Stop!

j7ro1_500

A może by tak spędzić razem trochę czasu?

W walentynki wybrałam się do księgarni, w której jako prezent dla ukochanej osoby promowano na wystawie „Pięćdziesiąt twarzy Grey’a” oraz „Nimfomankę”. Uderzył mnie dysonans pomiędzy tą pochwałą rozwiązłości, a naiwnymi, własnoręcznie wykonywanymi serduszkami z papieru wręczanymi sympatiom z dzieciństwa: „Na górze róże, na dole fiołki, my się kochamy jak dwa aniołki. Twój Cichy Wielbiciel” ;-). Nie domagam się tu absolutnie obowiązkowej odgórnej infantylizacji wyznań miłosnych… Ale żeby od razu „Nimfomanka”?

Czy nikt już nie wręcza sobie tomów poezji? Gdzie się podziała finezja? Gdzie romantyzm? Coś jest poważnie nie tak z tą kulturą pojmującą miłość wyłącznie poprzez seks.

Im dłużej nad tym myślę, tym bardziej upewniam się, że nie chodzi tu o moją zadeklarowaną staromodność, a o potrzebę wejścia z kimś w głębszą relację i o cierpliwość. Chociaż czas również nie jest tu bez znaczenia, gdy skonfrontuje się fakt, że The Beatles śpiewali „I want to hold your hand”, a Miley Cirus śpiewa pokazując wszem i wobec… hmm… Znacznie więcej niż tylko swoje dłonie.

Domeną współczesności jest pośpiech. A istnieją sprawy, w tym relacje międzyludzkie, w których pośpiech jest wysoce niewskazany. Pomijając już, że można popełnić wiele błędów, zostać głęboko zranionym lub wykorzystanym przez osobę, którą jak nam się zdawało zdążyliśmy już poznać; śpiesząc się pozbawiamy się mnóstwa przyjemności (co dziwi biorąc pod uwagę, że drugą po pośpiechu domeną współczesności jest dążenie do przyjemności). Kolejne stopnie bliskości, poznawanie tej drugiej osoby, a nawet samo oczekiwanie – na spotkanie, telefon, pierwszy pocałunek – wypełnia ogromna radość. Mam czasem ochotę zakrzyknąć: Ludzie zatrzymajcie się i zastanówcie! Czy nie tęsknicie za wspólnym patrzeniem w gwiazdy? Za pisaniem do siebie listów (tak, na prawdziwym papierze)? Za patrzeniem sobie w oczy (i tylko w oczy)?

Trudno wszak spodziewać się, że kogoś wzruszy trzymanie się za ręce, jeśli dąży jedynie do jak najszybszego zaspokojenia seksualnego. Kiedyś była to powszechna wiedza, dzisiaj potrzebny nam ruch slow life.

Gdyby ktoś jednak chciał zainwestować w nietuzinkowy prezent powalentynkowy (to, że starać się trzeba przez cały rok już mamy ustalone) dla ukochanej/ ukochanego polecam „Pachnidła” Adama Szustaka OP. My z mężem sobie chwalimy. Albo „Wyjdź za mąż i poddaj się!” Constanzy Miriano. A do środka można włożyć pierścionek zaręczynowy. I to by było dopiero romantyczne. O.

Especially for you

Dziś zgodnie z obietnicą małe co nieco dla mojego brata. Aktualnie, korzystając z faktu, że dysponuję większą ilością czasu, wreszcie zabrałam się do lektury „Tajnego dziennika” Mirona Białoszewskiego, nota bene podwędzonego niecnie mojemu tacie jakieś pół roku temu (tak tato, to ja). Tamże, w publikacji reklamowanej jako „literackie wydarzenie 2012 roku”, przeczytałam słowa tak bliskie memu sercu, że nie mogę ich nie przytoczyć na łamach niniejszego bloga. Że Białoszewski „poetą wielkim był” wiadomo nie od dzisiaj. Miło jednak stwierdzić, że był również człowiekiem gnębionym przez te same bolączki co i cała reszta ludzkości. W dniu 18 grudnia 1975 roku autor opowiada co następuje:

„W sklepie na Chamowie wlazłem za zagrodę bez koszyka, zapomniałem, włożyłem cztery puszki z sokami do swojej torby. Przed kasą wyjmuję, mówię

- Przepraszam, zapomniałem wziąć koszyk

- To się zapomina – przytakuje mi kobieta sprzede mnie. Kasjerka podlicza mi bez wymówek, zresztą znam ją jako łagodną. Zbieram się nie tak prędko, bo tu torba, tu portfel, tu rękawiczki. Mur. Kobieta starsza za mną

- Niech pan się pośpieszy, przepraszam – stawia swoje, pcha – bo pan tak wszedł przed nos.

Ja do niej spokojnie

- Trudno, proszę pani, żebym stanął za dupą.

Wiedziałem, że zabraknie jej argumentu, i odszedłem. Jako że czasem potrzeba i takich rozgrywek.”

Mistrzu! Mów do mnie jeszcze!

A oto prawdziwa gratka – specjalnie dla nas zaśpiewa Kylie Minogue sprzed licznych operacji plastycznych:

A few remarks on the art of confrontation

 

W życiu każdego, nawet nadspodziewanie opanowanego człowieka zdarzają się sytuacje, w których musi zmierzyć się z osobą o odmiennym stanowisku, nierzadko obdarzoną bardziej wybuchowym temperamentem. Jak trafnie ujęła niegdyś sedno sprawy moja dobra znajoma: „Jestem niezwykle spokojną osobą, dopóki ktoś mnie nie zdenerwuje”. W świetle moich ostatnich doświadczeń chciałabym się podzielić kilkoma przemyśleniami. Z góry chciałabym zaznaczyć, że podziwiam wszystkie osoby, które potrafią omawiać kwestie sporne w sposób wysoce kulturalny oraz bez unoszenia się. Niestety sama nadal szlifuję tę trudną sztukę.

Co ciekawe, w retrospektywie okazuje się zazwyczaj, że to wcale nie punkt zapalny dyskusji stanowił meritum sprawy. W istocie jest to zaledwie pretekst, lub kropla, która przelała czarę goryczy. Znamienne, że w trakcie rozgorączkowanej argumentacji udostępniamy oponentowi znacznie więcej informacji niż byśmy sobie życzyli, a zarazem nierzadko znacznie więcej niż on sam chciałby o nas wiedzieć. Wszelkie zdania zaczynające się od „zawsze”, „oczywiście”, „nigdy”, „normalnie” wskazują na głębokie przekonania oraz wartości, które wcale nie muszą stanowić prawd uniwersalnych, a jedynie takimi się wydawać temu, kto je głosi. Można wówczas łatwo się przekonać co stanowi dla rozmówcy prawdziwą wartość.

Ponadto, wszelkie zarzuty kierowane pod adresem drugiej strony świadczą wcale nie o stronie atakowanej, ale o sposobie postrzegania świata atakującego – mierzymy innych własną miarą, spodziewamy się zachowań oraz sposobu rozumowania, które sami jesteśmy sobie w stanie logicznie wytłumaczyć. „Ach tak, – pomyśli kobieta chorobliwie zazdrosna – Uśmiechnęła się do niego chcąc nawiązać flirt!”, „Wcale nie – powie kobieta przekonana o własnych deficytach intelektualnych – Uśmiechnęła się do niego znacząco, jakby chciała powiedzieć: ona i tak nic nie rozumie z naszej rozmowy!”, na co początkująca gospodyni domowa: „Tak naprawdę wcale się nie uśmiechnęła, tylko skrzywiła próbując mojej sałatki, ale próbowała zamaskować ten fakt uśmiechem”.

Dodatkowe źródło informacji stanowią reakcje emocjonalne rozmówcy. Czy zastanawia się nad tym co i do kogo mówi, czy waży słowa, czy też wyrzuca z siebie ciąg słów niczym karabin maszynowy: szybko, dużo, głośno i pozostawia z przeciwnika krwawą miazgę. Obserwując różnych ludzi, także tych piastujących stanowiska wymagające częstych konfrontacji, odnoszę wrażenie, że zdecydowany prym wiedzie ta druga technika. O ile jest dość spektakularna, chociażby w polityce, w życiu prywatnym może sprowadzić się do palenia za sobą mostów.

Jeśli się już z kimś kłócę, to najprawdopodobniej jest to dla mnie osoba na tyle ważna, że uważam za zasadne poświęcić czas i energię na przekonanie jej do swoich racji. (Wyjątek stanowią tu osoby kłócące się – aż się ciśnie na usta określenie „wykłócające się” –  dla sportu z każdym i w każdych możliwych okolicznościach.) I jeśli taką ważną dla nas osobę zmasakrujemy na dzień dobry z broni pokroju bazooka, to choćbyśmy potem nawet wybaczyli sobie, poklepali się po plecach i postanowili zostać najlepszymi kumplami, blizny pozostaną (oby tylko blizny, a nie pourywane kończyny).

Brak mi momentu ciszy i zastanowienia w dyskusjach. Tak jakby to był wyścig kto powie szybciej, więcej, kto zakrzyczy oponenta. W takiej atmosferze zupełnie zapominam o tym, że mogę chociażby na parę sekund zamilknąć, pozwolić tej drugiej osobie usłyszeć co właściwie przed chwilą powiedziała, i może odrobinę się zreflektować. Brak czasu na wyciszenie, zastanowienie się, czy rzeczywiście chcę kontynuować tą rozmowę, czy warto. Muszę przecież odpowiedzieć NATYCHMIAST, najlepiej równo z ostatnią sylabą wypowiedzianą przez drugą stronę, wytknąć wszystkie słabe punkty argumentacji, po czym przejść do własnych argumentów nim ktoś mi nie przerwie.

Słów raz wypowiedzianych nie da się wycofać, żadne gesty przyjaźni ich nie wymażą. „Skoro coś powiedziałeś, to znaczy, że tak pomyślałeś. A skoro pomyślałeś raz, to bardzo prawdopodobne, że cały czas tak uważasz, tylko o tym nie mówisz” – taka rysa wystarczy by rozluźnić najbardziej nawet zacieśnione więzy.

Myślę, że kto potrzebuje spokoju, musi ten spokój nosić w sobie i sięgać do jego pokładów w trudnych sytuacjach. Okazuje się, że najlepszą odpowiedzią na ostrzał z bazooki nie jest wyciągnięcie armaty, ale jasne stwierdzenie: „Słuchaj, mierzysz do mnie z bazooki. Myślałam że mieliśmy tylko porozmawiać”.

Może wreszcie się nauczyłam, że tylko wtedy mogę być rzeczywiście dumna z wyniku dowolnej wymiany zdań, jeśli dla drobnego „zwycięstwa” nie posunę się do działań, których potem byłoby mi wstyd przed samą sobą.

Smoke, smoke, smoke that cigarette…But not over here!

Idąc dziś ulicą Fredry natknęłam się na taki oto obrazek: tory remontowane przy użyciu ciężkiego sprzętu, budowlańcy dłubiący w asfalcie, tudzież innych elementach otoczenia, tłum ludzi śpieszący w obu kierunkach trasy Gwarna – Most Teatralny, dzieci płaczą, osoby rozdające ulotki co chwilę natrętnie podsuwają je pod nos, cyganka z dwojgiem dzieci na swoim stałym stanowisku na schodach kościoła Najświętszego Zbawiciela wyśpiewuje swoje „daj, pani, daj”, a z pobliskich tanich spaghetterii wydobywa się duszący zapach tłuszczu i przecieru pomidorowego. „Jednym słowem gmatwanina” jakby to określił Dostojewski.

I w samym środku tej gmatwaniny, pędu i hałasu, o wejście do jednej z bram najspokojniej w świecie oparł się potężnej budowy, ubrany na czarno, mężczyzna – zupełnie łysy, za to z sumiastym wąsem. Wydobył z odmętów swego obszernego stroju papierosa, zaciągnął się głęboko, po czym z ukontentowaniem wypuścił chmurę dymu wprost na chodnik wraz z idącymi nim przechodniami. Kontynuował swoją czynność bez najmniejszych oznak troski o samopoczucie tych ostatnich, czy też jakiegokolwiek głosu sprzeciwu z ich strony, póki nie wypalił papierosa. Wyglądał jak wielka czarna dymiąca lokomotywa. Kiedy go mijałam nasze oczy się spotkały i przez ułamek sekundy byłam pewna, że uniesie brwi i spod wąsa wyda przenikliwy gwizd godny parowozu. Ciuch, ciuch!

Drodzy palacze! Wiele rozumiem: i ludzką słabość, i siłę nawyku, i to, że każdemu przyjemność sprawia co innego. Ale nie rozumiem bezczelnego chamstwa. Skoro już wydaliście horrendalną sumę na paczkę trucizny, która sprawia Wam taką przyjemność, mimo, że jest

a)szkodliwa,

b)droga,

c)śmierdząca,

d)niemodna,

to przynajmniej upewnijcie się, że SAMI z niej korzystacie. Jeśli dobrze się nad tym zastanowić, to każda inna osoba, która wdycha Wasz ciężko zarobiony, ukochany dym bezczelnie Was wykorzystuje! Nie zapłaciła – a wdycha. Nałogowy palacz za roczny zapas papierosów płaci równowartość telewizora z najwyższej półki. Za te pieniądze warto się upewnić o wyłączności użytkowania.

A skoro już poruszyłam tę kwestię, przypomniał mi się inny epizod. Do tramwaju ciasno zapakowanego ludźmi wchodzi palacz. Skąd to wiadomo? Całe ubranie, włosy i skóra wydają charakterystyczny odór starej nikotyny. Nagle, powolutku acz wyraźnie wokół palacza zaczyna powstawać przestrzeń, mimo, że przed chwilą zdawało się, że i szpilka by się nie wcisnęła. Palacz rozgląda się, po czym dyskretnie wkłada do ust miętową gumę do żucia. Czy naprawdę myślał, że to coś zmieni?

I już ostatnia uwaga: dmuchanie w inną stronę niż Wasz niepalący rozmówca niczego nie zmienia. Nawet jeśli jakimś cudem ominie go przykra woń, to już szkodliwe substancje na pewno nie.

Slow motion

W życiu współczesnych ludzi pośpiech jest zjawiskiem równie powszechnym jak Żabka lub Biedronka przy jednej z ulic Poznania (nie mylić z żabką lub biedronką, tych uświadczyć nieco trudniej), o czym zdarzyło mi się już wspomnieć tutaj.

Niemniej jednak, istnieją takie miejsca, które promują nurt przeciwny i na przekór kulturze „już, teraz i  na wczoraj”, niewzruszenie zdają się istnieć w zgoła odmiennym wszechświecie, w którym czas odmierza się zupełnie inną miarą. Takim miejscem niewątpliwie jest dowolny urząd pocztowy, urząd miejski, a także apteka. Ilekroć trafiam w jedno z wymienionych miejsc, mam nieodparte wrażenie, że ktoś wcisnął wielki przycisk z napisem „slow motion”.

Obowiązkowo tylko jedno stanowisko na trzy jest czynne. Niekończąca się kolejka spoconych, potupujących i pochrząkujących znacząco ludzi zastanawia się jak to się stało, że ze wszystkich możliwych miejsc na świecie znaleźli się akurat między niemożliwie śmierdzącym staruszkiem a niecierpliwiącą się kobietą o rubensowskich kształtach, co i rusz popychającą ich w plecy tą lub ową częścią swego obfitego ciała. Tymczasem osoba obsługująca tych wszystkich nieszczęśników, nie dostrzegając absolutnie żadnej z ich niewygód, oddaje się studiowaniu Tej Jednej Jedynej Recepty. Niespiesznym krokiem uda się na zaplecze, wróci z tajemniczym specyfikiem, postuka w klawiaturę komputera – czy to na pewno to? Ach, nie, przecież to nie to stężenie! Poskrobie się po głowie, potrze umęczone czoło, otworzy tę szufladę, potem następną… Eureka! Można szukać drugiej pozycji spośród pięciu na liście.

Nieważne co o tym sądzimy. Nic to, że gdyby każdy w tym samym tempie wykonywał swoją pracę, mielibyśmy w Polsce druga Grecję. Ostoje spokoju i wyciszenia trwają na przekór przeciwnościom, skłaniając klientów do zastanowienia. Nad czym? Chociażby nad tym, co ja tutaj robię, i czy aby na pewno potrzebuję tego, po co w tej kolejce stoję.

Work-life balance

Mogę pracować ciężko, ale niech przynajmniej będzie ładnie! Na zdjęciu moje stanowisko pracy.

Rozmawiałam w pracy z dwoma mężczyznami, zupełnie prywatnie. Jeden z nich to programista, ma żonę i dwójkę dzieci w wieku szkolnym. Mieszka pod Poznaniem. Codziennie dojeżdża pociągiem 30 km do pracy. W weekendy studiuje na Politechnice Poznańskiej. Bardzo chciałby mieć czas na rozmowy z dziećmi i ma już nawet plan jak to pragnienie zrealizować, ale nie przewiduje, żeby mu się to udało w ciągu najbliższego roku.

Drugi z nich jest managerem. Nie ma rodziny, dziewczyny ani nawet znajomych poza pracą. Mieszka w tym samym budynku, w którym pracuje. W weekendy nadgania zaległości w pracy. Bardzo chciałby mieć czas na cokolwiek.

Mam wrażenie, że w Poznaniu wszyscy gdzieś pędzą, wszyscy chcą osiągać wyniki, piąć się wzwyż. Niedawno słyszałam sprzedawcę waty cukrowej na Starym Rynku, który mówił, że musi podnieść sprzedaż o 10 zł dziennie. Akordeonista uliczny przy Placu Wolności spogląda złym okiem na pobliskiego gitarzystę. Ludzie rozdający ulotki walczą o najbardziej dogodne stanowiska na Moście Teatralnym, gdzie ze względu na remont torów codziennie przewija się obecnie pół Poznania. A ja idę i nadziwić się nie mogę – gdzie my tak wszyscy pędzimy? A mimowolnie JUŻ przyspieszam kroku, JUŻ zgrabnym slalomem wymijam rozdających ulotki ludzi, przebiegam na migającym JUŻ zielonym, niecierpliwię się, że tramwaj JESZCZE nie nadjeżdża…Ludzie! Przecież my gnamy wprost ku własnej śmierci! Tam każdy zdąży!

Kiedy wracam do domu po ciężkim dniu w mojej pierwszej, drugiej, a czasem i jeszcze trzeciej pracy wysławiam pod niebiosa moją oazę spokoju, kochającego męża, który mnie wita, gorący prysznic i tych kilka godzin tylko dla siebie.

Cause I’m a wooman!

Mojego męża nie ma dzisiaj w domu. Bynajmniej nie jest to ogłoszenie matrymonialne, ale skarga. W momencie kiedy rano zamknęły się za nim drzwi poczułam się jak najsamotniejszy człowiek na świecie. Nie trwało to długo, bo wkrótce potem rzuciłam się do szukania ubrania na dziś, mycia zębów, robienia makijażu i kończenia herbaty – i to wszystko na raz, żeby nadrobić trzy minuty leniwego przeciągania się w łóżku zaraz po przebudzeniu. Wysoka cena, ale cóż, warto było.

Kiedy wróciłam z pracy (nie z tej pierwszej, porannej pracy, tylko z tej drugiej, na popołudnie) nadal go nie było, a nawet zaryzykowałabym twierdzenie, że nie było go jeszcze bardziej niż rano. Rozejrzałam się po domu, po którym przeszedł kataklizm kobiety, która bardzo nie chce się spóźnić, nie tracąc przy tym eleganckiego wyglądu osoby, która przez piętnaście minut muskała policzki puszkiem pudru, i to we właściwym kierunku. W pierwszym odruchu już – już miałam wpaść w wir dogłębnych porządków, kiedy uzmysłowiłam sobie, że jednak tego nie zrobię.

Zamiast tego włączyłam relaksującą muzykę, zaparzyłam kawę i rozsiadłam się w fotelu z gazetą. Po dłuższej chwili oddałam się temu, co Helen Fielding z finezją charakterystyczną dla „Dziennika Bridget Jones” opisała jako gorsze od bycia rolnikiem – zaopiekowałam się swoją kobiecością. To prawda, że sprowadziło się to do: „roboty z plewieniem i pryskaniem upraw: trzeba depilować nogi woskiem, golić pachy, skubać brwi, ścierać pumeksem stopy, złuszczać i nawilżać naskórek, oczyszczać pory, farbować odrosty, malować rzęsy, piłować paznokcie, masować cellulitis, gimnastykować mięśnie brzucha. W dodatku te wszystkie zabiegi są tak precyzyjne, że wystarczy kilka dni, aby się całkiem zapuścić.” Ale o ile lepiej czuje się człowiek pod grubą warstwą zielonej mazi kiedy to sobie ładnie nazwie!

Teraz sobie siedzę i pachnę. I jest mi cudownie kiedy tak czekam na T. w całym tym bałaganie dookoła. Bo, jak mawia mój mąż, są sprawy ważne i ważniejsze.