J’aime ça !

1693485_6_8e39_le-bouton-j-aime-de-facebook_0c59f350029cc401197754e00fdd79ac

Ostatnimi czasy powróciłam do nauki, ponieważ planuję podejść do egzaminu na studia podyplomowe. Nie jest łatwo pogodzić naukę z pełnowymiarową opieką nad synkiem, przeczuwam jednak, że akurat w moim przypadku znacznie trudniej byłoby nie godzić tej opieki z niczym innym. Połączenie powtarzalności wykonywanych przy małym dziecku czynności z iście syzyfową pracą gospodyni domowej bywa nużące, o ile nie znajdzie się dla niego żadna przeciwwaga.

W rezultacie swojej decyzji, znajduję się w permanentnym stanie deficytu czasowego, ale za to mam tę swoją własną przestrzeń, która jest tylko moja. (Może warto w tym miejscu zaznaczyć, że w świecie szczątkowej intymności, będącym udziałem rodziców niemowląt, jest to nie lada wyczyn.) Początkowo zdobywanie wspomnianej przestrzeni wiązało się z ciągłym poczuciem straty oraz nieustającymi wyrzutami sumienia: a to, że za mało czasu poświęcam synkowi (bo wieczorami zostaje sam z tatą, a ja idę się uczyć); to znów, że za mało angażuję się w naukę (bo po całym dniu wypełniania obowiązków domowych padam już na twarz). Sytuacja zmusiła mnie jednak do przyjęcia postawy zdroworozsądkowej i dawania z siebie tyle, ile akurat mam do zaoferowania. Świat się nie zawalił, wnioskuję więc, że to właściwe podejście.

Jedna z moich babć stwierdziła w rozmowie ze mną, że „ja to się umorduję” samodzielnie zajmując się synkiem, z dala od rodziny. Przyjęłam te słowa jako wyraz życzliwej troski, którym zapewne były. Rzeczywiście i rodzice i teściowie mieszkają na tyle daleko, że pomoc dziadków w opiece nad dzieckiem jest wykluczona. Taka sytuacja nie jest pozbawiona zalet ;-) . Tak czy inaczej, nigdy nie powiedziałabym, że odczuwam swoje macierzyństwo jako mękę. Przez większość czasu jest wręcz całkiem przyjemnie, bywa rewelacyjnie, bywa i trudno. Ale mordęga? Zdecydowanie nie! Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że im lepiej znamy się z W., tym bardziej lubię z nim przebywać.

Podobne zdziwienie spotkało mnie, kiedy podekscytowana swoimi osiągnięciami relacjonowałam niedawnej studentce, że już prawie kończę przerabiać jeden podręcznik, a potem czeka mnie następny. „Znam ten ból!” – rzuciła. Wiem, że chciała się ze mną zsolidaryzować… Tyle tylko, że ja „tego” bólu wcale nie czułam. Czuję dumę, że już tyle zrobiłam, żeby przybliżyć się do realizacji swojego celu. Z tego, że wytrwałam, przezwyciężyłam własne lenistwo oraz strach przed podjęciem wyzwania. Lubię widzieć postępy w swojej pracy (czego nie da mi umycie sterty brudnych naczyń, które dosłownie za chwilę znów staną się stertą brudnych naczyń), lubię poczucie, że się rozwijam.

Przyszło mi do głowy, że bardzo często nieświadomie kształtujemy słowami własną rzeczywistość na znacznie trudniejszą do zniesienia, niż jest. Zaharowujemy się, tyramy, urabiamy sobie ręce po łokcie, wypruwamy sobie żyły, jesteśmy zaganiani, zarobieni, gnamy jak dziki Rex (no dobrze, to ostatnie sformułowanie nie weszło jeszcze do użytku publicznego, posługuje się nim mój mąż) … Zamiast zwyczajnie pracować.

Koniec końców, potwierdziłam w doświadczeniu na żywym organizmie, że odpowiedzią na zmęczenie jednego rodzaju, rzeczywiście jest zmęczyć się w zupełnie inny sposób. Po intensywnej sesji naukowej tęsknię do wygłupów na dywanie z synkiem, a po całym dniu zmieniania pieluch i biegania po placu zabaw wzdycham do ciszy i książek. Innymi słowy, podejrzewam, że znalazłam złotą receptę na to, jak się NIE umordować, NIE umęczyć i NIE zajechać. Trzeba polubić to, co się robi. I wbrew mojej awersji do FB, pozwolę sobie napisać znamienne słowa:

LUBIĘ TO!

La brouette

dziecko-jesien-liscie-taczka-ARTICLE_V-20168

Kiedy myślę o mojej codzienności przychodzi mi do głowy taki dowcip, który kiedyś usłyszałam:

Kierownik nadzoruje plac budowy i widzi, że jeden z murarzy biega w tą i z powrotem z pustą taczką.

-Co pan wyprawia? – pyta zdziwiony.

-Panie kierowniku, taki zap****ol, że nie ma nawet kiedy załadować!

Kiedy więc ktoś z najbliższych pyta mnie jak się mam, odpowiadam tylko „nie ma kiedy taczki załadować!” – i wszyscy wiedzą o co chodzi.

Incroyable!

1298Życie pisze najbardziej niewiarygodne scenariusze!

Znajomy niedawno spadł z drabiny podczas drobnych prac remontowych w domu i złamał rękę. Złamanie kości łokciowej i promieniowej z przemieszczeniem, tuż nad nadgarstkiem, to nie przelewki. Na domiar złego była to prawa ręka, a znajomy jest praworęczny i trudni się naprawą laptopów. Poważny problem, zwłaszcza, że od czasu złamania stracił czucie w palcach, co może uniemożliwić mu dalszą pracę w zawodzie. Nic dziwnego, że chłopak się zamartwiał. Zaraz po założeniu gipsu zaczął dzwonić do klientów z informacją, że nie jest w stanie wywiązać się na czas ze zleceń, które przyjął.

- Dzień dobry z tej strony XYZ, niestety nie będę mógł naprawić pani laptopa w umówionym terminie, ponieważ złamałem rękę. Naprawa może się opóźnić o jakieś 2-3 miesiące.

- Nic nie szkodzi. W zasadzie to wcale mi się nie śpieszy. Miałam wypadek samochodowy i złamałam kręgosłup. Jestem sparaliżowana od szyi w dół.

Znajomy przestał się zamartwiać.

A l’école

Jestem dzisiaj bardzo zapracowaną i szalenie ważną personą! Nie mam czasu na głupoty! Jak doszło do tej drastycznej przemiany?

Otóż… Zabrałam się za pewne zlecenie natury naukowej. Nie mogę Wam zdradzić szczegółów, dość, że czuję się jakbym ponownie musiała wydobyć z głębin pustki umysłowej pracę magisterską pełną mądrych słów oraz teorii, o których nie chce się czytać nawet recenzentom.

Po nocach śni mi się, że przychodzę do szkoły nieprzygotowana, a tam czekają mnie same sprawdziany. Za dnia w lustrze wita mnie udręczona twarz z wytrzeszczem oczu w kolorze karmazynu, oraz pulsującą skronią. Co do towarzystwa zaś, otacza mnie dywan książek, dokumentów i notatek pozaznaczanych fluorescencyjnymi pisakami we wszystkich kolorach tęczy, i komputer, który zdaje się pracować w rytmie „napisz-coś-no-dalej-co-tak-wolno”.

Najgorsze, że każdy element składowy mojej pracy okazuje się kopalnią kolejnych elementów, i to kopanią bez dna. Najgorsze – i najlepsze zarazem, bo to wszystko niezwykle interesujące. A jednak pojawia się problem natury technicznej, tj. zakopuję się w szczegółach, zapominam o myśli przewodniej, a nawet zapominam o co mi tak właściwie chodziło w moich własnych notatkach sprzed kilku dni.

Zaczynam się zastanawiać, czy to aby był dobry pomysł: powracać do kariery akademickiej po dwuletniej przerwie akurat u progu macierzyństwa… Z drugiej strony, lepsze to, niż bezproduktywne zastanawianie się kiedy potomek zechce łaskawie opuścić dogodne stanowisko z głową wspartą o mój pęcherz (co bym za długo bez przerwy przed ekranem wspomnianego komputera nie siedziała) a nogami fikającymi radośnie gdzieś w okolicach żołądka. Aj, aj, aj! Latorośli moja kochana, miej litość dla starej matki!

No i znowu kopnięcie. Cóż…przynajmniej wiem, że ma cela i ironiczne poczucie humoru.

Tymczasem piosenka dla wszystkich kobiet w ciąży:

Poire Williams…

…czyli rzecz o gruszce i o butelce.

W swojej karierze czytelniczej miałam okres ogromnej fascynacji pisarstwem Williama Whartona. Wstrząsnęły mną do głębi „Niezawinione śmierci”, duże wrażenie zrobił na mnie „Tato”, ale to pełni czaru „Spóźnieni kochankowie” wpłynęli na moją rzeczywistość.

Rzecz dzieje się w 1975 roku, w Paryżu, gdzie pewien, niemłody już i boleśnie doświadczony przez życie, malarz spotyka jeszcze bardziej posuniętą w latach, niewidomą damę. Nietypowa przyjaźń mężczyzny zanurzonego do głębi w świecie barw i kształtów, z kobietą pogrążoną w całkowitych ciemnościach, prowadzi do wydarzeń, które zaskakują ich oboje (a wraz z nimi czytelnika).

Dla mnie wartością dodaną powieści Whartona jest fakt, że udało mi się zarazić moim oczarowaniem tatę, tak, że wypożyczoną z biblioteki książkę, czytałam najpierw ja, potem tata, a z czasem nawet podbieraliśmy sobie nawzajem książki w trakcie czytania.

No dobrze, ale jaki związek z życiem młodej mężatki spodziewającej się dziecka może mieć historia podstarzałej pary artystów? Śpieszę z wyjaśnieniem. Otóż, w historii cyklicznie przewija się motyw degustacji luksusowego alkoholu „Poire Williams”. Są to chwile pełne zmysłowej przyjemności, począwszy od bogatego bukietu, poprzez wyrafinowany smak napoju, po intelektualną dyskusję, która mu nieodłącznie towarzyszy. Autor posuwa się nawet do szczegółowego opisu procedury powstawania tego specyficznego rodzaju brandy: na zapylone kwiaty gruszy nakłada się butelki, gruszki dojrzewają wewnątrz butelek, po czym w porze zbiorów są zrywane i zalewane alkoholem.

Nigdy wcześniej nie słyszałam o czymś podobnym, a jako duszy sentymentalnej wydało mi się to szalenie romantyczne: oto gruszka, która nigdy nie zetknęła się ze światem spoza butelki, wyrosła tylko po to, by dać przyjemność konsumentowi trunku. Oczywiście, że musiałam tego spróbować!

Będąc wówczas na drugim roku studiów postanowiłam, że za pierwszą pensję z prawdziwego zdarzenia (tj. na umowę o pracę, a nie dorywcze zajęcia, które miałam już na swoim koncie) kupię butelkę owego romantycznego napitku i poczęstuję wszystkich znajomych.

Jak postanowiłam, tak też zrobiłam. Trzy lata później za pierwszą pensję – choć nie wiem czy jej wysokość uzasadnia określenie „z prawdziwego zdarzenia” – nabyłam za niemałą cenę elegancką butelkę „Poire Williams” z upragnioną gruszką w środku. Swoją „premierę” miała ona wśród znajomych zgromadzonych rok temu na moich urodzinach.

Nigdy w życiu nie próbowałam niczego tak paskudnego! Aromat, owszem, rewelacyjny, ale smak… Smak sprawił, że wszyscy natychmiast poprosili o lód i sok do rozcieńczenia. Zapewne dla kogoś o bardziej wyrobionym guście byłoby to barbarzyństwo, my natomiast najzwyczajniej w świecie zrobiliśmy sobie drinki z „Poire Williams”. Najlepszym dowodem na walory smakowe owego ekskluzywnego alkoholu niech będzie fakt, że mimo częstowania nim każdego gościa, który nas odwiedzał, butelka została opróżniona dopiero w moje kolejne urodziny, w tym roku (ja oczywiście miałam wymówkę, gdyż od ośmiu miesięcy jestem zupełną abstynentką). Może powinnam dodać, że oboje z mężem pijemy niewiele i nie znamy się na wyszukanych alkoholach. Jednak komentarze bardziej „zaprawionych w boju” znajomych brzmiały zgodnie: to była najgorsza inwestycja w moim życiu.

Mimo wszystko nie żałuję tego zakupu. Po pierwsze, pozostałam wierna młodzieńczym porywom ducha. Po drugie, gdy trzeba było rozstrzygnąć dalsze losy gruszki, wreszcie zrozumiałam w pełni znaczenie owej metafory w powieści Whartona. Zasadniczo są dwie możliwości: można albo zachować elegancką butelkę, niszcząc przy tym gruszkę, albo zbić butelkę, by po raz pierwszy uwolnić owoc (choć mogą w nim utkwić kawałki szkła). Na jednej z półek w mojej kuchni stoi bardzo kształtna, pusta butelka. A mi jakoś dziwnie żal, że jej nie potłukłam.

The end?

Tak więc stało się: zakończył się mój ostatni dzień w pracy. Od wtorku oficjalnie, a w praktyce już od dziś przechodzę na zwolnienie lekarskie i zajmuję się dbaniem o dziecko, a jako, że dziecko nadal znajduje się w moim brzuchu, zupełnie przy okazji zadbam także o siebie.

Zabrałam swój kubek z kuchni, nagromadzone materiały do pracy, parę szpargałów – wszystkiego uzbierały się dwie torby. Tylko tyle – przemknęło mi przez myśl.

Gdy zaangażuje się w jakieś zadanie z całym poświęceniem, łatwo ulec złudzeniu, że bez nas wszystko się posypie. Trudne jest uzmysłowienie sobie, że nie ma ludzi niezastąpionych. Obserwowałam dzisiaj po raz ostatni pracę mojej niedawnej praktykantki. Świetnie sobie radzi. I zamiast podnieść mnie na duchu, fakt ten wywołał w odmętach mego ducha swego rodzaju nostalgię. Niewiarygodne, a jednak, świat będzie się kręcił dalej, gdy mnie kiedyś na nim zabraknie.

W zwalczeniu wszechogarniającego wisielczego nastroju nie pomogło zapewne rzucane od niechcenia przez dosłownie każdą napotkaną przeze mnie osobę: „A co ty tu robisz?”, „Jeszcze w pracy?” .

Po powrocie do domu z półki uśmiechnęły się do mnie rzędy książek oczekujących na przeczytanie i, o dziwo, nostalgia w odmętach jakby zelżała. Wpadła M. z wizytą, w międzyczasie K. napisała, że będzie w niedzielę w Poznaniu i chętnie by się ze mną spotkała. Przypomniałam sobie, że dawno nie byłam też u pani S. Kiedy wreszcie do domu wrócił mój mąż i mocno mnie przytulił, pomyślałam tylko „A co mi tam. Niech się kręci, a ja w tym czasie wreszcie porządnie sobie pożyję!”.

The Apprentice Lover

scen./rys: Agata Matraś; źródło: http://pulowerek.pl/2009/10/komiks-ktory-wydarzyl-sie-naprawde-13-praktykant/

Mam aktualnie w pracy praktykantkę. Kolejną. W mojej krótkiej karierze przeszkoliłam wiele osób ubiegających się o posadę. Tak wiele, że czasem zastanawiam się czy nie lepiej byłoby powierzyć ich pod opiekę kogoś bardziej doświadczonego, z większą wiedzą. Z drugiej strony taki praktykant zdecydowanie mobilizuje do lepszego przygotowania się oraz zrewidowania metod swojej pracy, by przekonać się ile ma ona jeszcze wspólnego z uczelnianą teorią i czy przypadkiem nie wpadłam w łapy rutyny.

Początkowo było to więc bardziej pouczające dla mnie. Musiałam nauczyć się na błędach: jak klarownie wyjaśniać, co koniecznie trzeba przekazać, a co można pominąć, jakie aspekty swojej pracy zaprezentować i jak dobrze przy tym wypaść. Niby praktyka nie stanowi oceny czyjejś pracy… Ale jeśli ktoś nie potrafi zachęcić swoim przykładem, zmotywować do rozwoju i zaangażować w wykonywane obowiązki przyuczającej się osoby, najprawdopodobniej sam nie czuje się (już) zmotywowany i zaangażowany w to, czym się zajmuje.

Jeśli natomiast chodzi o tę drugą, praktykancką, stronę medalu, na podstawie moich dotychczasowych obserwacji czuję się uprawniona do udzielenia pewnych wskazówek.

1. Po pierwsze okaż entuzjazm i zaangażowanie. Nie spóźniaj się, nie spoglądaj co chwilę na zegarek. Daj do zrozumienia, że zależy Ci na tej pracy i jesteś do niej świetnie przygotowany, a nie pojawiłeś się znikąd w zupełnie przypadkowej sytuacji. Uśmiechaj się często, bądź życzliwy i pomocny dla otoczenia. Pamiętaj, że na początku wszyscy Cię obserwują – wszyscy, włącznie z panią sprzątaczką – a stara dobra poczta pantoflowa ma się świetnie w każdej firmie w jakiej zdarzyło mi się dotąd pracować (gdy dostaniesz pracę obserwują Cię już mniej, ale tylko odrobinę mniej).

2. Nie zgrywaj wszechwiedzącego. Choćbyś był najlepszy na roku, na uczelni, w kraju, w Europie i na świecie, pamiętaj, że Twój mentor ma nad Tobą ogromną przewagę w postaci znajomości praktycznej strony swojej pracy, firmy oraz układów, które nią rządzą. Nie lekceważ rad, które otrzymujesz, nawet jeśli nie do końca się z nimi zgadzasz.

3. Wyłącz dźwięki w komórce. Nie sprawdzaj SMS-ów. Najlepiej zapomnij, że w ogóle masz ze sobą komórkę.

4. Nie zaczynaj od pytań typu: „Kiedy zaczyna się przerwa świąteczna?”, „Czy mogę się dzisiaj urwać piętnaście minut wcześniej?”, „To na kogo mam tu najbardziej uważać?”, „Słyszałam, że jesteś w ciąży?”, itp. Wykazują kompletny brak zainteresowania meritum sprawy przy jednoczesnym nadmiernym zainteresowaniu sprawami, o których i tak dowiesz się z czasem JEŚLI nadal tu będziesz. Pytania o sprawy osobiste podczas pierwszego spotkania są nie tylko nieprofesjonalne, ale także nietaktowne i źle o Tobie świadczą.

5. Bądź aktywny. Zadawaj pytania, proś o wyjaśnienia, oferuj pomoc. Obserwuj pilnie sytuację, a gdy nadarzy się okazja udowodnij swoją pracowitość, kreatywność, energiczność i NIEZASTĄPIONOŚĆ w trudnych sytuacjach. Niewątpliwie zostanie to docenione.

Mam nadzieję, że powyższe wskazówki ułatwią Wam start w nowym miejscu pracy.

Powodzenia!

A day in a life…

Budzę się na natarczywy dźwięk budzika. Zamykam oczy z powrotem. Codzienna rozterka: czy dam radę utrzymać zawartość żołądka w środku i zjeść śniadanie czy też lepiej od razu ruszyć w kierunku toalety? Dziś jest dość dobry dzień, więc kieruję się do kuchni. Potem jeszcze tylko jeden kryzys podczas mycia zębów (mięta z piekła rodem!) i już można iść do pracy.

Podjeżdża winda, drzwi się rozsuwają, a ja już wiem, że wybiorę jednak schody. Dlaczego, dlaczego tak wiele osób stawia sobie za punkt honoru włączenie do porannej toalety oblanie się połową zawartości flakonu perfum? Nic to, idziemy dalej. Przed przejściem przez ulicę mam już odruch warunkowy – głęboki wdech (spaliny)! Omijam szerokim łukiem wszelkie śmietniki oraz budzącą się do życia budkę z kurczakiem z rożna (swoją drogą, kto kupuje kurczaka z rożna po siódmej rano?!).

Niestety spotykam na swojej drodze kobietę z papierosem, która idzie w tym samym kierunku co ja. Już znam te gesty na pamięć, każdy z nich jest jak alarm ostrzegawczy: idąca przede mną osoba lekko zwalnia, jej dłoń nurkuje w torebce, po chwili wyłania się z powrotem, potem lekkie nachylenie się do zapalniczki…W tej chwili przyspieszam kroku i czym prędzej ją wymijam, starając się utrzymać wysokie tempo. Kobieta przyspiesza, a głośne „puk, puk!” jej obcasów po chodniku z każdą chwilą informuje mnie, że dystans między nami się zmniejsza. Ależ mi się trafiło, akurat się śpieszy, ale na papierosa i tak znajdzie czas! Przyśpieszam jeszcze bardziej. Ona również. Już coraz bliżej moich pleców rozlega się nieustępliwe „puk, puk, puk, puk, puk!”. Maraton to przy tym wyścigu fraszka. W końcu daję za wygraną – zbyt nagłe zmiany pozycji również wywołują mdłości. Kobieta wymija mnie ciągnąc za sobą chmurę śmierdzącego dymu. Zatrzymuję się, z trudem tłumiąc atak torsji.

W pracy bardzo sympatycznie. Wszyscy dopytują jak się czuję, domagają się prezentacji brzuszka, którego nadal jeszcze nie widać. Kiedy chcę przesunąć stolik E. i K. wykrzykują zgodnym chórem „Nie, nie, nie, my to zrobimy, ty zostaw!”. Co chwilę wietrzę, zwłaszcza gdy ktoś wyciągnie kanapkę natychmiast rzucam się do okien. Dziewczyny narzekają, że zimno. Pani M., jak zawsze stwierdza, że ciąża mi służy. W toalecie, gdzie przebywam z rosnącą częstotliwością, wpatruję się uporczywie w lustro doszukując się potwierdzenia jej słów. Pobladła twarz, powoli robiący się przyciasny tu i ówdzie sweterek, makijaż w formie szczątkowej za cenę dodatkowych minut snu – oj, kiepsko musiałam się prezentować przed ciążą, skoro ten stan mi służy!

Powrót do domu stanowi powtórkę z rozrywki porannej, z tym szczęśliwym wyjątkiem, że wszyscy palacze akurat idą z naprzeciwka. Potem jest już z górki. Obiad, mdłości, drzemka, mdłości, spacer, mdłości. wieczorynka, mdłości, kolacja, mdłości, paciorek, mdłości i spać. W ramach wieczorynki co prawda zdarzają się „X-meni” (wybór T.) albo „Przed wschodem słońca” (nie mylić z „Przed świtem”!!! mój wybór), lektura albo dyskusja o filozofii (T. wziął się ostatnio za czytanie traktatów o wolności jednostki (sic!)), ale reszta planu dnia ulega zaledwie niewielkim modyfikacjom.

W końcu nadchodzi ten moment, kiedy wracam do łóżka. We śnie nie jest mi niedobrze. Nic mnie nie niepokoi. No ewentualnie kilka pobudek na nocne wizyty w toalecie. Prawie codziennie śni mi się, że czuję ruchy dziecka. Mądre książki mówią, że pod koniec czwartego miesiąca to już możliwe, choć mało prawdopodobne. Czekam.

Alma Mater II

Hmm…ciekawe dlaczego? Schemat z kwejk.pl

Przyznaję, przerwa była dość długa – ale jak najbardziej uzasadniona. Otóż, jestem (po raz kolejny już) studentką! Pogodzenie zajęć z pracą nie należy do najłatwiejszych, ale spokojnie – pracuję nad tym. Ze względu na najnowsze wydarzenia dziś wpis uczelniany.

Siedząc w sali chłonęłam chciwie atmosferę akademickiej dysputy, jakże odmiennej od moich codziennych doświadczeń zawodowych. Ze zdziwieniem i lekkim rozbawieniem dostrzegałam jak niewiele uległo zmianie w ciągu roku od kiedy odebrałam dyplom. Doktor Showman, jak go nazwałam na użytek prywatny, przepięknie poprowadził wykład pełen pasji, skrzący się wręcz dowcipnymi puentami. Pojawił się również nieśmiały doktorant, zawstydzony faktem, że nie zna odpowiedzi na wszystkie pytania. Nie zabrakło i prymusa z piątego roku, zupełnie pozbawionego doświadczenia zawodowego, a już niezbicie przekonanego o swojej ogromnej wartości, ponieważ ma same piątki.

Niebywałe z jaką łatwością można dostrzec w pełnym świetle tak wiele detali, gdy tylko nabierze się odpowiedniego dystansu. Nie irytował mnie prymus. Nie czułam się onieśmielona pretensjonalnym tonem wypowiedzi studentów, którym się wydaje, że posługując się nim, automatycznie mówią mądrzejsze rzeczy. Rozczuliło mnie to całe doświadczenie zupełnie jakbym wróciła do domu, a jednocześnie była o całe miliony mil za daleko, żeby mogło mnie to tak naprawdę dotknąć.

W związku z powrotem do studenckiego życia odbyłam parę rozmów dotyczących edukacji wyższej w Polsce. Przebijało z nich rozczarowanie. Rozczarowanie faktem, że tytuł magistra nie stanowi elitarnej nobilitacji, a tylko włączenie do większości społeczeństwa. Że nie pociąga za sobą niezbędnych na dzisiejszym rynku pracy kwalifikacji. Że uczelniana teoria nijak ma się do praktyki zawodowej. Że nadal mamy do czynienia z przedmiotami – zapychaczami, prowadzonymi przez ludzi, którzy dawno już powinni cieszyć się emeryturą w zaciszu domowym zamiast po raz strach-pomyśleć-który wyświetlać przezrocza z przestarzałą wiedzą zapisaną odręcznie chwiejnym pismem. Że kierunki takie jak socjologia, psychologia, pedagogika, politologia, ochrona środowiska, filozofia, turystyka itp. produkują w głównej mierze sfrustrowanych magistrów, którzy po pięciu latach studiów będą sprzedawać w sklepach, roznosić listy, i zastanawiać się co poszło nie tak – a nadal co roku prowadzony jest niemalejący nabór na wymienione kierunki.

Tych kilka zaledwie smutnych spostrzeżeń było oczywistych dla każdego z moich rozmówców. Jak to możliwe, że pracujący od lat na uczelniach dziekani oraz rektorzy nie dostrzegają problemu, lub, co gorsza, dostrzegają i nie uważają za stosowne reagować?

Na koniec mój szalenie buntowniczy postulat z lat studenckich:

„Kwiat młodzieży”

pozwalamy pięknym dniom

przeciekać między zacisniętymi kurczowo wykładami

zamiast na słońce

wystawiamy wymięte twarze na słowa

przegryzając cierpkie uwagi

za cynicznymi uśmieszkami

wychodzimy oświeceni

ale nie ogrzani

żołądki wypełnione kawą

włosy przesiąknięte papierosami

Work-life balance, part II

Pracuję w kilku miejscach, współpracuję z różnymi ludźmi. Jak parę osób już zauważyło po lekturze niniejszego bloga, lubię obserwować ludzi. To prawda, przy jednym małym zastrzeżeniu. Nie jest to spojrzenie poprzez „mędrca szkiełko i oko”. Ludzie jako tacy nieodmiennie wzbudzają we mnie życzliwe zainteresowanie, z naciskiem na „życzliwe”, nie na „zainteresowanie”.

Patrząc na moje życie zawodowe z dystansu na jaki pozwala piątkowy wieczór (HURA!), dochodzę do wniosku, że jestem ogromną szczęściarą. „Bardzo często śmieję się w pracy”-powiedziałam dziś w rozmowie z moją szwagierką i dopiero w momencie, w którym wypowiedziałam te słowa zdałam sobie sprawę z faktu, że nie jest to stwierdzenie ani oczywiste ani znów tak często spotykane. Codziennie spotykam się z interesującymi ludźmi, z których każdy ubogaca mnie swoją… No właśnie – każdy czym innym: radością życia, inteligencją, energią, refleksją, spokojem, doświadczeniem… Przeczytałam kiedyś słowa Jana Budziaszka o tym, że

każdy człowiek, którego spotykam jest w czymś lepszy ode mnie i w czymś jedyny i niepowtarzalny na całym świecie. I nie ma drugiego takiego człowieka, który by miał coś tak dobrego jak ma on”.

Ta niezwykle inspirująca myśl dodaje mi chęci i cierpliwości, by zajrzeć w głąb tego innego, nierzadko irytującego kogoś, z kim muszę wspólnie coś osiągnąć. Przyznam, jest w tym nieco wyrachowania – z zajęć z psychologii najlepiej zapadła mi w pamięć zasada wzajemności: jeśli chcesz, by ktoś Cię polubił, musisz najpierw polubić tą osobę. A że ludzka sympatia sprawia mi ogromną wręcz przyjemność, trzeba się czasem poświęcić. Z czystego egoizmu. Jak się nad tym głębiej zastanowić, podobnie rzecz się ma na znanym portalu społecznościowym.

Czasem brakuje mi tylko jednego – pochwały ze strony pracodawcy. Oczywiście, dostaję wynagrodzenie za swoją pracę, czasem premię, ale… Co tu kryć, jestem próżnym stworzeniem, które potrzebuje usłyszeć raz na jakiś czas: „dobra robota!”, „świetny pomysł!”, „bardzo się cieszę, że mam Cię w moim zespole” itp., itd. Właśnie dzisiaj zastanowiłam się nad tym odrobinę, i wiecie co? Doszłam do wniosku, że tu też działa zasada wzajemności. Kiedy ostatnio pochwaliłam za coś mojego szefa? Hmm… Jak by to powiedzieć… Nigdy? A to nie lizusostwo? To były pierwsze myśli, jakie mi się nasunęły na ten temat. A właściwie dlaczego od razu lizusostwo? Jeśli ktoś umożliwia mi wykonywanie skutecznie mojej pracy, stwarza miłą atmosferę, znajduje czas na wysłuchanie moich (licznych) uwag i poważnie je rozważa – dlaczego mu tego nie powiedzieć? Szef ma motywować oraz chwalić pracowników.

Kto pochwali szefa?

Niczym w piosence Elektrycznych Gitar „Jedni mieli pretensje/ Drudzy mieli uwagi”, szef ma, że sobie pozwolę na kolokwializm, przerąbane. Dlatego, gdy przyszła mi znów myśl, że sama muszę się poklepać po plecach za dobrą robotę, napisałam parę miłych, szczerych słów do szefa. Że doceniam jego zaangażowanie i bardzo dobrze mi się z nim pracuje. Ciekawi mnie, czy dostał w życiu podobnego maila. To tyle o pracy. Z racji weekendu załączam Thank God It’s Friday i już ani słowa o tym aż do poniedziałku!