Le coup de fil

Zadzwoniła do mnie dawno nie widziana koleżanka z czasów szkolnych. To ten rodzaj znajomości, w której dobrze nam się rozmawia, ale jakoś nigdy nam ze sobą nie po drodze, więc średnio raz do roku spotykamy się, by nadrobić zaległości i obiecać sobie, że tym razem to już na pewno pozostaniemy w częstszym kontakcie. Ostatnio kiedy się widziałyśmy byłam w trakcie przygotowań do ślubu.

Koleżanka [lekko, żartobliwie] – Cześć! Dzwonię, żeby zapytać co u Ciebie, bo tyle czasu minęło od naszej ostatniej rozmowy, że może już zostałaś matką, a ja o niczym nie wiem!

[niezręczna cisza]

Ja [zmieszana] – No w sumie to właśnie tak, zostałam matką.

[niezręczna cisza]

Koleżanka [zmieszana] – Nooo… To gratulacje!

Gdy doszła już do siebie, temat zszedł na poród, bo koleżanka jest lekarzem, i jak większość lekarzy ma zboczenie zawodowe.

Koleżanka – A jak rodziłaś? Przez cesarkę, czy siłami natury?

Ja – Siłami natury.

[cisza wypełniona współczuciem]

K. – Ale to się podobno zapomina.

J. – Podobno. Ja wszystko pamiętam, a bardzo chciałabym zapomnieć.

K. – Teraz mi się przypomniało, że mama opowiadała, że jak jechała do pierwszego porodu, to ją bolało, ale nie wiedziała czego się spodziewać. Za to jak jechała do szpitala do drugiego porodu to już w samochodzie zaczęła płakać. Tata ją pyta: „Czemu płaczesz?”. A ona na to: „Uhuu, bo ja już wiem, co to będzie”!

Śmiejemy się razem, ale jednocześnie czuję jak zalewa mnie fala współczucia dla mamy koleżanki, połączona z przerażeniem wynikającym z faktu, że w niedalekiej przyszłości chcielibyśmy zapewnić Synkowi rodzeństwo. A rodzeństwo ma to do siebie, że w kapuście nie rośnie ani go bocian nie przynosi, tylko ktoś musi je urodzić. Niestety.

Le record

To już dane oficjalne: ustalamy rekord jeśli chodzi o ilość prań oraz rachunki telefoniczne. Nawet T., zawsze tak skrupulatny, przekroczył znacznie swój limit rozmów. Rzecz w tym, że najpierw chcieliśmy wszystkich zawiadomić o nowym członku rodziny, potem wiele osób chciało nam złożyć gratulacje, których niestety nie zdążaliśmy odbierać, ponieważ właśnie byliśmy w trakcie przewijania, karmienia, odsypiania, i tym podobnych rodzicielskich czynności. Zatem oddzwanianie (nie do wszystkich jeszcze zdążyłam oddzwonić, przepraszam i zapewniam, że w jakieś wolnej chwili to zrobię!).
A na koniec jeszcze przesyłanie naszym mamom co bardziej rozkosznych ujęć wnuka, ponieważ obie dumne babcie W. mieszkają poza Poznaniem – i obie chcą go jak najczęściej oglądać, ma się rozumieć.

W tym całym zamieszaniu zorientowałam się nagle jak wielu mamy wokół siebie życzliwych ludzi, którzy z niecierpliwością oczekiwali narodzin W., a teraz razem z nami się nim cieszą. Wczoraj zadzwoniłam na przykład do Pani S., która z miejsca oznajmiła, że idzie do kościoła na odpust, który ofiaruje w naszej intencji. Niesamowite jakie poruszenie wywołał ten nasz maleńki Kurczaczek swoim pojawieniem się na świecie!
A teraz czas na kolejną kołysankę i szybko do łóżka (póki W. się nie obudził!).

Joyeuses Pâques!

Spędziłam dziś całe przedpołudnie pisząc kartki świąteczne. Przed każdymi świętami Bożego Narodzenia oraz Wielkanocy odbywa się ten sam rytuał: poszukiwanie odpowiednich kartek, wypisywanie, ozdabianie, i pęd na pocztę, żeby zdążyły dotrzeć na czas. Poszukiwanie, jakkolwiek w czasach wszechobecnej komercji mogłoby się wydawać prostym, wcale takie nie jest. Mam ściśle sprecyzowane kryteria.

Po pierwsze kartka musi nawiązywać do tematyki świąt… Oczywiste? No dobrze, to kto mi wyjaśni co ma wspólnego mały słodki kurczaczek ze zmartwychwstaniem Jezusa Chrystusa? A kaczuszka? A zajączek? Słowo daję, zinfantylizowaliśmy się jako społeczeństwo bez reszty.

Po wtóre, i jeszcze trudniejsze, kartka ma mieć maksymalnie dużo pustej przestrzeni na wpisanie życzeń. Skoro już podejmuję ten wysiłek i wysyłam komuś osobiście życzenia, to ostatnią rzeczą, na którą mam ochotę są masowo przygotowane wierszyki z rymami krakowsko-częstochowskimi o nadchodzącej wiośnie, byciu miłym i ekologicznych zajączkach skaczących po wielkanocnym stole. Nie raz, i nie dwa, zdarzyło mi się dostać kartkę, która moim oczom przedstawiała się w następujący sposób:

„Wielkanoc 2014

Kochani,

Ble, ble, ble, ble, ble, ble

bla, bla, bla, bla, bla, bla.

Tere fere kuku,

strzela baba z łuku!

Życzy XYZ”

Krótko mówiąc, nadawca zapisał aż trzy słowa na pocztówce, którą mi przesłał (z podpisem włącznie). Nie wiem jakie są wasze odczucia, dla mnie jest to nieco rozczarowujące, odrobinę śmieszne i zdecydowanie lekceważące w stosunku do adresata. Na zasadzie nie-chce-mi-się-nic-wymyślać-ale-muszę-wysłać-życzenia-bo-tak-wypada-więc-masz-tu-ten-głupawy-wierszyk-i-się-ciesz. Czy naprawdę tylko na to nas stać? Czy tak słabo się znamy, że nie potrafimy już sobie niczego życzyć tak po prostu, od serca?

Istotą wysyłania życzeń, w moim głębokim przekonianiu, jest przekazanie sobie za każdym razem na inny sposób tego samego komunikatu: „Pamiętam o Tobie, jesteś dla mnie ważny, interesuję się Twoim życiem i chcę dla Ciebie jak najlepiej”. W wersji z hipermarketu komunikat skraca się zasadniczo do: „Znam Twój adres i umiem się podpisać”. Trochę szkoda.

A skoro o skracaniu już mowa, można pójść jeszcze dalej, i przesłać e-mail, e-kartkę, MMS lub SMS, o treści: „Wesołych świąt życzy rodzina XYZ”. W rzeczy samej, lapidarność godna podziwu! Ileż emocji skrzy się w tych pięciu wdzięcznych słowach! A gdyby można tak było do tego stworzyć jeszcze dopisek: „Aktualne co pół roku”… Ale, ale – można lepiej. W ostatnie święta, o ile mnie pamięć nie myli, mój tata dostał SMS z numeru zastrzeżonego: „Wesołych Świąt”. Do tej pory nie wiemy kto był autorem owych wylewnych życzeń…

A teraz życzenia dla Was na zakończenie tych niewesołych rozmyślań. Życzenia, być może pobożne, ale w końcu to święto religijne, więc może się spełnią.

Kochani! Nie dajcie sobie zabrać świąt! Nie dajcie sobie wcisnąć kiczowatych puchatych kurczaczków! Nie udowadniajcie sobie nawzajem, że umiecie się podpisać! Nie wierzcie w te bzdury, że jesteście tak zapędzeni, że nawet w święta nie macie czasu dostrzec potrzeb i pragnień najbliższej rodziny i przyjaciół (przecież do obcych kartek nie wysyłacie)! Pozwólcie sobie poczuć wreszcie coś prawdziwego! Dajcie coś z siebie!

Wasza,

Parson.

A skoro Wielki Tydzień rozpoczęty, podzielę się z Wami moją ulubioną pieśnią wielkopostną.

Poire Williams…

…czyli rzecz o gruszce i o butelce.

W swojej karierze czytelniczej miałam okres ogromnej fascynacji pisarstwem Williama Whartona. Wstrząsnęły mną do głębi „Niezawinione śmierci”, duże wrażenie zrobił na mnie „Tato”, ale to pełni czaru „Spóźnieni kochankowie” wpłynęli na moją rzeczywistość.

Rzecz dzieje się w 1975 roku, w Paryżu, gdzie pewien, niemłody już i boleśnie doświadczony przez życie, malarz spotyka jeszcze bardziej posuniętą w latach, niewidomą damę. Nietypowa przyjaźń mężczyzny zanurzonego do głębi w świecie barw i kształtów, z kobietą pogrążoną w całkowitych ciemnościach, prowadzi do wydarzeń, które zaskakują ich oboje (a wraz z nimi czytelnika).

Dla mnie wartością dodaną powieści Whartona jest fakt, że udało mi się zarazić moim oczarowaniem tatę, tak, że wypożyczoną z biblioteki książkę, czytałam najpierw ja, potem tata, a z czasem nawet podbieraliśmy sobie nawzajem książki w trakcie czytania.

No dobrze, ale jaki związek z życiem młodej mężatki spodziewającej się dziecka może mieć historia podstarzałej pary artystów? Śpieszę z wyjaśnieniem. Otóż, w historii cyklicznie przewija się motyw degustacji luksusowego alkoholu „Poire Williams”. Są to chwile pełne zmysłowej przyjemności, począwszy od bogatego bukietu, poprzez wyrafinowany smak napoju, po intelektualną dyskusję, która mu nieodłącznie towarzyszy. Autor posuwa się nawet do szczegółowego opisu procedury powstawania tego specyficznego rodzaju brandy: na zapylone kwiaty gruszy nakłada się butelki, gruszki dojrzewają wewnątrz butelek, po czym w porze zbiorów są zrywane i zalewane alkoholem.

Nigdy wcześniej nie słyszałam o czymś podobnym, a jako duszy sentymentalnej wydało mi się to szalenie romantyczne: oto gruszka, która nigdy nie zetknęła się ze światem spoza butelki, wyrosła tylko po to, by dać przyjemność konsumentowi trunku. Oczywiście, że musiałam tego spróbować!

Będąc wówczas na drugim roku studiów postanowiłam, że za pierwszą pensję z prawdziwego zdarzenia (tj. na umowę o pracę, a nie dorywcze zajęcia, które miałam już na swoim koncie) kupię butelkę owego romantycznego napitku i poczęstuję wszystkich znajomych.

Jak postanowiłam, tak też zrobiłam. Trzy lata później za pierwszą pensję – choć nie wiem czy jej wysokość uzasadnia określenie „z prawdziwego zdarzenia” – nabyłam za niemałą cenę elegancką butelkę „Poire Williams” z upragnioną gruszką w środku. Swoją „premierę” miała ona wśród znajomych zgromadzonych rok temu na moich urodzinach.

Nigdy w życiu nie próbowałam niczego tak paskudnego! Aromat, owszem, rewelacyjny, ale smak… Smak sprawił, że wszyscy natychmiast poprosili o lód i sok do rozcieńczenia. Zapewne dla kogoś o bardziej wyrobionym guście byłoby to barbarzyństwo, my natomiast najzwyczajniej w świecie zrobiliśmy sobie drinki z „Poire Williams”. Najlepszym dowodem na walory smakowe owego ekskluzywnego alkoholu niech będzie fakt, że mimo częstowania nim każdego gościa, który nas odwiedzał, butelka została opróżniona dopiero w moje kolejne urodziny, w tym roku (ja oczywiście miałam wymówkę, gdyż od ośmiu miesięcy jestem zupełną abstynentką). Może powinnam dodać, że oboje z mężem pijemy niewiele i nie znamy się na wyszukanych alkoholach. Jednak komentarze bardziej „zaprawionych w boju” znajomych brzmiały zgodnie: to była najgorsza inwestycja w moim życiu.

Mimo wszystko nie żałuję tego zakupu. Po pierwsze, pozostałam wierna młodzieńczym porywom ducha. Po drugie, gdy trzeba było rozstrzygnąć dalsze losy gruszki, wreszcie zrozumiałam w pełni znaczenie owej metafory w powieści Whartona. Zasadniczo są dwie możliwości: można albo zachować elegancką butelkę, niszcząc przy tym gruszkę, albo zbić butelkę, by po raz pierwszy uwolnić owoc (choć mogą w nim utkwić kawałki szkła). Na jednej z półek w mojej kuchni stoi bardzo kształtna, pusta butelka. A mi jakoś dziwnie żal, że jej nie potłukłam.

Hafanana

Dzień pędzi za dniem wypełniony zajęciami, emocjami, rozmową, a co tak naprawdę pozostaje? Co zabieram dla siebie z tak prędko, coraz prędzej minionego dnia, za którym ledwo nadążam?

Radosny głos dawno niewidzianego przyjaciela w słuchawce telefonu.

Barwnych zakochanych całujących się na środku szarego chodnika pod szarym niebem.

Widok trzymającej się za ręce pary – ona prowadziła na smyczy maleńkiego Yorka, on ogromnego Owczarka Niemieckiego.

Kilka słonecznych promieni, które przedarły się na chwilę poprzez chmury i igrające w nich na wietrze złote liście.

Moje piątkowe światłosekundy.

A z okazji piątku pozytywne dźwięki. Kto da radę zaśpiewać?? Osobiście nie mogę się oprzeć śpiewaniu, ale obawiam się, że to nie są do końca te słowa…

Alma Mater

No kochani! Wygląda na to, że znów wracam na studia! Rok temu zdobyłam tytuł magistra, pół roku temu ukończyłam studia podyplomowe, a tu trafia się taka okazja – studia podyplomowe finansowane przez UE w ramach programu Kapitał Ludzki – Człowiek Najlepsza Inwestycja!

EU I love U!

Ledwo co złożyłam dokumenty. Przy okazji odwiedziłam swoją Alma Mater. Nie do wiary jak bardzo silnie do miejsca przypisane są zakorzenione w nas odruchy oraz uczucia. Od progu nie mogłam opanować szerokiego uśmiechu. Chwyciła mnie za serce ta atmosfera akademickiej dysputy, ci młodzi, pełni nadziei ludzie, ich kreatywność, barwność, interkulturowość, otwartość, a nade wszystko radość, radość, radość!

Na myśl przyszły mi słowa wiersza Tadeusza Śliwiaka „Ta nasza młodość”:

Ta nasza młodość z kości i krwi
Ta nasza młodość co z czasu kpi
Co nie ustoi w miejscu zbyt długo
Ona co pierwszą jest potem drugą
Ta nasza młodość ten szczęsny czas
Ta para skrzydeł zwiniętych w nas

Ona jest wśród kamieni 
Rwącym światłem strumyka 
Wiewiórkami po drzewach 
Po gałęziach pomyka

Ona iskrą w kamieniu
Ona mlekiem w orzeszku 
Ona świata ciekawa 
Jak miedziany grosik w mieszku

Ona kwiatem we włosach
Octem w jabłkach jest pierwszych
Gorzką pianą na piwie 
W świata gwarnej oberży(…)

Druga moja myśl, znacznie mniej już wzniosła, brzmiała: byle tylko nie spotkać się przypadkiem z panią promotor! Jakie to może mieć teraz znaczenie? Praca dawno napisana, oddana, a nawet obroniona, a ja nadal w duchu czuję przerażenie na samo wyobrażenie spotkania z Bogu ducha winną panią profesor. Pewne rzeczy chyba pozostają w nas niezależnie od jakichkolwiek argumentów logicznych. Przyznaję ze wstydem, że, jak tylko o tym pomyślałam, przemknęłam chyłkiem korytarzem i czym prędzej opuściłam budynek. Tak na wszelki wypadek.

Dla wtajemniczonych: byłam dziś u pani S., ma się już całkiem dobrze, co objawia się tym, że podczas mojej wizyty ani na minutę nie dopuściła mnie do słowa. Miałam duży dylemat co do tego czy już do niej iść, czy też jeszcze nie. Dzwonić nie ma sensu, bo pani S. wszędzie ze sobą nosi przenośną słuchawkę telefonu, tylko po to, by w końcu zapomnieć o niej i pozostawić w najdalszym kącie mieszkania, skąd z pewnością nie usłyszy, że ktoś dzwoni. Wobec tego, gdybym zadzwoniła i nie byłoby jej jeszcze w mieszkaniu efekt byłby ten sam jak gdyby była i znów porzuciła słuchawkę z dala od swoich, niemłodych już, uszu. Dziś w końcu postanowiłam, że chyba powinna już wrócić i dojść do siebie na tyle, by przyjmować gości. Nie myliłam się. Od progu pytała, czy mam ochotę na ogórkową. Też pytanie!

Both sides now

Spędzamy z T. i szwagierką weekend u teściów. Szwagierka w dalszej części tego bloga będzie zwana A., ponieważ:

1. za często tu się pojawia, żeby za każdym razem nazywać ją przydługim mianem szwagierki,

2. szwagierka nie brzmi jakoś specjalnie sympatycznie, a A. to bardzo sympatyczna osoba a zarazem najbliższa siostry istota jaką na tym świecie posiadam.

Dochodzę do przekonania, że połączenie w akcie małżeństwa dwóch rodzin to ogromne błogosławieństwo. Pomyślcie tylko: podwójne domowe obiadki, dodatkowe rodzeństwo, z którym można się wygłupiać i przedrzeźniać, dwa razy więcej urodzin i imienin, dwa razy więcej pretekstów do spotkań rodzinnych i, ma się rozumieć, dwa razy więcej śmiechu oraz rozmów o życiu i śmierci (niekoniecznie w tej akurat kolejności)!

Wybrałyśmy się dziś z A. do jej kuzynki, która mieszka nieopodal z mężem, dwójką przeuroczych synków, psem oraz rybkami. Nie sposób wręcz uwierzyć ile miłości mieści się w ich malutkim mieszkanku. Od pierwszego momentu gdy weszłam do tego domu poczułam się wciągnięta w sam środek ich życia, zupełnie jakbyśmy byli starymi przyjaciółmi. Starszy synek zaanektował moje kolana, młodszy co jakiś czas przybiegał zaprezentować którąś z zabawek, a gospodarze ze swadą opowiadali historie pełne życia i radości. Jak bardzo tego potrzebowałam! Jak bardzo potrzeba takich ludzi i takich domów!

Teraz siedzę sobie i piję gorące kakao w gigantycznym kubku przyrządzone specjalnie na moją prośbę przez tatę T. i jest mi dobrze. Niech żyje weekend! Niech żyje rodzina!

Friends will be friends

Moja bliska znajoma, Pani S. poszła dzisiaj do szpitala na „drobny zabieg”, jednak osób w jej wieku raczej nie fatyguje się na drobne zabiegi. Kiedy rozmawiałam z nią ostatnio, czerstwą i rześką jak zawsze, twierdziła, że: „wróci – tylko nie wiadomo czy czasem nie nogami do przodu”.

Pani S. jest bardzo wierząca, jednak w przeciwieństwie do wielu swoich równolatek udało jej się uniknąć słuchania wiadomego radia. Nosi moherowy beret. Mimo, że skończyła już 80 lat, codziennie rano robi staranny makijaż i podkręca włosy. Pomaga każdemu, kto o to poprosi. Często zaprasza kogoś na obiad, bo, jak twierdzi, nie umie gotować dla jednej osoby. Jestem jednym z beneficjentów tej akurat cechy Pani S., gdyż moja sztuka kulinarna pozostawia jeszcze wiele do życzenia. (Jutro na obiad po raz trzeci z rzędu będę męczyć tą samą zapiekankę z makaronem, do której dodaję tylko nowe składniki).

W czasie II Wojny Światowej Pani S. wraz z rodzicami i dziewiątką rodzeństwa została wywieziona do Niemiec do pracy na polu. Ma za sobą poronioną ciążę. Jest Amazonką. Całe życie ciężko pracowała fizycznie. Nigdy nie zauważyłam u niej najmniejszej oznaki zgorzknienia czy pesymizmu.

Tylko czy lekarz, który będzie ją operował, wie to wszystko?

No cóż, jeśli jeszcze nie wie, to niewątpliwie wkrótce się dowie, ponieważ jeszcze jedną cechą charakterystyczną Pani S. jest umiejętność zagadania na śmierć absolutnie każdego, kto się nawinie pod rękę.

Pomyślałam sobie kiedyś, że życie Pani S. musi być bardzo kruche, skoro w każdym momencie jest świadoma bliskości śmierci. Dopiero po chwili uzmysłowiłam sobie, że może to właśnie życie ludzi, którym na co dzień sama ewentualność własnej śmierci nawet nie przyjdzie do głowy, jest kruche. Gdy ma się przyjaciół w pewnym wieku, widok karetki pogotowia pod blokiem nabiera zupełnie nowego znaczenia.

Hey, Mr. Postman!

Zastanawiałam się co zrobić, żeby dostać jakąś wiadomość od przyjaciół. Okazało się, że wystarczy wyjechać z Poznania.

Będąc u rodziców odebrałam zaadresowaną na mój panieński adres pocztówkę z Lofoten w Norwegii. Na zdjęciu plaża piękna jak z bajki z turkusową wodą, białym piaskiem i zapierającymi dech w piersiach górami w oddali (koniecznie „wygooglujcie” zdjęcia, to jedno z 5 miejsc polecanych przez alltravelingtips.com jako coś, co w życiu trzeba obowiązkowo zobaczyć, ale nie jest powiedziane, że trzeba tam od razu pojechać). Pozwolę sobie zacytować treść wiadomości, ponieważ uważam ją za absolutnie uroczą. Oto ona:

„Cześć M.

niestety jeszcze nie mam Twój nowy adres. J. i ja jesteśmy na Lofoten. Byliśmy już na tym plażu na pocztówcy, ale woda jest bardzo zimna. Nie jak w Polsce. Mam nadzieję, że Was Honeymoon było super.

Serdecznie pozdrawiam Cię i Twoja rodzinę,

A. (z J.)”

Tymczasem na skrzynkę mailową, której z reguły nie otwieram w niedzielę nadeszła lawina maili,z którą aktualnie usiłuję się uporać. Może zainteresuje Was jak też próbuję wyłuszczyć M. sprawę mojej wizji na urządzenie mieszkania:

„Styl…hmm, chyba to, co najczęściej wpada mi w oko można by nazwać stylem retro. Przy czym nie chodzi mi tu o takie wielkie ciężkie meble á la królowa Victoria, raczej chodzi o klasyczną elegancję i funkcjonalność. Żadnych wściekłych kolorów, foteli z rakiet kosmicznych itp. Z drugiej strony nie chcę zrobić sobie w domu biura czy hotelu z tą typową zimną, oficjalną atmosferą. Ma być przytulnie i domowo, ale też nie sielsko z glinianymi dzbanami i szarymi lnianymi workami na poduszki. Wiesz o co mi chodzi?”

Taaaak…Czy już wspominałam, że uwielbiam listy?

Good night and good luck!

tramwaj dokądś indziej niż planowałam

Wsiadłam do tramwaju i zaczęłam nieporadnie gmerać w torebce w poszukiwaniu biletu. Jakby znikąd pojawił się tuż przy mnie elegancko ubrany młody mężczyzna i powiedział: „Dzień dobry!”. O Boże, kanar! – Przemknęło mi przez głowę. Ale mężczyzna zamiast dodać standardowe „Bileciki do kontroli” stał i uporczywie się we mnie wpatrywał. I nagle rozpoznałam te oczy, oczy dawno nie widzianego znajomego, przyjaznej duszy z innego życia, o całe eony stąd. „Cześć! Cześć! Czeeść!” – Powtarzałam w kółko całkiem głupkowato kiedy go uściskałam na powitanie, jak zawsze. Wydał się speszony tym gestem.

Usiedliśmy razem i zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że pracował tu i tam, w zawodach zupełnie nie związanych z dyrygenturą, którą studiował. Pracował fizycznie, łapał co się dało w skandalicznych godzinach pracy, za śmieszne pieniądze. Był jakiś zgaszony, nieswój. Jego uśmiech był cieniem uśmiechu, ręce wciąż poszukiwały nerwowo zajęcia.

Zrozumiałam jak bardzo już się nie znamy, jak wiele się wydarzyło w jego życiu rzeczy, o których nie mam pojęcia i vice versa. Zatęskniłam za zwariowanym, pełnym pomysłów młodym artystą, sypiącym dowcipami, z błyskiem w oku. Powiedział, że wyjeżdża za granicę, że to jego przystanek i że wysiada. Zdążyłam tylko powiedzieć: „Powodzenia!”, i już go nie było. Powodzenia w dalszym życiu! Niech Ci się ułoży! Niech Ci przywróci blask w oczach i szeroki, szczery uśmiech! Czy można to wszystko zawrzeć w jednym słowie, „powodzenia”?

Wszystkim, którzy czytają te słowa życzę powodzenia na dziś, na jutro i na całą resztę.