L’excès

„W Tybecie nie chodzi się do lekarza. Zamiast tego się modlimy” – stwierdza jedna z bohaterek książki-reportażu „Jak Eskimosi ogrzewają swoje dzieci? Rodzicielskie przygody z całego świata” autorstwa Mei-Ling Hopgood. Z pewnością wiele osób zripostuje stwierdzeniem, że jest to jedna z przyczyn wysokiej śmiertelności wśród matek i dzieci w tym rejonie świata. A jednak to ciekawe: z taką łatwością uznajemy za głupotę praktykowanie medytacji i zdrowego odżywiania przy pominięciu wizyt lekarskich wśród ciężarnych Tybetanek, ale nikogo nie dziwią fastfoodowe zachcianki i częsta ekspozycja na stres Polskich ciężarnych przy comiesięcznych badaniach ginekologicznych…

Jak już wspominałam, druga ciąża skłania mnie ku głębszemu przeżywaniu więzi z dzieckiem. Nie planuję co prawda medytować podczas składania tysiąca maleńkich papierowych żurawi (jak robią niektóre Tybetanki), mam jednak poczucie większej jedności ze wszechświatem i potrzebę wyrażenia wdzięczności za dobro, które mnie spotkało. A że akurat czytam z dużym zainteresowaniem „Chcieć mniej. Minimalizm w praktyce” Katarzyny Kędzierskiej, zabrałam się do porządków połączonych z wielkim oddawaniem. Niewykluczone, że nagła potrzeba sprzątania wiąże się ze zbliżającymi się nieuchronnie egzaminami końcowymi na studiach („Jak się skupić w takim bałaganie?”). Niektórzy nazwaliby to zjawisko „wiciem gniazda” przed narodzinami potomka. Ja wolę określenie „tworzenie przestrzeni do życia w wolności”.

Nigdy nie byłam typem zbieracza, gromadzącego liczne „przydasie” i robiącego zapasy na wypadek nie-wiadomo-jakiej-katastrofy. Mimo to, po gruntownym przekopaniu swojej szafy spojrzałam ze wstydem na stertę zbędnych ubrań: wystarczyłoby ich, żeby całkowicie zaspokoić potrzeby jeszcze jednej osoby – i to zarówno latem jak i w zimie. Owszem, byłaby to osoba o dość eklektycznym guście i ciągłych wahaniach wagi, ale fakt pozostaje faktem. Szafa bynajmniej nie świeci pustkami. Co za marnotrawstwo zasobów i przestrzeni!

Odrębną sprawą jest, że niechcianych przedmiotów wcale nie tak łatwo się pozbyć. Przekonała się o tym moja dobra znajoma porządkująca rzeczy swojej zmarłej mamy, i druga, która chciała pozbyć się dziecięcych ubranek, niepasujących już na jej pociechę. Obie stwierdziły to samo: w okolicach Poznania musi panować niezwykły dobrobyt, bo domy dziecka, ośrodki pomocy społecznej i tym podobne placówki odmawiają przyjmowania za darmo używanych przedmiotów w dobrym i bardzo dobrym stanie. Oczywiście świadczy to jedynie o niezbyt skutecznej dystrybucji pomocy. Wystarczy rozejrzeć się wokół, by zobaczyć osoby, którym takie rzeczy by się przydały.

W przeszłości wrzucałam nadliczbowe ubrania do pojemników Caritas. Niedawno dowiedziałam się jednak z niemałym zdziwieniem, że Caritas już od kilku lat nie prowadzi zbiórki odzieży na terenie Poznania. Kontenery zostały wykupione przez prywatnego właściciela, a ubrania z nich trafiają na przemiał, za granicę, lub do second handów. Nie dość więc, że nie pomagałam biednym, to jeszcze przyczyniałam się nieświadomie do zysku kogoś, kto na biedę raczej nie narzeka. Poczułam się wykorzystana.

Co więc robić ze zbędnymi rzeczami? Można próbować je sprzedać, ale nie ma co liczyć na wielkie zainteresowanie czy zyski. Można zwyczajnie je wyrzucić, ale ani to ekologiczne, ani pożyteczne. Można kompletnie zagracić mieszkanie, bo przecież „nic nie da się zrobić”. Albo można samemu znaleźć tych, którzy potrzebują pomocy i im ją zaoferować. Ja wybieram ostatnie rozwiązanie. A Wy?

L’inspiration pour un printemps (3)

sdr

Kwiecień plecień, bo przeplata… W dni takie jak dziś – słoneczne i ciepłe – recepta na sukces z młodocianymi jest prosta: spacer, plac zabaw, rowerek. Ale kiedy robi się mniej przyjemnie, potrzeba już odrobiny kreatywności, żeby miło spędzić dzień. Moja propozycja nr 1? Palmiarnia Poznańska!

Sprawdza się szczególnie jesienią i zimą, bo wysoka temperatura dostarcza niezwykle przyjemnej odmiany od warunków panujących na zewnątrz, a dzieci mogą swobodnie pobiegać po opustoszałych poza sezonem ścieżkach wśród zielonych roślin. Ale teraz polecam ją szczególnie, ponieważ właśnie trwa wystawa motyli egzotycznych (czynna jeszcze przez 2 tygodnie).

W zeszłym tygodniu, w któryś bardzo wietrzny dzień, zapakowaliśmy przekąski, książeczkę „Bardzo głodna gąsienica” Erica Carle i wyruszyliśmy na wyprawę tramwajem do palmiarni. Swoją drogą, rozumiem, że jako państwo nie jesteśmy jeszcze na takim etapie rozwoju gospodarczego, żeby oczekiwać udogodnień jakie oferują kraje zachodnie, ale przy milionowych inwestycjach nikt mi nie powie, że nie stać nas na przyzwoite chodniki, niskie krawężniki przy przejściach dla pieszych, komfortowe podjazdy dla wózków przy każdych schodach, oraz częstsze kursy tramwai niskopodłogowych! Tymczasem odzyskuję wiarę w ludzi, bo jeszcze nikt, kogo poprosiłam o pomoc z wózkiem, mi nie odmówił. Ale chyba nie o to chodzi w budowie miejskiej infrastruktury, żeby zmuszać mieszkańców do nagabywania nieznajomych?

Tak czy inaczej, wysiłek się opłaca. Park Wilsona pięknieje z dnia na dzień, a liczne kaczki i gołębie stanowią znaczną atrakcję dla dzieci (notatka mentalna: zabrać suchy chleb dla ptaków). A mieszcząca się w nim palmiarnia to prawdziwy raj dla mam z dziećmi.

Kwestie organizacyjne: cena za bilet wynosi 9 zł, dzieci do 3 roku życia wchodzą za darmo, starsze płacą 7 zł. Przy wejściu znajduje się płatna szatnia (1 zł), ale nikomu nie przeszkadza jeśli  wrzucimy kurtki do wózka i weźmiemy je ze sobą. Jest tam też płatna toaleta (1 zł), ale w głębi palmiarni można za darmo skorzystać z o wiele nowocześniejszej toalety w kawiarni (trzeba zapytać panie kelnerki o kod), która posiada też przewijak (w toalecie przy wejściu go brak). Wąskie spacerówki wjadą bez problemów, szersze trzykołowce także, ale trzeba w tym celu odblokować drugie skrzydło drzwi wejściowych. Dzieciaki ubieramy na cebulkę, bo w zależności od strefy klimatycznej, z której pochodzą rośliny, w różnych częściach palmiarni panuje temperatura od umiarkowanej po wysoką.

Jeśli chodzi o największe przyjemności, dzieci mogą nakarmić ogromne kolorowe karpie dosłownie wprost do otworów gębowych (notatka mentalna: pamiętać kupić pokarm dla rybek z automatu przy wejściu do palmiarni -1 zł), podziwiać pytona, papugi, 170 różnych gatunków ryb w akwariach, a przy wejściu do kawiarni gigantyczne mrowiska połączone szklanymi korytarzami, przez które mrówki transportują niestrudzenie fragmenty liści i owoców. Na deser jest kawiarnia, która oferuje szeroki wybór smacznych ciast i lodów. Oczywiście są też same rośliny (1100 gatunków), ale mój (prawie) trzylatek póki co wykazuje nimi umiarkowane zainteresowanie. Czekamy oczywiście na okres kwitnienia nenufarów!

A obecnie, jak już wspomniałam, na odwiedzających palmiarnię czeka wyjątkowa gratka – coroczna wystawa motyli egzotycznych. W wydzielonej przestrzeni fruwają one swobodnie, tak, że nie tylko można je zobaczyć z całkiem bliska, ale też zdarza się nierzadko, że przysiadają wprost na zwiedzających. Wiem, że komary szczególnie lgną do kobiet w ciąży i chyba z motylami jest podobnie, bo ledwo weszłam do tego pomieszczenia, a zostałam lądowiskiem nr 1! Na dowód zamieszczam zdjęcie:

cofWartością dodaną jest możliwość zobaczenia kokonów różnych odmian motyli, co w połączeniu z naszą książeczką nadało całej wyprawie wymiar edukacyjny.

Dużą zaletą palmiarni jest fakt, że można wybrać się do niej wraz z innymi zaprzyjaźnionymi rodzinami i zarówno dzieci, jak i rodzice, przyjemnie spędzą czas (pozdrawiam serdecznie nasze towarzyszki wyprawy, E. i jej córeczkę Ł.!). Polecamy!


http://palmiarnia.poznan.pl/pl/

 

Du temps de maman

Zdradzę Wam małą tajemnicę. Na co dzień jestem zabiegana. Nie, to jeszcze nie była moja tajemnica ;-) . Zajmuję się naszym coraz bardziej wymagającym dwulatkiem, dbam o dom, pracuję i studiuję na bardzo wymagającym kierunku. Zajęcia mam praktycznie co weekend, w ciągu tygodnia sporo czasu poświęcam nauce. A tak, i jestem w ciąży – co teoretycznie nie zabiera czasu, ale znacznie spowalnia wykonywanie niektórych czynności (schody!) i wymaga np. regularnych badań i kontroli lekarskich. Mój plan dnia jest więc bardzo napięty i w zasadzie zupełnie pozbawiony czasu wolnego. Kiedy moi znajomi i rodzina cieszą się na weekend, ja zbieram siły na maraton intelektualny. Całe soboty spędzam na uczelni. W niedziele kończę dość wcześnie, by zdążyć na Mszę Świętą u Dominikanów, skąd pędzę prosto do domu by mieć choć namiastkę rodzinnego weekendu. A teraz obiecana tajemnica: pomiędzy końcem zajęć a Mszą Świętą mam całe 45 minut TYLKO dla siebie.

Idę sobie spacerem pomiędzy majestatycznym Collegium Minus, a nowoczesną Akademią Muzyczną, uśmiecham się do ludzi i wystawiam twarz do słońca. Następnie idę do Zamku Cesarskiego, gdzie bez pośpiechu oglądam różne wystawy, nomen-omen, czasowe. Obrazy, fotografie, rzeźby, instalacje – interesuje mnie wszystko. Zazwyczaj nie ma innych zwiedzających i mam dostojne sale zamkowe tylko dla siebie. Nikt mnie nie pyta po raz milionowy: „A dlaczego?”. Nikt nie marudzi, że musi siusiu już, teraz, natychmiast. W ciszy i spokoju otwieram się na inne światy i przestrzenie. Często nie rozumiem tego, co oglądam. Nie przeszkadza mi to jednak zachwycać się różnorodnością formy wyrazu i sposobów postrzegania

Ostatnio na przykład widziałam wystawę futurystycznych ubrań z papieru. I oczywiście można stwierdzić: „Po co to komu? Kto nosi ubrania z papieru? I to takie, które ani nie grzeją ani nie służą wygodzie?”. I będzie w tym jakaś prawda. Można też dostrzec element zabawy w eksperymentowaniu z materiałem, który pod wpływem ruchu, na oczach widza zmienia płaszcz w najeżone kolce czy ptasie skrzydła, albo jest zwyczajnie piękny – choć zupełnie niepraktyczny.

Czasem tylko przychodzi mi na myśl, że jakiś obiekt spodobałby się W. (zdaje się, że artyści i dzieci mają wiele wspólnego). Szybko odpędzam jednak tę myśl. Nie żebyśmy nie chodzili wspólnie na wystawy. Ale to jest uświęcony moment bezmatkowia, wyrwany z kontekstu, poza czasem i przestrzenią. Jeśli mam pokazać dziecku piękno i złożoność świata, jeśli mam rozbudzić w nim pokłady kreatywności i otwartości – muszę gdzieś się tym wszystkim nasycić. Potem jeszcze tylko modlitwa o siłę na kolejny tydzień i już jestem gotowa znów bawić się w chowanego (gdy tylko kończę liczyć, W. woła z kryjówki „Jestem w sypialni pod łóżkiem!”), zjadać ze smakiem niewidzialne jedzenie i po raz nie wiem już który odpowiadać na nieuchronne „A dlaczego?”.

il pleut

Ludzie piszczą, biegną i śmieją się w głos. Dorośli ludzie. Centrum. Środek dnia. Nieznajomi rozmawiają ze sobą. Patrzą z niedowierzaniem na swoje miasto jakby widzieli je po raz pierwszy.

W niedzielę wsiadłam do tramwaju w letniej sukience i z upodobaniem oddałam się lekturze „Projektu matka” Małgorzaty Łukowiak. Właśnie zastanawiałam się jak to możliwe, że autorka pracuje, matkuje dwójce dzieci i mężowi, chodzi do klubu fitness, oraz regularnie wyraża pragnienie padnięcia na twarz i zaśnięcia, a jednocześnie produkuje prawie 400-stronicową książkę, kiedy z niewesołych rozmyślań o własnych deficytach w zarządzaniu czasem wyrwał mnie nagły podmuch wiatru.

Drzwi tramwaju otworzyły się wpuszczając do środka średniej wielkości trąbę powietrzną ( a przynajmniej tak to wtedy odczułam) wraz z niemałą ilością kurzu oraz śmieci. Wymieniłam pełne niedowierzania spojrzenia z brodatym młodzieńcem usadowionym po przeciwnej stronie wagonu, po czym jak na komendę zaczęliśmy wpatrywać się wybałuszonymi oczami w linię horyzontu znikającą w zastraszającym tempie we mgle i wirującym pyle ulicznym. Mechanicznym ruchem wycierałam kurz osiadły na kartkach książki, obserwując rozpętującą się ulewę.

Na kolejnym przystanku drzwi tramwaju wpuściły do – jakże suchego i przytulnego nagle wnętrza – obfity strumień z kilku pryszniców, a także ciasno stłoczone stadko przemoczonych do bielizny, roześmianych pasażerów.

Ludzie zaczęli z ożywieniem wymieniać dowcipne uwagi na temat pogody, wartkich potoków płynących ulicami, miejskich systemów odprowadzania wody, tudzież własnej garderoby. W mgnieniu oka wśród roześmianych podróżnych wytworzyła się nieomal rodzinna atmosfera.

-O patrzcie, patrzcie, tamten jak leci! – ktoś wskazuje rączo pędzącego młodziana. Wybuch śmiechu.

-A tamten ma na wszystko wy****ne! – stwierdza ktoś inny, gdy mijamy mężczyznę sunącego statecznym krokiem po kostki w wodzie. Kolejny wybuch śmiechu.

-Popatrz, z ulicy zrobiła się rzeka! – powtarza po raz czwarty do swojej towarzyszki starszy jegomość w kapeluszu.

-Słyszałam Heniu, nie egzaltuj się tak. – odpowiada starsza pani z godnością.

Przystanek Fredry. Czas wysiadać. Bez większych rokowań na sukces otwieram moją – małą, jak bardzo małą! – parasolkę i szybkim krokiem ruszam w kierunku klasztoru Dominikanów. Po drodze moknę do suchej nitki i śmieję się w głos z siły żywiołu, ze świeżego zapachu deszczu, który uderza do głowy, z ludzkiego planowania, ze swojej letniej sukienki i swojej małej, małej parasolki.

Les élections

Jeśli spotkacie na ulicy kogoś, kto ma dwumetrową głowę, dumne spojrzenie skierowane gdzieś w dal, oraz łagodny uśmiech błąkający się na ustach, wiedzcie, że spoglądacie na kandydata do rady miasta. Poznań zaroił się pasującymi do powyższego opisu fotografiami osób płci obojga, opatrzonych imieniem i nazwiskiem, ewentualnie (acz niekoniecznie) hasłem wyborczym (w stylu: „nr 1 na liście wyborczej!”). Jest to swoisty Facebook uliczny – obce osoby podają się za moich znajomych i na dodatek domagają się lajkowania swoich brzydkich zdjęć.

Ktoś może powiedzieć, że to przecież nie wybory Miss Universe – i słusznie. Członek rady miasta powinien być elokwentny, wykształcony, skuteczny, a także powinien reprezentować interesy swoich wyborców. Odpowiednia prezencja jest istotna, lecz z pewnością nie najistotniejsza. Dlaczego w takim razie w dokonaniu wyboru ma być pomocne gigantyczne zdjęcie en face?

Może jest to subtelna gra specjalistów od wizażu? Inteligenci zagłosują na kandydatów w okularach, feministki na kobietę w ostrym makijażu. Zwolennicy lewicy wybiorą kandydata z kciukiem w górze, zwolennicy prawicy – tego z wąsem i srogo nastroszonymi brwiami. Młodzi oddadzą głos na młodych, starzy na starych, a licealiści na tego, kto ma najśmieszniej brzmiące nazwisko.

Jak uwierzyć, że kandydatów różni od siebie cokolwiek prócz twarzy, skoro nie silą się na oryginalność nawet w tak banalnej sprawie jak kampania wyborcza? Nieomal widzę to potulne stadko ustawione w kolejce do tego samego fotografa, który następnie taśmowo przygotował wszystkie banery.

A wystarczyłoby przecież napisać czarną czcionką na białym tle:

ZAGŁOSUJCIE NA MNIE TO OBNIŻĘ CENY BILETÓW MPK O 50% I ZAKOŃCZĘ REMONT RONDA KAPONIERA.

I niech ktoś powie, że by nie poparł takiego kandydata! Z drugiej strony jedno z najlepszych (a zarazem najuczciwszych) haseł wyborczych o jakim słyszałam brzmiało: „Nikt nie da wam tyle, ile ja wam naobiecuję”. To może już lepiej nie obiecywać, tylko zrobić sweetfocię?

La nuit

images

Noc. Pora strachu, duchów, maratonów filmowych, szalonych imprez… i pora karmienia. A dokładniej trzy, w porywach do pięciu pór karmienia – przynajmniej w naszym wypadku. No, chyba, że akurat W. nie może zasnąć. Wtedy noc przechodzi w zasadzie w jedną niekończącą się porę naprzemiennego karmienia, przewijania i noszenia. A że Synek waży już ponad 7 kg, jest co nosić.

Dość szybko zauważam, że nocą czas płynie inaczej. Po raz kolejny wyrwany ze snu organizm usiłuje nawiązać kontakt z rzeczywistością, i po raz kolejny ponosi porażkę. Zaspane powieki nie chcą się rozkleić. Czy to już jutro, czy jeszcze wczoraj? Wskazówki zegarka rozmazują się i tańczą przed półprzytomnymi oczami. Spoglądam i jest 24:00. Po chwili jest już 3:05. Myślę, że teraz to już z pewnością noszę W. co najmniej od dwudziestu minut – gdy sprawdzam upłynęły zaledwie dwie. Przemierzam mieszkanie wzdłuż i wszerz, czekając aż mu się w końcu odbije i będziemy mogli wracać do łóżek. Wyglądam przez okno. Widzę księżyc w nowiu. Wyglądam ponownie – jest pełnia.

Podczas tych samotnych godzin czuwania, przemierzając całe kilometry i (z pewnością!) wydeptując ścieżki na podłodze pogrążonych w mroku pokoi przytulam do siebie ciepłe, bezwładne ciałko dziecka. Czasem krzyczy wniebogłosy i się wyrywa. Innym razem oddycha miarowo na moją szyję, działając silniej niż jakikolwiek środek usypiający. Myślę sobie, że chyba już mu się odbiło, pewnie nie usłyszałam. Zasnął tak mocno, i chyba nawet mu się coś śni, bo się uśmiecha. Odkładam go do łóżeczka najdelikatniej jak potrafię. Kiedy tylko jego ciało styka się z materacem, natychmiast szeroko otwiera oczy i patrzy na mnie z wyrzutem, zupełnie trzeźwym spojrzeniem.

Zaczynamy od początku. Znów przewijanie. Znów karmienie. Znów noszenie. Patrzę na blok naprzeciwko, szukam jasnych okien jak iskierek nadziei. Nie tylko ja nie śpię. Przez te prawie dwa miesiące poznałam już mapę rozmieszczenia nocnych marków w okolicy. Może też mają małe dzieci? – zastanawiam się. Może lubią siedzieć do późna. Cierpią na bezsenność. Prowadzą ożywione życie towarzyskie i odwiedzają ich znajomi. Czytają wciągającą powieść, od której nie mogą się oderwać. Zakuwają po nocach do poprawki egzaminu. A może zwyczajnie zapomnieli zgasić światło. Nawet jeśli, i tak te zapalone światła dodają mi otuchy.

Czasem Synek zasypia natychmiast, i ja również mogę się wyspać. Choć, rzecz jasna, jest to zupełnie inne „wyspanie”, niż to, którego doświadczałam kiedyś. Po pełnych czterech godzinach niezakłóconego snu kręci mi się w głowie i muszę przez dłuższą chwilę zastanawiać się gdzie właściwie jestem.

Kiedy w swobodnej rozmowie szwagierka wspomniała lekko o przespaniu ciągiem ośmiu godzin, osłupiałam. Podczas gdy rozmowa potoczyła się dalej swoim torem, mój mózg nadal rozważał tą koncepcję. Osiem godzin… bez przerwy… Nie, w tym zdaniu musi kryć się jakiś błąd logiczny.

Parę minut po czwartej, po którymś karmieniu z kolei, odkładam wreszcie synka i wychodzę na balkon. Miasto leży u moich stóp. Ta chwila ciszy, zawieszenia między nocą a dniem, należy tylko do mnie. Moi dwaj mężczyźni chrapią w najlepsze w sypialni, zupełnie nieświadomi mojego małego zwycięstwa. Przetrwałam kolejną noc. Świętuję ten fakt sam na sam z Poznaniem i z kubkiem herbaty. Powietrze niesie jeszcze przyjemny chłód poranka, który wkrótce zmieni się w nieznośny upał. Nad dachami wschodzi słońce i odbija się w szybach budynków pomarańczowym blaskiem. Oddycham głęboko, pociągam ostatni łyk mocnej herbaty. Potem wślizguję się cichutko do łóżka i liczę jeszcze na jakąś godzinkę snu.

La promenade

159108_dziecko_wozek_wiklinowy

Młoda mama bardzo szybko poznaje na nowo topografię swojego najbliższego otoczenia. Gdzie są dziurawe chodniki, gdzie wysoki krawężnik, gdzie strome schody, gdzie pokoje do karmienia i łazienki z przewijakiem, a gdzie sklepy, w których odległości między regałami są zbyt wąskie nawet dla spacerówki, że o gondoli nie wspomnę (nigdy nie zrozumiem zostawiania przed wejściem do sklepu wózka z dzieckiem w środku – przecież każdy może podejść i z nim odjechać, nim ktokolwiek się zorientuje!).

Zarazem, poruszanie się po mieście z dzieckiem pozwala odkryć pokłady życzliwości w przypadkowo napotkanych ludziach.

Poszliśmy z W. na spacer nad Maltę. Pamiętałam niejasno, że w miejscu, w którym planowałam zejść na ścieżkę wokół jeziora, są podjazdy dla wózków. Kiedy jednak znaleźliśmy się przy schodach, okazało się, że podjazdy projektował ktoś, kto z pewnością nigdy nie musiał z nich korzystać. Stromo, to mało powiedziane. Oczyma wyobraźni już widziałam rozpędzony wózek, ze mną powiewającą u poręczy, wpadający wprost na znajdującą się poniżej betonową ścianę. Właśnie zabierałam się za obmyślanie alternatywnej trasy, gdy nabiegł młody chłopak ze słuchawkami w uszach. Uśmiechnął się szeroko i zaproponował pomoc. „Tak, proszę!” – wyrzuciłam z siebie, nieomal dodając: „Mój Wybawco!”. We dwójkę jako-tako udało nam się sprowadzić wózek. Na koniec życzyliśmy sobie miłego dnia. 

Innym razem podeszliśmy do przejścia dla pieszych na trzypasmowej w tym miejscu ulicy (dwa pasy w jedną stronę, jeden w przeciwną). Z jednej strony nadjeżdżał elegancki samochód osobowy (nie znam się na markach, ale był bardzo ładny i czerwony :-D) oraz autobus. Kierowca autobusu na nasz widok zaczął zwalniać, ale kierowca samochodu osobowego nie wykazywał najmniejszej ochoty do przepuszczenia pieszych. Powoli, wykorzystując „prawo silniejszego” autobus wyprzedził osobowy, po czym zatrzymał się dla nas przed pasami, zmuszając do tego samego jadące za nim auto.

I jeszcze jedna scena, tym razem anty-stereotypowa: przechodziliśmy nieopodal wypasionego (nie lubię tego słowa, jednak żadne inne nie oddaje w tym miejscu istoty rzeczy) czarnego BMW, ze wszystkimi bajerami jakie możecie sobie wyobrazić i dwoma młodymi chłopakami w środku. Opuszczone maksymalnie szyby ukazywały skrzętnie wygolone głowy kierowcy i pasażera, które to z wyraźnym upodobaniem bujały się do rytmu basu płynącego z ryczących hip-hopem głośników. Nagle, gdy byłam już całkiem blisko, padło jakieś zdanie okraszone kilkoma paniami lekkich obyczajów i nagle… Muzyka ucichła. Gdy tylko znaleźliśmy się kilka kroków za samochodem, melodia (?) popłynęła znów z wcześniejszą intensywnością.

Małe dzieci rzeczywiście są nadzieją dla tego zwariowanego świata.

Près des remparts de Séville

Za każdym razem, gdy idę do opery, wypatruję jej. Młodej dziewczyny, która przyszła sama. Nie wspiera się na męskim ramieniu w garniturze, nie trajkocze z grupką koleżanek. Nikt jej tu nie przywlókł na siłę, ani nie zaprosił, żeby jej zaimponować obyciem.

Przyszła, ponieważ sama tak zdecydowała. Dziś świętuje.

Jej szminka jest odrobinę zbyt czerwona. Bluzka z czarnej koronki nieznacznie prześwitująca. Wydaje jej się, że to szczyt frywolności. Zawsze przychodzi przed czasem. Szukając swojego miejsca dyskretnie gładzi koniuszkami palców miękkie, szkarłatne obicia foteli. Obserwuje nadciągających widzów i snuje o nich fantastyczne historie. Czy to sekretni kochankowie? O czym szepczą? Skąd przyszli i dokąd pójdą później? Zamyka oczy, by posłuchać jak gwar rozmów miesza się z dźwiękami strojącej się orkiestry.

Od pierwszych tonów uwertury chłonie muzykę, zupełnie jakby miała potem odtwarzać ją z pamięci – co zresztą zrobi, zaraz po wyjściu ze spektaklu. Czekając w zbitej grupce pasażerów na tramwaj, lub wracając na pieszo w szykownych, niemożliwie niewygodnych butach na obcasach, wciąż na nowo będzie słuchać we własnych myślach ulubionych fragmentów „Madame Butterfly”, „Traviaty”, „Toski” i „Carmen”.

Wchodząc na widownię szukam siebie sprzed kilku lat.

„Romans przyimkowy”

Czasem z T.

idziemy dzień codzienny święcić:

On w czarnej koszuli,

ja w czarnej sukience.

Dostojnie,

pod rękę,

pod parasolem,

pod prąd.

W świetle lamp,

w stukocie szpilek po opustoszałym bruku,

w deszczu,

w tajemnicy,

w ten osobny, własny świat.

Na koncert,

na przekór,

i na zawsze.

La canicule de la ville

Upał. A że kobiecie na finiszu ciąży zawsze jest gorąco, to upał podwójny. (Uwielbiam oglądać reakcje ludzi, którym zdradzam z emfazą, że właściwie to według lekarza poród może już być w KAŻDYM momencie. Prawie każdy słysząc te słowa cofa się o pół kroku i obrzuca mój brzuch podejrzliwym spojrzeniem, jakby zaraz miał wybuchnąć.)

Przymierzam letnią sukienkę ciążową numer jeden – pięknie, całkiem jakbym narzuciła na plecy prześcieradło rozpościerające się swobodnymi fałdami od ramion po kolana. Sukienka nie-do-końca-ciążowa numer dwa podejrzanie opornie zapięła się w zamku, ale za to efekt końcowy nie przypominał żadnego elementu pościeli sypialnianej. Dobre i to.

Wbrew moim najlepszym staraniom Potomek nie dał się przekonać, że na świecie jest dziś wyjątkowo pięknie i warto byłoby się urodzić, żeby zobaczyć taki dzień. Uparciuch po tacie, oczywiście. No trudno, idziemy na spacer w wersji 2 w 1.

Na Starym Rynku zalewa mnie fala światła i dźwięków. Uliczni muzycy przekrzykują się z muzyką płynącą z lokali, przewodnicy turystyczni oprowadzają swoje różnojęzyczne stadka, w kawiarniach brzęk filiżanek miesza się z ożywionymi dyskusjami po polsku, angielsku, francusku i romsku. Przez cienkie podeszwy sandałków wyczuwam pod stopami rozgrzane kamienie bruku. Z otwartych drzwi restauracji kusi przyjemny chłód klimatyzacji. Mieszanina zapachów uderza do głowy. Nagrzane słońcem stare mury, gofry z bitą śmietaną, kawa, lody włoskie, papierosy, przepocone koszulki, gnijące śmieci i ciężkie, korzenne perfumy mijającej mnie elegantki, łączą się w charakterystyczny zapach lata w mieście.

Zanurzam się w cieniste zacisze jednej z bocznych uliczek. Od słonecznej strony drogi nadchodzi kobieta z małym chłopcem, który opowiada coś z wielkim przejęciem. Światło gra w jego złotych włosach. Nagle malec spostrzega unoszone wiatrem pyłki topoli i, przerywając opowieść w pół, rusza w pogoń pokrzykując radośnie. Nim się miniemy kobieta spogląda na mój brzuch i przesyła mi pokrzepiający uśmiech.

Wychodzę pośród kramów z owocami, warzywami, kwiatami i… W zasadzie – czego tu nie ma! Feeria barw zapiera dech w piersiach. Przekupki przedrzeźniają się nawzajem i nawołują klientów, z charakterystyczną hardością oznajmując przypadkowym przechodniom „Dla pani będzie…?”. Nic. Dziś przyszłam tylko nasycić oczy. Chociaż w zasadzie, skoro już tu jestem…

Ocierając z policzka lepki sok smakowitej nektarynki dochodzę do wniosku, że w dni takie jak dziś łatwo przypomnieć sobie za co pokochałam to miasto. Poznań.

La contravention!

31952Wczoraj mój mąż wrócił do domu pełen wzburzenia wobec niesprawiedliwości, która go spotkała. Wracał z pracy jak zwykle na rowerze wyposażonym we wszystkie wymagane elementy (dzwonek, lampka itp.), do tego w kasku i z elementami odblaskowymi na nadgarstkach. A tu ni z tego ni z owego zatrzymuje go policja i wlepia mu mandat… Za jazdę po chodniku!

Tak się składa, że jest to nowy chodnik przy dość ruchliwej ulicy w okolicy Ronda Kaponiera, na którym pozostawiono specjalny pas na ścieżkę rowerową. Jest też oznaczone miejsce przy przejściu dla pieszych, gdzie będzie przebiegać ścieżka rowerowa. Miejsca na chodniku jest na 10 osób idących ramię przy ramieniu, więc trzeba by się bardzo postarać, żeby w kogoś wjechać.

Rzecz w tym, że nie postawiono jeszcze ZNAKU, który w świetle prawa uznawałby ów pas na chodniku za ścieżkę rowerową. Panowie policjanci z niewyraźnymi minami przyznali, że sami jechaliby w tym miejscu dokładnie tak samo jak T. (i paru innych pechowców, których zaraz za nim zatrzymano), no ale przepis to przepis… Komendant tutaj właśnie kazał stanąć – a uczciwie rzecz ujmując, zaczaić się na Bogu ducha winnych rowerzystów i ograbiać ich w biały dzień za jazdę zgodną ze zdrowym rozsądkiem. Skandal!

Ścieżki rowerowe, które nie służą rowerzystom, ale zwiększaniu budżetu policji. Oto kolejny krok ku lepszej komunikacji miejskiej, zaraz po cyklicznym podnoszeniu cen biletów MPK, tak, że dwóm osobom bardziej opłaca się wsiąść w samochód niż w tramwaj, a od czerwca będzie to również bardziej opłacalny wybór dla jednej osoby. Tylko po co ta cała szopka z Poznańskim Rowerem Miejskim?!

Przecież ścieżek rowerowych jest jak na lekarstwo, przy czym zaczynają się i kończą w najmniej oczekiwanych miejscach, a piesi uznają je za bardziej kolorową wersję chodnika, na której nadal trzeba ich wymijać slalomem (najlepsi są ci ze słuchawkami na uszach – „Zgadnij w którą stronę teraz skręcę, bo ja i tak nie usłyszę dźwięku Twojego dzwonka!”). Jazda rowerem po Poznaniu częstokroć oznacza noszenie roweru po schodach, wertepy stanowiące ryzyko dla uzębienia, lub ryzykowną jazdę po ruchliwych ulicach i skrzyżowaniach.

To, co robi się w Poznaniu „dla rowerzystów” nie ma nic wspólnego z polityką proekologiczną, prospołeczną czy promocją sportu. Jest to wyłącznie wykalkulowana kampania wyborcza. A potem urzędnicy miejscy zachodzą w głowę, dlaczego drogi są zakorkowane, MPK przynosi straty, a do największej liczby wypadków dochodzi z udziałem pieszych oraz rowerzystów… Cóż z tego, skoro prezydent miasta, Ryszard Grobelny, ogląda poznańskie ulice wyłącznie zza przyciemnianych szyb służbowego Volvo, prowadzonego przez szofera. Proponuję jednak kiedyś przejechać się rowerem. Bez szofera. Tak w ramach zwiększenia własnej wiarygodności.