Facebook

Przeczytałam dzisiaj na mamadu.pl artykuł o kobiecie, która umieściła ma Facebooku (zabawne jest swoją drogą, że w dosłownym tłumaczeniu Facebook oznacza „książkę z twarzami”, a użytkownicy portalu zaskakująco chętnie prezentują zupełnie inne części swojego ciała) zdjęcie porodowe: w domu, nago, z nowo narodzonym dzieckiem nadal połączonym z nią widoczną na zdjęciu pępowiną. Bardziej intymnie już się nie da. A może można tę granicę jeszcze przesunąć w jakiś sposób, który nie przychodzi mi teraz do głowy?

Nie odczułam szoku, ani obrzydzenia wyrażonego przez wiele komentujących tę fotografię osób. Pomyślałam: „Tak, tak to właśnie wygląda”. Ale czy sam fakt, że coś jest autentyczne – w opozycji do wyphotoshopowanych, poprawionych skalpelem chirurga i pokrytych grubą warstwą makijażu modelek, które media serwują nam jako „naturalne piękno” – sprawia, że powinniśmy się tym dzielić z innymi? Ja jestem mamą dwójki dzieci, ale są ludzie, którzy dzieci nie mają, albo nie chcą mieć i oni nie mają pojęcia jak fizjologia porodu wygląda. Myślę, że takie osoby mają prawo nie chcieć takich zdjęć oglądać, że w pewnym sensie udostępnianie ich to ekspansywne i agresywne zachowanie ekshibicjonisty.

Poród jest niewątpliwie niezwykle silnym doznaniem zarówno na poziomie fizycznym jak i emocjonalnym. Niemożliwe jest wytłumaczenie komuś jak to jest rodzić. Moja przyjaciółka ujęła to bardzo trafnie słowami: „Nie wiedziałam, że to będzie aż tak…”. Mówi się nawet o „cudzie narodzin”, co nie czyni owego cudu jednak ani odrobinę mniej fizycznym, zwierzęcym, i ani odrobinę bardziej estetycznym.

Osobiście nie zdecydowałam się na fotografowanie porodu i jeśli miałabym ponownie podejmować tę decyzję, pozostałaby taka sama. W żadnym wypadku nie było to podyktowane pruderią – jest to jedna z pierwszych rzeczy, która idzie w odstawkę gdy chce się mieć dziecko: kontrole u ginekologa najpierw co miesiąc, potem co dwa tygodnie, a przy samym porodzie trzech różnych lekarzy płci obojga badało mnie niezależnie od siebie zanim jeszcze w ogóle weszłam na salę porodową. Chodziło o coś innego. To był czas poza czasem, rzecz pomiędzy mną i moim dzieckiem – i nikim więcej. Podczas stosunku też bym się nie fotografowała. To są momenty, kiedy nie powinno się myśleć o tym jak się wygląda, tylko koncentrować się na tu i teraz. Tak sądzę. Ale są przecież ludzie, którzy właśnie lubią robić sobie zdjęcia w łóżku i ich to podnieca. Czy publikowaliby je potem na Facebooku, to już inna sprawa.

Nie mam Facebooka. Zapewniam, że istnieję. Mogę opowiedzieć o moim porodzie (do czego zresztą zbieram się od dłuższego czasu i nie znajduję jeszcze właściwych słów) na swoich zasadach, przemilczając niektóre wątki, uwypuklając inne. Mogę sama kształtować to wspomnienie, interpretować rzeczywistość na własny użytek. Ale jeśli jest zdjęcie, w pełnym świetle pokazujące wszystko, co jest do zobaczenia, nie ma tu miejsca na interpretację własną – wchodzi twarda rzeczywistość. Było tak. Koniec, kropka. Ze zdjęciem się nie dyskutuje. A przecież można pamiętać coś całkiem inaczej niż ukazują to zdjęcia. Można wreszcie pamiętać całkiem inaczej niż faktycznie było.

Le chat

Idę przytulić starszego synka przed snem. Leży uśmiechnięty pośród pluszaków i oświadcza z zadowoleniem:

- Nie mam misia!

- O, rzeczywiście. A gdzie jest misiu?

- Jest w moim brzuszku! – Poklepuje się po wypukłości na klatce piersiowej. -Tak jak u mamy w brzuszku był nasz mały dzidziuś.

- Aha! I go urodzisz?

- I będziemy mieli małego misiaczka!

- A ty będziesz dla niego tatą?

- Nie, będę dla niego koteczkiem.

- Aha… A w takim razie dla mnie kim będziesz? – Pytam już skołowana. Syn patrzy na mnie niepokojąco uważnie, jakby miał do czynienia z niezbyt pojętnym słuchaczem, po czym stwierdza:

- Też koteczkiem.

- A, no tak. Jasne. Dobranoc synku!

- Dobranoc KOTECZKU!

La force

To się dzieje zawsze kiedy słyszę jakiś jednostajny szum tła. Pracujący wentylator. Brzęczenie radia.

I nagle jestem prawie pewna, że słyszę płacz mojego dziecka. Chociaż tak wiele razy już tego doświadczałam i wiem, że na 98% dziecko wcale nie płacze, niepokój zawsze jest ten sam. A potem płacz dziecka przeradza się w inny dźwięk.

W zwierzęce wycie z bólu rodzących kobiet, które słyszałam na porodówce. Ba, które sama z siebie wydawałam, choć zapomniałam już, że umiem wydawać takie dźwięki. Po pierwszym porodzie też prześladował mnie ten krzyk, który niesie się przez okna aż do sal, w których śpią pacjentki z urodzonymi już dziećmi. Rozdzierający krzyk, przepełniony siłą i cierpieniem, niczym zniekształcony jakąś złośliwą mocą okrzyk rozkoszy wydawany przy poczęciu dzieci, które teraz przychodzą na świat. Oczywiście wiem, że wcale go nie słyszę,że za kilka tygodni znów o nim zapomnę i przestanie mnie prześladować. A jednocześnie przecież jest prawdziwy, rozlega się nieustannie w różnych miejscach na ziemi, zwiastując nowe życie.

Jest w nas element zwierzęcy, który przez większość życia spychamy do podświadomości, ignorujemy, próbujemy okiełznać, stłumić. Podczas porodu właśnie ta część nas dochodzi do głosu. Pierwotna i przerażająca, ale też czyniąca nas potężniejszymi niż kiedykolwiek mogłybyśmy przypuszczać.

La pharmacie

W aptece wymieniłam całą listę dziecięcych produktów dla naszego malucha, po czym w końcu, po dłuższej chwili milczenia wymruczałam pod nosem, że potrzebuję czegoś na hemoroidy.

- Karmi pani piersią?

-Tak.

Farmaceutka pogmerała chwilę w szufladzie, po czym wyjęła małe opakowanie i wręczyła mi je z uśmiechem.

-Proszę, mi pomogło po porodzie.

A widząc moją zmieszaną minę dodała:

-To bardzo częste powikłanie.

I dorzuciła mi do reklamówki z zakupami kilka darmowych próbek.

Le réveillon

Wieczór przed porodem był bardzo ciepły. Przyjechali do nas moi rodzice. Mały W. już od jakiegoś czasu cicho pochrapywał w łóżeczku, a my świętowaliśmy pierwsze spotkanie od czasu Wielkanocy. Piwonie w wazonie pachniały zniewalająco. Paliły się świeczki. Zimny arbuz z lodówki różowił się na stole obok kwaskowatego ciasta z rabarbarem. W tle dyskretnie rozbrzmiewał jazz. Pokój wypełnił się rozmową i śmiechem.

Przed snem rozważałam rodzinne wyjście do ZOO następnego dnia.

La folie!

Donoszę co następuje:

Jedno dziecię dostało się do przedszkola i trzeba teraz chodzić na spotkania informacyjne i zajęcia integracyjne. Poza tym jutro pierwszy występ w klubie malucha z okazji Dnia Matki i Dnia Ojca, więc oczywiście mąż wziął w pracy wolne i idziemy w pełnym składzie podziwiać dwie piosenki i jeden wierszyk.

Drugie dziecię wkrótce się pojawi po tej stronie brzucha, więc torba do szpitala spakowana, wyprawka kupiona, robię ostatnie badania, ćwiczę oddychanie i usiłuję uzgodnić coś z położną, która odbiera w międzyczasie porody na szpitalnym korytarzu.

Sesja egzaminacyjna trwa, jak dotąd najprawdopodobniej wszystko zdane. Nie mogę uwierzyć, że po dwóch latach studiów będę miała znów do dyspozycji wszystkie weekendy! Pertraktuję z maluchem w brzuchu, żeby spokojnie jeszcze poczekał z narodzinami do wyznaczonego terminu i pozwolił mi zakończyć studia, a następnie wyprawić naszemu starszakowi urodziny. No tak, i usiłuję się uczyć w wolnych chwilach. Trzymajcie kciuki za ostatni egzamin w najbliższą sobotę!

Jak skończy się to całe szaleństwo i odzyskam swoje życie, blog wróci na listę priorytetów, wraz z grą na gitarze, urządzaniem balkonu i nauką języka migowego.

A jak Wam mija tydzień?

La vie et la mort

Kobieta w ciąży jest bramą pomiędzy życiem i śmiercią. Mam głębokie przekonanie, że nie jest to zbędny patos. Chodzimy po świecie niczym symbole. Z jednej strony nosimy w sobie potencjał życia – jak się przyjęło mówić, „nowe życie”. Z drugiej strony, jak każda żywa istota, nosimy w sobie także potencjał śmierci – tyle, że tym razem zwielokrotniony.

Trudno ustalić jak często dochodzi do poronień. Często dzieje się to na pierwszym etapie ciąży, kiedy matka nie wie jeszcze o zapłodnieniu i odczuwa poronienie jako spóźnioną miesiączkę. A jeśli już wie, w naszej kulturze w dużym stopniu pozostaje to temat tabu. Jak gdyby fakt, że się tego dziecka nie widziało, nie przytulało, a teraz jeszcze się o nim nie mówi, sprawiał, że ból po jego stracie zniknie.

Moja bliska koleżanka ze studiów napisała mi dzisiaj, że poroniła w 14 tygodniu ciąży. Co to oznacza? Po pierwsze górę formalności. Po drugie, ponieważ poronienie nastąpiło przed 16 tygodniem ciąży, od rodziców zależy, czy chcą poznać płeć zmarłego dziecka. I tu następuje procedura, która w cywilizowanym kraju jest nie do przyjęcia: rodzice otrzymują martwy płód, zwany „próbką”, do przechowania przez kilka dni w domowej lodówce, do czasu wykonania badania. Brak mi słów.

Z drugiej strony, każdego dnia około 830 kobiet umiera z powodów powiązanych z ciążą lub porodem (dane wg WHO). Co prawda, 99% tych śmierci ma miejsce w krajach rozwijających się, gdzie nawet dostęp do wody bieżącej w szpitalu nie jest sprawą oczywistą. Natrafiłam niedawno na reportaż BBC obrazujący skalę problemu. Na przykład Kemisa z Ugandy otwarcie stwierdza, że położna na liście zakupów przedporodowych umieściła 10 par gumowych rękawiczek dla lekarza, ale ciężarna kupiła ich tylko dwie. Powód? Na więcej jej nie stać. Za to Ellen z Malawi urodziła dziecko w publicznym ośrodku zdrowia, w którym odbiera się 90 porodów miesięcznie, mimo że nie ma tam wody bieżącej, sprzętu do sterylizacji narzędzi ani prądu. Nadaje to staraniom działającej w Polsce Fundacji Rodzić po Ludzku nieco inny wymiar.

Ale skoro już mowa o Polsce, usłyszałam niedawno smutną historię. Kobieta miała urodzić kolejne już dziecko poprzez cesarskie cięcie. Miała umówioną datę, swojego lekarza, zarezerwowaną salę, przygotowane jednostki swojej grupy krwi. Zabieg przebiegł pomyślnie, dziecko przyszło na świat całe i zdrowe. Z niewiadomych przyczyn matka wykrwawiła się na śmierć. Przy całej nowoczesnej technologii, w sterylnych warunkach, pod okiem wykwalifikowanych lekarzy. Trudno to zaakceptować. A jednak pewne, wcale niemałe, obszary życia pozostają zupełnie poza naszą kontrolą. Życie i śmierć to nadal tajemnica.

Przeczytałam ostatnio świetną książkę Justyny Dąbrowskiej „Nie ma się czego bać. Rozmowy z mistrzami”, która składa się z wywiadów dotyczących przemijania i śmieci. Zastanowiło mnie, że średni wiek rozmówcy wynosił 80 lat. Tak jakby wcześniej się nie umierało…

Nie chcę kończyć w tym fatalistycznym tonie. Naturalnie większość rodziców oczekuje szczęśliwego rozwiązania i narodzin zdrowego potomka. W zdecydowanej większości wypadków, tak się właśnie dzieje. Myślę tylko, że warto uświadomić sobie od czasu do czasu jakie to ogromne, nieoczywiste szczęście.

Le coup de fil

Zadzwoniła do mnie dawno nie widziana koleżanka z czasów szkolnych. To ten rodzaj znajomości, w której dobrze nam się rozmawia, ale jakoś nigdy nam ze sobą nie po drodze, więc średnio raz do roku spotykamy się, by nadrobić zaległości i obiecać sobie, że tym razem to już na pewno pozostaniemy w częstszym kontakcie. Ostatnio kiedy się widziałyśmy byłam w trakcie przygotowań do ślubu.

Koleżanka [lekko, żartobliwie] – Cześć! Dzwonię, żeby zapytać co u Ciebie, bo tyle czasu minęło od naszej ostatniej rozmowy, że może już zostałaś matką, a ja o niczym nie wiem!

[niezręczna cisza]

Ja [zmieszana] – No w sumie to właśnie tak, zostałam matką.

[niezręczna cisza]

Koleżanka [zmieszana] – Nooo… To gratulacje!

Gdy doszła już do siebie, temat zszedł na poród, bo koleżanka jest lekarzem, i jak większość lekarzy ma zboczenie zawodowe.

Koleżanka – A jak rodziłaś? Przez cesarkę, czy siłami natury?

Ja – Siłami natury.

[cisza wypełniona współczuciem]

K. – Ale to się podobno zapomina.

J. – Podobno. Ja wszystko pamiętam, a bardzo chciałabym zapomnieć.

K. – Teraz mi się przypomniało, że mama opowiadała, że jak jechała do pierwszego porodu, to ją bolało, ale nie wiedziała czego się spodziewać. Za to jak jechała do szpitala do drugiego porodu to już w samochodzie zaczęła płakać. Tata ją pyta: „Czemu płaczesz?”. A ona na to: „Uhuu, bo ja już wiem, co to będzie”!

Śmiejemy się razem, ale jednocześnie czuję jak zalewa mnie fala współczucia dla mamy koleżanki, połączona z przerażeniem wynikającym z faktu, że w niedalekiej przyszłości chcielibyśmy zapewnić Synkowi rodzeństwo. A rodzeństwo ma to do siebie, że w kapuście nie rośnie ani go bocian nie przynosi, tylko ktoś musi je urodzić. Niestety.

Maternité, partie III

2009 WROCLAW N/Z  FOT. KRZYSZTOF GUTKOWSKI / AGENCJA GAZETA

Kiedy W. zabrano do umycia i zbadania, po raz pierwszy usłyszałam jego płacz. Chociaż może lepszym określeniem byłoby popiskiwanie – przepełnione niezrozumieniem dlaczego nagle nie czuje znajomego ciepła mojego ciała, nie słyszy bicia mojego serca. W tym momencie zrozumiałam, że już zawsze na ten dźwięk bezradności mojego dziecka będę czuć w sercu ukłucie, które ponagli mnie by o każdej porze dnia i nocy pędzić na ratunek.

Jeszcze tylko łyżeczkowanie częściowo przyklejonego łożyska, zszywanie i już mogłam z powrotem tulić swojego Malucha. Położna przystawiła mi go do piersi i zawołała do sali męża, który zdążył obdzwonić całą rodzinę, a teraz co minutę dopytywał czy już może wejść. Kiedy T. do nas podszedł dostrzegłam w jego oczach nowy wyraz, ulgę przemieszaną z nieomal nabożnym szacunkiem do mnie jako kobiety, jako matki jego dziecka. Te chwile wspólnego zachwytu nad maleńkimi rączkami, uroczą twarzyczką i ogromnymi oczkami Synka były tylko nasze. Rozpierała nas duma i radość. Staliśmy się rodziną.

Następne dwa dni wspominam jak stan pomiędzy snem a jawą, co w zasadzie niewiele odbiega od prawdy, bo kiedy tylko miałam szansę próbowałam się zdrzemnąć. Moje ciało po raz kolejny zmieniło się w niekontrolowany sposób, tak, że trudno było mi rozpoznać siebie w biuściastej, opuchniętej istocie z obwisłym brzuchem, którą okazjonalnie widywałam w łazienkowym lustrze.

Synek spał na wózku tuż obok mojego łóżka, co stało się dla mnie źródłem ogromnej radości ale i ogromnego strachu. Długie godziny spędzałam na wpatrywaniu się w niego, nieodmiennie dochodząc do wniosku, że jest absolutnie w każdym calu idealny, i nie mogąc wprost nadziwić się, że taki kompletny człowiek o wadze 3380 g jeszcze przed chwilą mieścił się w moim wnętrzu. Z drugiej strony z pełną siłą porażała mnie odpowiedzialność za jego zdrowie i życie. Nagle musiałam w błyskawicznym tempie opanować przewijanie, karmienie i trzymanie wiotkiego, ruchliwego ciałka w bezpieczny sposób. A wszystko to przy obolałym ciele, które sprawiało wrażenie obcego i za nic nie chciało współpracować przy siadaniu, wstawaniu, chodzeniu, ani żadnej innej czynności, która wiązała się z najmniejszą zmianą pozycji. A co jeśli się zakrztusi, albo nagle przestanie oddychać, kiedy akurat będę spała? A co jeśli coś mu będzie dolegać, a ja tego nie zauważę na czas? Tym podobne pytania dręczyły mnie nieustannie.

Leżałam na sali z cztery lata młodszą od siebie, miłą dziewczyną, która właśnie urodziła swoje trzecie dziecko. Zgodnie uznałyśmy, że szpital ma na wyposażeniu bardzo ładne wanny.

-Korzystałaś z niej?

-Nie. A Ty?

-Też nie.

Potem śmiałyśmy się, że pewnie nie są nawet podłączone do rur hydraulicznych.

Nocą przez uchylone okno docierały do nas krzyki rodzących kobiet oraz polecenia wydawane im przez personel. Początkowo sądziłam, że tylko mi się zdaje, że może moje własne, śniące mi się wciąż, wspomnienia są tak żywe, że prześladują mnie nawet na jawie. Uspokoiłam się dopiero, gdy współlokatorka przyznała, że też je słyszy.

Jeśli po porodzie miałam w sobie jeszcze jakieś resztki wstydliwości, zostały one doszczętnie wykorzenione podczas reszty pobytu w szpitalu. Co jakiś czas ktoś zaglądał, żeby sprawdzić jak goją się nasze szwy, jak przebiega laktacja (koleżanka została oceniona jako „tryskająca” zdrowiem, przy mnie położna tylko mruknęła coś pod nosem i dopisała mi na karcie podawanie trzy razy dziennie tabletek ziołowych wzmagających laktację) i karmienie piersią. Chociaż zawsze byłam bardzo nieśmiała, w pewnym momencie przestało na mnie robić wrażenie, że kolejna obca osoba obmacuje i ściska moje piersi, czy ogląda moje krocze przy drugiej pacjentce i otwartych drzwiach na korytarz. Same odwracałyśmy wzrok podczas badań – to była jedyna prywatność jaką mogłyśmy sobie nawzajem ofiarować.

Podczas porannego obchodu jeden z lekarzy rzucił do mojej współlokatorki „Trzecia donoszona ciąża. Właściwa osoba na właściwym miejscu.”, a pozostali pokiwali z aprobatą głowami. Gdy podeszli do mnie zapadła niezręczna cisza. No tak, 26 lat, dopiero pierwsze dziecko, a na domiar złego słaba laktacja. O czym tu gadać?

Odrębną kwestię stanowiły badania dzieci. Odbywały się one bez uprzedzenia, o najróżniejszych porach dnia, zupełnie niezależnie od tego czy dziecko akurat zaczęło jeść, czy też właśnie zasnęło po trzech godzinach usypiania. Nagle ktoś wchodził do sali, obwieszczał swoje przybycie jakimś rzeczownikiem, np. „Przesiewowe badanie słuchu.” – i zabierał dzieci. Albo, co gorsza, nakłuwał piętkę słodko śpiącego noworodka, wyduszał parę kropel krwi, po czym wychodził zostawiając nas z wrzeszczącymi wniebogłosy maluchami, które należało od początku karmić i uspokajać.

Jedna z położnych, widząc mojego śpiącego na plecach Synka kazała mi koniecznie układać go na boku, żeby się nie zachłysnął. Wzięłam sobie jej słowa do serca. Dopiero znacznie później okazało się, że W. ma niezasklepioną jedną panewkę stawu biodrowego i absolutnie nie wolno układać go na boku.

Inna położna, zapytana czy mam podnosić dziecko po karmieniu do odbicia stwierdziła, że nie ma takiej potrzeby, bo po mleku matki dzieciom się nie odbija. Na skutek tej informacji drugiej nocy w szpitalu przez 4 godziny usiłowałam uciszyć wrzeszczącego z bólu malucha. Karmiłam go wiele razy sądząc, że jest głodny – i oczywiście tylko pogarszałam sytuację. Nieprzyzwyczajone do karmienia piersi bolały mnie już okropnie. W końcu uznałam, że najwidoczniej musi być nadal głodny – niemałą rolę w podjęciu tej decyzji odegrała też mina kobiety, która po sprawdzeniu laktacji zapisała mi tabletki – i poszłam po sztuczną mieszankę. Po jedzeniu oczywiście podniosłam dziecko do odbicia i wreszcie spokojnie zasnęło, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że było wygłodniałe. Niewiele brakowało, żebym w tym momencie przeszła na sztuczne karmienie. Na szczęście nazajutrz pojawiła się kolejna położna, która w życzliwej rozmowie przekonała mnie, żeby się nie poddawać. Do teraz karmię wyłącznie piersią.

Wreszcie nadszedł upragniony dzień wypisu. Podczas porannego obchodu zapewniono nas obie, że tego dnia wyjdziemy do domu. W sali zapanowała atmosfera święta, zaczęłyśmy się pakować, choć do wypisów zostało jeszcze wiele godzin. Nie upłynęła nawet połowa tego czasu, gdy przyszła lekarka pediatra wraz z trzema studentami, z których każdy po kolei przeprowadzał dokładnie te same badania na drącym się jak nieboskie stworzenie W. (wiadomo, trzeba ćwiczyć) i oświadczyła z całą stanowczością, że ja mogę iść do domu, ale dziecko zostanie w szpitalu.

CDN…