej planety, a na dodatek z kompletnym rozdwojeniem jaźni, i próbuję jakoś pogodzić swoją dotychczasową osobowość z tą nową, maminą. Czasu mam bardzo niewiele, tak dokładnie sama nie wiem ile, bo obecnie rytm dnia wyznacza mi dźwięk kwilenia, który wszakże potrafi niespodziewanie przejść w ryk syreny alarmowej. Mimo to postanowiłam pojawić się choć na parę chwil i dać Wam znać, że wszystko w porządku. Co w tych okolicznościach oznacza stan chronicznego niewyspania, odkładania wszystkiego na później oraz ciągłego wpatrywania się w Potomka z niedowierzaniem, że tak całkowicie ukształtowany człowiek o wadze 3380 mieścił się w moim własnym brzuchu.

Co do porodu – może za jakiś czas zdradzę parę szczegółów w ramach autoterapii posttraumatycznej. Póki co, powiem tylko, że tuż po wszystkim, niesiona falą endorfin, wlepiałam chciwie oczy w naszego słodkiego W. i rozmyślałam o Bogu. Od chwili narodzin Dzidziusia chyba z milion razy powtórzyłam „Jestem tu” i „Już dobrze”. Nagle przyszło mi do głowy, że właśnie to są najważniejsze SŁOWA jakie można usłyszeć, i jakie można komukolwiek przekazać. Sam Bóg nazwał się „JESTEM, KTÓRY JESTEM” (Wyj 3,14) i przekazał nam Dobrą Nowinę, aby objawić nam swoją miłość… ojcowską. Czy można dać komuś coś więcej niż obecność i wsparcie?

Ktoś może powiedzieć, że powyższe rozmyślania stanowią efekt uboczny środka przeciwbólowego o lekkim działaniu narkotyzującym – a ja nie będę się upierać, że tak nie było. A jednak w tych chwilach, tuląc do siebie po raz pierwszy własne dziecko, czułam się jakbym wreszcie pojęła istotę wszystkiego.