le matin

Świta. Początek dnia zwiastuje wiercenie się W., który płakał w nocy i wylądował w naszym łóżku. Po chwili odczuwam dotkliwe dźgnięcia w oko; w odruchu obronnym odwracam głowę w przeciwną stronę.

- MaMa, MaMa!! – W ten mniej-więcej sposób nasza latorośl akcentuje słowa. W odpowiedzi wydaję z siebie cichy jęk i chowam głowę pod kołdrę. Następnie słyszę triumfalny chichot niemowlaka, który właśnie stanął na nogach i puka smoczkiem w wezgłowie rodzicielskiego łoża. Puk-puk, Puk-puk, Puk-puk…Puk, Puk, Puk!

-BAM!!! – Otwieram jedno oko.

-Smoczek Ci spadł za łóżko? – Odpowiadam synkowi, zupełnie jakby przed chwilą osobiście mi to zakomunikował pełnym zdaniem podwójnie złożonym.

-BAM!! – Potwierdza W. i dla podkreślenia swojej wypowiedzi wskazuje dramatycznym gestem w kierunku podłogi.

-Nie martw się, tata Ci go wyjmie.

-TaTa! – Woła W. z niemałym zdumieniem konstatując obecność w łóżku trzeciej osoby (dlaczego, dlaczego to zawsze matka stanowi obiekt porannych tortur?!) i radośnie dźga rodziciela pulchnym paluszkiem w sam środek nosa.

-Hmmmhyhy? – Odpowiada z całą elokwencją na jaką go stać o tak wczesnej porze T.

-TaTa! TaTa! BAM!! – Cierpliwie tłumaczy syn.

-Trzeba wyjąć smoczek spod łóżka – oświadczam niewinnie w przestrzeń poprzez niewielką szczelinę w kołdrze. Małżonek dzielnie zwleka się z łóżka, by już po chwili pod nie zanurkować. Rozlega się seria różnorodnych dźwięków sugerujących niemały wysiłek, po czym zapada cisza.

-Zasnąłeś? – Pytam na wszelki wypadek.

-Nie, ale chyba najlepiej by było gdyby on sam to wyciągnął. – Wymieniamy z W. spojrzenia pełne niedowierzania.

-Chyba żartujesz!

-No dobra…yyy… Jest! – Spod łóżka wyłania się ręka wzniesiona w zwycięskim geście, dzierżąca w dłoni smoczek. Przy pomocy licznych gestów i pisków W. domaga się natychmiastowego zwrotu swojej zguby.

-Chcesz zobaczyć? No dobrze, proszę, tylko się trochę okurzył więc nie wkładaj go do buzi.

Ostatniemu słowu męża towarzyszy smakowite mlaśnięcie sygnalizujące, że synek właśnie włożył smoczek do ust. T. wykonuje klasyczny rodzicielski gest machnięcia ręką i pada ponownie na swoją 1/3 łóżka, a ja ukryta skrzętnie pod kołdrą trzęsę się ze śmiechu.

Lubię takie poranki.

La vie en rose

We wtorek wybraliśmy się rodzinnie na poznańską Cytadelę. Słoneczne popołudnie, klomby kwitnących róż, mieniąca się w promieniach słońca sadzawka, rodziny z dziećmi, pary zakochanych. Usiedliśmy na ławce, W. został spacyfikowany przy pomocy chrupek kukurydzianych i przytuliliśmy się całą trójką. Pachniały róże, rozlegał się śmiech dzieci. Jasne, czyste wspomnienie.

-Pamiętasz jak jako para siedzieliśmy na tamtej ławce i słuchaliśmy Szustaka? – Mruczę mężowi do ucha.

-A gdybym Ci wtedy powiedział, że za trzy lata będziemy siedzieć na tej ławce z naszym małym W.? – Odmrukuje T.

-Nie uwierzyłabym. – Uśmiechamy się zgodnie i wygrzewamy się w ciszy. Przy małym dziecku trzeba opanować sztukę oszczędzania energii przy każdej nadarzającej się okazji.

Czasem trudno uwierzyć, że życie może być aż tak dobre.

Noël (l’interruption)

Kiedy piszę te słowa w domu roztacza się aromat gorącego piernika i igieł świerkowych, a W. szaleje na bujaczku w stroju małego renifera. Oczywiście w trakcie pieczenia ciasta zorientowałam się, że mam za mało mąki (dlaczego mąka zawsze kończy się akurat przed  świętami? czy nie ma jakiegoś prawa Murphy’ego, które dotyczy tej sprawy?). Sytuacja piernikowa została jednak uratowana mojego kochanego Męża, który popędził do osiedlowego sklepu, zaledwie jeden jedyny raz przypominając mi przedtem, że powinnam upewnić się czy mam wszystkie składniki ZANIM zabiorę się za pieczenie.

Choinkę ubraliśmy wbrew tradycji kilka dni przed Wigilią, ponieważ wybieramy się na święta do rodziny, a bardzo chcieliśmy nacieszyć się własnym drzewkiem – zwłaszcza, że byliśmy ciekawi reakcji Synka na ten okazały, kolorowy i błyszczący obiekt w domu. Spodziewaliśmy się ogromnego zainteresowania, okazało się jednak, że W. ma inne wyobrażenie na temat dużych, dziwnych i kłujących przedmiotów, niż nas dwoje. Początkowo pilnie obserwował nasze zabiegi przy strojeniu choinki, następnie to wyciągał rączki ku drzewku, to je cofał. W końcu strącił na siebie kilka kłujących igiełek, co przesądziło sprawę: wydał z siebie pełne oburzenia „UuuUUUuuuUU!!!” i od tej pory zupełnie ignoruje choinkę (ewentualnie rzuca jej podejrzliwe spojrzenia z ukosa).

Patrzę na mojego małego reniferka i myślę, że święta w dużej mierze przygotowuje się dla dzieci, ale też dzieci nadają naszym świętom nowy wymiar tajemniczości i niezwykłości (nie, nie użyję słowa „magia”, ponieważ są to święta religijne, a wbrew pragnieniom twórców reklam religia i magia nie idą w parze). To dla dzieci stajemy się mikołajami, szykujemy różne słodkie przysmaki, pakujemy prezenty w piękny kolorowy papier. Znamienne, że nawet ateiści pragną dla swoich dzieci doświadczenia tradycyjnych Świąt BOŻEGO Narodzenia. Jest to dla mnie swoista ciekawostka, podobnie jak stojąca przede mną w kolejce na poczcie kobieta, która po przejrzeniu dostępnych kartek bożonarodzeniowych westchnęła ciężko, że wszystkie mają motywy religijne.

Wypisujemy kartki drużynowo: ja wpisuję życzenia, mąż adresuje koperty. Ogarniam serdeczną myślą rodzinę i przyjaciół. Jak co roku piszę „wszelkich Łask Bożych” i zaczynam się zastanawiać co to mogą być konkretnie za łaski. Miłość? Bliscy wokół nas? Dziecko? Własny kąt? Praca? Zamykam oczy, wdycham zapach piernika i słucham jak T. przekomarza się w kuchni z naszym Synkiem. Czy nasze życie jest idealne? Zdecydowanie nie. Czy jest wypełnione Łaską? Zdecydowanie tak.

Pragnę złożyć także gorące życzenia wszystkim, którzy regularnie zaglądając na mojego bloga skutecznie motywują mnie do pisania.

Wesołych Świąt Karo, Agni, Aniu M., OaoA®, Mamo Okruszka!

Wesołych Świąt także dla tych, którzy nie pozostawiają komentarzy, ale czytają i czasem dają znać, że coś ich poruszyło lub zainteresowało (tak, Mamo, to także do Ciebie kieruję te słowa :-)). Życzę Wam wielu Łask Bożych, a także dostrzeżenia tysiąca tych Łask dnia codziennego, których doświadczanie tak bardzo nam spowszedniało, że uznajemy je za oczywistość. Niech nam Bóg błogosławi… I błogosławmy Boże Dary!

A żeby nie było zbyt patetycznie… Nie mogłam się powstrzymać. Jeśli święta, to musi być alternatywa dla lukru płynącego z radia!

Mon mari et moi (14)

Wczoraj sporo rozmyślałam o postulatach mojego Męża i doszłam do wniosku, że… Są one jak najbardziej uzasadnione. Na początku znajomości wyrażanie uczuć jest tak spontaniczne i naturalne, że nieprawdopodobieństwem wydaje się żeby kiedykolwiek miało być inaczej. Oto on, ten jeden, jedyny, najwspanialszy mężczyzna zawrócił mi w głowie i nie mogę myśleć o niczym innym. Zdarzało mi się pisać ody do jego oczu, dłoni, ramion!

Z czasem uczucie ewoluuje i zmienia się. Nie, z pewnością nie przemija, o tym jestem przekonana. Jednak niemożliwe byłoby pozostawanie wciąż na najwyższym poziomie fascynacji, wciąż odczuwając emocje w najsilniejszym natężeniu – tego nikt nie mógłby wytrzymać nie tracąc przy tym zmysłów. Zostaliśmy małżeństwem. Pamiętam jaką przyjemność sprawiało mi wymawianie słów „mój mąż” przez pierwszych kilka miesięcy. Obawiam się, że wręcz nadużywałam tego wyrażenia, odmieniając je przez wszystkie przypadki, niezależnie od tematu rozmowy. On był całym moim światem, moją ostoją i punktem odniesienia. Z nim dzieliłam się przeżyciami dnia, jak i najbardziej osobistymi przemyśleniami. Jemu okazywałam całą swoją czułość.

Znajoma powiedziała mi kiedyś, że małżeństwa z dłuższym stażem można poznać po tym, że na imprezach nie siedzą obok siebie. Nasz staż jest widać dość krótki, bo nadal siadamy obok siebie, tęsknimy za sobą, trzymamy się za ręce na spacerze, nadal chcemy spędzać razem czas. Dość dziwne wydaje mi się, że miłość nastoletnia, pierwsze zauroczenie i młode pary cieszą się stosunkowo dużym zainteresowaniem, natomiast gdy ludzie zwiążą się na całe życie, znajdują się w pewnym stopniu na towarzyskim aucie. Można ich odwiedzić, mogą spotykać się z innymi małżeństwami, ale zapraszanie ich na imprezy (jak to dotąd bywało) przestaje być dobrym pomysłem. Podobnie w sieci można znaleźć mnóstwo stron opiewających uroki zakochania i miłości, ale miłością małżeńską zachwycają się już tylko portale katolickie. Całkiem jakbyśmy z zakochanej pary po ślubie stawali się nagle dwuosobowym zakonem.

Od kiedy pojawiło się dziecko nasz związek ponownie uległ transformacji. Synek zużywa do cna pokłady mojej energii, cierpliwości (zwłaszcza cierpliwości!) i czułości. Przez cały dzień z utęsknieniem czekam na powrót Męża z pracy, ale kiedy wreszcie przychodzi, jestem już zwyczajnie zmęczona. Nim Synek zaśnie, sama jestem gotowa zasnąć na siedząco. Z drugiej strony, rozmowy o zakupie pieluch oraz zastąpienie standardowego „Cześć kochanie!” przez „Była kupa?” z pewnością nie przyczyniają się do wzrostu poziomu romantyczności w związku.

Ktoś kiedyś powiedział, że podróże kształcą, ale tylko wykształconych. Ze swojej strony dodałabym, że dziecko zbliża tych, którzy już są ze sobą bardzo blisko i potrafią o tą bliskość dbać. Żyjąc ze sobą małżonkowie mają okazję obserwować się w sytuacjach, do jakich nigdy w życiu ci sami ludzie nie dopuściliby w okresie narzeczeństwa. Podejrzewam, że publiczne czyszczenie zębów nicią dentystyczną, włosy w nieładzie, maseczka na twarzy i rozdeptane kapcie odpowiadają za więcej rozwodów niż kłamstwo i zdrada.

Jakieś pomysły na podtrzymanie miłosnego ognia w małżeństwie z małym dzieckiem? Zaczynam od pisania o Mężu na blogu. Kto wie, dokąd nas ta droga zaprowadzi?

La perspective

Obudziło mnie pogodne gaworzenie oraz intensywne wymachy małych rączek i nóżek, które skutecznie zepchnęły nas z mężem na skraj łóżka, pozostawiając większość miejsca mierzącemu 76 cm synkowi. Przez kilka chwil usilnie próbowałam wypertraktować jeszcze kilka chwil w pozycji horyzontalnej podczas karmienia, ale rozbrykany w najlepsze malec nie miał najmniejszego zamiaru współpracować. 5:50. Wcześnie. Za wcześnie. Ciemno. Przymykam oczy przy wtórze narastającego pisku. Wytrzymuję 5 minut zanim się poddaję. Synek oświadczył, że dzień się zaczął, a więc dzień się zaczął. Bez dyskusji.

Siedzimy nieco już rozbudzeni przy kuchennym stole, pijemy gorącą herbatę i zajadamy świeży chleb własnego wyrobu. Synek siedzi na swoim bujaczku cichy i spokojny. Ziewa przeciągle, rzucając nam przy tym pełne wyrzutu spojrzenia, zupełnie jakby chciał zapytać: „Dlaczego zerwaliście mnie z łóżka o tak nieprzyzwoitej porze?”.

Omawiamy plany na dziś.

T.-Co będziesz dzisiaj robiła?

ja-Hmmm, hmmm… Niech pomyślę. Idę dzisiaj do kosmetyczki. Poza tym pełen relaks. Wybiorę się na spacer. Może trochę się zdrzemnę. Pobawię się z dzieckiem. Jak mi się będzie chciało, to trochę poczytam. A wieczór spędzę w towarzystwie męża.

W momencie, w którym wypowiadam te słowa, uzmysławiam sobie, że to prawda: tak właśnie wygląda mój dzień. Ależ ze mnie szczęściara!

T.-Zapowiada się miły dzień.

ja-O tak. A co Ty będziesz robił?

T.-No najpierw praca…

ja-Nie, źle to mówisz. Najpierw przejażdżka na rowerze (T. dojeżdża do pracy rowerem). Potem trochę posurfujesz w internecie (praca z komputerem)…

T. (ze śmiechem)-Tak, potem zjem obiad, porozmawiam z kolegami (z pracy), jeszcze raz przejażdżka rowerowa…

ja-No właśnie. A potem kawa z żoną i relaks popołudniowy w gronie rodzinnym.

Śmiejemy się i rozpoczynamy nasz luzacki dzień z pełną przyjemnością. Czasem wszystko, czego potrzeba do szczęścia, to odpowiednia perspektywa.

Et que?

i-know-youre-busy-but

Jako świeżo upieczona mama otrzymałam w prezencie od kuzyna tegoroczną nowość wydawniczą: „I co my z tego MAMY?” duetu Dominika Figurska i Agata Puścikowska. Pierwsza z pań jest podobno znaną aktorką (piszę „podobno”, ponieważ osobiście zupełnie jej nie kojarzę, podobnie jak większości aktualnych celebrytów), druga – dziennikarką, a obie łączy fakt, że posiadają po piątce dzieci (własnych, polskich, nieadoptowanych, czyli inaczej niż gwiazdy zachodnie). Książka stanowi zbiór rozmów o macierzyństwie, wychowaniu, rodzinie, kobiecości i wierze.

Zwłaszcza ten ostatni aspekt wart jest podkreślenia, bo choć w moim odczuciu zakrada się tu odrobina nadgorliwości (obie autorki nazwały najmłodsze dziecko imionami Jan Paweł), to otwarte mówienie o wierze katolickiej stanowi rzadko spotykany fenomen, zwłaszcza w kręgach artystycznych. Społeczeństwo się laicyzuje, rodzina przeżywa kryzys, a tu książka dwóch eleganckich kobiet, które zarówno pracują jak i wychowują liczne gromadki dzieci, od czasu do czasu jeżdżąc z mężami na wspólne rekolekcje. Pięknie!

Bardzo przyjemny oddech od medialnej nagonki na Kościół oraz zażartych dyskusji o aborcji i eutanazji. W tym tekście nie ma rozważań czy przyjąć dziecko – a przecież nie tak łatwo wychowywać ich pięcioro, nawet przy dobrych zarobkach! – ale jak najlepiej je przyjąć i wychować na dobrych ludzi, nie zatracając przy tym siebie.

Kto, podobnie jak ja przed lekturą, liczy na cudowne recepty zaprawionych w boju wielodzietnych, ten się przeliczy. Figurska i Puścikowska nie pozostawiają złudzeń: potrzeba mnóstwo ciężkiej pracy, samozaparcia, rewelacyjnej organizacji czasu i rezygnacji z wielu osobistych pragnień. Bynajmniej nie umniejsza to radości z macierzyństwa – raczej ściąga je na ziemię, odczarowuje z błękitno-różowych magazynów dla mam.

A jakie są „porady wesołej brygady” (tytuł jednego z rozdziałów)?

„1. Jesteś mądrą, dobrą kobietą i matką. Uwierz w to.

2. Masz prawo popełniać błędy, bo ludzie popełniają błędy.

3. Kochaj siebie, I szanuj siebie.

4. Nie udawaj kogoś, kim nie jesteś.

5. Nie bój się walczyć o swoje, o swoją rodzinę i małżeństwo.

6. Działaj zgodnie z własnym rozumem, z intuicją. Tylko ty przecież znasz swoją rodzinę najlepiej.

7. I nie daj sobie wmówić, że jesteś gorsza, bo nie dorównujesz jakiemuś ideałowi. Tylko Świętą Rodzinę można starać się naśladować. Zawsze z dobrym skutkiem dla matki, ojca i dzieci.”

A na koniec jeszcze jedna rada, która przebija miejscami przez tekst książki, choć nie zostaje wyrażona w tych słowach:

Zadbana, zdrowa kobieta to szczęśliwa kobieta. A szczęśliwa kobieta to dobra żona i matka. Zadbaj więc o siebie – dla dobra swojej rodziny!

Homo sum…

matka-polkaDobiegł końca cudowny czas urlopu tacierzyńskiego i znów zostaliśmy z W. sam na sam. Po tych wszystkich wyjazdach i wizytach w zasadzie nawet cieszę się na odrobinę samotności. Muszę Wam się przyznać, że widząc Synka w czułych objęciach reszty rodziny, rozdającego uśmiechy na prawo i lewo, oprócz rozpierającej dumy poczułam także ukłucie zazdrości. Zdarzyło mi się zabrać go na bok i szeptać mu do ucha: „Jesteś moim Synkiem, moim kochanym Synkiem…”, jednocześnie w głębi ducha karcąc się za tę dziecinadę.

Spotkania ze znajomymi przywiodły mnie także do niewesołej, acz nieuniknionej, refleksji, że oto zostając matką wystrzeliłam się na odległość wielu milionów mil od mojego dawnego życia, a teraz na próżno przetrząsam kieszenie w poszukiwaniu biletu powrotnego. Moje problemy i przemyślenia to dla nich czysta abstrakcja; naturalna kolej rzeczy, która może ich kiedyś także dotknie; coś, co wiążą raczej ze swoimi rodzicami niż z osobistym doświadczeniem. Z kolei wiele ich wypowiedzi robi na mnie wrażenie skrajnie naiwnych, idealistycznych, lub nieodpowiedzialnych, przez co sama czuję się bardzo staro. Lubimy się bardzo i czynimy wysiłki, żeby się porozumieć. Przypomina to jednak krzyczenie do siebie z przeciwnych krańców Wielkiego Kanionu.

Zaczynam się zastanawiać, czy od tej pory naprawdę dobrze będziemy się rozumieć tylko z ludźmi, którzy mają dzieci. Na pewno inaczej teraz spoglądam na swoją mamę i na tą drugą mamę, czyli teściową. Z większą sympatią, mniej krytycznie. Czasem żałuję, że nie miałam wcześniej większego luzu w stosunku do rodziców. Byli tak bardzo moimi rodzicami, że nie pozostawiałam im przestrzeni na bycie ludźmi, ze zwykłymi ludzkimi słabościami. Teraz sama sobie zaczynam narzucać jakąś idealistyczną wersję Matki Polki – a więc piekę chleb, piorę i zamiatam, jednocześnie stymulując leżące na macie edukacyjnej dziecko, mówiąc do niego po angielsku. Na szczęście w pewnym momencie brak sił i ból kręgosłupa ściągają mnie na ziemię (dosłownie i w przenośni). Wybacz Synku, homo sum, humani nihil alienum a me esse puto!

La maison

Wracamy do siebie po podróży. Mam cudownego, najlepszego na świecie Męża! Dzisiaj rano zajął się cichutko naszą pociechą, a ja mogłam w tym czasie zdrzemnąć się jeszcze godzinkę po raz pierwszy od… w zasadzie nie pamiętam od kiedy! Obudziłam się wypoczęta i przepełniona bezbrzeżną wręcz miłością do Współmałżonka. Polecam na zacieśnienie więzi!

A po wyjeździe pozostały mi takie refleksje:

1. nie ma osoby zdolnej nie uśmiechać się w towarzystwie niemowlęcia. Nasz mały W. działa na atmosferę niezawodnie niczym promień słońca wpadający do pokoju.

2. nowy członek rodziny bardzo ją integruje. Wszystkie babcie i ciocie chcą koniecznie zobaczyć maleństwo, oraz nadzwyczaj zgodnie rozpływają się nad jego urodą :-)