La vie en rose

We wtorek wybraliśmy się rodzinnie na poznańską Cytadelę. Słoneczne popołudnie, klomby kwitnących róż, mieniąca się w promieniach słońca sadzawka, rodziny z dziećmi, pary zakochanych. Usiedliśmy na ławce, W. został spacyfikowany przy pomocy chrupek kukurydzianych i przytuliliśmy się całą trójką. Pachniały róże, rozlegał się śmiech dzieci. Jasne, czyste wspomnienie.

-Pamiętasz jak jako para siedzieliśmy na tamtej ławce i słuchaliśmy Szustaka? – Mruczę mężowi do ucha.

-A gdybym Ci wtedy powiedział, że za trzy lata będziemy siedzieć na tej ławce z naszym małym W.? – Odmrukuje T.

-Nie uwierzyłabym. – Uśmiechamy się zgodnie i wygrzewamy się w ciszy. Przy małym dziecku trzeba opanować sztukę oszczędzania energii przy każdej nadarzającej się okazji.

Czasem trudno uwierzyć, że życie może być aż tak dobre.

La perspective

Obudziło mnie pogodne gaworzenie oraz intensywne wymachy małych rączek i nóżek, które skutecznie zepchnęły nas z mężem na skraj łóżka, pozostawiając większość miejsca mierzącemu 76 cm synkowi. Przez kilka chwil usilnie próbowałam wypertraktować jeszcze kilka chwil w pozycji horyzontalnej podczas karmienia, ale rozbrykany w najlepsze malec nie miał najmniejszego zamiaru współpracować. 5:50. Wcześnie. Za wcześnie. Ciemno. Przymykam oczy przy wtórze narastającego pisku. Wytrzymuję 5 minut zanim się poddaję. Synek oświadczył, że dzień się zaczął, a więc dzień się zaczął. Bez dyskusji.

Siedzimy nieco już rozbudzeni przy kuchennym stole, pijemy gorącą herbatę i zajadamy świeży chleb własnego wyrobu. Synek siedzi na swoim bujaczku cichy i spokojny. Ziewa przeciągle, rzucając nam przy tym pełne wyrzutu spojrzenia, zupełnie jakby chciał zapytać: „Dlaczego zerwaliście mnie z łóżka o tak nieprzyzwoitej porze?”.

Omawiamy plany na dziś.

T.-Co będziesz dzisiaj robiła?

ja-Hmmm, hmmm… Niech pomyślę. Idę dzisiaj do kosmetyczki. Poza tym pełen relaks. Wybiorę się na spacer. Może trochę się zdrzemnę. Pobawię się z dzieckiem. Jak mi się będzie chciało, to trochę poczytam. A wieczór spędzę w towarzystwie męża.

W momencie, w którym wypowiadam te słowa, uzmysławiam sobie, że to prawda: tak właśnie wygląda mój dzień. Ależ ze mnie szczęściara!

T.-Zapowiada się miły dzień.

ja-O tak. A co Ty będziesz robił?

T.-No najpierw praca…

ja-Nie, źle to mówisz. Najpierw przejażdżka na rowerze (T. dojeżdża do pracy rowerem). Potem trochę posurfujesz w internecie (praca z komputerem)…

T. (ze śmiechem)-Tak, potem zjem obiad, porozmawiam z kolegami (z pracy), jeszcze raz przejażdżka rowerowa…

ja-No właśnie. A potem kawa z żoną i relaks popołudniowy w gronie rodzinnym.

Śmiejemy się i rozpoczynamy nasz luzacki dzień z pełną przyjemnością. Czasem wszystko, czego potrzeba do szczęścia, to odpowiednia perspektywa.

L’affirmation de la vie

01Jestem właśnie po lekturze dwóch przesiąkniętych optymizmem książek Reginy Brett, kobiety, która w dzieciństwie była molestowana, a w dorosłości samotnie wychowywała córkę, zachrowała na raka i straciła obie piersi. Przyznacie, pozytywne nastawienie u osoby po takich przejściach robi wrażenie. „Bóg nigdy nie mruga” oraz „Jesteś cudem” to zbiór przemyśleń i opowieści z życia wziętych dotyczących szczęścia, nadziei i dobrego życia. Nieco naiwne, czasem niedopracowane teksty i tak osiągają swój cel: wzruszają, dodają otuchy, inspirują.

Pozwoliłam sobie stworzyć zestawienie tytułów niektórych rozdziałów oraz cytatów z obu książek, tak, by powstała motywująca strona A4 do wydrukowania i powieszenia na lodówce, lub w innym widocznym miejscu. Mam nadzieję, że Wam się spodoba i doda uśmiechu do Waszej codzienności :)

Życie jest niesprawiedliwe, ale i tak jest dobre.

Zacznij tam, gdzie jesteś.

Zajmij się tym, co możliwe.

Wyolbrzymiaj dobro.

Przychodź wcześniej.

Przygotuj się ponad miarę, a potem daj się ponieść.

Wszyscy robimy to samo. Różnica polega na tym, jak to robimy.

Daj z siebie wszystko i nie zadręczaj się. Może jest jeszcze za wcześnie na ocenę.

_____________________________

Nie traktuj ludzi tak, jak sam chcesz być traktowany, tylko tak, jak oni chcą być traktowani.

Każdy jest Twoim uczniem albo nauczycielem. A większość z ludzi występuje w obu tych rolach.

Zazdrość to strata czasu. Masz już wszystko, czego naprawdę potrzebujesz.

Pocieszaj chorych. Bądź tym, kto zostanie, gdy wszyscy inni się ulotnią.

Wyciągaj rękę na zgodę jak najszybciej, póki nie jest jeszcze za późno.

_____________________________

Nie traktuj siebie tak poważnie. Nikt poza tobą tego nie robi.

Życie jest za krótkie, żeby się nad sobą użalać. Zajmij się życiem albo zajmij się umieraniem.

Nieważne jak się czujesz: wstań, ubierz się i przyjdź, gdzie trzeba.

_____________________________

Zapal świece, śpij w lepszej pościeli, włóż elegancką bieliznę. Nie czekaj na specjalną okazję – wystarczającą okazją jest dzisiejszy dzień.

Nikt oprócz ciebie nie odpowiada za twoje szczęście. Jesteś menedżerem własnej radości.

Pozbądź się wszystkiego, co nie jest pożyteczne, piękne, lub radosne.

_____________________________

To, o czym myślisz, staje się prawdą.

Kto o nic nie prosi, niczego nie dostaje.

Mierz wyżej.

Zostaw po sobie dziedzictwo, którego nie zatrze czas.

Jeśli się dziś obudziłeś, to Bóg jeszcze z Tobą nie skończył.

_____________________________

„Znajdź swój rytm i idź jak burza.”

„Naprzód najważniejsze!”

„(Twoje imię), zasługujesz na dobrobyt!”

„Jeśli próbujesz być kimś innym, poniesiesz porażkę. Świat już ma taką osobę. Teraz potrzebuje ciebie.”

„Okoliczności życiowe odpowiadają za 10% naszego poczucia szczęścia (…). Za kolejne 50% odpowiada genetyka. A reszta zależy wyłącznie od ciebie. Więc może pośiwięć się w 100% tym 40%?”

„To dobrze, że jest trudno. Poradzisz sobie z trudnościami.”

„Wszystko JEST dobrze.”

„Po prostu oddychaj.”

„To nie jest niemożliwe. To po prostu życie.”

„Gdyby miało być inaczej, to byłoby inaczej.”

„Nauczyłam się, że ludzie upadają, ale zwycięzcy się podnoszą, a złoci medaliści po prostu podnoszą się szybciej.”

„Nie ma czegoś takiego jak „nie”. Znajdź sposób aby to „nie” zamieniło się w „tak”.”

„Żyj, (Twoje imię), żyj, (Twoje imię), żyj i nie trać czasu!”

„Jeśli przestrzegasz wszystkich zasad, omija cię cała zabawa.”

„Kiedy uwolnisz się od marzeń o przeszłości, możesz zacząć zmieniać swoją teraźniejszość i stworzyć dla siebie lepszą przyszłość.”

Le sourire

Wczesny ranek. Śnię. Śnią mi się studia. Czegoś nie umiem. To jakaś oczywista umiejętność niezbędna na moim kierunku i wszyscy się ze mnie wyśmiewają. Zniecierpliwiony wykładowca czyni mi złośliwe uwagi. Odpowiadam, że nie rozumiem o co chodzi. „Jeśli pani nie rozumie, to w ogóle nie powinno pani tu być!” – wykrzykuje rozzłoszczony profesor. I nagle rzeczywiście mnie tam nie ma.

Znów ktoś się ze mnie śmieje, a ja uświadamiam sobie, że mam nałożonego pampersa…

Gdzieś na granicy między jawą i snem czuję nagle uporczywe poszturchiwanie. Odsuwam się, ale poszturchiwanie jeszcze się wzmaga. Daję za wygraną i unoszę zaspane powieki.

Przed sobą dostrzegam wpatrzone we mnie ogromne, błękitne oczy, osadzone w maleńkiej, uroczej twarzyczce. Poniżej, maleńkie rączki i nóżki wymachują energicznie na wszystkie strony. A pisząc „na wszystkie strony” mam na myśli przede wszystkim „w kierunku moich ramion, piersi i brzucha”. Konstatuję, że znów zasnęłam przy karmieniu, a Młody załapał się na kilka godzin snu w naszym małżeńskim łożu, do którego tak bardzo chcieliśmy go nie przyzwyczajać.

„A co to, już się wyspałeś?” – wydobywam z siebie zachrypnięte powitanie. Na dźwięk mojego głosu nóżki i rączki nieruchomieją, a twarzyczka cała się rozpromienia w rozbrajającym uśmiechu. „Gu!” oświadcza dumnie mój Synek. I możecie powtarzać bezustannie, że to tylko nic nie znaczące ćwiczenia mimiki, próba zmanipulowania dorosłych do zajęcia się nim, lub nierozumne naśladownictwo. W moim sercu i tak wzbiera fala miłości i dumy. Synek uśmiecha się do mnie. Co za wspaniały początek dnia!

Już po chwili nachylamy się nad rozanielonym W. razem z mężem. „Gu!” powtarza maluch raz po raz. „Gu!” odpowiadamy mu zgodnym chórem, po czym wymieniamy rozbawione spojrzenia i śmiejemy się w głos – z samych siebie, i ze szczęścia.

Wam też życzę pełnego radości dnia :)

Monsieur le clochard

Podczas dzisiejszego spaceru natknęłam się na następującą scenę: pod ścianą betonowego śmietnika, na skąpanej w promieniach słońca, starej kanapie rozsiadł się wygodnie kloszard. Mężczyzna w bliżej nieokreślonym wieku oraz gustownym czerwonym swetrze w choinki najwyraźniej czuł się w tym miejscu u siebie. Zaparkował w dobrze widocznym punkcie swój wózek ze złomem, z zadowoleniem poczochrał się po obfitym zaroście, umościł się wygodnie i wyciągnął wymiętą gazetę, po czym zatopił się w głębokiej lekturze. Wyraźnie rozkoszował się słońcem oraz nagrzaną kanapą.

Wokół do swoich ważnych spraw pędzili ludzie, w piłkę grali chłopcy, których matki domagały się stanowczo z balkonów, żeby założyli bluzy, podjeżdżały i odjeżdżały samochody dostawcze, szczekały psy, płakały niemowlęta. A on zwyczajnie sobie siedział na kanapie, w samym środku tego całego zamętu, wystawiał wymiętą twarz do słońca i czytał.

Poczułam dziwną jedność z tym człowiekiem, który podobnie jak ja znalazł chwilę wytchnienia od codziennych trosk w plamie słońca. Zarazem doznałam osobliwego uczucia, zupełnie jakbym nieproszona wtargnęła do czyjegoś salonu.

PCC

Przez dłuższy czas zastanawiałam się czy taki wpis może przynieść więcej szkody czy pożytku, ale ostatecznie doszłam do wniosku, że zdrowa samokrytyka jest wskazana we wszelkich instytucjach i wspólnotach, również w Kościele. Póki co, na szerszym forum najczęściej stykam się z peanami pochwalnymi ze strony wierzących praktykujących (ci sami ludzie psioczą na to i owo ale wyłącznie we własnym gronie) i wybiórczą, często słabo umotywowaną krytyką ze strony niewierzących (którzy w istocie nierzadko chcieliby wierzyć w coś, a nie potrafią). Od razu chciałabym się zdeklarować jako wierząca praktykująca katoliczka, która jednak poza karmieniem duchowości lubi też gdy Kościół daje pożywkę dla rozumu (fides et ratio!) – a to ostatnimi czasy staje się towar luksusowy z nalepką „edycja limitowana”.

Uprzedzam lojalnie – tym razem nie będzie nic o in vitro, eutanazji, ani nawet pedofilii. Tym co w rzeczywistości nas tworzy, lub niszczy, jest szara codzienność. Zwykła Msza Święta niedzielna, dowolny kościół w jednym z Polskich miast. Średnia wieku 50+. 3/4 to kobiety. Pierwsza najistotniejsza sprawa – zajęcie właściwego miejsca (a jeśli przyszło się nieco później, zajęcie miejsca w ogóle). Moi dziadkowie regularnie wychodzą do kościoła z blisko półgodzinnych wyprzedzeniem, choć mieszkają blisko, właśnie żeby zająć miejsce. Swoje miejsce. Nie za blisko, żeby nie być na widoku, nie przy drzwiach, bo tam ciągle wieje, nie obok tego mężczyzny, któremu z rzadka przytrafia się trafić w tonację pieśni, nie obok rodziny z dzieckiem, bo będzie płakać i się wiercić, itd., itp.

Gdy już znajdziemy miejsce, należy go bronić własną krwią. Najlepiej przybrać wyraz głębokiego zatopienia w modlitwie, bądź (jeśli należymy do większości = starszych pań) udawać przygłuchych. Po co mamy się cisnąć w piątkę w ławce, w której tak wygodnie jest trzem osobom? Trzeba było wcześniej przyjść, a nie się teraz przeciskać!

Powiedzmy to sobie raz jeszcze wyraźnie: w miejscu modlitwy, gdzie przychodzimy słuchać o Miłości i Dobroci, najważniejsze na początku jest wygodne posadzenie swoich własnych czterech liter. Żeby nie obarczać całą winą starowinek – nie raz widziałam już nastolatki i młodych mężczyzn rozpartych wygodnie w ławkach, kompletnie nie zauważając stojących obok kobiet z małymi dziećmi, czy osób starszych. Taka współczesna miłość bliźniego.

Osobiście będąc w pierwszych tygodniach ciąży bardzo źle się czułam, często wymiotowałam, nie mogłam długo stać, bo robiło mi się słabo – ale rzecz jasna, brzuszka jeszcze nie było widać. Po wejściu do jednego z poznańskich kościołów przed rozpoczęciem Mszy, znalazłam jedyne wolne miejsce obok kobiety wyglądającej na około 60 lat. Z dużym niezadowoleniem przepuściła mnie przed sobą, choć siedziała z brzegu i wystarczyłoby się przesunąć (pilnuj miejsca swego!). Niestety starsze panie mają upodobanie do mocnych perfum, a duże nagromadzenie starszych pań w jednym miejscu oznacza niezwykłą mieszankę owych zapachów. Po jakichś 10 minutach nabożeństwa zobaczyłam mroczki przed oczami i zrozumiałam, że za chwilę stracę przytomność, po cichu poprosiłam więc tę samą kobietę, by mnie wypuściła. Zero reakcji. Słabym głosem ponowiłam prośbę, nieco głośniej – równie dobrze mogłabym prosić by przesunął się pobliski posąg Maryi Panny (a może ona prędzej by się zlitowała?), twarz mojej sąsiadki wyrażała jednoznacznie co myśli o takich, co to się kręcą w tą i z powrotem i człowiekowi się pomodlić nie dają. Musiałam wyglądać nieciekawie, bo w końcu siedząca za nami kobieta w średnim wieku potrząsnęła jej ramieniem i rozeźlonym głosem kazała jej mnie wypuścić, co nastąpiło nie bez ociągania się, fukania i gniewnych spojrzeń. Gdy wreszcie blada jak ściana, ledwo trzymając się na nogach wyszłam na świeże powietrze, wcale nie miałam ochoty wracać do środka. Było dla mnie za duszno – dosłownie i w przenośni.

Innym razem, w innym kościele – teraz brzuszek było widać już bardzo wyraźnie – podchodzę przed Mszą do młodego mężczyzny, który na całej długości ławki rozłożył parasol. Nieśmiało pytam: „Przepraszam, czy tu wolne?”, łypnął na mnie niechętnie i wyrzucił z siebie (chyba nie ja pierwsza go o to zapytałam) „Tak, zajęte!”. Nawet nie przyszło mu do głowy, żeby w przepełnionym kościele ustąpić tego miejsca, na którym sam siedział (pozostałe pewnie trzymał dla żony/ babci/ dzieci), kobiecie w zaawansowanej ciąży. Miłujmy się jak bracia. Może jest jedynakiem?

No dobrze, powiedzmy, że udało nam się zająć z góry upatrzone pozycje. Zaczyna się pieśń na wejście, czyli solo organisty z okazjonalnym chórkiem mruczących coś pod nosem – albo i nie – wiernych. Ludzie kochani! Pieśni w kościele nie są po to, żeby organista sobie pośpiewał. Mają nie tyle stanowić miły dla ucha przerywnik w modlitwie, czy też wprowadzać nas w klimat modlitwy, co być naszą modlitwą oraz jednoczyć wspólnotę eucharystyczną. Jaka wspólnota, taka modlitwa.

Inną sprawą jest, że polski Kościół katolicki jest nieustannie pogrążony w smutku. Nawet „Wesoły nam dzień dziś nastał” bywa wykonywany w tonacjach molowych, a dla wielu duszpasterzy rok liturgiczny dzieli się na Adwent, Wielki Post, Wszystkich Świętych, oraz przygotowania do tych okresów postu, pokuty i rozmyślań nad kruchością ludzkiego żywota. Gdzie ta radość z Dobrej Nowiny? Co to za „Wesoły dzień”, w którym ludzie spuszczają nos na kwintę i narzekają na wszystko, co powstało po XVIII wieku? Kiedy widzę autentyczną radość, którą wręcz tryskają przedstawiciele młodych Kościołów protestanckich, zastanawiam się, jak to jest, że mamy tą samą Dobrą Nowinę, a nie umiemy się z niej tak samo cieszyć.

Z moich obserwacji wynika, że ludzie, którzy dopiero co z takim poświęceniem wyszli wcześniej z domu by następnie dzielnie walczyć o wygodne miejsca, z momentem rozpoczęcia Eucharystii tracą cały zapał, wyłączają wyższe funkcje życiowe i oczekują, by ich obsłużono. Niczym bezwolne zombie to wstają, to siadają, to znów klęczą, szemrząc wyuczone regułki, myśląc o czym innym. „Ciekawe co na obiad?”, „Po drodze do domu muszę jeszcze…”, „Dlaczego to tak długo się ciągnie? Mamy dzisiaj jakieś święto?”, „Ależ tamta się ubrała!” – myślę, że mniej-więcej tak przedstawiają się pobożne myśli większości wspólnoty. Ksiądz odprawi Mszę, ministranci i organista/ chór/ schola zajmą się całą resztą.

My tu gadu-gadu, (ewentualnie śpiewu-śpiewu) a tymczasem nadchodzi kazanie. Bardzo rzadko zdarza mi się usłyszeć sensowne kazanie, które miałoby przemyślany przekaz, wstęp, rozwinięcie i zakończenie, i na dodatek odnosiłoby się w sposób bezpośredni do liturgii słowa na dany dzień. Wymienione kryteria wydają się tak oczywiste, że to niemal tautologia, a jednak… Regularnie natykam się na kaznodziejów, którzy z takich lub innych powodów nie przygotowali się do kazania i:

  • opowiadają mi raz jeszcze własnymi słowami czytania oraz Ewangelię, które przed chwilą słyszałam,
  • powtarzają bezpieczne truizmy, które wszyscy słyszeli już zbyt wiele razy („niech wszyscy zgadzają się ze sobą, a będzie nadal tak jak jest”),
  • wyrzucają z siebie potok chaotycznych skojarzeń na temat liturgii słowa, które akurat przyszły im do głowy, klucząc przy tym, powracając do niektórych wątków, a inne przerywając w pół,
  • czytają gotowce z internetu, nie skąpiąc słuchaczom potknięć w odczycie.

Przygotowane kazania także bywają lepsze i gorsze, ale doceniam fakt, ze przynajmniej ksiądz potraktował słuchaczy poważnie. Fakt, że księża zostają powołani do kapłaństwa, jak również, że Duch Święty przemawia przez nich, nie zwalnia ich z obowiązku przemyślenia swojego wystąpienia, jak każdego innego mówcę. Czy chcą tego, czy nie, to jest nie tylko powołanie, ale również ich zawód. Mówi się przecież o lekarzach czy nauczycielach z powołania – czy wyobrażacie sobie, że idziecie do lekarza, a on po badaniu mówi: „Co prawda nie wiem, co Pani/Panu dolega, ale mogę bardzo dokładnie opowiedzieć jakie ma Pan/Pani objawy…”?

Jestem rozczarowana i rozeźlona całą tą sytuacją. Nie mam ochoty należeć do stada bezmyślnych owiec, które wysłuchują truizmów z ambony, mamroczą pod nosem i bezmyślnie powtarzają wyuczone gesty. Przez długi czas aktywnie udzielałam się w Oazie, pełniłam funkcję kantora i lektora, jeździłam na rekolekcje jako uczestnik i animator. Rzecz w tym, że po powrocie z rekolekcji nie ma za bardzo na czym się wesprzeć – tam piękne kazania, medytacja, ludzie, którzy wiedzą gdzie i po co przyszli, śpiew na głosy, zaangażowanie, zapał – żywa wiara – a tutaj…. Wszystko, co opisane we wcześniejszych akapitach niniejszego tekstu. Dlaczego na rekolekcjach można podnieść poprzeczkę, a na co dzień nie?

Co więcej, aktualnie dla Kościoła nie jestem grupą targetową. Słowo honoru! Wspólnoty w mojej parafii przedstawiają się następująco: schola małych dzieci, schola młodzieżowa, Oaza (młodzież), ministranci, Apostolstwo Dobrej Śmierci (sic!). Wyraźnie więc widać, że do kościoła chodzą tylko małe dzieci, młodzież oraz emeryci. Dla kobiet w ciąży miejsca brak (dosłownie i w przenośni). Znam osobiście 30-latków, którzy nadal należą do Duszpasterstwa Akademickiego, mimo, ze studia dawno już za nimi, ale chcą być aktywni w Kościele, który nie ma im nic do zaoferowania.

Jakie wnioski na koniec tych smutnych rozważań o stanie Kościoła? Nie mam zamiaru obrażać się na Boga, czy na wiarę, za to, że ludzie potrafią zniekształcić najszlachetniejszą nawet ideę. Cieszę się, że przynajmniej nie zaszło to tak daleko, jak z Koranem w interpretacji Talibów. Cieszy mnie ogromnie każdy kontakt z ludźmi żywej wiary – tak świeckimi, jak i duchownymi. Jestem w trakcie poszukiwania wspólnoty poza moją parafią, to dla mnie pilna sprawa. Czytam o duchowości i rozwijam się na miarę swoich skromnych możliwości.

Polski Kościół katolicki jest najwyraźniej zmęczony, w moim przekonaniu nie pociągnie już długo w tej formie. Z wielu stron napływają mnie wieści, że już wkrótce skończy się wiara „masowa”, że ilość przerodzi się w jakość, a Msze będą odbywać się w domach zamiast w kościołach – jak w początkach Chrześcijaństwa. Może nie zabrzmi to politycznie poprawnie, ale bardzo na to liczę. Nie jestem święta, jednak gdy coś robię, chcę robić to na 100%, a nie na pół gwizdka. Inaczej szkoda mojego czasu.

A na koniec trochę autentycznej radości w śpiewie ludzi wierzących, może ktoś się zarazi i na następnej Mszy Świętej zadziwi szare otoczenie mocnym soczystym basem?


http://www.youtube.com/watch?v=a37bBm8pXSk

Holy, holy, holy…

-Wiesz, był u mnie Anioł.
-Co Ty gadasz, u mnie też!
Maryja z Elżbietą, czyli dwie szalenie radosne kobiety w stanie błogosławionym

 

Dzisiaj mam dla Was parę słów od Ojca Adama Szustaka o pięknej radości spotkania, w konferencji z 31.12.2011 roku wygłoszonej w ramach spotkań „Pomarańczarni”. Trochę się naszukałam, ale jest:
http://chomikuj.pl/metanoja11/Rekolekcje-+Konferencje-+Homilie-+Kazania-+Nauki/o.+Adam+Szustak/Pachnid*c5*82a+-+Pomara*c5*84czarnia+(3+sezony+!!!)/Sezon+3

kliknijcie w S03E12 i miłego słuchania!

Both sides now

Spędzamy z T. i szwagierką weekend u teściów. Szwagierka w dalszej części tego bloga będzie zwana A., ponieważ:

1. za często tu się pojawia, żeby za każdym razem nazywać ją przydługim mianem szwagierki,

2. szwagierka nie brzmi jakoś specjalnie sympatycznie, a A. to bardzo sympatyczna osoba a zarazem najbliższa siostry istota jaką na tym świecie posiadam.

Dochodzę do przekonania, że połączenie w akcie małżeństwa dwóch rodzin to ogromne błogosławieństwo. Pomyślcie tylko: podwójne domowe obiadki, dodatkowe rodzeństwo, z którym można się wygłupiać i przedrzeźniać, dwa razy więcej urodzin i imienin, dwa razy więcej pretekstów do spotkań rodzinnych i, ma się rozumieć, dwa razy więcej śmiechu oraz rozmów o życiu i śmierci (niekoniecznie w tej akurat kolejności)!

Wybrałyśmy się dziś z A. do jej kuzynki, która mieszka nieopodal z mężem, dwójką przeuroczych synków, psem oraz rybkami. Nie sposób wręcz uwierzyć ile miłości mieści się w ich malutkim mieszkanku. Od pierwszego momentu gdy weszłam do tego domu poczułam się wciągnięta w sam środek ich życia, zupełnie jakbyśmy byli starymi przyjaciółmi. Starszy synek zaanektował moje kolana, młodszy co jakiś czas przybiegał zaprezentować którąś z zabawek, a gospodarze ze swadą opowiadali historie pełne życia i radości. Jak bardzo tego potrzebowałam! Jak bardzo potrzeba takich ludzi i takich domów!

Teraz siedzę sobie i piję gorące kakao w gigantycznym kubku przyrządzone specjalnie na moją prośbę przez tatę T. i jest mi dobrze. Niech żyje weekend! Niech żyje rodzina!

Nothing’s gonna break my stride

Chwilo, trwaj!/private, wakacje 2013, Słowiński Park Narodowy

Uniosłam jedną powiekę. Uniosłam drugą powiekę. Pozwoliłam im obu opaść z powrotem. Przecież jeszcze jest noc. Zaraz, zaraz, druga połowa łóżka jest pusta czyli to już ranek! Szaro-bure i ponure poranki zwiastujące nieuchronnie zbliżającą się jesień zawsze nadchodzą nagle i zawsze nie w czas. Jak mawia mój brat, wybitny znawca tematyki chipsów: „Od początku wiadomo, że paczka chipsów musi kiedyś się skończyć, ale ten moment i tak zawsze stanowi zaskoczenie”.

Przechadzając się wczoraj z T. w okolicach jeziora Malta, w witrynie jednego z biur podróży zobaczyłam takie oto hasło reklamowe:

„ZIMA 2013/14 JUŻ W SPRZEDAŻY!”

Szkoda, pomyślałam, że nie mają w ofercie lata 2013, chętnie bym odkupiła. A cóż to było za lato! Lato warte dziesięciu złotych polskich jesieni! O nie, nie, mój drogi wrześniu, nie pozwolę się otulić pajęczyną melancholii. Zakasuję rękawy i biorę się za nasz wakacyjny album ze zdjęciami. Jeszcze raz wystawię twarz do słońca i pobiegnę brzegiem morza rozpryskując fale. Uśmiechnę się do świata i zakrzyknę: „Chwilo, trwaj!”. Cóż z tego, że tylko we wspomnieniach? Najbardziej realna jest przecież rzeczywistość w mojej głowie.