Les mots

źródło: fdn.pl

źródło: fdn.pl

W ramach relaksu wakacyjnego wzięłam się za lekturę łatwą, lekką i przyjemną – „Dom w Riverton” autorstwa Kate Morton. Z przykrością stwierdzam po raz kolejny, że polskie wydawnictwa nie szanują czytelnika i albo sądzą, że błędów stylistycznych nie zauważy, albo że mu takie błędy nie przeszkadzają. Otóż ja zauważam i mi przeszkadza chociażby taki szczegół jak fakt, że podczas jednej i tej samej sceny narracja przez jeden akapit odbywa się w czasie teraźniejszym (idę, robię, widzę, itp.) a już w następnym akapicie w czasie przeszłym (powiedziała, spojrzała, poszła, itp.), przy czym w tym miejscu nie jest to zabieg celowy autorki, a zwykła niechlujność. Nie wiem ile aktualnie wynosi pensja korektora tekstu, ale zdecydowanie powinna zostać podniesiona, a czas na korektę wydłużony, bo takie błędy nie stanowią już wyjątku, ale regułę.

Mimo, że książka – utrzymana w konwencji „Pokuty” Iana McEwana – miała być zaledwie odskocznią, natknęłam się w niej na fragment, który skłonił mnie do refleksji:

„Dziecko zabiera ci kawałek serca i robi z nim co tylko zechce, ale z wnuczętami jest inaczej. Nie ma poczucia winy i odpowiedzialności, które ciąży na macierzyństwie. Droga do miłości jest wolna.”

Nie mogę powiedzieć, żeby jakaś część mnie nie zgadzała się z tym stwierdzeniem, a jednak… Myślę, że to nie do końca tak, że na dziadkach nie spoczywa odpowiedzialność. Być może (nie mam wszak doświadczenia w tym względzie) dziadkowie nie odczuwają tak wielkiej odpowiedzialności, jednak ona istnieje i nawet czasem myślę, że w pewnym sensie jest większa niż ta, która tak doskwiera rodzicom.

Rodzice są odpowiedzialni w sposób bardzo oczywisty: za zdrowie i życie dziecka, za jego sytuację materialną, edukację i poczucie bezpieczeństwa. Owszem, mają każdego dnia milion możliwości popełnienia dużych i małych błędów, ale mają też tyleż samo możliwości by te błędy naprawić.

Tymczasem dziadkowie najczęściej widują wnuki sporadycznie, więc ich słowa i czyny siłą rzeczy bardziej zapadają dzieciom w pamięć. Dobrze, gdy są to miłe wspomnienia typu: „dziadek umie rozpalić ognisko”, „babcia robi pyszne ciasto”. Niestety, przy całej swojej dobrej wierze dziadkowie (podobnie jak inne dorosłe osoby) lubią sobie upraszczać życie poprzez segregowanie i szufladkowanie. Tymczasem dzieci ze swej natury są zmienne: mają do dyspozycji cały wachlarz zachowań, z którego bardzo chętnie korzystają w zależności od dnia, sytuacji i nastroju.

Wielu rodziców także popełnia ten błąd i mówi: „Zenek to taki nasz rodzinny urwis.”, „Zdzisio jest ostatnią ciamajdą, wszystko mu z rąk leci. Za to Zbynio jest taki zdolny, prawdziwy z niego geniusz! Aż trudno uwierzyć, że są braćmi!”. Pomijam już fatalną praktykę porównywania dwóch zupełnie odrębnych ludzi (często w ich obecności), która nie służy niczemu dobremu. Rzecz w tym, że rodzice, jeśli już wypowiadają tego typu opinie, mają znacznie więcej „materiału dowodowego”. Tymczasem dziadkowie, widujący wnuki raz na jakiś czas również bardzo chcą wiedzieć i samodzielnie orzec jaki ten czy inny wnuk właściwie jest. To bardzo praktyczne podejście – pomaga postępować z dziećmi w skuteczny sposób i porządkuje świat w naszym odbiorze. A jednak dla dzieci, które chłoną wszystko jak gąbka i wierzą, że każdy dorosły mówi zawsze prawdę, takie podejście jest niezwykle krzywdzące.

Niezależnie od tego, czy mówią to rodzice, dziadkowie, czy nauczyciele (a najczęściej mówią oni jednym głosem, bo mało co sprawia dorosłym taką przyjemność jak znalezienie potwierdzenia swojej „diagnozy” u innych dorosłych), opinia otoczenia na temat dziecka kształtuje zarówno sposób, w jaki jest ono traktowane, jak i jego postrzeganie siebie – szybko stając się samospełniającą się przepowiednią. Chcąc ułatwić sobie życie, dorośli sprowadzają dzieci do pewnej roli, z której te nierzadko nie wychodzą już do końca życia. Grzeczny chłopczyk. Rozrabiara. Pani odpowiedzialna. Dominator. Maruda. Kto z nas nie spotkał ich na swojej życiowej drodze?

Można by pomyśleć, że jeśli kogoś nie obrażamy wyzwiskami, jesteśmy przecież w porządku… Nigdy nie zapomnę rzuconego mimochodem komentarza jednej z moich babć, która w obecności całej rodziny stwierdziła ze znawstwem, że mój brat to taka przylepa, a ja absolutnie, nic z tych rzeczy. Nikt nie zaprzeczył. Miałam wtedy jakieś jedenaście lat, co oznacza, że mój brat musiał mieć cztery. Będąc dorosłą osobą dostrzegam, że to czysty truizm: kilkulatki z zasady są bardziej skłonne do czułości niż nastolatki. Ale wtedy te słowa uderzyły mnie z wielką siłą i pozostały już ze mną, na wiele lat podwajając moją nieśmiałość.

Słowa mają wielką moc. Używajmy ich z rozwagą.

L’éducation

W związku ze zbliżającym się wielkimi krokami przyjściem na świat drugiego dziecka w naszej rodzinie, postanowiłam douczyć się w dziedzinie rodzicielstwa. W zasadzie rodzicielstwo to temat, który można zgłębiać całe życie, i moim zdaniem, będąc zaangażowanym rodzicem, tak właśnie należałoby robić.

Swoją drogą, to ciekawe ile godzin i lat poświęcamy na opanowanie, często zupełnie później nieprzydatnej, wiedzy i umiejętności z najróżniejszych dziedzin, a jak niewiele uwagi poświęca się w procesie edukacji kształceniu mądrych, odpowiedzialnych rodziców. Zupełnie jakbyśmy rodzili się wszyscy uzdolnieni do wzięcia na siebie całkowitej odpowiedzialności za bezbronną istotę o ogromnych potrzebach.

źródło: czytam.pl

źródło: czytam.pl

Ale wracając do meritum: czytam właśnie rewelacyjną książkę duetu Adele Faber i Elaine Mazlish (tak, to autorki bestselera „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły.”): „Rodzeństwo bez rywalizacji”. Wcześniej zapoznałam się jednak z poradnikiem osadzonym w typowo polskich realiach, „Zgodne rodzeństwo. Jak wspierać dzieci w budowaniu trwałej więzi” autorstwa małżeństwa, Natalii i Krzysztofa Minge. Pozycja ta reklamowana jest jako „Poradnik, który będzie dla ciebie wsparciem w sytuacjach, w których nawet święty straciłby cierpliwość”. No cóż, ja cierpliwość traciłam podczas czytania tych suchych teorii naszpikowanych błędami stylistycznymi, gramatycznymi i literówkami. Po rodzicach trójki dzieci spodziewałam się większego nacisku na własną praktykę. A te zdania wielokrotnie złożone, w których nikt nie panuje już nad podmiotem i w końcu z rodzica zmienia się on w dziecko lub na odwrót! O ile w tłumaczeniu jestem skłonna przypisać winę za takie wpadki tłumaczowi, ewentualnie korekcie, to przy autorach polskich, którzy na dodatek mają jeszcze na koncie kilka innych poradników, bardzo mnie taka niekompetencja drażni.

Dodajmy do tego wpływy religijne w tekście, który rości sobie prawa do ideologicznej neutralności (Drodzy Państwo! W języku psychologii nigdzie nie znajdzie się tak częstego użycia słowa „latorośl” w odniesieniu do dzieci! A ksiądz, wbrew Państwa radzie, jest akurat ostatnią osobą, do której udam się po pomoc w kwestiach wychowawczych – brak mu wiarygodności, bo albo nie ma własnych dzieci, albo kiepski z niego duszpasterz!) – a otrzymujemy dość ciężkostrawną mieszankę.

źródło: czytam.pl

źródło: czytam.pl

Po tej lekturze z tym większą przyjemnością sięgnęłam po „Rodzeństwo bez rywalizacji”, książkę popartą nie niekończącą się listą bibliografii, ale setkami autentycznych przykładów pozyskanych przez autorki w trakcie wielu lat prowadzenia warsztatów dla rodziców zmagających się z problemami wychowawczymi. Przejrzysty układ treści, przyjazny język, otwartość na inność, brak oceniania – zdecydowanie na plus. Wpadek stylistycznych oczywiście też się nie dało uniknąć (konia z rzędem temu, kto mi wskaże współcześnie wydaną książkę z porządnie zrobioną korektą!), ale jak już wspomniałam, najprawdopodobniej to wina tłumaczenia, a nie oryginału.

W odniesieniu do oczekiwania na drugie dziecko natknęłam się w tym właśnie poradniku na niezwykle obrazowe porównanie uczuć pierwszego dziecka do… A zresztą, przeczytajcie sami:

„Wyobraź sobie, że twój małżonek obejmuje cię ramieniem i mówi: „Skarbie, tak bardzo cię kocham i jesteś taka cudowna, że zdecydowałem się na drugą żonę, podobną do ciebie”.

Kiedy w końcu pojawia się druga żona, zauważasz, że jest bardzo młoda i niezwykle urocza. Gdy wychodzicie gdzieś we trójkę, ludzie uprzejmie się z tobą witają, ale wychwalają pod niebiosa nowo przybyłą: „Czyż nie jest zachwycająca? Witaj, kochanie! Jesteś nadzwyczajna!”. Potem zwracają się do ciebie z pytaniem: „Jak ci się podoba nowa żona?”.

Nowa żona musi się w coś ubrać. Mąż szpera w twojej szafie, zabiera twoje swetry i spodnie i daje tamtej. Kiedy się sprzeciwiasz, zauważa, że te rzeczy są już na ciebie za ciasne, ponieważ trochę przytyłaś, a na tamtą będą pasowały jak ulał.

Nowa żona szybko nabiera pewności siebie. Z każdym dniem wydaje się bardziej bystra i coraz lepiej się na wszystkim zna. Któregoś popołudnia, kiedy z wysiłkiem zgłębiasz instrukcję obsługi nowego komputera, który kupił ci mąż, tamta wpada do pokoju i mówi: „O, mogę spróbować? Wiem jak to zrobić”.

Nie pozwalasz jej, więc biegnie z płaczem do twojego męża. Chwilę potem wraca z nim, na policzkach ma ślady łez. Mąż obejmuje ją ramieniem i pyta ciebie: „Dlaczego nie pozwalasz jej spróbować? Co ci szkodzi? Dlaczego nie potrafisz się dzielić?”.

Gdy pewnego dnia wchodzisz do pokoju, twój mąż i nowa żona leżą razem w łóżku. On ją łaskocze, ona się śmieje. Nagle dzwoni telefon, mąż odbiera. Po chwili mówi, że wzywają go pilne sprawy i natychmiast musi wyjść. Prosi, żebyś została w domu z nową żoną i dopilnowała, żeby tamta dobrze się czuła.”

Prawda, że przytoczone sytuacje zupełnie zmieniają perspektywę?

Être maman

źródło: http://www.momjunction.com

źródło: http://www.momjunction.com

Tak sobie pomyślałam, że w świetle niedostatku pozytywnego przekazu o aktywnej ciąży, o wczorajszym temacie warto napisać z odmiennej perspektywy. Wczoraj pisałam o tym, dlaczego warto studiować będąc mamą. Temat na dziś: egoistyczne pobudki, dla których warto mieć dzieci (niekoniecznie na pierwszych studiach, chociaż… Znam takich, którzy mieli na tym etapie swojego życia taką na przykład mnie, i sobie chwalą ;-) ).

Zdrowy tryb życia (z niewiadomych przyczyn zwany przez niektórych Polaków lifestylem)

Pobudka skoro świt, chodzenie spać z kurami, popołudniowa drzemka, codzienny spacer i wysiłek fizyczny, regularne pory posiłków, zdrowa żywność, picie wody w dużych ilościach, brak ekspozycji na papierosy i alkohol, kremy z filtrami przeciwsłonecznymi… Brzmi znajomo? Nie? To znak, że nie jesteś rodzicem! Dzieci bardzo pomagają dbać o zdrowie. Nie, żeby nie dało się dbać o zdrowie nie posiadając dzieci, jednak wewnętrzna motywacja znacznie wzrasta, gdy trzeba świecić przykładem.

Ćwiczenia z kreatywności

Rodzice muszą zmierzyć się z całą gamą wyzwań nieznanych ludziom bezdzietnym, nierzadko zupełnie abstrakcyjnych. Przykłady? Proszę bardzo. Obiad na ścianie, rysunki kredką na ścianie, kupa na podłodze, piasek w oczach, plastikowe zabawki dorzucone do prania, program prania zmieniony w trakcie cyklu na zupełnie nieodpowiedni dla tkanin w bębnie pralki (jak? JAK?!),  jeden z nowiuteńkiej pary butów dryfujący w pobliskiej sadzawce (nie pytajcie…), ogromna plama na świątecznym ubranku tuż przed wielkim wyjściem – to wszystko rzeczywiste sytuacje!

„I co teraz, mamo?”, pytają wielkie, ufne oczy dziecka. I oczywiście mama musi znaleźć sposób, bo któż inny? Mój syn, gdy coś zepsuje – co by to nie było – przynosi mi zepsuty przedmiot, wraz z taśmą klejącą i nożyczkami. Taka jest wiara dziecka w moc naprawczą mamy.

Bywają też przyjemniejsze ćwiczenia: wspólne lepienie z ciastoliny, malowanie, tworzenie kostiumów z niczego, wymyślanie zabaw. Ale spójrzmy prawdzie w oczy, w porównaniu z tymi powyżej, to żadne wyzwanie ;-) !

Ćwiczenia z myślenia filozoficznego

Cytaty z pierworodnego:

„A dlaczego?” (Stosowane jako przerywnik, niezależnie od kontekstu, np.:

„A dlaczego Słońce świeci? (I natychmiast po uzyskaniu odpowiedzi) A gdyby nie świeciło, to…?”

„A dlaczego to jest chłopiec? (I natychmiast po uzyskaniu odpowiedzi) A gdyby miał waginę, to…?”

„A dlaczego ten samochód tu stoi?”.)

(tonem odkrywcy) „Wózek widłowy… To się rymuje z „wózek widłowy”!”

„Citroen jeździ szybko. Bo jakby jeździł powoli, to by się nie nazywał „Citroen”, tylko… Mamo, jaki samochód jeździ powoli?”

„Gdyby nie było trawy, to nie byłoby kosiarki. A gdyby nie było kosiarki, to nie byłoby koszenia.”

„To jest tramwaj wysokopodłogowy, bo ma podłogę wysoko, a niskopodłogowy ma podłogę nisko.”

„Mama jest mamą W., tata jest tatą W. … A kto będzie mamą i tatą dzidziusia, którego mama ma w brzuszku?”

„Co to znaczy: „zmartwychwstał”?”

„Czy Pan Jezus mieszka w kościele?”

„Rano, wieczór, we dnie, w nocy, bądź mi zawsze kupo mocy…”

„Módl się za nami grzecznymi, teraz i w godzinie śmierdzi naszej…”

„Mamo, zaśpiewaj mi „Księżycową gruszką”!” (Chodzi oczywiście o „Dobranocka się skończyła”, na koniec 3 zwrotki padają słowa „księżycową dróżką”.).

„Mamo, a jaka była ta piosenka u babci, taka… (Macha rytmicznie głową, ale nie wydaje żadnych dźwięków i autentycznie oczekuje odpowiedzi.)”

Ćwiczenia z optymizmu

Podczas wypakowywania zakupów z torby W. wykrzykuje radośnie: „O, masełko!”, „O, serek!” zupełnie jakby się dobrał do torby św. Mikołaja. Kiedy zza chmury wyłoni się choćby najwątlejszy promień woła: „O, jakie ładne słoneczko! Pójdziemy dzisiaj na spacer!”. Kiedy coś mu spadnie ze stołu, mówi sam do siebie: „To nic, podniosę później”. Podczas spaceru potrafi nie zauważyć samolotu, za to staje jak wryty i woła: „O, jaka mała mróweczka! Musimy ją ominąć, żeby nam nie weszła pod buta. Mamo, uważaj na mrówkę!”. Kiedy się rozbierze do kąpieli, pyta kokieteryjnie: „A co to za śliczny golasek?”.

Witamina M

Przytulanie, buziaki, głaskanie, siedzenie na kolanach, trzymanie za małą, ciepłą rączkę, noski-eskimoski – pełny serwis, o każdej porze dnia i nocy! A do tego tak urocze komplementy jak:

„Mama westchnęła ciepłym słońcem!”

„Mama jest piękna! Ma takie piękne nóżki, i długie włosy…”

„Ładny sweterek!”

Nie mogę się powstrzymać i przytoczę jeszcze całą sytuację podczas jazdy samochodem, gdy ni z tego ni z owego synek wykrzyknął:

-Mama jest najlepsza! – Pękam z dumy, gdy nagle on dodaje – Umie dobrze odkurzać i robi dobre obiadki.

ja (starając się zachować powagę i jednocześnie ukryć rozczarowanie definicją mojego prymatu) – Dziękuję. Ty też jesteś najlepszy.

W. (Milczy zdecydowanie wyczekująco.)

ja (w panice rzucam pierwszą rzecz, jaka mi przychodzi do głowy, czyli najnowszą umiejętność W.) – Umiesz skręcić termos! (sic!)

W. (spostrzegając, że o tacie, który też z nami jedzie, jeszcze nikt nie wspomniał) – I tata też jest najlepszy! Też umie skręcić termos!

La grossesse (encore une fois!)

midsection-of-pregnant-woman-standing-at-forest-601250315-57704aee5f9b585875c1d15a

Ostatnio odnowiłam kontakt ze znajomą z liceum. Ponieważ z mężem spodziewamy się w czerwcu drugiego dziecka, wśród swoich bezdzietnych znajomych uchodzę za znawczynię tematu rodzicielstwa. Padło pytanie o to, czy byliśmy z T. pewni swojej decyzji o zostaniu rodzicami. A potem rodzicami po raz drugi. Pomyślałam, że to dobry temat do podzielenia się na szerszym forum – pewnie wiele osób zadaje sobie pytanie czy nadaje się na rodzica i czy to jest ten właściwy czas.

A oto odpowiedź, której udzieliłam koleżance:

Zawsze marzyła nam się duża rodzina. Przed ślubem rozważaliśmy PIĄTKĘ dzieci. Zaraz po ślubie zabraliśmy się też do realizacji tego planu. Po doświadczeniu z W. trochę spasowaliśmy :D . Planowaliśmy od początku, że synek nie będzie jedynakiem, ale nie ustalaliśmy konkretnego terminu kiedy jego rodzeństwo miałoby się pojawić na świecie. Teraz nieśmiało zaczynamy myśleć o trójce – ale to będzie zależało od wielu czynników. Póki co, będzie dwójka. Nie chcieliśmy, żeby różnica wieku między dziećmi była zbyt duża – tak, żeby się dogadały, wspólnie dorastały, no i żebyśmy my też nie wyszli z wprawy z pieluchami i całą resztą ekwipunku (a jest co ogarniać!). Kiedy poszłam na studia i stało się jasne jak bardzo są one wymagające, uznaliśmy, że nie dam rady wrócić na etat i kontynuować studiów, a cała moja pensja i tak szłaby na opiekę dla W. Więc podjęliśmy decyzję, która jak sądzę rozwiązuje problem, bo W. ma opiekę, ja mam możliwość dokończyć studia, a pensja zostaje na koncie. Wyszło mało romantycznie…

Może powinnam zacząć inaczej, żeby nie wyszło na to, że jesteśmy jakimiś koszmarnymi materialistami: żaden czas nie jest dobry na dzieci. Albo nie masz pieniędzy, albo robisz karierę, studiujesz, albo nie jesteś gotowa, chcesz korzystać z życia, podróżować, a to znów zdrowie nie dopisuje i jesteś już za stara. Zawsze znalazłby się powód, żeby się NIE zdecydować. Więc jest to raczej decyzja „pomimo” niż „z powodu”. A kiedy się zdecydujesz (ewentualnie, jak to się czasem zdarza, „samo się zdecyduje”) okazuje się, że to wszystko nie było aż takie ważne. Że jest trudno, owszem, ale też jest pięknie i cudownie, i nic innego tego nie mogłoby zastąpić. Dziecko to ogromne wyzwanie i ogromne ryzyko. Wyprawa w nieznane. Wcale się nie dziwię temu, że masz obawy i wątpliwości. Nie mogłabym z czystym sercem powiedzieć komukolwiek: „zostań rodzicem, polecam, super sprawa!”. To jest jedyne w swoim rodzaju doświadczenie (a raczej cały zbiór różnych doświadczeń), które potrafi uskrzydlać, ale potrafi też podcinać skrzydła. Wiele zależy od Was, Waszego nastawienia. Wiele zależy jednak też od drugiej strony – od dziecka.

Słyszałam już różne historie. O trudnych ciążach (np. 9 m-cy w łóżku – i nie mam tu na myśli bogatego życia erotycznego pod wpływem gwałtownych zmian hormonalnych!), trudnych porodach, dzieciach płaczących nieustannie przez pierwsze 3 m-ce (kolka), dzieciach z poważnymi wadami genetycznymi, mężach, którzy po porodzie zrazili się do seksualności żony, nadliczbowych kilogramach nie do zrzucenia, itp., itd. (Chcesz posłuchać strasznych historii? Usiądź przy piaskownicy na placu zabaw!).

Ale słyszałam też niezwykle inspirujące i optymistyczne historie. O zrealizowaniu wymarzonych podróży w ciąży, dzieciach przesypiających od początku całe noce (cud!), niemal erotycznej przyjemności, jaką niektóre matki czerpią z karmienia piersią (a nawet z porodu), o odkryciu swojego prawdziwego „ja” po zostaniu rodzicami, o większej bliskości między małżonkami po porodzie.

Prawda jest pewnie gdzieś pośrodku. Myślę, że nikt rozsądny nie powie Ci: „tak, zostań mamą” ani „nie, nie zostawaj mamą”. To musi być Wasza wspólna decyzja, bo tylko Wy poniesiecie jej wszystkie konsekwencje – i te pozytywne, i te negatywne.

Kiedy tak się nad tym zastanawiam trudno mi wymienić jakieś powody „za”. A to chyba dlatego, że musiałyby one zabrzmieć niezwykle banalnie. Chcę mieć dziecko, bo…

  • Uważam życie za cenne i warte przeżycia. Chcę przekazać dalej ten dar i swoją wiedzę.
  • Kocham swojego męża i chcę urodzić mu dzieci – owoc naszej miłości.
  • Mam cudownego synka, chcę więcej takich dzieci!
  • Kocham swojego syna i chcę, żeby miał rodzeństwo. Wierzę, że to bardzo go rozwinie, nauczy się dzielić i troszczyć o innych. Kiedy nas już zabraknie, nasze dzieci będą miały nadal rodzinę na tym świecie.
  • Uwielbiam kontakt z dziećmi. Są takie kreatywne, mądre i słodkie!
  • Chciałabym coś po sobie zostawić na tym świecie. Ślad, że istniałam, że moje życie było ważne – choćby dla kilku osób.
  • Zawsze marzyłam o założeniu własnej rodziny. O ciepłym, gwarnym domu pełnym miłości i śmiechu, gdzie chętnie przychodziliby goście.
  • Uważam się za dobrą mamę. Jestem cierpliwa, opiekuńcza, czuła. Angażuję się w macierzyństwo. Na pewno dałoby się to zrobić lepiej, ale daję z siebie wszystko.
  • Macierzyństwo bardzo rozwinęło moją osobowość. Dowiedziałam się, że jestem silniejsza, niż kiedykolwiek sądziłam (fizycznie i psychicznie). Mam realne cele do zrealizowania, mam bezbronnego człowieka (a w zasadzie już dwóch) pod swoją opieką i mam świadomość ogromnej odpowiedzialności, która na mnie ciąży. Nie mogę powiedzieć: „Dzisiaj nie mam siły/ ochoty być mamą. Dzisiaj nie dam rady, załatwcie jakieś zastępstwo”. Tutaj zasada „nie ma ludzi niezastąpionych” nie obowiązuje.
  • Całkiem egoistycznie: bo nikt nigdy nie pokocha Cię tak jak własne dziecko. Dziecko kocha całościowo. Mama jest najlepsza i najpiękniejsza. Koniec, kropka. (No, przynajmniej póki nie pozna pani przedszkolanki ;))

Z mężem żartujemy sobie, że dopiero na drugie dziecko człowiek się tak naprawdę decyduje świadomie. Przy pierwszym masz jakąś wizję, która jest bardziej lub mniej realna. Często mniej :D .Przy drugim wiesz już lepiej czego się spodziewać, choć element niepewności zawsze pozostaje.

Odnoszę wrażenie, że wielu ludzi ostatnio nabiera wątpliwości co do tego, czy są gotowi. Gotowi na rodzicielstwo. Gotowi na małżeństwo. Gotowi na poważny związek. Gotowi, żeby dorosnąć. Gotowi wyprowadzić się z domu rodzinnego. Trudno uniknąć wrażenia, że jest to rodzaj wygodnej wymówki: „Tak, chcę z Tobą być. Tak, kocham Cię. Chcę MIŁO spędzać czas w Twoim towarzystwie… ALE nie jestem gotowy/a na małżeństwo, bo w razie gdyby zrobiło się MNIEJ MIŁO mogę bez konsekwencji odejść.”

Dawniej ludzie nie mieli tylu możliwości co dziś, a przez to ich życie było znacznie prostsze. Nie zastanawiali się latami czy są gotowi – zwyczajnie podejmowali decyzje i robili wszystko co w ich mocy, by te decyzje okazały się słuszne. Popełniali błędy, jasne. Tyle, że brak decyzji również jest decyzją. Ze wszystkimi konsekwencjami.

Czy jesteśmy gotowi, żeby żyć? To nie ma znaczenia. Nasze życie właśnie się toczy.

L’échange

20-Stylish-Celebrity-MomsZ okazji nadchodzącego wiadomego konkursu zaczęłam pilniej śledzić blogi innych (nie ma to jak wybrać się na przeszpiegi do konkurencji) i przy okazji natknęłam się na tekst „mamy w trampkach” na temat stereotypu, według którego stając się rodzicem trzeba zrezygnować z szeroko rozumianego życia społeczno-kulturalnego. Autorka posiłkując się osobistym przykładem dowodzi, że samozaparcie wespół z dobrymi chęciami wystarczy w zupełności aby połączyć opiekę nad niemowlęciem z intensywnym życiem towarzyskim, podróżami, czy wyjściami do kina. Im dłużej czytałam słowa tej nierezygnującej, jak się zdaje, z niczego kobiety, która potrafi czerpać najlepsze z macierzyństwa i własnego życia, zaczęłam się zastanawiać, czy to ona ma wyjątkowo spokojne dziecko, czy to ja nie potrafię sobie wszystkiego zorganizować jak należy.

Od ośmiu (już!) miesięcy nie byłam w kinie, na koncercie ani imprezie (chyba, że urodziny babci liczymy jako imprezę?). Jedyne podróże jakie udało nam się odbyć we trójkę obejmowały wizyty u rodziców, mieszkających odpowiednio 100 i 250 km od Poznania. I nie były to najszczęśliwsze chwile mojego macierzyństwa. Cóż zrobić, przewijanie na tylnym siedzeniu samochodu, między fotelikiem a wanienką nie należy do moich ulubionych rozrywek. Pomyślałam sobie jednak, że nadeszła pora aby wziąć się w garść, pociecha ma już 10,5 kg, osiem miesięcy (bez kilku dni) i czas wreszcie powrócić do świata żywych. Będę mamą, ale także spełnioną kobietą. Tak, przecież potrafię! Poczułam to wyraźnie. Mama w trampkach stała się moją inspiracją.

Okazja nadarzyła się niebawem. Wyjechaliśmy na weekend z Synkiem. Podczas podróży w jedną stronę nasze słodkie dzieciątko nie wiedzieć czemu (nowy fotelik? zmęczenie? ząbkowanie? gubiliśmy się w domysłach) dostawało ataku krzyku i płaczu za każdym razem gdy tylko zostawało umieszczone w foteliku. W rezultacie wysłuchaliśmy około godzinnego koncertu wycia, nasze próby uspokojenia młodego-wrzeszczącego spełzły na niczym, mój nowo odzyskany optymizm ulotnił się niczym kamfora i w połowie drogi zaczęliśmy poważnie rozważać powrót do domu. Nie poddaliśmy się jednak, Synek wywrzeszczawszy się należycie zasnął kamiennym snem i udało nam się dotrzeć do celu podróży bez dalszych komplikacji.

Droga powrotna zapowiadała się znakomicie. Dziecię zasnęło już na samym początku wyjazdu, my gwarzyliśmy półgłosem, istna sielanka, aż tu nagle… Maluch pokasłuje, krztusi się i ni stąd ni zowąd zaczyna gwałtownie wymiotować. Byliśmy akurat na drodze szybkiego ruchu, więc nagły postój był wyjątkowo ryzykowny, ale co robić? Mąż włączył światła awaryjne, stanął na poboczu, a ja w tym czasie drżącymi rękami uwolniłam W. od fotelika i pochyliłam go, aby ułatwić mu oczyszczenie dróg oddechowych. Gdy niebezpieczeństwo minęło, rozejrzałam się po pobojowisku: fotelik, ubrania Małego i moje, siedzenie samochodowe – oto ofiary marchewki, która powróciła aby się mścić za zjedzenie jej na obiad. Wyczyściłam Synka na ile to było możliwe, zapięłam go ponownie w foteliku i ruszyliśmy w dalszą drogę… Tylko po to, żeby za pięć minut powtórzyć całą sekwencję. I za dziesięć. Jak i za dwadzieścia. Suma summarum spędziliśmy w trasie nadliczbowe pół godziny próbując opanować fale mdłości tak, aby nie dać się jednocześnie zdmuchnąć z drogi mijającym nas tirom. I znów domysły: czy to choroba lokomocyjna? zbyt szybka jazda? zbyt peny brzuszek? wirus? ząbkowanie? (ząbkowanie w życiu rodzica jest niczym toczeń w serii „Dr House”: zawsze je podejrzewasz, ale nigdy nie możesz go dowieść).

Gdy moje pobladłe Dziecko zasnęło ponownie ze zmęczenia, Mąż pędził w kierunku domu, a ja co chwilę sprawdzałam, czy Synek na pewno się nie dławi, na pewno nie traci przytomności i na pewno oddycha – doznałam olśnienia. Ani „mama w trampkach” nie ma nad wyraz spokojnego dziecka, ani ja nie jestem fatalną organizatorką. Ja po prostu wcale nie chcę podróżować, wychodzić, czy uspołeczniać się. Przez całe osiem miesięcy mylnie sądziłam, że brak mi wszystkich tych rzeczy, tymczasem aktualnie przeżywam absolutnie wyjątkowy czas w życiu moim i mojego dziecka. Czas na ciszę i spokój, na czytanie bajeczek, spacery z wózkiem, przytulanki i kołysanki. Czas, który nigdy się już nie powtórzy. Czy gdy ten czas przeminie, na świecie będą jeszcze miejsca, filmy i koncerty warte zobaczenia? Ludzie warci poznania? Podejrzewam, że tak. Podejrzewam, że mam rację.

Ostatnimi czasy świat celebrytów zaroił się matkami, które żyją na pełnych obrotach, odżywiają się ekologicznie, udzielają się społecznie, są zawsze piękne i pachnące, i z uporem godnym lepszej sprawy dowodzą, że macierzyństwo niczego w życiu nie zmienia. Tyle tylko, że stoi za nimi sztab opiekunek do dzieci, osobistych trenerów, wizażystów, sprzątaczek, szoferów i kucharek. Jak się nad tym zastanowić, to można i do czterdziestki udawać nastolatkę (chyba, że masz na imię Madonna, wtedy do sześćdziesiątki). Można ciągle biec bez tchu, opierać się zmianom i prasować zmarszczki. Tylko, na Boga, po co, po co, po co?

Les autres choses

Myślałam i myślałam nad tym co by tu znów napisać o Mężu, a tymczasem zewsząd nasuwały mi się inne tematy. W końcu dałam za wygraną – cytując klasyka „a teraz coś z zupełnie innej beczki”.

Od czasu ciąży baczniej przyglądam się napotykanym matkom z dziećmi, a odkąd Synek jest już z nami, codzienne spacery z nim dostarczają mi po temu licznych okazji. A jest co obserwować. Boje na linii matka – dziecko w miejscach publicznych zasługują na osobną specjalistyczną publikację. Nie czas i nie miejsce by omawiać wszystkie przejawy tej zatrważającej walki, do której nierzadko zostaje wciągnięty Bogu ducha winny przechodzeń, który ni z tego ni z owego może na przykład usłyszeć tekst typu: „Bo jak się zaraz nie uspokoisz to tamta pani cię zabierze.”. Dlaczego nikomu nie wadzący spacerowicz miałby zostać ukarany przydzieleniem rozwrzeszczanego kilkulatka – nie wiadomo.

Ale nie to miało stać się tematem dzisiejszego wpisu. Dziś bowiem bardziej niż matczyna wojowniczość i – bądźmy szczerzy – bezsilność, zaskakuje mnie przeciwstawny biegun, a mianowicie uległość połączona z nadmiernym wyręczaniem. Częstym obrazkiem jest scena powrotu dziecka ze szkoły. Siedmio-, może ośmioletnia pociecha bieży chyżo jakiś kilometr przed rodzicielką, która ciągnie się z tyłu obładowana niczym wół pociągowy, niosąc torebkę, reklamówki z zakupami oraz jakże twarzowy (zapewne zakupiony z tą myślą) tornister z wojowniczym żółwiem ninja, i poprzez leciutką zadyszkę pokrzykuje coś w stylu: „Jureczku, poczekaj! Uważaj, ulica! Stój, stój! Jedzie samochód!”. Czy Jureczek robi sobie cokolwiek z matczynych ostrzeżeń? W żadnym wypadku.

Czego takie postępowanie uczy Jureczka na temat relacji na płaszczyźnie rodzic – dziecko, starszy – młodszy, kobieta – mężczyzna? Odpowiedź pozostawiam Wam, drodzy czytelnicy. Oczywiście rodzice mają za zadanie wspierać swoje latorośle. Ale po pierwsze mają wychowywać.

Kończąc, pragnę wystosować następujący postulat: Matko, pozostań kobietą! Nie przemień się w pozbawionego własnych potrzeb wielofunkcyjnego robota do troszczenia się o innych!

Pragnę zaznaczyć, że powyższy postulat wystosowałam także sama do siebie, po czym bardzo się przejęłam i wzięłam go sobie głęboko do serca.

Les dents de lait

Beautiful smiling cute babyDopadło nas ząbkowanie. Chodzimy niedospani, półprzytomni i marudni – wszyscy troje, solidarnie. Podczas dzisiejszego spaceru naszła mnie poniewczesna refleksja dotycząca rozdźwięku pomiędzy optyką patrzenia przed porodem i po porodzie.

Dawniej, nawet będąc w zaawansowanej ciąży, mijając kobietę z wózkiem zawsze zaglądałam do wózka. Śpiące słodko, lub uroczo uśmiechające się, niemowlęta nieodmiennie mnie rozczulały i upewniały w pragnieniu posiadania dziecka. Dopiero po tej stronie porodu przyjrzałam się uważniej kobietom pchającym wózki. Najczęstszy widok przedstawia się następująco: niewyspane, bez makijażu, z byle jak związanymi włosami, w skrajnie praktycznych strojach i z minami, które zdają się mówić: „Jak ja się tutaj znalazłam? W co ja się najlepszego wpakowałam?!”.

Pocieszam się, że mlecznych zębów jest tylko 20, a podobno te pierwsze bolą najbardziej. Jak to jest, że akurat ten okres w życiu dziecka, kiedy jest ono najbardziej rozkoszne, jest zarazem tym samym, który najbardziej daje w kość jego rodzicom? Może ma to być rodzaj rekompensaty. Połóg, problemy z karmieniem piersią, kolka, szczepienia, odparzenia, ciemieniucha, rumień, trądzik niemowlęcy, ząbkowanie, wielokrotne budzenie w ciągu nocy, noszenie godzinami, ból kręgosłupa… A potem jedno spojrzenie na roześmianą twarz malucha wystarczy, żeby znów poczuć się szczęśliwym człowiekiem. Zmęczonym, obolałym, szczęśliwym człowiekiem.

La formation

Czytając książkę autorstwa H. Clouda i J. Townsenda „Sztuka mówienia NIE” natknęłam się na informację, że już wkrótce nasz rozkoszny bobas zacznie dobitnie wyrażać własne zdanie i oczekiwać jego respektowania. Wielu rodziców ignoruje ten pierwszy przejaw budowania osobowości dziecka i wykorzystuje swoją przewagę fizyczną do wymuszania posłuszeństwa. Przeraziło mnie, że tak szybko nadszedł moment zakończenia naszego harmonijnego związku jako „matkodziecka”, istoty wiedzionej tymi samymi pragnieniami, które dość łatwo zaspokoić (spać, jeść, tulić). Jako mama po raz pierwszy, postanowiłam przygotować się przynajmniej teoretycznie na czekające nas, rodziców, zadanie. Może Wam też się te wskazówki przydadzą.

Zasady wychowania do odpowiedzialności:

1) Ponoszenie konsekwencji własnych działań wzmacnia poczucie odpowiedzialności i kontroli nad własnym życiem.

2) Konsekwencje muszą być dostosowane do wieku.

3) Konsekwencje muszą być proporcjonalne do wykroczenia.

4) Sens egzekwowania granic polega na budowaniu u dziecka wewnętrznej motywacji (robię tak, bo uważam to za słuszne, a nie dlatego, że mama mi kazała).

I. Faza oddzielenia i indywidualizacji:

ja to nie mama → ja to kto?

1. Faza wylęgania / dyferencjacji 5-10 m-c ż.

  • odkrywanie

  • dotykanie

  • smakowanie

  • podejmowanie ryzyka

  • ja ≠ mama

rola rodzica – wspieranie, asystowanie, zachęcanie do próbowania nowych rzeczy, ochrona przed niebezpieczeństwami

2. Faza ćwiczeń 10-18 m-c ż.

  • nauka chodzenia

  • początki mówienia

  • śmiałość

  • inicjatywa

  • poczucie wszechmocy

  • testowanie swoich możliwości

rola rodzica – wytyczenie granic zapewniających bezpieczeństwo, wyrażanie uznania, aprobata

3. Faza powrotu 18 m-c ż.-3 r.ż.

  • świadomość własnych ograniczeń

  • poczucie odrębności

  • poczucie własności (mój, mnie)

  • potrzeba decydowania o sobie

rola rodzica – uczenie wyrażania swoich emocji i potrzeb, uważne słuchanie, branie pod uwagę zdania dziecka, tłumaczenie swoich decyzji, konsekwencja

II. Faza identyfikacji płciowej 3-5 r.ż.

  • utożsamienie się i współzawodnictwo z rodzicem tej samej płci

  • pragnienie poślubienia rodzica płci odmiennej

rola rodzica – delikatne ale stanowcze wyjaśnienie, że to współmałżonek jest dla niego najważniejszy, zaspokajanie ciekawości dziecka dotyczącej różnic między płciami

III. Okres utajenia / wytężonej pracy 6-11 r.ż.

  • ostatnie lata prawdziwego dzieciństwa

  • nawiązywanie kontaktów rówieśniczych

  • nauka celowego działania (edukacja szkolna)

rola rodzica – uczenie planowania, konsekwentnego dążenia do celu, odsuwania spełnienia pragnień w czasie

IV. Wiek młodzieńczy 11-18 r.ż.

  • dojrzewanie płciowe

  • wypracowanie sobie autonomii w stosunku do otoczenia

  • wstępne ukierunkowanie zawodowe

  • pierwsze związki z osobami przeciwnej płci

  • ustalanie własnej hierarchii wartości

  • wytyczanie granic w relacjach z ludźmi

rola rodzica – uznanie w dziecku osoby równoprawnej i niezależnej, sprawowanie władzy wywieranie wpływu, zwiększanie zakresu wolności i odpowiedzialności dziecka, negocjowanie ograniczeń, przygotowanie do wyzwań dorosłości, wskazywanie autorytetów, inspirowanie, pozwalanie na ponoszenie naturalnych konsekwencji działań dziecka przez nie samo (a nie branie ich na siebie)

A żeby nie było za poważnie, na koniec o wychowaniu z przymrużeniem oka :-)

La liberté!

w-_czym_do_spaniaWczoraj wieczorem, gdy nasz Maluch już zasnął, zostawiłam go z Tatą i wybrałam się na dwudziestominutowy spacer. Natychmiast po przekroczeniu drzwi domu ogarnęła mnie fala euforii, porównywalna chyba tylko z tą , jaką czuje dziecko wypuszczone na dwór po raz pierwszy bez nadzoru dorosłych. Do woli chodziłam po wysokich krawężnikach, schodach i wszelkich wertepach. Wolne od wózka ręce włożyłam najpierw do kieszeni, a po chwili zaczęłam energicznie nimi wymachiwać, bo dziwacznie się czułam mając je znów do własnej dyspozycji. Uzmysłowiłam sobie nagle, że od narodzin W. ani razu nie miałam dla siebie tyle czasu w samotności. Nie musiałam myśleć o kolejnej zmianie pieluchy, karmieniu, nie nasłuchiwałam płaczu ani gaworzenia, a wieczorne odgłosy miasta wydały mi się doskonałą ciszą… Wręcz fizycznie czułam jak oczyszcza się mój umysł. A gdy do reszty już odurzyła mnie swoboda, wyobraziłam sobie nagle mojego maleńkiego Synka śpiącego, dokładnie tak, jak go zostawiłam w łóżeczku: ciepłe pulchne rączki rozrzucone w górze, różowe policzki, słodka minka, głęboki, spokojny oddech i nieporównywalny z niczym innym, piękny zapach niemowlęcia. Zapragnęłam go przytulić. A może już się zbudził i płacze, a mnie tam nie ma? Wykonałam natychmiastowy w tył zwrot i popędziłam co sił do domu.