Pâques

żródło: www.supermommy.com

żródło: www.supermommy.com

Rozmawiałam dzisiaj z pewnym nastolatkiem, który opowiedział mi o swojej Wielkanocy. Pojechał z częścią rodziny do gospodarstwa agroturystycznego, gdzie do świątecznego stołu zasiedli z nimi zupełnie obcy ludzie. Nie sprawiło to bynajmniej, że nawiązała się między nimi znajomość – wręcz przeciwnie, ignorowali się nawzajem. Jego rodzice są w separacji.

Przypomniało mi to rozmowę kilkorga moich znajomych około trzydziestki, zastanawiających się jak wybrnąć z patowej sytuacji, gdy chce się spotkać na święta z obojgiem rodziców, którzy jednak nie mają życzenia przebywać ze sobą w tym samym pomieszczeniu.

Pomyślałam jaką ogromną, nieustającą odpowiedzialnością jest bycie rodzicem. Jaki wewnętrzny spokój daje mi fakt, że mając prawie trzydzieści lat, mogę tak po prostu powiedzieć „jadę na święta do rodziców”. Że sama będąc matką, mogę nadal mówić do kogoś „mamo” i „tato”, i od czasu do czasu poczuć się czyimś kochanym dzieckiem. Że rodzice nie grają mną przeciwko sobie nawzajem. Że nie muszę udawać, że miło mi poznać ich „nową rodzinę”. To ten rodzaj komfortu, z którego na co dzień zupełnie nie zdaję sobie sprawy, a jednak pozwala mi czuć się bezpiecznie i ufać ludziom.

W tym kontekście wszystkie te zapewnienia, że ktoś miał jedną rodzinę, która się rozpadła, potem założył drugą rodzinę, i teraz wszyscy ci ludzie spędzają wspólnie święta i wakacje, niczym jedna wielka szczęśliwa rodzina, brzmią mało przekonująco. Pomimo zmieniających się czasów, pomimo przełomu w mentalności i postępu w technice, w głębi duszy nadal potrzebujemy czuć się dla kogoś jedyni, najważniejsi i niezastąpieni. Czy stać nas by dać swoim dzieciom ten najlepszy świąteczny prezent?

En cadeau (7)

U progu weekendu pragnę poświęcić kilka słów wspaniałemu prezentowi, który co tydzień jest w zasięgu każdego mężczyzny, a jednak nie każdego na niego stać. Żadnymi kwiatami, czekoladkami, ani biżuterią (choć oczywiście będą mile widziane) nie zdoła zaskarbić sobie takich pokładów wdzięczności małżonki, co tym wspaniałomyślnym gestem. Rzecz o spaniu. I od razu ubiegam wszelkie domysły – chodzi o błogi stan nieświadomości, jeśli już w czyichś ramionach, to zapewne Morfeusza.

Wyobraźmy sobie następującą sytuację: żona zmęczona całym tygodniem opieki nad swoim ukochanym, acz niebywale uzdolnionym akustycznie, dziecięciem, wielokrotnie wstaje w nocy – a to żeby nakarmić, a to przewinąć, a to znów tylko przytulić. Gdzieś pomiędzy 5.00 a 7.00 następuje ów krytyczny moment, w którym dziecię oświadcza kategorycznie, że za żadne, ale to żadne skarby świata nie zaśnie ponownie. Jest gotowe do figli i harców, absolutnie zaś odmawia spokojnego leżenia w łóżeczku, ewentualnie wpatrywania się w karuzelkę, czy zabawy w oglądanie po raz milionowy tych samych książeczek. I w tym momencie do akcji wkracza ON, Mąż Nad Męże.

Nie dość, że przejmuje Młodego Nieśpiącego pod swoją pieczę, to jeszcze wychodzi z sypialni pozostawiając swej pozwijanej-całą-noc-w-dziwacznych-pozycjach żonie do dyspozycji CAŁE WIELKIE ŁOŻE. Żona mruczy coś na temat zamiaru rychłego dołączenia do rodziny w kuchni, po czym sama nie wiedząc nawet jak ani kiedy zapada w głęboki sen. Budzi się po około godzinie z tym wspaniałym, dawno już zapomnianym uczuciem – czy to możliwe? – tak, ona jest wyspana! Czuje jak ogarnia ją fala euforii! Jest pełna energii, od stóp do głów przepełniona wdzięcznością oraz miłością do męża, do dziecka, do ludzkości, do świata!!! W radosnych podskokach rusza w kierunku kuchni, gdzie czeka na nią smakowite śniadanie i mąż bawiący się w najlepsze z dzieckiem. Żonie nie pozostaje już nic innego jak tylko omdleć w ramionach swego wybawcy, z okrzykiem „Och, Mężu Nad Męże!” na drżących ze wzruszenia ustach.

Mniej więcej taka sytuacja miała miejsce w naszym domu którejś soboty. Istnieje tylko jeden słaby punkt takiego postępowania: gdy już raz Szanowny Małżonek się poświęci, żona będzie po cichu liczyć na powtórkę tego cudownego zdarzenia… (W tym miejscu ślę uroczy, niewinny uśmiech w kierunku Mojego Wspaniałego Męża).

A w dzisiejszym teledysku ilustracja do fali euforii ogarniającej wyspaną żonę. Udanego weekendu życzę!


Mystérieuse (12)

W tym roku zrobiliśmy sobie z Mężem wspólny prezent na mikołajki – kilka płyt winylowych, w tym wyborny album Beatlesów – nieco wcześniej. Jednak aby tradycji stało się zadość, umieściłam pewien drobiazg w jednej z jego skarpetek na samym wierzchu szuflady. Jak mi się zdawało nie dało się jej przeoczyć. A jednak minął dzień, potem dwa, a tu nic. W końcu postanowiłam dać T. delikatną wskazówkę i tuż przed rytualnym wspólnym przełożeniem naszego śpiącego dziecka na noc do łóżeczka (którego punkt obowiązkowy stanowi zachwycanie się jaki Synek jest duży i piękny) zapytałam, czy może zaglądał ostatnio do tejże szuflady i co tam znalazł. Mąż stropił się nieco, że zadaje mu się tak dziwaczne pytania, po czym stwierdził ostrożnie:

- Skarpetki?

- I nic więcej?

Mąż pomyślał dłuższą chwilę i zauważywszy, że stąpa po grząskim gruncie rzekł, jeszcze ostrożniej:

- Chustki do nosa?

- I to wszystko?

- Nooo… tak, tam nic więcej nie ma.

- Na pewno? – zapytałam niewinnie. Teraz wreszcie w oku mężowskim pojawił się szelmowski błysk. Chwycił za latarkę i dalejże przekopywać szufladę, robiąc przy tym taki raban na jaki stać tylko ojca usiłującego nie zbudzić śpiącego niemowlęcia. Minutę później wyrzucił już całą zawartość szuflady, nic nie znalazł i zaczął mnie podejrzewać o podstęp.

- Teraz to już będziesz musiał porozwijać wszystkie skarpety, żeby to znaleźć. Ale może jutro rano…

Na te słowa, Mąż oznajmił, że ta sprawa nie może czekać, zagarnął zamaszystym ruchem kopiec skarpet w ramiona i opuścił pokój. Po chwili wrócił ze zwycięską miną dzierżąc w ręce, niby statuetkę Oscara, małego czekoladowego mikołajka.

A mi przyszło do głowy, że odrobina tajemniczości potrafi zdziałać prawdziwe cuda.

Le grand-père

Dostałam na święta niebywały prezent: spotkanie z moim dziadkiem, który zmarł, gdy miałam dwa lata. Rodzice odkopali stare kasety magnetofonowe z nagraniem spotkania literackiego z 1989 roku, na którym odczytywane są wiersze dziadka, z jego obszernym komentarzem. Poezję deklamuje nie kto inny, jak sami mama i tata, którzy na nagraniu są młodsi ode mnie! W 25 lat później przegrali zawartość kaset na CD i podarowali mi możliwość poznania, choć trochę, szacownego przodka.

Słucham i czuję się zupełnie jakbym trafiła do czyjejś myśloodsiewni. W dobrze mi znanym salonie dziadków siedzi 16 osób. Rozpoznaję niektóre głosy, ale wiem, że ci, którzy nimi przemawiają nie są tymi samymi osobami, które znam dzisiaj. A dziadek, który zdaje się być w swoim żywiole, snuje opowieść o splocie życia z literaturą, raz po raz sięgając do któregoś ze swoich ulubionych przerywników: „Proszę Państwa” lub „Proszę ja Was”. Gdzieś tam, w tym minionym świecie – może śpiąc w drugim pokoju? – musi być też roczna dziewczynka, która aktualnie siedzi przytulona do męża i głaszcze się po brzuszku, w którym z kolei wierci się kolejne pokolenie…

Run, run Rudolph!

Nie należę do najgrzeczniejszych, zresztą Mikołaj ma teraz ciężki okres, bo właśnie zamówiliśmy dywan i półki do sypialni, dlatego bardzo się zdziwiłam, gdy znalazłam w skrzynce na listy uroczą kopertę bez nadawcy, za to ze wstążeczką. Niech pozostanie moją słodką tajemnicą co było w środku. Dodam jedynie, że najlepsze są te prezenty, których się wcale nie spodziewaliśmy. Ta myśl prowadzi mnie wprost pod drzewko choinkowe, a  stamtąd na strony internetowe pt. „Co zrobić z nietrafionym prezentem świątecznym?”, „O rety, znowu skarpety!”, „O rany, czemu fotel bujany?!”, „O jeju, dwudziesty dezodorant w sprayu!” itp.

Na czym polega problem? Dostrzegam co najmniej dwa, jako, że zaangażowane są dwie strony: dający i otrzymujący. Ze strony dającego występuje tu brak znajomości otrzymującego, jego potrzeb, pragnień oraz zainteresowań. Trudno nadrobić tego typu zaległości na ostatnią chwilę przed świętami. Niewątpliwie jest to jednak cenna informacja na temat relacji tych ludzi, wypadałoby albo spędzić ze sobą więcej czasu albo zastanowić się czy rzeczywiście chcę tą osobę obdarować, czy też jedynie powielam utarte schematy, wspierając tym samym chińskie wytwórnie skarpet.

Ze strony otrzymującego jest oczekiwanie. W samym fakcie oczekiwania nie ma jeszcze nic złego. Jednak jeśli oczekuję, że coś mi się należy tylko z tego powodu, że są święta, i ma to być nie byle co, ale prezent, który przywoła na twarz uśmiech, a w sercu wywoła niepohamowaną dziecięcą radość, to, jak mawia mój mąż, istnieje niezerowe prawdopodobieństwo, że się rozczaruję. Tak bardzo przywykliśmy do otrzymywania prezentów, że nie przychodzi nam w ogóle do głowy, że mogłoby ich nie być. Nie doceniamy już samego gestu dawania jako dobrowolnego dzielenia się tym, co ktoś chciał (i mógł) nam dać niezależnie od tego, co by to nie było.

W końcu, odnoszę wrażenie, że dorosłym brakuje dziecięcej ufności i wiary, że na prezent trzeba sobie zasłużyć. Podczas przygotowań przedświątecznych następuje taki moment, kiedy należy kupić podarunki dla osób, które najprawdopodobniej również kupią coś dla nas. I prócz prezentów prosto z serca jest tu miejsce również dla prezentów dla ludzi, którzy w naszej rachubie ewidentnie nie zasłużyli na nie, ale nie dać im nic byłoby grubym nietaktem. A może to jest właśnie ta nisza, w którą wchodzą ze swoją ofertą chińskie wytwórnie skarpet? Jeśli dostaniecie w tym roku kolejny „nietrafiony” prezent od tej samej osoby, może warto się zastanowić, czy nie otrzymaliście właśnie metaforycznej rózgi.

A teraz alternatywa dla tych, którzy mają dość przesłodzonych pioseneczek przedświątecznych. Run, run Rudolph!